Skocz do zawartości


Zdjęcie

Reinkarnacja


  • Please log in to reply
86 replies to this topic

#61

Erik.
  • Postów: 927
  • Tematów: 106
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Kagetsu, Tak jak to pisałem tutaj na str. # 56 „Skłaniam się do przekonania, iż reinkarnacja w pewnych okolicznościach może przebiegać jako rozszczepienie się duszy do kilku osobnych czy to już żyjących czy też mających zaistnieć istot. I tak jak sądzę nie koniecznie ludzi i nie koniecznie taka rozczłonkowana dusza musi pochodzić od Człowieka. Również nie koniecznie musi ona wnikać do kogoś na początku życia czy podczas życia płodowego (nawiedzenia), po prostu moim zdaniem wszystko zależy od Planu, sytuacji jak i pragnienia tak duszy jak i osoby jej przyjmującej”. Dalej pisze Przemo też na podobny temat, tak więc może coś z tej naszej dyskusji Tobie się przyda, a jeśli nie to pytaj, a ja postaram się w miarę możliwości odpowiedzieć. Pozdrowienia Erik.
  • 2



#62

Zdzislaw.
  • Postów: 20
  • Tematów: 1
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Przypuszczam, że to może jednak być prawdą - to że dusza może się dzielić i jednocześnie żyć w kilku ciałach, nawet i w tym samym czasie. Brzmi to logicznie i przekonywująco.
  • 0

#63

Kagetsu.
  • Postów: 34
  • Tematów: 0
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Kagetsu, Tak jak to pisałem tutaj na str. # 56 „Skłaniam się do przekonania,(..)

Umknęło mi, dzięki za wskazanie.

a jeśli nie to pytaj, a ja postaram się w miarę możliwości odpowiedzieć

Może namiary na publikacje o tematyce reinkarnacji/duszy/świadomości.


Co prawda pytanie nie jest skierowane do mnie, jednak nie widzę przeciwwskazań, żeby nie podzielić się swoją wiedzą i zrozumieniem.

Przemo, zarówno post Erika i Twój dał mi wiele do myślenia i z góry dziękuje.



Jeszcze wracając do historii Jamesa Leiningera natknąłem się na ten filmik. Co o nim sądzicie?


http://www.youtube.com/watch?v=Y3DCEeUV0lA&


  • 0

#64

Dreaming16.
  • Postów: 16
  • Tematów: 1
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Ponowne przyjście Eliasza... pomyśl... Eliasz TO NIE TA SAMA OSOBA co Jan Chrzciciel, owszem w Janie Chrzcicielu pokazany jest Eliasz, jest to on w metaforycznym znaczeniu (tak jak większość rzeczy w Biblii).

@edit: tak samo jak Bóg i Jezus. Jezus JEST JAK BÓG (tak jest napisane) i patrząc na niego, widzimy w nim Boga, jednak to nie ta sama osoba. Tak jak ojciec i syn, syn często podobny jest do ojca, jednak to dwie odrębne osoby.

Użytkownik Dreaming16 edytował ten post 22.02.2011 - 16:01

  • 0

#65

Stevie Wonder.
  • Postów: 146
  • Tematów: 4
  • Płeć:Kobieta
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Reinkarnacja wierzyć czy nie...

Szukałam ostatnio opisów dotyczących reinkarnacji i znalazłam jeden na ezoforum. Zmusiło mnie to do przemyśleń - najwyraźniej poprzednie wcielenia odgrywają taką funkcję, że bezpośrednio rzutują na nasze życie teraz. Pewne sytuacje się powtarzają a my żyjemy także po to, żeby mój tak jakby "powtórzyć egzamin".

To ten opis, gdyby kogoś to interesowało:

Nie przeczytałam jeszcze całego tematu ale zamierzam to zrobić w wolnej chwili. Czytałam wcześniej bardzo mądre wypowiedzi, iż poprzednie życia mają wpływ na życie teraźniejsze i zgadzam się z tym, gdyż tak jest w moim przypadku. Znam swoje trzy poprzednie wcielenia. Nie mam dostępu do całości wydarzeń, a i te, które znam, są dość mgliste, ale wyjaśniły bardzo wiele. Było tak, jakby czekały na mnie, aż je odkryję. Te trzy momenty, które widziałam, rzutują na moje teraźniejsze życie. Warto wspomnieć, że nie są to łatwe momenty! Zaiste! :) Ten opis, który znajduje się niżej został wykonany bezpośrednio po cofnięciu się do tamtych przeżyć a niżej opiszę związek z moim teraźniejszym życiem. Możecie poczytać, jeśli to kogoś interesuje. Chcę też dodać z całą pewnością, że nie wierzę, że istnieje reinkarnacja. Ja to WIEM ;p

To była jedna sesja ale przeniosłam się w czasie niej do trzech miejsc. Pomógł mi głos nagrany na taśmie, który sugerował, aby zapytać o datę, rozejrzeć się, etc.

Pierwsze:
Rok 1892 od razu to zobaczyłam. Byłam gdzieś w lesie, na polanie, pięknie, naprawdę pięknie, zielono, przepiękna szmaragdowa trawa i wielkie dorodne świerki. Najpierw odniosłam wrażenie, że to Ameryka, albo Kanada, coś koło tego, a potem pomyślałam, że równie dobrze jakieś miejsce w Europie. Ale jak spytałam siebie o imię, to usłyszałam coś w stylu Anniss czy Alaniss, więc możliwe, że to była jednak Ameryka.
Była tam chata, w której żyłam i była jedna kobieta, która mogła być moją matką, ale nie była nią, chociaż odczuwałam z Nią silną więź. Pytałam ją, nie była otwarta gdy ją pytałam, co to wszystko znaczy. Była jednak ciepłą i dobrą staruszką, weszła do chatki, sprawiała wrażenie, jakby to co się dzieje w ogóle jej nie dziwiło, była pogodna i biło od niej zrozumienie. A ja nie wiedziałam co tam robię, więc chciałam się jej zapytać, czułam się zdezorientowana. Wtedy ona pokazała mi światło, uniosła swoje ręce i między nimi pojawiło się wspaniałe białe światło. A ja nie byłam tym zdziwiona. Podejrzewałam, że tak może być. Byłam tam by się uczyć.

Potem sama z siebie usiłowałam sobie przypomnieć co tam robię i dlaczego. Przypomniałam sobie, że mam dziecko, chłopczyka, który zaginął i ja byłam tym zmartwiona i niespokojna. Ta kobieta nie była moją matką, chociaż tak o niej myślałam. To była bardziej przewodniczka, bo była już stara, ubrana w białą szatę, miała siwe włosy i pomarszczoną twarz, a ja czułam się młodo i miałam małe dziecko (coś około 4 lat mały blondynek ale nie występował akurat w tej wizji, po prostu go czułam i pamiętałam) Kobieta nie była moją rodziną, nie była babką, fizycznie nie miałam z nią nic wspólnego, ale duchowo byłyśmy dla siebie wszystkim. Być może nawet w jakiś sposób szukałam u niej schronienia, zamiast szukać syna.

(Wczoraj czy przed wczoraj znów cofnęłam się do tamtego życia i ujrzałam mężczyznę, który rąbał drewno. Wiem, że był to mężczyzna z którym byłam w związku i to dość zawiłym. Łączyła nas wielka namiętność. On był ojcem tego chłopca. Został jednak potem... katolickim księdzem? Pastorem? Miał związek ze zniknięciem naszego synka. Bardzo to przeżyłam. W czasie wizji miałam skojarzenia z filmem Pocahontas i tą historią. On nie akceptował mojego życia, nie akceptował tego, że interesuję się rozwojem duchowym, być może miał inną koncepcję życia. Miał pośredni albo bezpośredni sposób na odebranie mi dziecka. Skrzywdził mnie, ale kochałam go i czuję że dalej kocham bezwarunkowo i wiem, że gdzieś teraz jest. Musiałam wybrać, albo on, rodzina i życie tak jak wszyscy w "normalnym" "akceptowanym" społeczeństwie, lub jako wyrzutek, wyklęta czarownica, która zasługuje na potępienie a może nawet śmierć, gdyż wyrzekła się rodziny by żyć w domku na odludziu. To być może było wtedy czymś gorszym niż gdybym kogoś zamordowała. Ale najwyraźniej dla mnie najważniejszy był rozwój duchowy. Cierpiałam bardzo z tego powodu. Musiałam się wyrzec siebie jako człowieka. Byłam zagubiona, ale wiedziałam, że postępuję słusznie.)

Dalszy ciąg wizji:
Czułam wyraźnie, że powinnam zostać z kobietą, mimo, że moje dziecko było gdzieś tam. Czułam do niej szacunek, miłość i uwielbienie. Była moją mentorką. Nasza więź była silna, przebijająca wszystko inne.
Widziałam swoje stopy jak stoję w tej trawie, skórzane buty, coś na wzór sandałów, ale zawiązanych wokół kostek. i widziałam jak idę w kierunku chaty. Była piękna, słoneczna pogoda. Byłam zaniepokojona kiedy zaczęłam sobie przypominać co i jak to pomyślałam, że muszę coś zrobić. Byliśmy w zagrożeniu, a przynajmniej ja to czułam, kobieta była całkowicie spokojna. Właściwie kiedy zaczęła się wizja, stała z boku, wyglądała tak, jakby na mnie czekała, wyszła mi na powitanie a ja czułam, że to zupełnie normalne. Odniosłam wrażenie, że się tam ukrywamy. Ja chyba zrobiłam coś, za co nas ścigali, może z powodu kontaktów z tą kobietą, on była persona non grata, być może. A ja przez kontakt z nią, jako zdrajczyni, także. Może z nią mieszkałam i to było "złe" w pojęciu tych którzy nas prześladowali. To oni mogli zabrać dziecko. Moje dziecko zaginęło/zostało mi odebrane, to mogło być coś w rodzaju ostrzeżenia, że jeśli sama się nie pokażę, to jemu stanie się krzywda, a może po prostu odebrano mi go, bo uważali, że ja jestem szalona, nie mogę się nim zajmować, opętał mnie diabeł czy coś w tym stylu, być może umarło, właściwie to nie wiedziałam co się z nim stało. I miałam wrażenie, że mnie czeka ten sam los.

