Skocz do zawartości




Zdjęcie

Atomowe zabawki prezydenta


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
4 odpowiedzi w tym temacie

#1

Nick.
  • Postów: 1414
  • Tematów: 691
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 2
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

maxresdefault.jpg

Domena publiczna

 

 

Zasady użycia broni jądrowej, które wprowadził Barack Obama, dopuszczają praktycznie niekontrolowane jej użycie przez prezydenta Stanów Zjednoczonych. Problem polega na tym, że nieprzewidywalny Donald Trump zechce kiedyś z tych uprawnień skorzystać, wydać rozkaz ataku, co zajmie mu mniej niż napisanie tweeta i nikt nie będzie mógł go powstrzymać - pisze dla POLITICO Marc Ambinder.

 

Większość ludzi odpycha od siebie straszliwą wizję, że jeden człowiek mógłby jednym rozkazem uruchomić nuklearny Armagedon. Nawet kiedy o tym myślimy, wciąż operujemy obrazami rodem z zimnej wojny: atak nuklearny musi być przeprowadzony na ogromną skalę, z powierzchni ziemi muszą zniknąć miasta i zginąć muszą miliony.

 

W rzeczywistości jest wręcz odwrotnie. W obecnej amerykańskiej doktrynie nuklearnej – która opisuje planowanie wojny atomowej – bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym obecny prezydent wyda rozkaz nuklearnego uderzenia odwetowego w odpowiedzi na atak nie-nuklearny. I dziś może to zrobić łatwiej niż kiedykolwiek.

 

Zatrzymajmy się tu na chwilę, by przypomnieć, że prezydentem jest dziś Donald J. Trump. W nowej książce o administracji Trumpa, jej autor Bob Woodward opisuje scenę, w której w napadzie gniewu na prezydenta Syrii, Bashara Assada, który użył broni chemicznej przeciwko niewinnym cywilom, prezydent nakazuje sekretarzowi obrony, Jimowi Mattisowi, zabić dyktatora. "Zabijmy go, kurwa. No dalej. Pozabijajmy tych sukinsynów”, miał podobno powiedzieć Trump. Według Woodwarda, Mattis zignorował rozkaz albo nie potraktował go dosłownie i zamiast tego przedstawił prezydentowi listę bardziej ograniczonych opcji.

 

To jedna z najbardziej poruszających scen w książce Woodwarda, głównie dlatego, że w brutalny sposób pokazuje, jak sekretarz obrony może sabotować bezpośredni rozkaz głównodowodzącego. Jednak zdaniem ekspertów od bezpieczeństwa narodowego to, co wydarzyło się w tym pokoju, można również odczytać w inny, potencjalnie jeszcze groźniejszy sposób: ten rozkaz mógłby z powodzeniem dotyczyć broni nuklearnej.

 

I w takim przypadku tylko urzędnik gotowy przeciwstawić się wybranemu w wyborach powszechnych prezydentowi stanąłby pomiędzy nami i pierwszym atakiem atomowym od 70 lat.

 

Ten scenariusz wcale nie jest tak szalony, jak by się mogło wydawać.

 

Dzięki modernizacji naszego systemu nuklearnego, dokonanej za czasów prezydenta Baracka Obamy i ostatnim zmianom w protokole Pentagonu, amerykański prezydent może łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej zarządzić taktyczny atak nuklearny w dowolnej części globu.

 

Wiemy, że nasze obecne plany wojny jądrowej – OPLAN 8010-12 – kreślą dokładny scenariusz, w którym prezydent nakazuje ograniczony atak jądrowy, by zapobiec rozprzestrzenianiu broni masowej zagłady. Gaz sarin podpada pod tę definicję. Kryzys w Syrii jest więc jednym ze scenariuszy, w którym mogłoby się to wydarzyć.

