Skocz do zawartości




Zdjęcie

Symbole zagubione w deszczu


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
3 odpowiedzi w tym temacie

#1

Staniq.

    In principio erat Verbum.

  • Postów: 5057
  • Tematów: 671
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 23
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

*
Popularny

Widziałem rzeczy o jakich wy ludzie możecie tylko śnić. Wszystkie te chwile zatoną w powodzi czasu niczym łzy na deszczu. Czas umierać? O nie, Blade Runner wciąż żyje i dobrze się ma.

 

            blade-runner2-622x415.jpg

            fot/WarnerBros

 

        Ridley Scott otrzymał na „Blade Runnera” budżet w okolicach 30 mln dolarów, co było sumą trzykrotnie większą od tego, czym dysponował George Lucas przystępując do kręcenia „Gwiezdnych wojen”. „Blade Runner” to film wielki, najlepszy w dorobku Scotta. On po prostu idealnie trafił tym scenariuszem w swoje zamiłowania do szczegółu! Jako twórca reklamówek musiał opowiadać historie, mając na to zwykle kilkanaście sekund, siłą rzeczy nie było tam miejsca na rozwijanie psychologii, gdyż liczyła się gra symboli i znaczeń.

 

„Blade Runner” składa się z kilkudziesięciu scen, z których większość rozgrywa się w precyzyjnie skomponowanych sceneriach, wypełnionych po brzegi eksponatami. W głowie widza pozostają symbole: manekiny ze studia J.F. Sebastiana, wanna w której Deckard znajduje łuskę, wentylatory na dachu, reklama TDK, aż wreszcie biały gołąb wzlatujący do nieba na tle industrialnych wież.

 

No i symbol najważniejszy z nich wszystkich, zrobiony z origami jednorożec ze snów Deckarda. Gdy Gaff kładzie go na korytarzu, musi to oznaczać, że zna sny łowcy androidów, a to z kolei oznacza, że Deckard nie jest tym, za kogo się podaje.

 

Mimo tego natłoku obrazów i znaczeń udaje się opowiedzieć trzymającą w napięciu historię. „Blade Runner” po iluś już latach od kinowej premiery nadal jest filmem, nad którym nowe pokolenie ciągle dyskutuje, próbując doszukiwać się ukrytych sensów w finałowym monologu Roya Batty’ego czy w jego przemowie do dra Eldona Tyrella.

 

To największy zaszczyt, jakiego może dostąpić film, że prawie cztery dekady po premierze wciąż znajduje nowe pokolenia fanów. „Blade Runner” jak mało które inne dzieło filmowe zasługuje na miano kultowego – nie w sensie w jakim używa się często tego słowa (im dziwaczniejszy, tym bardziej ‚kultowy’), lecz poprzez to, że grupa jego wyznawców rośnie, a nie maleje jak to ma miejsce choćby w przypadku „Matriksa”. I wszyscy oni dalej zastanawiają się, czy Deckardowi rzeczywiście błysnęło w oku czerwone światełko podczas rozmowy z Rachael albo jak wygląda Tannhauser Gate.

 

Rutger Hauer zmarł 19 lipca 2019 r. w wieku 75 lat. W filmie umiera w listopadzie 2019…

 

logo_tunguska1.png

 


  • 5



#2

Kwarki_i_Kwanty.
  • Postów: 130
  • Tematów: 31
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 4
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

"Blade Runner" to film, o którym można powiedzieć, że jest ,,klimatyczny inaczej". A dlaczego? Wśród całej dwuznacznej atmosfery produkcji, którą przesiąknięte jest spowite nocą, padającym na ulice deszczem, oraz wieżowcami i licznymi strukturami aglomeracyjnymi pnącymi się w cieniu i mroku nocy ku górze, miasto, ukryte jest ponadczasowe piękno. Refleksja na temat wartości ludzkiego życia - jego normalnej egzystencji, naprawdę, przychodzi z czasem. "Blade Runner" Scotta jest jak dobre, wykwintne wino; im starsze, tym bardziej wartościowsze, lepsze, nabywające niepowtarzalnej głębi smaku, której nie da się zapomnieć. Z tak wyjątkowym, kanonicznym dziełem, stanowiącym absolut, wartość i tę nad wyraz istotną część dziedzictwa filmowego z gatunku science-fiction i kinematograficznej myśli ludzkiej w ogóle, jest podobnie. Im dłużej obcuje się z "Blade Runnerem" - z jego treścią, postaciami, morałem i atmosferą, oglądając go z odpowiednim zaangażowaniem emocjonalnym raz po raz, tym nauczamy się dostrzegać tę niezaprzeczalną wartość, którą obraz kinowy Ridleya Scotta niesie. Mówiąc inaczej, dostrzeganie niuansów w konstrukcie filmu, w postaci błysku czerwonego światełka w oku Deckarda podczas rozmowy z Rachel, różnych easter eggów, czy sama analiza dialogów między bohaterami i scen, aby dostrzec sedno ich ukrytej ,,wymowy", to jedno. W tym filmie jest coś jeszcze...