Być może spotkał mnie ten sam los, coś się stało, że wtedy umarłam (tego nie widziałam może było to wspomnienie zbyt bolesne czy przerażające - nie wiem co mogło się wtedy stać, może wróciłam do dziecka i nie mogłam tego przeboleć), bo następna wizja dotyczyła już roku 1924 kiedy miałam dwadzieścia cztery lata i byłam facetem (czyli to było zaledwie 32 lata później, a jeśli urodziłam się ponownie w 1900 roku, było to zaledwie 8 lat po wizji ze staruszką w chatce). Zapamiętałam ile mam lat, bo to było dokładnie tyle, jaki był rok. Ja, jako ten młody mężczyzna, tak to kojarzyłam, uważałam to być może nawet za zabawny zbieg okoliczności.
Byłam na dachu budynku i to było dziwne, bo miałam jakby zamiar skoczyć, ale jednak nie, to było tak, jakbym sama siebie testowała, próbowała sił, czy to zrobić, czy nie.
Miałam duże ręce, trochę owłosione i znoszone skórzane buty i taki kapelusz fedora chyba, ale nie jestem pewna. Miałam wrażenie, że to USA. W każdym razie w końcu skoczyłam bo widziałam w przelocie okna, ******ąc w dół. Ale to było dziwne, bo nie zrobiłam tego, z powodu smutku. Coś tam było, jakaś kobieta w moim życiu, może, ale nie mam pewności. Wcześniej, w pierwszej wizji, rozglądałam się, czy ktoś jest ze mną. Tym razem zaś byłam całkiem sama. Nie tylko sama fizycznie, na dachu, ale odnosiłam wrażenie, że osamotniona duchowo. Nie było nikogo, bądź nikt się nie ujawniał (z jakiś powodów). Nie czułam jednak żalu, zagubienia, strachu, rozpaczy, wręcz przeciwnie czułam się szczęśliwa i lekka. Jakbym wyznaczyła sobie cel i zamierzała go wypełnić. Przypominam sobie mgliście, nie wiem, to było coś w rodzaju odczucia, że nie mam tu już więcej nic do zrobienia, że dokonało się, nie muszę tu być w sensie, w świecie fizycznym. Chyba doskonale rozróżniałam świat fizyczny i prawdziwy świat, który istnieje poza tym, świat duchowy. Był rok 1924 a ja z jakiś powodów postanowiłam udać się w zaświaty. Może byłam na haju, takie miałam wrażenie też, że byłam naćpana i nie liczyłam się z konsekwencjami, liczyła się tylko chwila, ale z drugiej strony odchodziłam w pokoju i miałam całkowitą jasność myśli. Był rok 1924 a ja byłam bardzo młoda, kolejny raz urodziłam się w 1989 roku, tak jakby moje życie rozpoczęte w 1900 miało trwać normalnie i miałam szansę przeżyć je w całości zanim znalazłabym się w tym życiu. Mimo to z jakiś powodów (może jeszcze dowiem się jakich dokładnie) przerwałam je. Nie umiem powiedzieć, czy to był błąd, ale mam przeczucie, że tak, że to mnie poważnie cofnęło do tyłu. Dlaczego zakończyłam swoje poprzednie życie, mimo, że mogłam przeżyć je w całości?

Potem nawiedziło mnie wspomnienie jakiegoś balu. Tańczyłam z mężczyzną, który miał błyszczące czarne włosy i maskę, ubrany był w smoking. Ja także miałam maskę i białą suknię. Pamiętam kolor swoich włosów (brązowy, mysi, miałam włosy zakręcone w loki) nie wiedziałam jaki był rok, i nawet odniosłam wrażenie, że w tej chwili mnie to nie obchodzi! Bawiłam się za dobrze i zbyt mocno kochałam, byłam upojona uczuciem do mężczyzny, z którym tańczyłam. I chyba całe moje ówczesne życie wtedy tak wyglądało, a na pewno chwile spędzone na balu. W ogóle nie myślałam o tym, że czas mija, skupiałam się tylko na zabawie. Czułam niemal jakbym szybowała w powietrzu. Potem mnie rozdzielili z tym mężczyzną, a on tylko patrzył jak mnie zabierają i nic nie zrobił, jego chyba też zatrzymano, ale on się nie opierał, mnie trzymano i ja nie wiedziałam co się dzieje, byłam zdezorientowana i nie rozumiałam tego, myślałam może nawet, że to jakieś nieporozumienie.
Potem mnie powiesili i ciągle miałam na sobie tą suknię. Pamiętam szubienicę i moje brudne pantofle oraz postrzępioną na brzegach i ubłoconą sukienkę, kiedy spoglądałam na nią w dół. Pamiętam uczucie mocnego szarpnięcia i upadku.
To był chyba XVIII wiek, czyli jeszcze przed pierwszą wizją, jaką miałam, tą w lesie, chociaż stroje wydały mi się dość współczesne! Nie wiem z jakiego powodu byłam powieszona, ale to miało związek z tym mężczyzną, nie wiem kim on był, ale ja chyba nie powinnam tam być. Znów zrobiłam coś społecznie nieakceptowalnego. Chciałam być szczęśliwa i nie widziałam w tym nic złego.

A oto wpływ jaki moim zdaniem mają tamte wydarzenia na mnie dziś:
- w swoim życiu cierpiałam na różnego rodzaju lęki, co moim zdaniem ma związek z tym, że byłam wielokrotnie krzywdzona przez różnych ludzi i dużo przeszłam. Byłam całe życie zagubiona i czułam się nie zrozumiana. Uważałam, że coś jest ze mną nie tak. Cierpiałam na fobię społeczną, bałam się ludzi, jestem cicha i nieśmiała chociaż w głębi ducha mam żywą i barwną osobowość. Wisiał jednak nade mną wielki strach, jak chmura gradowa i ciągnął się za mną. Szczególnie zaś zawsze obawiałam się mężczyzn (strach przed odrzuceniem, skrzywdzeniem?) nie lubię (boję?) się angażować jestem typem samotnicy. Teraz kiedy wiem, że to ma związek z tymi strasznymi przeżyciami z poprzednich wcieleń "wychodzę na prostą" czuję wyraźny wzrost mocy i pewności siebie.
- myślę często jak facet i często zachowuję się jak facet (odniesienie do poprzedniego wcielenia?) jak byłam młodsza nosiłam krótkie włosy i siadałam zwykle "po męsku". Nigdy się nie bałam owadów, węży, etc. Podoba mi się moje ciało (lol) i niektóre dziewczyny szczególnie te zgrabne i najładniejsze, podejrzewam, że moje poprzednie życie obfitowało w podboje. Tęsknię za prawdziwym, namiętnym romansem. Zawsze tego poszukiwałam w książkach i filmach. Używam męskiego żelu pod prysznic, bo nie mogę znieść zbyt intensywnego zapachu "babskich" perfum. Moje ulubione książki to książki sensacyjne etc... brzmi zabawnie ale tak często jest.
- najważniejszym punktem o którym należy wspomnieć jest moim zdaniem sytuacja, w jakiej się znalazłam, a o czym pisałam gdzieś wcześniej na tej stronie. Mianowicie moje nic nie robienie. W momencie, kiedy dzięki mojej znajomej udało mi się odnaleźć właściwą drogę (zainteresowała mnie na powrót oobe) przestałam się interesować czymkolwiek innym. Chcę się bez reszty poświęcić rozwojowi duchowemu, ale boję się. Musiałabym znów wyrzec się siebie jako człowieka. Musiałabym innym oznajmić jakie są moje priorytety a wiadomo, że to może się skończyć totalnym niezrozumieniem i odrzuceniem. Wiem, że podświadomie się tego boję, bo już raz musiałam przechodzić przez ten koszmar.
- zawsze interesowałam się ezoteryką, UFO, jako mała dziewczynka czytałam książki o tej tematyce, czytałam Nautilusa i strony o tematyce paranormalnej. Byłam zaangażowana w różne projekty, chociaż nie do końca wiedziałam dlaczego mnie do tego ciągnie. Szczególnie zaś interesowała mnie akcja "godzina dla Ziemi" z lipca 2007 roku i historia kobiety, która uratowała swojego synka z wypadku dzięki istotą świetlistym, które powiedziały jej, że medytacja członków rodziny przy łóżku nieprzytomnego dziecka je uratuje. Tak się też stało. Nigdy nie miałam wątpliwości że ta historia jest nieprawdziwa. A wtedy jeszcze nie miałam pojęcia nawet, że istnieje coś takiego jak podróże astralne etc, słyszałam o tym ale nigdy nie przywiązywałam jakiejś większej uwagi, po prostu akceptowałam to jako kolejną rzecz, stosunek podobny jak do krojenia chleba ;)
- spontanicznie zaczęłam przekazywać reiki, a robię to kierując się intuicją. Pamiętam, że gdy zapytałam kobietę z chatki co tam robimy pokazała mi ręce pełne światła.

http://www.jomada.pl/images/reiki1.jpg

To mniej więcej tyle. Nic więcej na ten moment nie pamiętam.