 

Najpoważniejsza rozmowa, jaką powinniśmy odbyć w sprawie planów Trumpa wobec Assada, nie dotyczy tego, czy prezydent się nadaje, czy nie lub czy może on liczyć na lojalność swojego gabinetu. Pytanie, jakie należy zadać brzmi, dlaczego amerykański prezydent – bez względu na to, kto nim jest – wciąż ma niekontrolowaną przez nikogo możliwość przeprowadzenia ataku nuklearnego.

 

Protokoły nuklearne

 

Pytanie staje się tym pilniejsze, że nasze protokoły nuklearne zmieniły się w sposób, z którego opinia publiczna wciąż nie zdaje sobie sprawy. Jeszcze do niedawna główny hit na nuklearnej liście przebojów nosił tytuł "Główne opcje ataku”. Były to plany uderzenia nuklearnego wymierzonego w przeciwników, których Pentagon uważał za kraje "równe” albo "prawie równe” czyli inne globalne supermocarstwa.

 

Przykłady można by mnożyć: Zniszczenie wszystkich głównych rosyjskich wyrzutni nuklearnych drugiego rzutu. Albo: Sparaliżowanie chińskiego zaplecza przemysłowego. Te niszczycielskie plany miały przynosić przede wszystkim efekt odstraszający – zniechęcać głównych wrogów Ameryki do wszczynania jakichkolwiek poważniejszych geopolitycznych awantur.

 

Rzeczywiste ataki miałyby gigantyczną skalę: Międzykontynentalne rakiety balistyczne wystrzeliwane ze Stanów Zjednoczonych przenosiłyby głowice napakowane odpowiednikiem 300 tys. ton trotylu. Ładunki nuklearne umieszczone na okrętach podwodnych lub podczepione pod brzuchy bombowców strategicznych miałyby odpowiadać za nasze "drugie uderzenie”, na wypadek, gdyby wrogowi udało się zniszczyć pierwszą falę.

 

Biorąc pod uwagę siłę naszych przeciwników, jedną z najlepszych gwarancji ograniczających prawdopodobieństwo ataku, była możliwa skala odpowiedzi – jeden drobny błąd i miliony naszych rodaków także by zginęły. Wszystko to jest wiedzą ogólnie dostępną.

 

Pod koniec zimnej wojny do zestawu celów dodano nową kategorię przeciwników: państwa rozprzestrzeniające broń masowej zagłady, w tym małe, zbójeckie reżimy, które mogą pracować nad własną bronią nuklearną, biologiczną czy chemiczną.

 

Korea Północna, Syria czy Iran mogły w pewnym momencie paść ofiarą podobnej apokalipsy. Atak nuklearny na jeden z tych reżimów być może nie przyniósłby ataku odwetowego w tej samej skali co ze strony innych mocarstw, ale wciąż potencjalnie groził przerażającą liczbą niezamierzonych ofiar. Każde uderzenie w tej kategorii – nawet "ograniczone” – spowodowałoby wielkie straty uboczne, co skutecznie zniechęcało kolejnych prezydentów do sięgnięcia po opcję nuklearną.

 

Atomowe "zabawki"

 

Jednak w 2018 roku amerykański arsenał nuklearny zaczyna wyglądać zupełnie inaczej niż kiedyś, a scenariuszy, w których mógłby on zostać wykorzystany, przybywa. Katalog broni, którą dziś ma na podorędziu Trump i będzie miał, jeżeli zostanie na drugą kadencję, obejmuje nuklearne bomby grawitacyjne, takie jak ta, którą w czerwcu w Nevadzie demonstracyjne przetestowało U.S. Air Force. Pocisk pod nazwą B61-12 ma możliwość niszczenia celów podziemnych, został wyposażony w niezwykle dokładne systemy naprowadzania i technologię różnicowania ładunku.

 

Te modernizacje oznaczają, że pocisk nuklearny może zostać użyty przeciwko stosunkowo wąskiemu celowi, takiemu jak stanowiska dowodzenia i kontroli, których Rosja potrzebowałaby do zaatakowania swoich dawnych satelitów, Łotwy, Litwy i Estonii. Zwiększają również prawdopodobieństwo, że prezydent może ulec pokusie, by użyć ich gdzie indziej, dla dowolnego celu militarnego lub nawet politycznego.