 

Osobiście "Blade Runnera" uznaję za 1 z 20 (takiej listy nie mam jeszcze gotowej) najbardziej wpływowych, najlepszych, czy jak kto woli najbardziej wartościowych filmów w historii kina gatunku sci-fi. 


  • 1

#3

Staniq.

    In principio erat Verbum.

  • Postów: 5057
  • Tematów: 671
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 23
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Skoro wchodzimy w ulubione dzieła...

Rok 1968. "2001: Odyseja kosmiczna" – amerykańsko–brytyjski film fantastycznonaukowy reżyserii Stanleya Kubricka. 

Film jest dziełem wybitnym, wychodzącym przed szereg. Audiowizualna uczta, synergia obrazu i dźwięku sprawia, że widz odbiera go nie tylko intelektualnie, lecz także emocjonalnie. 

Co ciekawe, zagadki tworzy nam własny umysł. Ten film to traktat filozoficzny o naturze człowieka wobec nieznanego. Jednym z pytań stawianych przez twórców filmu jest wzajemna relacja między człowiekiem, a stworzonymi przez niego maszynami, które w miarę uzyskiwania coraz bardziej skomplikowanych funkcji myślowych (sztucznej inteligencji) mogą się od niego uniezależniać, a nawet otwarcie zwracać się przeciwko niemu.

To był rok 1968, ale daleko w przyszłość wybiegała jego intencja. Wszystkie, pozornie nie związane ze sobą cztery epizody tej opowieści, łączy tajemniczy Monolit.

 

Podobny monolit do tego, który był świadkiem ewolucyjnego skoku u hominidów (zbieracz–padlinożerca staje się myśliwym, wykorzystującym narzędzia służące do zabijania) na Ziemi, zostaje odkryty po tysiącach lat przez zespół geologów na Księżycu. Nieznane jest jego pochodzenie ani cel. Wiadomo jedynie, że wysyła sygnały radiowe w kierunku Jowisza.

W kierunku tej planety zostaje wysłany statek „Discovery”, gdzie oprócz dwóch naukowców i zahibernowanej załogi, znajduje się najdoskonalszy wynalazek uczonych – wyposażony w sztuczną inteligencję komputer HAL 9000. Komputer, obdarzony samoświadomością i uczuciami, buntuje się przeciw ludziom i postanawia zgładzić załogę statku. Ratuje się jedynie dr David Bowman (Keir Dullea), który wyłącza po kolei układy HAL-a. Bowman, który dociera do orbity Jowisza, udaje się w psychodeliczną podróż przez bramę „pełną gwiazd” przez czas i przestrzeń, doświadczając własnej starości, śmierci, a także ponownych narodzin w innej fazie egzystencji.


  • 1



#4

Nick.
  • Postów: 1442
  • Tematów: 712
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 2
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Droga do Blade Runnera

 

 

droga-blade-runner-622x415.jpg

Źródło grafiki: © Piotr Mańkowski

 

O historii Deckarda napisano już milion słów. Za to bardzo ciekawy i mało znany jest proces, jaki doprowadził do powstania skąpanego w klimatach noir Los Angeles AD 2019.

 

Ridley Scott urodził się w angielskim South Shields w 1937 roku. Po ukończeniu studiów i jednorocznym wypadzie do Stanów Zjednoczonych, gdzie został zatrudniony przez Time Life, powrócił do ojczyzny i rozpoczął pracę w BBC. Oryginalnie został wynajęty jako scenograf, ale szybko awansował do zespołu zajmującego się produkcją. Nie zagrzał tam długo miejsca – w 1967 roku opuścił stację telewizyjną i założył Ridley Scott Associates, której głównej polem działania stała się realizacja reklamówek. Według różnych źródeł, przez ponad dekadę Scott osobiście wyreżyserował od 1500 do 2000 reklamówek. Wynikałoby z tego, że mniej więcej co dwa dni wypuszczał kolejny spot. O ile wielki H. P. Lovecraft jest niepokonany jeśli chodzi o epistolografię, trudno byłoby znaleźć filmowca, który nakręcił więcej reklamówek!

 

Na dużym ekranie Ridley Scott zadebiutował w 1977 roku rozgrywającym się w czasach napoleońskich filmem „Pojedynek”, opartym na opowiadaniu Josepha Conrada. Pewne jest, że udało mu się zgromadzić na planie wyjątkową obsadę z trójką znakomitych brytyjskich aktorów – Albertem Finneyem, Edwardem Foksem i Robertem Stephensem – na czele. Jedną z najciekawszych ról w swojej karierze zagrał tam także mało wówczas znany Harvey Keitel. Mimo nagrody krytyków w Cannes, wielu recenzentów kręciło nosami, film nie odniósł także spodziewanego sukcesu kasowego, ale zwiastował, że spod ręki Ridleya Scotta będą miały schodzić od tego momentu produkcje w pełni dopracowane warsztatowo, by nie powiedzieć – wycyzelowane.

