Napisano
08.06.2009 - 00:38
Żeby zrozumieć, czemu wyłącza się autopilota w skrajnych sytuacjach trzeba rozróżnić dwa układy stanowiące tzw. automatykę lotu. Jest to autopilot (AP) oraz autothrust (A/T). Oba układy są ze sobą sprzężone, jednak mogą pracować niezależnie. Autopilot odpowiada za sterowanie samolotem w pionie i poziomie. Odpowiada on za wszelkiego rodzaju wychylenia, nachylenia, zakręty, utrzymywanie kursu czy zadanej trasy i wysokości (danych programowanych w FMC czyli po prostu komputerze pokładowym - to właśnie ten "przerośnięty kalkulator"na zdjęciu kolegi Don Corleone) AP jednak nie potrafi sterować prędkością postępową, ponieważ nijak nie jest połączony z silnikami. Tu z pomocą przychodzi A/T, który reguluje ciąg silników dostosowując go do działań podejmowanych przez autopilota. I tak jeśli nakażemy autopilotowi dość strome wznoszenie (oczywiście dopuszczalnie duże, aby nie doszło do "zerwania płomienia" - silnik nie dostaje wtedy powietrza i gaśnie) A/T automatycznie zwiększy ciąg o taki, aby samolot nie przeciągnął i nie przepadł. Jeśli zaś nakażemy obniżyć lot przez zwiększenie nachylenia, moc silników spadnie, aby nie "pchać" maszyny z dodatkową siłą, bo suma prędkości opadania i nadanej przez ciąg przekroczyłaby prękość konstrukcyjną (w samolotach pasażerskich ok. 0,8 Macha) Dodatkowo zmiana kierunku i prędkości wiatru może tego dokonać również w locie poziomym, a A/T stara się skompensować wszelkie straty lub nadmiary mocy.
Czemu więc wyłącza się te pomocne urządzenia podczas burzy? Chodzi o to, że tak w chmurze burzowej (w którą według przepisów nie wolno wlatywać, ale czasem nie ma wyjścia - o tym później) jak i w jej okolicach występują niezwykle silne i nieprzewidywalne wiatry, uskoki oraz gwałtowne prądy wstępujące (wiatr pionowy w górę) oraz zstępujące (wiatr w dół) Kiedy samolotem szarpie, autopilot próbuje utrzymać kurs i wysokość, w czym ochoczo pomaga mu autothrust zmniejszając bądź zwiększając ciąg. Powoduje to jeszcze większe szarpnięcia, co znacznie obciąża konstrukcję płatowca, a zmiany ciągu odbywają się skokowo, to zaś źle wpływa na silnik. W tym momencie należy wyłączyć A/T, ściągnąć przepustnicę do zalecanego dla danych warunków poziomu, i patrzeć jak radzi sobie AP. Jest jednak jeszcze jeden problem ukryty w chmurze burzowej, niemalże seryjny zabójca pilotów - oblodzenie. Pisałem kilka postów wcześniej o sposobach jego wykrywania. Jednym z nich jest właśnie wyczucie go "na sterach", które kiedy są zlodzone stają się leniwe. Oczywiście współczesny naszpikowany elektroniką samolot sam wykryje lód i sam go usunie, jednak burza ma to do siebie, że potrafi nieźle namotać przy czujnikach. Na kawałku blachy lecącym w samym środku burzy oczywiście powstają małe wyładowania, co może podgrzać czujniki, zaś wahania temperatury w okolicach chmury cummulonimbus mogą być naprawdę duże. Dla automatyki zaś podniesienie się temperatury oznacza ustąpienie warunków oblodzenia i wyłączenie układu anti ice. Dlatego też przepisy w warunkach "ice condition" zalecają wyłączenie AP, przełączenie trybu odladzania z automatycznego na ręczny/uruchomiony i manualny pilotaż. Wszystko oczywiście zależy od siły burzy, której moc na bieżąco jest monitorowana przez pokładowy radar pogodowy.
Dlaczego piloci nie ominęli burzy? Odpowiedź jest banalna: prawdopodobnie nie dało jej się ominąć. Nakazuje się omijanie ośrodków burzowych w odległości kilkunastu, a nawet i 20 mil morskich, ale na tych obszarach front potrafi się wybudować tak rozległy i wysoki (szczyty chmur nawet na wys. 15 kilometrów) że trzeba się przezeń jakoś przebić. Trasy nie nadkłada się ze względu na ściśle ustalone i wyliczone rezerwy paliwa na każdą fazę lotu + ewentualne odejście na lotnisko zapasowe + operacje podejścia do niego. Podczas przebijania się przez front pomaga radar pogodowy, który pokazuje gdzie występuje najsilniejszy opad, wiatr i turbulencja, a piloci starają się lecieć "po zielonym", czyli w obszarach gdzie zjawiska są najlżesze. Żaden jednak radar nie da gwarancji bezpieczeństwa podczas burzy.