 

USA mają obecnie technologię pozwalającą umieszczać niewielkie, precyzyjne głowice o małej mocy na najnowszych pociskach manewrujących, które obecnie doskonalą – ten rodzaj rakiet mógłby być wystrzeliwany z dowolnego miejsca w Europie przeciwko, powiedzmy, Syrii. Rozmieszczanie takiej broni jest obecnie zakazane przez Traktat INF o całkowitej likwidacji rakiet średniego zasięgu, ale USA uważają, że Rosja już złamała ten traktat, więc amerykańskie dowództwo na mocy tajnej prezydenckiej dyrektywy może w ramach eksperymentu przenieść kilka takich wyrzutni do Europy.

 

Trzecia zabawka w prezydenckich rękach to pociski manewrujące małej mocy wystrzeliwane z okrętów podwodnych.

 

Pentagon twierdzi, nie bez pewnej racji, że taka broń jest potrzebna jako nowy środek odstraszania, bo metody prowadzenia wojny również się zmieniają. Sztabowcy argumentują, że postępy rosyjskiej strategii militarnej, na przykład teoria "deeskalacji”, może skłonić prezydenta Władimira Putina lub jego następcę do sięgnięcia po taktyczną broń nuklearną w celu odzyskania terytoriów w Europie, oczywiście przy założeniu, że USA nie miałyby – lub nie mają – w swoim arsenale broni zdolnej odpowiedzieć na to "ograniczone” wyzwanie.

 

Koniec końców jednak nuklearne odstraszanie wciąż opiera się na psychologii, a nie technologii. Źli chłopcy muszą wierzyć, że amerykańska broń jest prawdziwa i że naprawdę będzie użyta w rzeczywistym konflikcie. Wielki problem polega na tym, że technologia, której używamy do przenoszenia broni jądrowej, rozwinęła się do tego stopnia, że prezydent może nie znajdować zbyt wielu powodów do obaw, decydując się na jej użycie w realnym konflikcie.

 

Jeżeli prezydent zyska pewność, że radioaktywny opad będzie minimalny, zagrożenie dla cywilów bliskie zeru, a skala zniszczeń precyzyjnie zaplanowana, to wiele ograniczeń dla naciśnięcia atomowego guzika zniknie.

 

Szybciej niż wysłanie tweeta

 

Może wydawać się dziwnym, że to akurat Obama – człowiek, który z taką pasją nawoływał do stworzenia świata całkowicie wolnego od broni nuklearnej – jest odpowiedzialny za taką serię niebezpiecznych zmian. By jednak osiągnąć swoje cele w dyplomacji nuklearnej, musiał wyłożyć ogromny kapitał polityczny.

 

W 2010 roku przekonał Senat do przyjęcia traktatu rozbrojeniowego z Rosją, który ograniczał liczbę głowic gotowych do użycia w każdym z krajów. Jednak kompromis z senatorami wymagał, by Obama zgodził się na modernizację arsenału atomowego wartą setki miliardów dolarów. Modernizację zwiększającą prawdopodobieństwo, że któryś z jego następców któregoś dnia użyje tego cholerstwa.

 

Obama chciał temu przeciwdziałać. Kilku jego doradców mówiło mi, że podczas drugiej kadencji chciał zainicjować poważną publiczną debatę dotyczącą tego, jak ta broń może zostać wykorzystana i kto powinien mieć prawo wydać stosowny rozkaz. Koniec końców zabrakło mu czasu i determinacji.

 

Nuklearni stratedzy używają terminu Ukierunkowane/Przystosowawcze Opcje Planowania Potencjału, a jego oficjalne znaczenie jest utajnione. W skrócie chodzi jednak o to, że biorąc pod uwagę konieczność przystosowania się do światowej sytuacji kryzysowej, prezydent może, w ciągu ośmiu godzin, skierować broń nuklearną w dowolny punkt na ziemi.