  • 0

#66

Kagetsu.
  • Postów: 34
  • Tematów: 0
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Kolejne filmiki o reinkarnacji


http://www.youtube.com/watch?v=Beom5bZO7lQ

http://www.youtube.com/watch?v=3D7xcY9VH24&


  • 2

#67

MrZielonyOgorek.
  • Postów: 37
  • Tematów: 2
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Nic dodać, nic ująć - krótko mówiąc bardzo dobrze przedstawił problem. W tych słowach jest głęboki sens i żal mi tych ludzi, którzy narzekają na swoje życie, niepowodzenie, czasem nawet przykre wypadki mówiąc, że to niesprawiedliwe - jak najbardziej sprawiedliwe, czyli "co żeś zrobił to żeś dostał".
Bardzo często słysze słowa, że jak jest życie to trzeba się bawić i brać wszystko co jest - a ja myśle sobie, "może się spotkamy się za kilkadziesiąt lat to sie wszystko okaże i pewnie "ty" bedzięsz mówił, że to niesprawiedliwy los się przytrafił, a ja będe wiedział, że to tylko i wyłącznie twoja zasługa ;)"

A ja myślałem, że nie ma ludzi myślących podobnie jak ja :D - widać, że się myliłem.
  • 0

#68

Erik.
  • Postów: 927
  • Tematów: 106
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Tak jak aksjomaty trzeba sprawdzać i weryfikować, nie należy również poddawać się dogmatyzmowi. Od jakichś dziesięciu lat tak ja, jak i kilku zaprzyjaźnionych ze mną hipnoterapeutów i różdżkarzy „badamy” kwestie reinkarnacji, łącznie znajdując ponad sto przypadków jej zaistnienia u wielu osób. Przynajmniej dla nas jest to poważna poszlaka, mimo wszystko świadcząca o istnieniu tego fenomenu, tym bardziej, że przy okazji uwidoczniły się najróżniejsze korelacje, związki i paradoksalne współuzależnienia większości z poddanych naszym „badaniom”. Z tej właśnie przyczyny, iż reinkarnacja, karma, związki dusz czy na przykład sympatia i antypatia „od pierwszego wejrzenia” jest w wielu przypadkach najlepiej tłumaczona właśnie przez istnienie reinkarnacji, uznaję ją niemalże za fakt.
Nie jest to oczywiście dogmat, lecz właśnie aksjomat.
Również uznaję, że istnieje duch, dusza jak i ciało, w tym założeniu duch oddzielił się od istoty „Stwórczej” i ewoluuje samodzielnie, mimo iż zna swą drogę musi jednak kiedyś powrócić do swego źródła.
W kwestii karmy moim zdaniem nie występuje ona jednak w podobny sposób u wszystkich i tak jak na przykładzie grzechu, gdzie grzeszy tylko ten kto wierzy, że grzeszy, tak też karma wynika z „chęci” lub narzuconego sobie obowiązku nauki, poprawy czy chęci doświadczenia.
Podobnie „wsteczne”, „zwierzęce” inkarnacje, jakkolwiek są możliwe, lecz zależy to jedynie od duszy- ducha, gdzie wie on sam jak powinien się rozwijać i jaką inkarnacje, karmę, czas i miejsce swego urodzenia ma podjąć.

MUNDUS VULT DECIPI, ERGO DECIPIATUR. POZDRAWIAM ERIK.

Użytkownik Erik edytował ten post 15.03.2011 - 21:10

  • 1



#69

Erik.
  • Postów: 927
  • Tematów: 106
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Istotą reinkarnacji, karmy i jej związków z obecnie żyjącymi ludźmi zajmuję się już kilkanaście lat.
Moje poszukiwania zaprzeszłych wcieleń zaprzyjaźnionych osób, które to działania od zabawy przerodziło się najpierw w pasję a następnie w rodzaj misji lub powołania rozpoznawania w reinkarnacji coś na kształt filozofii życia czy związków wcieleń niektórych z nas.
Moja wyjściowa grupa stanowiła ok. 25 osób z owym wspólnym planem istnienia na Planecie Ziemia.

W rezultacie wspólnie do dziś odkryliśmy ok. 150 postaci historycznych związanych z kilkoma etapami polityczno-dziejowych przemian na Ziemi. O czym wspominałem również i tutaj w obecnym życiu najbardziej czuję się być związany z postacią Jana de Joinville, a oto jeden z nawiązujących do jego osoby moich artykułów "Jan de Joinville i Templariusze"

Moim zdaniem historia Templariuszy wyglądała nieco inaczej, i aby nieco ją przedstawić na razie powołam się jedynie na przedstawienie osoby bezpośrednio związanej z tą historią, Janem de Joinville.
: de Joinville Jan, hrabia i dziedziczny seneszal Szampanii brał udział w VII wyprawie krzyżowej u boku Ludwika IX Świętego i razem z nim był w niewoli. Na krucjatowy apel króla wyruszył ze skromnym orszakiem z 10 swymi rycerzami ( wszyscy zginęli).
W sierpniu 1248 roku wypłynął z Marsylii na Cypr, gdzie król przyznał mu pensję 800 liwrów. Joinville towarzyszył królowi od początku do końca fatalnej wyprawy. Dramatyczne wydarzenia tych sześciu lat ( 1248-1254 ) stanowią wątek Kroniki Joinvilla „Czyny Ludwika Świętego króla Francji”( historycy wierzą w istnienie jeszcze jednej utajnionej wersji dzieła Joinvilla ).
Oficjalna wersja spisana na prośbę Joanny z Nawarry, żony Filipa IV Pięknego, wnuka króla Ludwika IX, kompana Jonvilla, który czasem nawet był doradcą króla. Wersja ta przetrwała do naszych czasów jako najrzetelniejsza relacja z przebiegu VII Wyprawy krzyżowej, jak i opisów z życia w średniowiecznej Francji. Joinville mediował z Templariuszami w sprawie uzyskania okupu za króla. Będąc pośrednikiem w tej sprawie, chciał rozbić toporem sejf Templariuszy znajdujący się na jednym z ich galer.

„W czasie wyprawy krzyżowej króla francuskiego Ludwika IX do Egiptu (1248-1254) templariusze wieźli na jednej ze swych galer skrzynie ze srebrem uczestników krucjaty. Kiedy w roku 1250 król z resztkami swej armii wzięty został do niewoli, sułtan Egiptu zażądał okupu w wysokości 500 000 funtów turoneńskich [...]. Była to suma olbrzymia, dlatego jej spłatę rozłożono na raty. Pierwsza rata okupu wynosiła 200 000 funtów, ale i tej ilości srebra nie zdołano zebrać. Zabrakło jeszcze 30 000 funtów. Postanowiono więc wziąć brakujące pieniądze z depozytów, znajdujących się u templariuszy. Ci jednak nie chcieli wydać srebra bez wyraźnego pozwolenia będących w niewoli klientów. Zabrano je więc siłą, a templariusze — zdając sobie sprawę z trudnej sytuacji krzyżowców — stawiali tylko pozorny opór”.

A oto treść oryginalnej relacji Joinville’a: „ W sobotę rano rozpoczęło się płacenie okupu, i płacono w sobotę niedzielę, cały dzień, aż do nocy, bo ważono go na wadze, a każda szala miała wartość dziesięciu tysięcy liwrów. Kiedy nadszedł niedzielny wieczór ludzie króla, którzy zajmowali się wypłacaniem okupu, powiadomili go, że brakuje im jeszcze trzydzieści tysięcy liwrów. I z królem był tylko król Sycylii, marszałek Francji, przełożony trynitarzy i ja, wszyscy pozostali byli przy płaceniu.
Powiedziałem wówczas królowi, aby posłał po komandora i marszałka Świątyni [bo mistrz nie żył] i poprosił ich o pożyczenie trzydziestu tysięcy liwrów dla uwolnienia jego brata. Król posłał po nich i powiedział, abym to ja z nimi rozmawiał. Kiedy im to powiedziałem, brat Etienne d’Otricourt, który był komandorem Świątyni, rzekł do mnie tak: „Panie de Joinville, rada, którą daliście królowi, nie jest ani dobra, ani roztropna, bo wiecie, że otrzymaliśmy nasze depozyty składając przysięgę, że nie wydamy ich na wylup z niewoli, z wyjątkiem tych, którzy nam je powierzyli”. I padło tam wiele twardych i obelżywych słów między mną a nim.
I wówczas brat Renaud de Vichiers, który był marszałkiem Świątyni, zabrał głos i rzekł, co następuje: „Panie, przerwijcie dyskusję wielmożnego Joinville’a z naszym komandorem, bo, tak jak nasz komandor powiedział, nie możemy nic dać bez popełnienia krzywoprzysięstwa. I co do tego, co seneszal wam poradził mówiąc, że jeśli my nie zechcemy wam pożyczyć, to sami weźmiecie, to nie powiedział nic niezwykłego, postąpcie według waszej woli, i jeżeli weźmiecie z naszego, my mamy dosyć z waszego w akrze, abyście mogli nas wynagrodzić”.
Powiedziałem królowi, że pójdę, jeśli on tego zechce, i wtedy wydał mnie ten rozkaz. Poszedłem na jedną z galer Świątyni, na główną galerę, i kiedy chciałem zejść do ładowni okrętu, tam gdzie był skarbiec, wezwałem komandora Świątyni, aby przyszedł zobaczyć, co wezmę i on nie raczył tam przyjść. Marszałek powiedział, że to tak jakby poszedł oglądać przemoc, jaką jemu czynię.
Skoro tylko zszedłem tam, gdzie był skarbiec, kazałem skarbnikowi Świątyni, który tam był, aby dał mi klucze do skrzyni, która stała przede mną i on, widząc mnie wychudzonego i wycieńczonego chorobą i w ubraniu jakie miałem w więzieniu. Powiedział, że ich nie da. I zobaczyłem topór, który leżał na ziemi, wziąłem go i powiedziałem, że zrobię z niego królewski klucz. Kiedy marszałek to zobaczył, wziął mnie za zaciśnięte dłonie i powiedział: „Panie widzimy dobrze przemoc, jaką nam czynicie, i damy wam klucze”. Wówczas rozkazał skarbnikowi, aby dał mi je, co też on zrobił. I kiedy marszałek rzekł skarbnikowi, że ja to zrobiłem, ten był tym zdumiony.
Ujrzałem, że skrzynia, którą otworzyłem, należała do Mikołaja de Choisi, jednego z ludzi króla. Wyrzuciłem na zewnątrz to co tam znalazłem w srebrze i poszedłem na dziób naszego statku, który mnie przywiózł. I zabrałem marszałka Francji i zostawiłem go ze srebrem, i na galerę, posłałem duchownego trynitarza. Marszałek podał srebro duchownemu na galerę i duchowny posłał je do mnie na statek, tam gdzie byłem. Kiedy podpłynęliśmy do królewskiej galery, zacząłem krzyczeć do króla: „Panie, panie, spójrzcie jak jestem zaopatrzony”. I święty człowiek spotkał mnie chętnie i z wielką radością. To co przyniosłem daliśmy tym, którzy zajmowali się wypłacaniem okupu.”

