Yaaayyy, ja rozmawiam z moim opiekunem kiedy chcę. Nawet mu imię nadałam.
Wcześniej zaczynałam wątpić w to, czy mam swojego anioła stróża. Nigdy go nie odczułam, nigdy z nim nie rozmawiałam, choć tyle razy miałam styczność z "innymi". Aż do wakacji, aż do tej jednej chwili...
Spotkałam się wtedy z przyjaciółkami. Rozstałyśmy się w jednym miejscu, i każda z nas poszła w inną stronę. Ja wracałam alejką, którą przemierzałam już mnóstwo razy, bowiem prowadziła do bloku mojej pani od prv. niemieckiego
Zawsze jest w niej ciemno. Nie ma żadnych latarni, prócz tych, które po prostu nie działają. Zawsze czułam się tam dziwnie. Jednakże wtedy, choć panował półmrok, nie czułam tego niepokoju, przyśpieszonego bicia serca etc. Szłam wolno, spokojnie się rozglądając. Nie myślałam o żadnych paranormalnych rzeczach ani nic, tylko o najzwyklejszych, codziennych sprawach.
A teraz zamknijcie oczy. Jeśli jest u was w pokoju ktoś teraz - rodzeństwo, rodzic, przyjaciel, ktokolwiek - czy czujecie jego aurę? Czy potraficie wyczuć jego obecność? Ale nie zmysłami. Po prostu.
Ja potrafię. W ten sposób dość często wyczuwałam, czy jest ktoś w moim pobliżu, kogo po prostu nie mogę zobaczyć. Jednakże nigdy anioła...
I w tym momencie, patrząc gdzieś w bok, poczułam, że ktoś idzie obok mnie. O dziwo - wokół nie było żadnych ludzi, a to zdarzało się rzadko. Kiedy jednak się odwróciłam, nie ujrzałam nikogo. Byłam jednak pewna tej aury, innej niż wszystkie, które udało mi się wyczuć. Wręcz "promieniowały" od niej te pozytywne uczucia.
Odezwałam się do tej osoby. Nie usłyszałam odpowiedzi. Nie zniechęciło mnie to i zaczęłam swój monolog do tej postaci, jakbym najzwyczajniej w świecie szła z jakimś kolegą. Powiedziałam mu o moim chłopaku, że nie zobaczę go 2 miesiące, że nic nie pisze, że za nim tęsknię. Wygadałam mu się ze wszystkich, nawet najbardziej banalnych spraw.
Wróciłam do domu, usiadłam przy biurku, a tu sms. No ok, patrze, a tam wiadomość od chłopaka, że przyjedzie za tydzień i inne ciekawe wyznania. Zdziwiłam się trochę.
Innym razem spotkałam się z opiekunem nad morzem. Siedziałam sama w domku letniskowym, na łóżku, w pokoju i gadałam... do łóżka. Wiedziałam, że tam siedzi. Akurat na złożonej pościeli. Lecz zwątpiłam. Poprosiłam go, żeby dał jakiś znak, że naprawdę jest. Nic. Cisza. Odwróciłam wzrok gdzieś na bok, kiedy nagle coś przykuło moją uwagę. Zasłona przy łóżku, na którym "siedział", zaczęła swobodnie falować. I nie było mowy o wietrze, ponieważ poruszała się gwałtownie tylko ta jedna, akurat po tamtej stronie. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie. Kiedy zamknęłam oczy i oparłam się o ścianę, rozmyślając o tym, a potem je otworzyłam, nie było go już. Wstałam, podeszłam do łóżka i zobaczyłam, że poduszka na samej górze złożonej pościeli jest wciśnięta tak, jakby ktoś na niej siedział.
Teraz mogę porozmawiać z nim kiedy tylko chcę. Mogę go przywołać w każdej chwili, choć nie korzystałam z tego już jakieś 2 miesiące.