 

Głowa państwa może wydać ten rozkaz w pojedynkę, a potem, bez konsultowania się z kimkolwiek – ani z sekretarzem obrony, ani doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego, ani Połączonym Kolegium Szefów Sztabów – nacisnąć atomowy spust. Wszystko to wymaga tylko rozmowy telefonicznej.

 

Rozmowa, jeżeli prezydent będzie chciał, może zostać wykonana ze zwykłego, nieszyfrowanego telefonu komórkowego. Po drugiej stronie połączenia będzie kontroler z Sekcji Działań Nadzwyczajnych, pracujący w jednym z (przynajmniej) czterech amerykańskich centrów dowodzenia nuklearnego, które czuwają dwadzieścia cztery godziny na dobę.

 

Potem nastąpi szybka wymiana kodów weryfikacyjnych i – w czasie krótszym niż prezydentowi zajmuje odpalenie kolejnego tweeta – rozkaz o użyciu broni jądrowej zostanie sformatowany i przekazany siłom zbrojnym.

 

Tak więc najpotężniejszy człowiek na tej planecie może swobodnie rozporządzać przemożną i śmiertelnie groźną siłą. Zadajmy w związku z pytanie: czy to, że prezydent Stanów Zjednoczonych może nakazać uderzenie nuklearne przeciwko komukolwiek i czemukolwiek, w dowolnym miejscu na Ziemi, nie będąc zmuszonym do konsultowania tej decyzji z kimkolwiek, kto mógłby go skłonić do jej zmiany, jest etyczne? Czy można stworzyć lepszy system?

 

Amerykański system dowodzenia i kontroli nuklearnej jest dziś bardziej niezawodny niż kiedyś, ale daleko mu do doskonałości – ta wiedza wynika z regularnych wystąpień generałów Air Force.

 

Możliwości kontrolne "ulegają atrofii” powiedział w marcu w Kongresie generał Robin Rand, szef dowództwa nuklearnego Air Force. Kluczowy system ostrzegania ma luki w bezpieczeństwie. Nowsze technologie mogą być podatne na cyber-ataki i spoofing. CNN informował ostatnio w dość mętny sposób, że sekretarz obrony był tak zaniepokojony stanem komunikacji w siłach nuklearnych, że nakazał tajną przebudowę struktury wydawania rozkazów dotyczących arsenałów jądrowych.

 

Obama nie mógł przewidzieć, że Stany Zjednoczone wybiorą na prezydenta człowieka, którego temperament tak ostentacyjnie nie pasuje do wizerunku zdecydowanej, zawsze czujnej postaci, którą sobie wyobrażamy w pobliżu nuklearnego guzika.

 

Liczenie na to, że Jim Mattis zignoruje rozkaz odpalenia rakiety z ładunkiem nuklearnym wydaje się być ryzykiem, którego lepiej byłoby nie podejmować.

 

Autor jest współpracownikiem magazynów “The Week”, “The Atlantic” i “GQ”. Obecnie pracuje nad książką na temat zagrożeń konfliktem jądrowym.

źródło

 


  • 3



#2

Staniq.

    In principio erat Verbum.

  • Postów: 5020
  • Tematów: 663
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 23
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Właśnie wyobraziłem sobie, jak Trump wydając rozkaz ataku robi "dzióbek"...

Wybaczcie  :szczerb: .


  • 1



#3

Nick.
  • Postów: 1414
  • Tematów: 691
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 2
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

up@

 

c7677af5cfa5f5d4.jpg

Foto: JOHN GURZINSKI / PAP

 

Czasem jedno zdjęcie mówi więcej, niż tysiąc słów.


  • 0



#4

ppp.
  • Postów: 383
  • Tematów: 26
Reputacja Żałośnie niska
Reputacja

Napisano

Bardzo szybki postęp technologiczny doprowadzi kiedyś do sytuacji w której każdy większy mafiozo będzie dysponował taką bronią. Zagrożenie nie leży po stronie Kima, Putina czy Trumpa a w małych organizacjiach mających dostęp do broni atomowej w walizce czy broni chemicznej, biologicznej.