Cytat z „Czyny Ludwika Świętego króla Francji” Jean de Joinville.

Za przysługę jaką oddali templariusze królowi Francji Jean de Joinville odwdzięczył się pięćdziesiąt kilka lat później, tym razem przeciwstawiając się wnukowi króla Ludwika IX Filipowi IV (Pięknemu).

W pewnym momencie Joinville dowodził nawet 500 osobową armią. Ranny i chory został wyleczony przez Turków seldżucckich. Joinville za swe dzieło został zaliczony w poczet wielkich kronikarzy ( pierwszy Francuski kronikarz piszący po francusku; w średniowieczu słowa zapisywano fonetycznie, ponieważ nie było stałych zasad językowych, a jedynie brzmieniowe znaczenie słów).
Jean de Joinville przeżył 94 lub 95 lat, od 1 maja 1224 roku do 24 grudnia 1317 lub 1319 według innych historyków. ( Zmiana kalendarza juliańskiego na gregoriański i inny dzień końca roku).
Przeżył trzech królów Filipów i trzech Ludwików, dwudziestu papieży - od Honoriusza III do Jana XXII. Po powrocie do Francji był częstym gościem na dworze królewskim, uczestniczył w konsekracji katedry w Chartres, w ekshumacji ciała Marii Magdaleny w Aix w Prowansji.
Po śmierci króla Ludwika IX był w konflikcie z synem Ludwika IX, Filipem III Śmiałym i z jego synem Filipem IV Pięknym, którego „ wyswatał” z hrabiną Szampanii, później królową Joanną z Nawarry.
Najprawdopodobniej ostrzegł Wielkiego Mistrza Templariuszy Jakuba de Molay i członka rodziny męża córki Joinvilla Margaret z drugiego małżeństwa Galfryda de Charnay mistrza Templariuszy prowincjała Normandii, spalonego na stosie 7 lat później razem z Jakubem de Molay. Obaj wielcy mistrzowie Templariuszy nie wierzyli, że Filip IV odważy się zaatakować tę największą siłę militarną średniowiecza, ale profilaktycznie w przeddzień napaści 13 października 1307 roku ( stąd pechowy piątek trzynastego) z Paryża wyjechało 9 załadowanych wozów. Z wybrzeży zniknęła cała flota Templariuszy, a w komturiach i w samym Tempel zostali jedynie starzy emerytowani rycerze i obsługa.
Ale Jean de Joinville otrzymał na przechowanie jeszcze coś, coś co stało się tajemnicą rodu Joinvilla i za co jeśli by tylko ktoś chciał cokolwiek choćby szeptać, jak podają potomni Jan Joinville kopał ich w tyłek. Tym czymś była największa relikwia Chrześcijańskiego świata po stracie „Prawdziwego Krzyża” w 1187 w czasie przed II Krucjatą (1189-1192), a mianowicie płótno, w które miało być zawinięte ciało Jezusa, znane dziś jako „Całun Turyński”, zrabowany z Konstantynopola podczas IV wyprawy krzyżowej (1202-1204, w 1204). 12 kwietnia 1204 krzyżowcy IV krucjaty zdobywają Konstantynopol. Jeden z kronikarzy krucjaty, Robert de Clari, pisze, że całun znika z miasta.
Następnie Templariusze wykradają z własnego statku, który miał wieźć ukradzione skarby i relikwie dla papieża Innocentego III. Zostaje w końcu odnaleziony w mieście Troyes w Szampanii, kiedy to został zaprezentowany publicznie przez wnuka Jeana de Joinville i potomka spalonego na stosie w Paryżu Galfryda de Charnay, Geoffreya II de Charnay. Teoria templariuszy, której autorem jest Ian Wilson, zakłada, iż całun dostaje się w ręce zakonu templariuszy. Płótno do roku 1291 miałoby przebywać w Akce, jednej z ostatnich twierdz krzyżowców w Palestynie, a następnie miało trafić na Cypr.
W 1306 roku całun zostaje przewieziony do Paryża, gdzie znajduje się główna siedziba tego zakonu: Templum. 13 Października 1307 roku zakon rycerski templariuszy zostaje oskarżony przez króla Filipa IV Pięknego o herezję i kult tajemniczego "bożka" w postaci głowy z brodą (w roku 1945 w Templecombe w Anglii odnaleziono na suficie dębowy panel datowany na koniec XIII w. z wymalowanym na nim wizerunkiem brodatej twarzy, która jest bardzo podobna do przedstawienia z całunu; podobnie we Francji, w kaplicy Św. Marii du Menez-Hom, znajduje się krzyż, na którym zamiast figury ukrzyżowanego Chrystusa znajduje się tzw. "mandylion templariuszy" – poprzeczny prostokąt z kamienia, na którym wyrzeźbiona jest płaskorzeźba przedstawiająca samą twarz Jezusa), wskutek czego jego członkowie zostają aresztowani.
19 marca 1314 roku zostaje spalony na stosie ostatni mistrz zakonu templariuszy Jakub de Molay. Wraz z nim ginie również preceptor Normandii, niejaki Gotfryd de Charnay. Wilson sądzi, iż jest to przodek Gotfryda de Charny.
Podczas studiów nad dokumentami związanymi z procesem zakonu templariuszy badaczka tajnych archiwów watykańskich Barbara Frale natknęła się na wzmiankę o młodym Francuzie nazwiskiem Arnaut Sabbatier, który wstąpił do zakonu w roku 1287. W swoich zeznaniach ujawnił on, że w ramach obrzędu inicjacyjnego został zaprowadzony w "tajemne miejsce, do którego dostęp mieli tylko bracia templariusze". Tam pokazano mu "długie, lniane płótno, przedstawiające odbicie postaci mężczyzny" i nakazano oddawać wizerunkowi cześć, trzykrotnie całując jego stopy.
Pierwsze wiadomości o kulcie całunu w Lirey pochodzą z lat 1350. W 1356 r. biskup Troyes, Henryk z Poitiers, konsekrował kolegiatę w Lirey, a rok później przyznał odpusty pielgrzymom nawiedzającym wystawiany tam całun. Joanna de Vergy (wdowa po Gotfydzie I de Charny) bezskutecznie starała się po 1389 r. o regularne wystawianie całunu w kolegiacie. O wystawieniu z 1357 r. dowiadujemy się z pism kolejnego biskupa Troyes, Pierre'a d'Arcis. W związku ze staraniem Gotfryda II de Charny o wystawianie całunu. Ostatecznie papież Klemens VII bullą z 6 stycznia 1390 r. zezwolił kanonikom z Lirey na wystawianie całunu i udzielanie odpustów .
Materialnym potwierdzeniem historii całunu w tych latach jest ołowiany medalion (wydobyty w 1855 r. z dna Sekwany), na którym przedstawiono rozwinięty całun przy końcach którego znajdują się herby Gotfryda I de Charny i Joanny de Vergy. Przypuszcza się, że była to pamiątka zgubiona przez średniowiecznego pielgrzyma.
  • 1



#70

Wszystko.
  • Postów: 10021
  • Tematów: 74
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 1
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Jasne. Każdy twierdzi że w poprzednim wcieleniu był królem( faceci) albo księżniczką( kobiety). Czyli kimś wysoko urodzonym i bogatym. Mało kto chce być zwykłym chłopem albo biednym mieszczaninem. Co to za zaszczyt dowiedzieć się że w poprzednim życiu było się zwykłym Januszem.
  • -1



#71

Erik.
  • Postów: 927
  • Tematów: 106
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Jasne. Każdy twierdzi że w poprzednim wcieleniu był królem( faceci) albo księżniczką( kobiety). Czyli kimś wysoko urodzonym i bogatym. Mało kto chce być zwykłym chłopem albo biednym mieszczaninem. Co to za zaszczyt dowiedzieć się że w poprzednim życiu było się zwykłym Januszem.