 

Tak naprawdę szczęśliwa gwiazda uśmiechnęła się do Scotta rok przed kinową premierą „Pojedynku”. W światku filmowym, jak zresztą w życiu, często bywa, że projekt stworzony przez kilka osób po latach pamiętany jest jako dzieło tylko jednego z nich – tak stało i tym razem. Osobą, dzięki której Scott zdołał zaistnieć, był mało znany masowemu widzowi twórca o nazwisku Dan O’Bannon. Jako kolega ze studiów Johna Carpentera współpracował z nim przy debiutanckiej komedii „Mroczna gwiazda”, która mimo że wcześniejsza od „Gwiezdnych wojen” na swój sposób parodiowała to, co dopiero miało trafić na ekrany!

 

Co najzabawniejsze – nazwisko O’Bannona można również znaleźć na liście płac filmu Lucasa, przy którym pracował między innymi przy animacjach komputerowych. Ten obdarzony wielką wyobraźnią człowiek pracował także nad komiksami. Ze Scottem po raz pierwszy spotkał się we wspomnianym 1976 roku. Ich współpraca zaczęła się od przymiarek do ekranizacji „Diuny” Franka Herberta. Jako dyrektora artystycznego, do którego kompetencji należało zaprojektowanie wyglądu każdej z frakcji walczących o dominację nad Arrakis, wynajęli nieznanego wówczas szwajcarskiego grafika Hansa Rudolfa Gigera. Ten jak na artystę o mrocznej wyobraźni przystało, rozpoczął projekty od Harkonnenów (na zdjęciu) – ale niedługo potem ekipa przerwała prace i projekt został zawieszony. Pamiątką po nim pozostają dziś albumy z grafikami Gigera.

 

O’Bannon zgłaszając się do Scotta miał w zanadrzu swój własny, znacznie ważniejszy dla niego od „Diuny” projekt. Pierwotnie zatytułował go „Memory” (Pamięć). Była to historia o statku komicznym, na pokładzie którego zadekował się nieproszony ósmy pasażer. O’Bannon miał gotowy scenariusz tego horroru, ale poszukiwał reżysera i zaproponował posadę Scottowi. Giger, który już wówczas opublikował swój autorski album „Giger’s Necronomicon”, pełen gadzich monstrów, ożywionych płodów i metalicznych bestii z wielkimi kłami, zwykle wyposażonymi w odpowiednio wiele macek, został poproszony o zaprojektowanie Obcego. Wiadomo było, że sadomasochizm Gigera trzeba będzie wyrzucić na bok. Scott potrzebował Obcego ociekającego śluzem, ale drapieżnika, a nie kopulującą pokrakę.

 

Statek Nostromo naszkicował francuski król komiksu Moebius, który nawiasem mówiąc także był związany z niedoszłą realizacją „Diuny”, tyle że przygotowywaną przez chilijskiego maga ekranu Alexandro Jodorowsky’ego. Kto dziś pamięta o udziale tych twórców przy powstawaniu filmu? „Obcy” jest niemal jednoznacznie identyfikowany jako dzieło Ridleya Scotta. Na tym przykładzie moim zdaniem widać najważniejszą cechę Scotta – potrafił pojawić się w odpowiednim czasie i miejscu i zgarnąć co najlepsze! O’Bannon nauczył się od niego tyle, że warto zabierać innym sprzed nosa pomysły – i w 1985 roku wyreżyserował swój pierwszy film, parodystyczny horror „Powrót żywych trupów”, który wywołał prawną batalię z Goerge’em R. Romero posiadającym prawa autorskie do wszystkiego co związane ze słowami „living dead” – po czym wrócił do pisania scenariuszy. Zmarł w zapomnieniu w 2009 r.

 

Scott tymczasem po sukcesie „Obcego” stał się człowiekiem o szerokich horyzontach twórczych. Nie do pomyślenia było, by miał się zabrać za jakiś niewielki dramat czy historyczną opowieść w stylu „Pojedynku”. Po wkroczeniu na drogę pełnych rozmachu produkcji nie zszedł z niej aż do końca kariery, chociaż w pewnym jej okresie został nieco zmuszony do zmniejszenia kalibru. Jeszcze przed premierą „Obcego” rozpoczął rozmowy z producentami na temat kolejnego filmu. Tym razem miała to być produkcja science fiction, do którego to gatunku jak wspomina sam Scott, przekonał się dopiero gdy zobaczył „Gwiezdne wojny”. Scenariusz oparty na opowiadaniu Philipa K. Dicka nosił roboczy tytuł „Dangerous Days” (Niebezpieczne dni) i przechodził z jednych rąk do drugich. Dopiero trafiwszy do Davida Peoplesa, nabrał sensownych kształtów.

 

Cała reszta jest już historią, o której pisaliśmy tutaj. Tyle że specyficzna to historia – ciągle żywa i na nowo odkrywana.

http://www.tunguska....-blade-runnera/

 

 

 
 
 

 

 

 


  • 2





Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u