  • 0

#5

Perseusz.
  • Postów: 75
  • Tematów: 4
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano

Zatrzymajmy się tu na chwilę, by przypomnieć, że prezydentem jest dziś Donald J. Trump. W nowej książce o administracji Trumpa, jej autor Bob Woodward opisuje scenę, w której w napadzie gniewu na prezydenta Syrii, Bashara Assada, który użył broni chemicznej przeciwko niewinnym cywilom, prezydent nakazuje sekretarzowi obrony, Jimowi Mattisowi, zabić dyktatora. "Zabijmy go, kurwa. No dalej. Pozabijajmy tych sukinsynów”, miał podobno powiedzieć Trump. Według Woodwarda, Mattis zignorował rozkaz albo nie potraktował go dosłownie i zamiast tego przedstawił prezydentowi listę bardziej ograniczonych opcji.

Przepraszam, że wypowiem się tak średnio w temacie, ale powyższy cytat (zakładając jego autentyczność) świadczy o tym, że amerykańscy prezydenci żyją od dawna w alternatywnej rzeczywistości. Nie będę się rozpisywać na temat irackiej broni masowego rażenia, ale przypomnę może ,,pielęgniarkę'' Nayirah al-Ṣabaḥ, która miała być rzekomo świadkiem wyrzucania przez irackich żołnierzy noworodków z inkubatorów w Kuwejcie. Okazało się, że Nayirah al-Ṣabaḥ to córka ambasadora Kuwejtu w Stanach Zjednoczonych, a jej historia była warta tyle, co i incydent w Zatoce Tonkińskiej (a może nawet mniej, bo tam do jednego z dwóch nagłośnionych ataków faktycznie doszło). Podobnie jest z używaniem broni chemicznej przez reżim Assada przeciwko cywilom (nigdy bojówkarzom) zawsze wtedy, gdy wojska rządowe zdobywają przewagę, na miejscu są jacyś ,,niezależni obserwatorzy'' i nikt nie widzi w tym najmniejszego sensu; no, chyba, że prezydent to psychopata, bo ta wersja tłumaczy każdy bezsens propagandy. 

 

Ale proszę sobie teraz wyobrazić prezydentów innych krajów, którzy słysząc o napalmie albo o pociskach ze zubożonym uranem zrzucanych na obiekty cywilne w Jugosławii, uderzają pięścią o blat i mówią o prezydencie USA ,,Zabijmy go. No dalej, pozabijajmy Amerykanów'', pomijając już wulgaryzmy. 

 

Wszyscy wiedzą, że polityka rządzi się swoimi prawami. Polityka zagraniczna szczególnie. O hipokryzji i arogancji Anglosasów też można by pisać całe referaty, ale właśnie te dwie rzeczy powinny świadczyć o zimnym i wyrachowanym cynizmie, o amerykańskim prezydencie doskonale zdającym sobie sprawę z tego, że jemu wolno jest czynić wszystko w interesie ,,bezpieczeństwa narodowego'', co w przypadku innych krajów poskutkowałoby surowymi sankcjami. Powinien on więc podchodzić do takich tematów spokojnie, reagując stosownie do oczekiwań. 

 

Wolę więc wierzyć w to, że cytat ten nie jest autentyczny. Bo chyba wszyscy wolimy mieć u władzy cyników i hipokrytów, niż ludzi z rozdwojeniem jaźni. Choć niewykluczone, że narcyzm nie jest jedynym problemem obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych i faktycznie może być on przekonany o misji dziejowej swojego narodu błogosławionego przez Boga (przynajmniej jeśli wierzyć słowom każdego amerykańskiego polityka). Narcyzm, mesjanizm, cynizm... Kosmici tutaj są o tyle od polityki lepsi, że przynajmniej nie każą nam siebie słuchać, tylko rzekomo przylatują co jakiś czas gnieść kukurydzę. 


  • 0





Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u