I tobie również życzę, aby okazało się kiedyś, iż byłeś kimś więcej niż jedynie pospolitym Januszkiem.
  • 1



#72

Erik.
  • Postów: 927
  • Tematów: 106
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Księżniczka sprzedana do Anglii

Przez kilka lat przeprowadzania eksperymentów związanych z odkrywaniem poprzednich wcieleń nagromadziło się wiele dziwnych lub szokujących zdarzeń.
Opis samych tylko tych, moim zdaniem najciekawszych relacji z hipnotycznych seansów, zająłby kilkadziesiąt stron, trudność też stanowić może chronologiczne zestawienie tych relacji, tak jeśli chodzi o czas ich pozyskiwania, jego sposób jak i zawiłość łączących te relacje karmiczno personalnych związków obecnie żyjących osób z najróżniejszymi powiązaniami ich z ludźmi żyjącymi w różnych okresach, epokach i historycznych miejscach. Może najlepszym sposobem, aby tego dokonać byłoby rozpatrywanie poszczególnych osób z owej grupy wspólnie inkarnujących się, gdzie na pierwszy plan wysunąłbym kobietę, którą roboczo nazwę Joanna.

Moja reinkarnacyjna przygoda z Joanną zaczęła się na którymś z suto zakrapianych alkoholem spotkań towarzyskich, kiedy to pochodząca z dobrego doktorskiego domu Joanna opowiedziała mi pewną historię ze swej młodości.

Tak więc Joanna, która miała w dzieciństwie kompleksy spowodowane przeświadczeniem, iż jest zbyt uboga, kiedy to w realiach socjalistycznej Polski posiadanie kilku mieszkań w dwóch miastach, zagranicznego samochodu, niepracującej matki i tak wyręczanej przez pomoc domową, ojca z kilkukrotną pensją przeciętniaka, dodatkowo dorabiającego w swym przydomowym gabinecie i rocznie kilkukrotne wyjazdy zagraniczne, były by marzeniem dla większości Polaków.

Ale mimo to Joannie było tego za mało, tak więc wśród swych rówieśników popisywała się niby znajomością języka francuskiego, głosząc że niby właśnie tam co roku wyjeżdża z rodzicami na wakacje, co oczywiście w realiach tamtych czasów nawet dla ojca Joanny było nieosiągalnym luksusem.

To jednak co mnie zainteresowało z jakiegoś powodu, to jej dziecięce opowiadanie, gdzie jak to po latach zrelacjonowała - opowiadała, że jest francuską księżniczką sprzedaną przez kogoś w pudle do Anglii ? Mimo, że jeszcze wówczas nie zajmowałem się na poważnie reinkarnacją, lecz nie wiedzieć czemu zaszokowany tym jej dziecięcym pomysłem, obiecałem Joannie rozwikłać ową zagadkę, najprawdopodobniej czując tam echa wczesnej reinkarnacyjnej relacji.

Pomysł odszukania jakiś takich bezimiennych osób i dopasowania ich przeżyć z realnie obecnie żyjącą osobą był delikatnie mówiąc szalony. Ja jednak jakby podświadomie wyczuwając klimaty i energię związaną z danymi ludźmi, tak jakbym w jakiś telepatyczny sposób widział ich kompletne jestestwo.

Czy była to tylko sugestia, nie wiem, bardziej skłonny byłbym przypuszczać, iż było i jest to jakaś zewnętrzna ingerencja jakiejś inteligentnej istoty realizującej również przeze mnie jakiś swój plan. Tak sceptycy wielokrotnie zarzucali mi czemu tak ja, jak i większość inkarnacji, do których dotarliśmy w swych „badaniach” dotyczyło żywotów ludzi oficjalnie uważanych jako tych z tak zwanej „wyższej półki”?

Oczywiście ja osobiście nie zawsze uznaję jakiegoś władcę czy na przykład papieża za koniecznie kogoś wybitnego, lecz jakby nie było, jeśli dane jest jemu piastowanie tak wysokiego urzędu coś ważnego może za tym stać?

Prawdę mówiąc nie wiem i jest to dla mnie równie nieodgadnione a nawet szokujące, skąd tak wielką ilość tych inkarnacji odnalazłem wśród mych znajomych. Może chodzi o to, iż po prostu w zasadzie nie istnieją dobrze udokumentowane życiorysy pospolitych ludzi.

Może jakaś świadomość reinkarnacji jest jedynie możliwa wśród tych bardziej „dożytych” dusz, co automatycznie daje im szanse na lepsze pozycje w społeczeństwie. Może jest to rodzaj manipulacji jakichś sił, abym (abyśmy) uwierzyli właśnie w to, co zostało nam przekazane (ale poco ?).

Ostatnimi możliwościami byłaby idea, iż niezależnie czy żyjemy raz czy wielokrotnie, to jednak nas pomysł na życiowy scenariusz czerpiemy z czegoś na wzór „Kroniki Akaszy” czy „Pola morficznego” według Ruperta Sheldrake’a.

Jakkolwiek jednak by nie było, tak cała sprawa, jak i przekaz może być czymś arcyciekawym, jeśli nie najciekawszym i najważniejszym dla ludzkiego zrozumienia samego siebie i miejsca w otaczającym nas świecie.

Wracając jednak do sprawy Joanny, pochodzi ona podobno od polskiego króla elekcyjnego Stanisława Leszczyńskiego, może to tylko ich rodzinne legendy choć w czasach panującego socjalizmu dość niebezpieczne było chwalenie się czymś takim, a są przecież jeszcze ”rodowe” kilkuset letnie naczynia, które z pieczołowitością Joanna wraz ze swą siostrą przewoziły do Kanady i USA.

Tak więc może jednak nie całkiem szlachectwo zamiera wraz z co niektórych śmiercią fizyczną i jako rodzaj bonusa, promocji czy zadośćuczynienia, w jakiś sposób również przenoszone jest do kolejnych egzystencji. Jeśli więc nie istnieje coś takiego jak przypadek czy zbieg okoliczności lub na przykład mniejsze na to jest prawdopodobieństwo, jeśli chodzi o jakichś „wybranych”, to wówczas mamy do czynienia z tak zwanym „Bożym Planem” (oczywiście nie rozumiejąc boga tym zarządzającego jako np. judo-chrześcijańskiego JAHWE), lub tak jak głoszą to hinduskie Purany jesteśmy po prostu schwytani w jakąś całkowicie lub częściowo ograniczającą nas pętlę czasoprzestrzenną.

Tak więc znów wracając do Joanny i przypominając, iż może nie być przypadków, to jakiś czas po odnalezieniu przeze mnie związanego ze mną Jana de Joinville, czując bliską karmiczną więź także z Joanną odczułem dziwny związek losów jej i jej siostry z czasem życia Joinville, czyli niby ze mną i dwiema średniowiecznymi księżniczkami Burgundzkimi (prowincja Francji) Joanna i Blanka Burgundzka. Wówczas istotnym elementem w mych, swego rodzaju intuicyjnych wizjach, była rola pudła o którym pisała Joanna w dzieciństwie.

A tutaj te dwie wraz z jeszcze jedną ich kuzynką Małgorzatą Burgundzką, zostały skazane i uwięzione w 1314 roku w słynnej sprawie wieży Nesle (za cudzołóstwo). Ważnym dla mych rozważań w całej sprawie była kaźń kochanków księżniczek, kiedy to w więziennych zakratowanych pudłach musiały oglądać tortury i śmierć braci d’Aunay. Joanna miała w tym okresie bardzo drastyczne sny (również wcześniej), w których brała czynny udział rozczłonkowując ludzkie ciała.

Tak więc zaproponowałem Joannie, aby zapoznała się z historycznym opisem Blanki Burgundzkiej i literackim opisem całej średniowiecznej intrygi pięknie opisanej w powieści Maurice Druon-a „Królowie Przeklęci”.

Po jakimś czasie Joanna spotkała się ze mną oznajmiając mi autorytatywnie, iż nie była Blanką, ale Joanną Burgundzką.
To dziwne stwierdzenie było w dwójnasób szokujące, po pierwsze, że Joanna po prostu nie wyśmiała mnie, tak jak uczyniłaby to większość znanych mi osób, po drugie na początku sądziłem, iż Joanna po prostu woli być tą lepszą, której wina stanowiła jedynie stręczycielstwo i organizowanie schadzek kochanków, a nie faktyczną zdradę królewskich synów.

Późniejsze zdarzenia, poszlaki jak i charakter obu sióstr przemawiały za tym, iż właśnie młodsza siostra Joanny, którą może nazwę od teraz Blanka bardziej pasowała do roli młodziutkiej księżniczki Blanki niż Joanna.

Lecz te pierwsze intuicyjne ustalenia były tylko czubkiem góry lodowej zdarzeń i naszych reinkarnacyjnych śledztw, a niedługo później Joanna, która wespół ze mną lub całkiem ode mnie nie zależnie, dokonywała prawdziwych cudów w mojej opinii trafnych reinkarnacyjnych współzależności, przy pomocy specjalnie do tego stworzonych diagramów i wahadełka, stała się mym najlepszym medium.

Pierwszy hipnotyczny seans na kilku członkach owej już dobrze zaprzyjaźnionej grupy ludzi odbył się w moim domu i na poddanie się eksperymentowi zgodziły się dwie panie, z czego kiedy w przypadku pierwszej z nich można by uznać eksperyment za udany (nazwę ją Dzidzia) i o jej przypadku napiszę w innym miejscu, Joanna nie dawała się zahipnotyzować i kiedy już skłoniłem ją, aby siłą wyobraźni znalazła się na plaży (jej ulubione miejsce) i zaproponowałem, aby skupiła się na jakimś szczególe, może przedmiocie mogącym być pozostawionym na tej wyidealizowanej plaży, Joanna krzyknęła, że widzi puszkę po piwie i zaczęła się śmiać.

Tego dnia nie było sensu już próbować dalej, jednak nazajutrz rano, kiedy zrelaksowana Joanna w stroju Ewy opalała się na dachu domu, w którym mieszkała używając techniki jaką próbowałem wprowadzić ją poprzedniego dnia w stan hipnozy osiągnęła to sama. Najpierw rozpoznała siebie pod postacią mężczyzny w średnim wieku o azjatyckich rysach twarzy, którego nazwała „chińczykiem”.

Był to jakiś bogacz lub dygnitarz, gdyż był noszony przez czterech ludzi w czymś w rodzaju lektyki. Joanna nie lubiła ani owego mężczyzny ani otoczenia i czasów kiedy to miałoby być, wiedziała również, że prawdopodobnie poddani, których mijał, jakoś nieszczerze się jemu kłaniali. Kiedy Joanna postanowiła dowiedzieć się jak chińczyk umarł , zobaczyła jego w znajomej sobie lektyce i czterech niosących go mężczyzn, którzy teraz brnęli w gliniastym błocie aż jeden z nich się potknął, a pozbawiona balansu lektyka pochyliła się sprawiając, że chińczyk wypadł z niej uderzając głową o kamień.

Ta autohipnoza była swojego rodzaju przełomem, gdyż od tego czasu z Joanną przeprowadziłem dziesiątki udanych seansów, lecz zanim do tego doszło nauczyłem Joannę innej techniki. Było to intuicyjne odszukiwanie wcieleń zadając o nie pytania na specjalnie do tego celu wykonanych diagramach poprzez wykorzystanie wahadełka, które wskazywało (przez swe wychylanie) kolejne litery, cyfry czy niekiedy całe słowne znaczenia, na przykład całe zapisane popularne imiona (diagram imion), powody śmierci (specjalny diagram z najczęstszymi przyczynami śmierci, na przykład przez otrucie lub śmierć w czasie wojny). Kiedy już przeprowadziłem na Joannie kilka seansów hipnotycznych i potrafiliśmy już w jakiś chronologiczny sposób poukładać jej poprzednie życia numerując kolejne z nich tak, że im kolejne życie miałoby być starsze tym miało mieć wyższą liczbę.

Przy którymś z takich zaprzeszłych żyć Joanna umierała w połogu zostawiając dwóch dorastających synów i męża jakiegoś polityka lub kupca. Podczas tego pełnego emocji widzenia poczułem, iż z jakiegoś powodu ważnym jest ósme wstecz życie Joanny, co po seansie jej zasugerowałem.

Kilka dni później Joanna sama postanowiła odnaleźć tę inkarnację używając właśnie diagramów i wahadełka.
Owa relacja jest skrócona o długotrwałe potwierdzania każdego z uzyskanych odpowiedzi, przygotowań itp.
1 pytanie: Czy byłam kobietą czy mężczyzną
Odp. Kobieta
2 pytanie: Na ile liter było moje imię.
Odp. Wahadełko wskazało liczbę 8.

Kolejno wybierane litery zaczęły tworzyć coś, co Joannie w niczym nie przypominało znanego jej imienia, a co zaczynało brzmieć jak: T E O P.

Joanna chciała zrezygnować, sadząc iż popełniła błąd, lecz szkoda było jej już poświęconego czasu, tak więc kontynuowała wyszukiwanie jedynie siłą rozpędu. Kiedy odnalazła kolejne litery H A N O , była tym bardziej zrezygnowana czytając efekt swych zmagań jako Teophano.

Spytała więc o swego domniemanego męża, który według diagramu miał mieć 5 liter w imieniu i kiedy po kolejnych czterech literach zobaczyła imię OTTO znów pomyślała, ze cały jej eksperyment to stek bzdur, gdyż znała imię Otto, a nawet takie samo nazwisko miała pochodząca z Niemiec matka kuzyna męża Joanny, ale co miałaby znaczyć ta piąta litera, którą okazało się być N?

Joanna zapytała swego męża czy kiedykolwiek słyszał o imieniu OTTON, on zaś oznajmił, że nie, ale może to być jakieś szwedzkie imię. Joanna wzięła więc atlas i otwierając na mapie Europy „spytała” wahadełka o potwierdzenie pochodzenia imienia Otton, automatycznie ustawiając ostrze wahadełka przy Szwecji, lecz ku jej zdumieniu wahadełko samo kierowało się w stronę terytorium Niemiec.

Nie wiem jak będąc Polakiem można nie słyszeć o bitwie pod Cedynią (972rok), kiedy to wojska Ottona 1 starły się w wojskiem Mieszka 1, ale najwidoczniej ani Joanna ani jej mąż nie uważali w piątej klasie na lekcji historii.

Tak czy inaczej, kiedy Joanna otworzyła encyklopedię, aby zobaczyć czy takie imię jak Otton w ogóle istnieje, została zlana zimnym potem, gdyż przeczytała: Otton I, Otton II, Otton III imię cesarzy niemieckich, a przy Ottonie II było napisane coś podobnego do tego tekstu: „Otton II (ur. 955, zm. 7 grudnia 983 w Rzymie) - król niemiecki od 973, cesarz rzymsko-niemiecki od 980 z dynastii Ludolfingów.

Syn Ottona I i Adelajdy”. A dalej: „Miał jedyną żonę księżniczkę bizantyńską Teofano- lub Teophano, którą poślubił 14 kwietnia 972 roku w Rzymie. Ślubu udzielił papież Jan XIII. Tego samego dnia została ukoronowana na królową Niemiec i cesarzową (Otton II był cesarzem od 967 roku do śmierci ojca w 973 roku)”. Jednak w encyklopedii powszechnej było napisane, iż potomstwem Ottona i Teophano był jedynie syn Otton III, a Joannie podczas jej badań wyszło, iż mieli oni pięcioro dzieci, co dopiero potwierdziło się podczas poszukiwań w Internecie. „Odkrycie” Teophano jako domniemanego wcielenia Joanny było prawdziwym „kamieniem milowym” w naszych reinkarnacyjnych poszukiwaniach i nie tylko zapoczątkowało „lawinę” krzyżujących i zależnych inkarnacji poddanych przez nas „badaniu” osób, w sumie około stu inkarnacji w co najmniej siedmiu (dotychczas odkrytych głównych) epokach historycznych.

Nasze dociekania, poszukiwania i pewne dziwne sugestie czy wizje, tak przy tym, jaki i przy wielu kolejnych historycznych postaciach, ujawniły dużo więcej niż niejednokrotnie przetrwało do naszych czasów o zdarzeniach i towarzyszących im klimatach, nastrojach i wielu nieznanych historykom faktach.

W tym konkretnym, dotyczącym Joanny i jej prawdopodobnej inkarnacji w postaci Teophano przypadku, oprócz wielu ściślejszych niż znają to historycy faktów (np. daty urodzin i śmierci), dzięki reinkarnacyjnym „śledztwom” Joanny dotarliśmy do jeszcze ciekawszych, a za razem bardziej szokujących ustaleń. Chodzi mianowicie o otrucie Teophano w 991 roku, aby móc bezkarnie zdominować i przejąć władzę nad jej młodym jedenastoletnim wówczas synem Ottonem III, kiedy to zaraz po śmierci Teophano Gerbert z Aurillac (późniejszy papież Sylwester II) udaje się na dwór cesarski i zostaje wychowawcą młodocianego Ottona III. Kiedy Otton III nie daje się zmanipulować w 1002 roku zostaje również otruty przez watykańskich siepaczy, co doprowadziło do długowiekowego konfliktu między późniejszymi Cesarzami rzymsko –niemieckiego cesarstwa (Świętym Cesarstwie Rzymskim Narodu Niemieckiego) a Watykanem.

Może w tym miejscu wskazany by był krótki rys historyczny wzbogacony o rezultaty naszych „śledztw”, dociekań i inkarnacyjno- karmicznych zależności. Oficjalnie: „Otton III (ur. 980, zm. 23/24 stycznia 1002) – władca niemiecki z dynastii Ludolfingów. Król Niemiec od 983, cesarz rzymsko-niemiecki od 996 roku”.


W naszych poszukiwaniach odnaleziony w obecnej inkarnacji jako starszy kuzyn obecnego męża Joanny. Jak wspominałem, w obecnym życiu jego matka była niemieckiego pochodzenia z domu Otto. Jego młodszy kuzyn, obecny mąż Joanny, to z kolei wielokrotny mąż, kuzyn, szwagier a nawet prawnuk Joanny w jej wielu inkarnacjach.

Mąż i wnuk i kochanek obecnej siostry Joanny Blanki, a w omawianej inkarnacji Joanny jako Theophano jej mąż Otton II, ojciec swego kuzyna i syn siostry Joanny w tamtym życiu, mającej być Świętą Adelajdą żoną Ottona I, notabene(jak dotychczas) nigdy nie odnalezionego w naszych poszukiwaniach. Lecz wracając do tej naszej jednej z wielu reinkarnacyjnych intryg - Otton III vel kuzyn męża Joanny, których nazwę po kolei - męża Joanny mianem Karol, a jego kuzyna Henryk.

Tak więc Otton III (Henryk) jeszcze jako dziecko za życia ojca został wybrany na króla Niemiec w 983 roku. Ze śmiercią Ottona II wiąże się też pewna tajemnica (wielokrotnie w Karola inkarnacjach następowały tragiczne zgony {naturalna śmierć} na wyjazdach lub zaraz po nich, raz zdarzyło się to kiedy wracał do swej żony po krucjacie, wówczas miała nią być Blanka , kiedy indziej po powrocie z wojaży do swej kochanki, którą była Joanna, a jako Otton II zmarł w Rzymie zanim zdążył wyruszyć na północ w kampanii przeciwko zbuntowanym Słowianom).

Po śmierci Ottona II jego syn (Otton III vel Henryk) został koronowany na cesarza rzymsko-niemieckiego 21 maja 996.

Jego matka, Teofano, sprawowała władzę jako regentka do swojej śmierci w 991 roku (kiedy to została otruta). Następnie matka Ottona II, Święta Adelajda rządziła jako regentka do osiągnięcia przez Ottona III dojrzałości(obecnie Blanka siostra Joanny).

Kiedy Otton III (Henryk) objął samodzielne rządy dążył do ustanowienia w Rzymie swojej cesarskiej stolicy i budowy uniwersalnej władzy cesarskiej na wzór antycznego imperium rzymskiego. Po śmierci swojego kuzyna, Grzegorza V, zapewnił wybór w 999 roku na tron papieski swojego współpracownika (a wcześniej nauczyciela) Gerberta z Aurillac, który przyjął imię Sylwester II (z wielu względów bardzo ciekawa, jak i kontrowersyjna postać{na razie jeszcze nie odnaleziony}.

Rok po śmierci Ottona III zginął w Rzymie, w tajemniczych okolicznościach, co stało się podstawą dla różnych legend o jego śmierci.

Miał być według nich porwany przez diabły. Otton II był uznawany za cesarza-ascetę, wykazującego szczególny pietyzm, choć jego zachowania religijnie, takie jak pójście boso do Gniezna w 1000 roku, wpisywały się w ówczesny system rytuałów władzy. W 1000 roku, przy okazji pielgrzymki do grobu świętego Wojciecha, również pozyskał Bolesława Chrobrego (inna historia zazębiająca się z naszym kręgiem reinkarnacyjnym, którą może kiedyś także opiszę).

Podczas zjazdu gnieźnieńskiego utworzono niezależną polską organizację kościelną z metropolią w Gnieźnie i biskupstwami w Krakowie, Kołobrzegu i Wrocławiu. Status utworzonej również diecezji poznańskiej pozostaje sporny. Arcybiskupem gnieźnieńskim został brat Wojciecha, Radzim (Gaudenty). Bolesław Chrobry został również uznany przyjacielem Świętego Cesarstwa Rzymskiego i niezależnym władcą, cesarz Otton wyróżnił go dając mu włócznię św. Maurycego i gwóźdź z Krzyża Pańskiego, przy czym cesarz założył mu na głowę swój diadem cesarski. Bolesław podarował Ottonowi relikwiarz św. Wojciecha i chorągiew triumfalną.

Otton III zmarł 23 stycznia 1002 roku, na zamku Paterno w Falerii (płn. Lacjum, prowincja Viterbo), w trakcie próby zdobycia Rzymu, z którego musiał uchodzić przez wybuch rebelii ludowej. Powody jego śmierci są niejasne. Według niektórych źródeł zmarł na malarię, według innych zatruł się jedzeniem, a według jeszcze innych został celowo otruty.

Nie pozostawił potomków. Za jego panowania cesarstwo nie zyskało żadnych ziem – wręcz przeciwnie, utraciło Połabie, Milsko i Łużyce. Tron po nim objął jego kuzyn Henryk II Święty. I właśnie w tym miejscu dochodzimy do bardzo intrygującej historii związanej z tak zwaną „Donacją Konstantyna”, będącą najsłynniejszym fałszerstwem średniowiecza, a jednocześnie fascynującą zagadką historyczną, z którą uczeni borykają się od stuleci.

http://www.polskiera...alszem-podszyte

Donacja Konstantyna (łac. Constitutum Constantini lub Donatio Constantini) – sfałszowany dokument, na mocy którego niby cesarz rzymski Konstantyn Wielki nadaje Kościołowi liczne dobra i przywileje.

Donacja Konstantyna to dokument spisany po łacinie sporządzony rzekomo przez cesarza Konstantyna Wielkiego, w którym opowiada on o swoim nawróceniu na chrześcijaństwo i przekazuje papieżowi Sylwestrowi I zwierzchnictwo nad połową swojego cesarstwa.

Pierwsze oficjalne lingwistyczne wątpliwości co do autentyczności dokumentu pojawiły się już pod koniec średniowiecza. Podnoszono przede wszystkim, że nie mógł on powstać w IV w. n.e., na co wskazywałaby jego treść.


Dokument mówi, iż dla siebie cesarz wybuduje na wschodzie nową stolicę, której nada swoje imię, a w samym Rzymie zlikwiduje administrację państwową, „gdyż jest niewłaściwym, by świecki władca sprawował władzę tam, gdzie Bóg ustanowił rezydencję głowy religii chrześcijańskiej”. Donacja kończy się groźbami pod adresem tych, którzy ośmielą się podważyć postanowienia dokumentu oraz potwierdza, iż donacja jest autentyczna, podpisana osobiście przez cesarza, a jej oryginał złożono w grobie św. Piotra.


- Dokument ten jest napisany bardzo słabą łaciną, zupełnie niepasującą do kancelarii papieskiej. Następna sprawa to różnego rodzaju niekonsekwencje, chociażby podporządkowanie przez cesarza patriarchatu konstantynopolskiego, którego wtedy nawet nie było oraz błędy erudycyjne. Najbardziej jaskrawy przykład tych ostatnich to "satrapowie Konstantyna Wielkiego". Tak są tutaj nazwani dostojnicy dworu cesarskiego. (To zupełne horrendum dla kogokolwiek, kto nawet średnio jest obeznany z dworem cesarskim w późnym Rzymie –tak na ten temat mówił w Jedynce prof. Jacek Soszyński z Uniwersytetu Warszawskiego).


Teorie o rzeczywistej dacie powstania Donacji Konstantyna można podzielić na trzy kategorie. Pierwsza nawiązuje do Donacji Pepina Krótkiego z połowy VIII w. i ustanowienia Państwa Kościelnego, druga do cesarskiej koronacji Karola Wielkiego z 800 roku, a trzecia do połowy IX w. i państwa frankijskiego.


Cała intryga w bardzo drastyczny sposób odnosi się do naszej sprawy, gdyż jako pierwszy dokumentowi i zawartym w nim treściom dyskredytującym władzę cesarską sprzeciwiał się Otto III (., Nie godzi się, by władca świecki sprawował panowanie"). Kiedy młody cesarz Otton III w 1001 roku oficjalnie uznał „Donacje Konstantyna” za fałszerstwo rok później już nie żył. Ten młody (22 lata) zdrowy, energiczny mężczyzna odbywający bose pielgrzymki umiera w momencie, kiedy zbliża się do niego orszak jego przyszłej i niedoszłej żony.


Co ciekawe, Adelajda najstarsza siostra Ottona III (urodziła się w 977 r. Obdarzono ją godnością przełożonej klasztoru w Kwedlinburg, gdzie przebywała do swego zgonu w 1043 r.) to według naszych dociekań w obecnym życiu żona Henryka (kuzyn męża Joanny), nazwę ją Maria.
Minął jakiś czas, a razem z nim nieco zmniejszyły się nasze emocje związane z odnajdywaniem swych reinkarnacyjnych powiązań. Na polu zostałem w zasadzie sam, próbując duchowo i intuicyjnie powiązać wspólne osiągnięcia.

Medytując pewnego dnia zobaczyłem (widzenie symboliczno spirytualne) Joannę w zbroi , najpierw nawet pomyślałem, że chodzi tutaj o tę słynną Joannę, czyli Joannę d’ Arc, lecz w owym widzeniu panował jakiś inny klimat i to nie tylko chodzi o klimat emocjonalny.

Poza tym nie dość, że raczej nie była ona dziewicą (widziałem wokół niej kilkoro dzieci i męża) zobaczyłem jej orszak i ją samą w czymś w rodzaju skrzyni na kołach z oknami (coś na wzór powozu), w którym wjeżdżała do kraju, gdzie na szkarłatnym tle sztandarów widniały złote lwy. Anglia – pomyślałem, przypominając sobie dziecięce opowiadanie Joanny o księżniczce francuskiej sprzedanej w pudle do Anglii.

Tym razem poszukiwania odpowiednika tej postaci okazały się nad wyraz proste i wszystkie poszlaki wskazywały tylko jedną kandydaturę czyli Eleonorę Akwitańską.

Kiedy zakomunikowałem o swej wizji i odszukaniu bohaterki Joanny opowieści z dzieciństwa Joanna jak mi się zdawało nie przyjęła tej wiadomości z podobnym podekscytowaniem jaki towarzyszył mi.

Był to czas kiedy wielu znajomych, wraz z moją rodziną, z politowaniem podchodziło do mych zainteresowań, a często nawet kręcąc za moimi plecami młynki na czole, wypowiadali pod moim adresem słowa dezaprobaty, a nawet agresji.

Powody były różne, od zwykłej ignorancji do podpierania się dogmatycznym stanowiska kościoła katolickiego, głosząc np. „W naszej religii nie ma czegoś takiego jak reinkarnacja, są jedynie nawiedzenia przez szatana”.

Dla Joanny też była to już coraz bardziej przebrzmiała moda jakiegoś sezonu, lecz podczas którejś z wizyt w Polsce nieśmiale zwierzyła się ze swych przeżyć i dociekań rodzicom - i jak matka na początku nieco nie mogła pojąć zainteresowań córki, tak ojciec zwierzył się Joannie ze swych pokrewnych utajanych zainteresowań, jak i podobnych wizji, a nawet odczuć związanych z jego prawdopodobnymi poprzednimi egzystencjami. Po powrocie do Kanady Joanna z nowym zapałem zabrała się do kręcenia wahadełkiem po diagramach.

Jej założeniem było odszukanie dziesięciu inkarnacji swego ojca, z czego wynikło wiele ciekawych wizji i zaskakujących powiązań, na których zapisanie trzeba by poświęcić dużo czasu i energii. Wspomnę więc jedynie o jednym z żyć, kiedy to ojciec Joanny miał być jej synem o imieniu Henryk.

Oprócz prawidłowych dat urodzin i śmierci Joanna wyszukała, iż został on w jakiś sposób odtrącony przez jej męża i odczuła jakiś nieukojony żal i smutek, że nie mogła być razem z nim. Tą historyczną postacią mógł jedynie być Henryk Plantagenet, zwany również "Młodym Królem" (the Young King, ur. 28 lutego 1155, zm. 11 czerwca 1183 w zamku Martel w Turenii), drugi z pięciu synów Henryka II Plantageneta, króla Anglii, księcia Normandii i hrabiego Andegawenii oraz Eleonory, dziedziczki księstwa Akwitanii.

Skłócony z ojcem uciekł w 1180 r. na dwór króla Ludwika VII. Ludwik zmarł w tym samym roku i jego następcą został jego syn, Filip II. Podczas koronacji Filipa 1 listopada 1180 r. Henryk szedł w orszaku koronacyjnym niosąc królewską koronę.

Później został mianowany przez Filipa honorowym seneszalem Królestwa Francji. Rzeczywista Eleonora spiskowała wraz ze swymi synami przeciwko mężowi . Itak np. w marcu 1173 r. zawiedziony brakiem realnej władzy i podburzany przez przeciwników ojca Henryk Młody Król (drugi syn Eleonory) rozpoczął otwartą rebelię. Wkrótce później uciekł do Paryża.

Tam, jak pisze kronikarz, młodszy Henryk, który działał na szkodę swojego ojca, podburzany przez francuskiego króla ruszył do Akwitanii, gdzie jego dwaj młodsi bracia, Ryszard (na rzecz którego w 1172 r.

Eleonora zrezygnowała z rządów w Akwitanii, a który był jej ulubionym synem) i Godfryd, żyli razem z matką, która swoimi namowami skłoniła ich do przyłączenia się do buntu. Królowa wysłała Ryszarda i Godfryda do Francji. Kiedy synowie przybyli do Paryża Eleonora nakłoniła do buntu swoich akwitańskich wasali. W kwietniu Eleonora opuściła Poitiers i udała się do Paryża, ale została aresztowana po drodze i odesłana do Rouen. Henryk II nie ogłosił publicznie aresztowania żony.

Co działo się z nią przez najbliższy rok nie jest jasne. 8 lipca 1174 r., Henryk zabrał Eleonorę na statek odpływający z Barfleur. Po przybyciu do Southampton Eleonora została przewieziona do zamku Winchester lub Sarum i tam uwięziona. Jak wspominałem również Joanna Burgundzka, była więziona, a później zrehabilitowana, obie też przeżyły swych królewskich mężów.

Tych podobieństw jest jeszcze więcej i świadczą one o swego rodzaju powielaniu życiowych scenariuszy, nawet pewne daty, imiona czy nazwy bywają często swego rodzaju anagramami i archetypowymi symbolami, na co może podam przykłady przy okazji innych mych reinkacyjnych śledztw.

Jak zapewne wielu pamięta klasyczny już film „Lew w Zimie” z 1968 r. w reżyserii Anthony'ego Harveya, gdzie rolę Eleonory zagrała Katharine Hepburn (która za tę rolę otrzymała Oscara), tak jak jest to pokazane w filmie Eleonora była więziona przez około 16 lat i przenoszona z miejsca na miejsce, aby uniemożliwić próby jej odbicia. Zakazano jej kontaktów z dziećmi, nawet wówczas, gdy była wypuszczana na specjalne okazje, takie jak Boże Narodzenie.

Niedaleko Shrewsbury i Haughmond Abbey znajduje się Queen Eleanor's Bower, pozostałości po trójkątnym zamku, który najprawdopodobniej był jednym z więzień Eleonory Akwitańskiej. Inne znane nam miejsca jej uwięzienia to: Wieża Tour du Moulin, na zamku w Chinon, we Francji oraz Old Sarum w Anglii.

Po śmierci Pięknej Rosamundy Henryk pogodził się z Eleonorą. W 1183 r. przewiózł żonę do Normandii, gdzie pozostała ona przez 6 miesięcy.
W 1184 r. wróciła do Anglii.
Miała już znacznie więcej swobody niż poprzednio, ale wciąż pozostawała pod ścisłym nadzorem.
Zaczęła nawet uczestniczyć w rządzeniu państwem. Eleonora w swych dwóch małżeństwach najpierw z Królem Francji Ludwikiem VII a następnie Królem Anglii Henrykiem II miała łącznie dziesięcioro dzieci - 5 córek i 5 synów, z których najsłynniejszym był Ryszard I Lwie Serce. Jako jedyna monarchini brała udział w II wyprawie krzyżowej u boku swego męża Ludwika VII, i jako jedyna była zarówno królową Francji jak i królową Anglii, a przyłączając Akwitanię dodała do godła Anglii jeszcze jednego złotego lwa na czerwonym tle (od 1198 roku.)
CDN.
  • 1



#73

Tenhan.
  • Postów: 758
  • Tematów: 52
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Jak nie niebo i piekło to reinkarnacja. Czego to ludzie nie wymyślą ze strachu przed śmiercią i żeby nie przyznać że człowiek to zwierzę. Każdy żyje po to żeby odczuwać tu i teraz, mieć jak największego farta w genetycznej loterii i żyć najlepiej, dołożyć jak największą cegiełkę do rozwoju świata, przedłużyć gatunek i być dobrze zapamiętanym i to nie tylko jako jednostka ale i całość narodu żeby potem nie uczono się o naszej cywilizacji że upadła i dlaczego upadła (bo oczywiście skupienie tylko na tym jedynym słusznym życiu nie musi oznaczać oportunizmu, nie liczenia się z drugim człowiekiem, brakiem zasad itd.). Umrę i zniknę a karawana będzie jechać dalej.

Użytkownik Tenhan edytował ten post 15.12.2013 - 17:36

  • 0

#74

Erik.
  • Postów: 927
  • Tematów: 106
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Jak nie niebo i piekło to reinkarnacja. Czego to ludzie nie wymyślą ze strachu przed śmiercią i żeby nie przyznać że człowiek to zwierzę. Każdy żyje po to żeby odczuwać tu i teraz, mieć jak największego farta w genetycznej loterii i żyć najlepiej, dołożyć jak największą cegiełkę do rozwoju świata, przedłużyć gatunek i być dobrze zapamiętanym i to nie tylko jako jednostka ale i całość narodu żeby potem nie uczono się o naszej cywilizacji że upadła i dlaczego upadła (bo oczywiście skupienie tylko na tym jedynym słusznym życiu nie musi oznaczać oportunizmu, nie liczenia się z drugim człowiekiem, brakiem zasad itd.). Umrę i zniknę a karawana będzie jechać dalej.


Jak sobie życzysz? Takie jest Twoje prawo, aby żyć jedynie po to, żeby żreć i się rozmnażać.
  • 0



#75

Wszystko.
  • Postów: 10021
  • Tematów: 74
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 1
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Wracając jednak do sprawy Joanny, pochodzi ona podobno od polskiego króla elekcyjnego Stanisława Leszczyńskiego, może to tylko ich rodzinne legendy choć w czasach panującego socjalizmu dość niebezpieczne było chwalenie się czymś takim, a są przecież jeszcze ”rodowe” kilkuset letnie naczynia, które z pieczołowitością Joanna wraz ze swą siostrą przewoziły do Kanady i USA.


No tak, okazało się, że była księżniczką. Też mi niespodzianka. Zawsze wychodzi że, ktoś był księciem albo królewną. Widocznie tylko wysoko urodzeni wędrują dalej w tej reinkarnacji, a plebs siedzi w zaświatach.
Człowiekowi w hipnozie da się wmówić wszystko. Że jest wężem i ma pełzać, że nie może się ruszyć, podnieść ręki, nogi, nic powiedzieć, zapomnieć jak się nazywa, sprawić że nie będzie widział hipnotyzera. Więc tak samo można wmówić komuś że był kiedyś królem.
  • 0




 

Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych