Skocz do zawartości




Zdjęcie

Oprawcy.


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
7 odpowiedzi w tym temacie

  #1 Staniq

Staniq

    Opiekun

  • Redaktor
  • Postów: 2040
  • Tematów: 279
  • PłećMężczyzna
  • Artykułów: 11
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano 27.12.2013 - 01:08

*
Popularny

Wielki proces dzieci w Szwecji zaczął się od tego, że piętnastolatek Erie Ericsen oskarżył osiemnastoletnią Gertrudę Svensen, iż porywa dzieci i ofiarowuje je diabłu. Inne dziewczęta i chłopcy zaczęli oskarżać niektóre kobiety, że z nakazu diabła zabierały je ze sobą na sabat czarownic. Rosło podniecenie, psychoza zataczała coraz szersze kręgi. Wieść o diable władającym duszami setek dzieci dotarła do Sztokholmu.

Dołączona grafika

PROCES DZIECI W SZWECJI

Odprawiono modły, przybyła stosowna komisja. Dzieci rzucały oniemiałym z przerażenia kobietom najfantastyczniejsze oskarżenia. Na diabelską ucztę na sabacie składały się podobno: kapuśniak ze słoniną, owsianka, ser i mleko – szczyt obżarstwa, jaki marzył się wiejskim dzieciom.
Diabeł bił podobno dzieci kijem, a śladów nie było, bo zapowiedział im z góry, że sińce podczas badania znikną. Wysłannicy królewskiego rządu spalili siedemdziesiąt kobiet i piętnaścioro dzieci uczestniczących w sabatach. Trzydzieścioro sześcioro dzieci (9-12 lat) otrzymało karę chłosty, która miała być wymierzana co niedzielę przez okrągły rok, dwudziestka dzieci dostała jednorazową chłostę, a 47 osób uniewinniono.
Wieść o tej erupcji obłędu w luterańskim królestwie wywołała głębokie poruszenie w innych protestanckich krajach. Jak zwykle w przypadkach zbiorowej psychozy, dzieci wiły się w konwulsjach lub popadały w omdlenie.
W trzech innych parafiach Szwecji ścięto lub spalono 70 osób. W 1675 r. gorączka ogarnęła także Sztokholm. Oskarżenia i aresztowania sypały się jak z rękawa. Ale znaleźli się na szczęście rozumni i odważni ludzie, którzy nie uznali niedorzecznych oskarżeń i wymuszonego przyznania się do winy. Donosicielom za oszustwo wymierzono dotkliwa karę cielesną i finansową. Skarb państwa wypłacił niewinnym po trzy tysiące talarów. I tak się zakończył ostatni proces czarownic w Szwecji.
W Niderlandach wieść o tym, co działo się do niedawna w Szwecji, poruszyła oświecone umysły i skłoniła do działania.

ROZSĄDEK I ZAŚLEPIENIE W NIDERLANDACH

Obłędna Idea prześladowań, wyłożona w „Młocie na czarownice”, zaczęła krzewić się w Niderlandach dopiero w XVI w. Początkowo spotkała się ze sprzeciwem rozsądnych ludzi, ale od 1542 r. zapanował paniczny lęk przed czarownicami. Więzienia były przepełnione mężczyznami i kobietami, których podejrzewano o czary. Jeden z samowładnych dziedziców, Bernard van Merode, poddawał w lochach swego zamku ofiary nieopisanym męczarniom. Wśród sterroryzowanej ludności zrodził się ruch oporu i władze zwierzchnie prowincji zaczęły interweniować w obronie ludności. Samowola oprawcy została ukrócona, ale obłęd prześladowczy trwał. W mieście Roermond i trzech okolicznych wioskach spłonęły na stosie 64 osoby na skutek doniesienia dwunastolatki, która zadenuncjowała zresztą także własną matkę. Polowania zataczały coraz szersze kręgi. W sierocińcu w Amsterdamie w 1566 r. wybuchła epidemia opętania. Dzieci tarzając się wypluwały z ust pokrytych pianą najohydniejsze wyzwiska pod adresem wychowawców i duchownych. Wrzaski trwały dopóty, dopóki nie zdecydowano się na wydawanie dzieciom przepustek na miasto. Okazało się, że demony milkły. Napięcie, spowodowane zbyt długo tłumionymi odruchami buntu przeciw monotonii ściśle uregulowanego życia w zakładzie i rygorom surowej dyscypliny, rozładowywało się. Co ciekawsze, tam gdzie wydano choćby jeden wyrok uniewinniający, ustawały donosy, pomówienia i oskarżenia. Sądy coraz powszechniej żądały dowodów winy, a w przypadkach ich braku oskarżycieli skazywano na wysokie grzywny lub areszt.
Kres procesom czarownic w Holandii położyło przestrzeganie obowiązujących zasad prawnych
Bez wyraźnych dowodów winy, i to nie pochodzących od dzieci lub szatana, nie wolno było nikogo skazać. Ogłoszono, że stosowanie tortur urąga poczuciu sprawiedliwości i chrześcijańskiemu nakazowi miłosierdzia. Opiekowano się uchodźcami z innych krajów. Nie słuchano samooskarżeń. W miasteczku Oudewater ważono na miejskiej wadze wszystkich obawiających się oskarżenia o czary i wydawano zaświadczenia, że ma się „odpowiednią” wagę. Próby wagi w innych krajach dawały z reguły wynik negatywny, to znaczy okazywało się, że waga ciała jest właściwa czarownicy, czyli za mała (mogła więc latać na sabaty).
Do bohaterów odważnie przeciwstawiających się machinie zabijania kobiet należał lekarz Wierus, który nie tylko publikował rozprawy polemizujące z „Młotem na czarownice”, obalając kolejno absurdalne pomysły Insitorisa i Sprengera, ale także leczył z powodzeniem „nawiedzone” przez szatana mniszki. Stosowany przez niego w terapii zdrowy rozsądek święcił triumfy.
Co ciekawe,
kobiety w żadnym z europejskich krajów nie broniły się przed oskarżeniami. Bezradne, bezbronne, przerażone i pozbawione możliwości ochrony, poddawały się bestialstwu oprawców
Obrony podejmowali się mężczyźni – co prawda bardzo nieliczni.

CZAROWNICE Z SALEM

Do purytańskiej kolonii Massachusetts w Ameryce słuchy o polowaniach na czarownice w Europie docierały za pośrednictwem angielskiej metropolii. W koloniach obowiązywały te same zasady co w dobrej starej Anglii, gdzie czarownic nie palono, lecz je wieszano i przydarzyło się to jedynie 12 osobom – jeśli pominąć Salem. Bo wieś Salem stanowiła ognisko obłędu. Liczyła nie więcej niż setkę domostw, tworzyła jednak odrębną gminę. Droga ze wsi do miasta Salem była daleka i uciążliwa. Były to dla purytańskich osadników czasy pełne niepokoju i trwogi. Nękały ich nieurodzaje, szerzyła się epidemia ospy i wciąż napadali Indianie, stąd łatwo było o myśl, że to szatan zawziął się na nich. Jeśli dodać do tego fanatyczną żarliwość religijną, będziemy mieli obraz stanu ducha osadników bezpośrednio przed procesem czarownic. Horda opętanych dziewcząt, które wystąpiły w roli oskarżycielek, liczyła piętnaścioro dzieci, a wszystko zaczęło się od małej, dziewięcioletniej córeczki duchownego Samuela Parrisa i jego jedenastoletniej siostrzenicy Abigail. Dziewczynki lubiły przesiadywać całymi dniami w kuchni, słuchając niesamowitych opowieści niewolnicy, Murzynki Tituby. Grono zainteresowanych słuchaczek poszerzało się stopniowo, dziewczynki z wypiekami na twarzach chłonęły przerażające wytwory fantazji poczciwej, pełnej serdeczności niewolnicy. Pierwsze nie wytrzymały napięcia psychicznego Betty Parris i Abigail (1692 r.). Interwencja lekarza nie pomogła, a ponieważ zaburzenia świadomości utrzymywały się, wieść, że dziewczynkom zadano czary, szybko rozeszła się po wsi. Pozostałe słuchaczki Tituby także zaczęły coś niezrozumiale bełkotać, wić się w drgawkach i raz po raz zapadać w stan odrętwienia, po czym znów wrzeszczały i miotały się. Wezwano na pomoc duchownych z miasta Salem. Modlitwy i posty nie pomagały, zły duch nie opuszczał dziewcząt. Ciskały Biblią po ścianach, próbowały wzniecać pożary w zamkniętych pomieszczeniach, toczyły pianę z ust. Nalegano, by wyznały, kto je opętał. Wymieniły Titubę i dwie inne panie.

Dołączona grafika
Badanie czarownicy – autor T. H. Matteson. (Examination of a Witch by T. H. Matteson).

Rozprawa sądowa odbyła się w wiejskim kościółku, przewodniczył sędzia John Hathorne z miasta Salem. Tituba potwierdziła wszystkie zarzuty, z właściwą sobie swadą opisując sabaty, w których regularnie uczestniczyła. Słuchano jej zeznań z nabożeństwem pomieszanym ze zgrozą. Pomiatana dotąd niewolnica poczuła się wreszcie ważna. To był zapewne mechanizm przyznawania się do nie popełnionych win przez wiele lekceważąco i pogardliwie traktowanych kobiet. Dwie pozostałe oskarżone, jak to sąsiadki, posądzały się wzajemnie o konszachty z diabłem, ale zaprzeczały stanowczo własnej winie. A nasze opętane pannice stawały się coraz bardziej zuchwałe i złośliwe, pewne uznania i bezkarności. Za cel ataków obrały kobiety i mężczyzn cieszących się w Salem powszechnym szacunkiem, zwłaszcza tych, którzy nie ukrywali, że cała ta historia jest mocno naciągana.

Szczególnie dużo oskarżeń rzucała dwunastoletnia Anna Putnam, będąca pod fatalnym wpływem skłóconej ze wszystkimi matki. Przekazana dziecku nienawiść do ludzi owocowała pomówieniami. Oskarżone osoby niezwłocznie stawały przed sądem. Dziewczynki demonstrowały na ich widok draśnięcia i skaleczenia, krzyczały, że są przez te czarownice kłute szpilkami, naśladowały z błędnym okiem wszystkie ruchy nieszczęsnych, prawdziwych ofiar. Zaślepieni sędziowie odrzucali wszelkie, bardzo zresztą nieliczne, głosy sprzeciwu w stosunku do zeznań biednych, niewinnych istot, które podczas wykonywania wyroku przyglądały się swojemu dziełu z uśmiechem mściwej satysfakcji.
Jedyna dziewczynka, która przestała nagle miewać napady, to Mary Proctor, córka porządnego i odważnego człowieka, który posadził ją przy kołowrotku i zagroził porządnym laniem. Horda opętanych nie darowała jej tego i następnego dnia małżonkowie Proctor stanęli przed sądem jako niebezpieczni czarownicy. Ich majątek skonfiskowano. Tak zginęli wszyscy, którzy mieli jakiekolwiek zatargi z rodzinami oskarżycielek. Nie darowały nawet miejscowemu duchownemu…

Mimo że obowiązujące tam angielskie prawo zakazywało tortur, powszechnie męczono kobiety przed odebraniem im życia. Ludzie z przyjemnością wywlekali osobiste urazy, zgłaszając się z donosami, i nie mając dość wyobraźni, aby przewidzieć, że będą następnymi ofiarami. Na więziennym łańcuchu skonała pięcio-
letnia córeczka jednej z czarownic.

Anna i Abigail podróżowały po sąsiednich miejscowościach, użyczając swego talentu w wykrywaniu czarownic. Rozpętało się rzeczywiste piekło. Okazało się bowiem, że wszystkie niewiasty są czarownicami. Sędziowie przestali podpisywać wyroki i wstrzymywali się z nakazami aresztowania. Po oskarżeniu żony gubernatora przyszło wreszcie otrzeźwienie. Zaczęto wypuszczać z więzień początkowo dzieci, potem dorosłych. W maju 1693 roku ogłoszono amnestię. Niestety, pozostałych przy życiu nie było już wielu. Nastąpił jednak w końcu czas skruchy i pokuty.

Historia lubi się powtarzać. Co jakiś czas gwałcone są prawa jakiejś grupy, zwykle dzieje się tak wtedy, gdy jest ona zbyt słaba, by się bronić, i gdy nadchodzi czas kryzysu społecznego, politycznego lub ekonomicznego. Prześladowaniom sprzyja głupota, sadyzm i łamanie prawa. Kiedy uzna się jeden punkt widzenia za właściwy, może nadejść czas zdziczenia i palenia czarownic. Warto zatem bronić wolności słowa i myślenia.

Autor: Hanna Hamer

Źródło: nieztejziemi.org Dołączona grafika

link: http://nieztejziemi....oprawcy-kobiet/
  • 7



  #2 Zbeeanger

Zbeeanger
  • Użytkownik+
  • Postów: 504
  • Tematów: 67
  • PłećMężczyzna
  • Artykułów: 9
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano 27.12.2013 - 08:48

Procesy czarownic z Witten.

Nawet w XX wieku procesy z Witten były przyczyną poruszenia umysłów wielu historyków i badaczy. Wspomnienia o nich pozostawił w swojej noweli Gerrit Harens, a także Arndt Bottermann. Owiane tajemnicą tragedie, jakie wydarzyły się na tamtejszym terenie spotkały się szerokim zainteresowaniem publiki. Haren wydał w 1898 roku pracę na podstawie akt procesowych uzyskanych w Archiwum miejskim w Witten. Mimo tak licznych opracowań spróbujmy raz jeszcze powrócić do tamtejszych wydarzeń. Po dokładniejszym przyjrzeniu się sytuacji z pewnością będziemy mogli wrobić sobie własny osąd na ten temat.

Dołączona grafika

Niewątpliwie w centrum zainteresowania wielu historyków stoi postać rolnika z Witten, Arndta Bottermanna. W roku 1647 odbył się przeciwko niemu proces o którym możemy przeczytać w kronikach miejskich. Na skutek dłuższego zbierania materiałów procesowych w połowie XVII wieku wspomniany oskarżony musiał stanąć 4 razy przed trybunałem.

Gerrit Harens opisując swoje losy podaje również inne fakty z dziejów inkwizycji. Razem z nim postawiono przed sądem dwie kobiety: matkę i córkę które z biedy mieszkały "w pobliskich błotach". Widocznie w roku 1589 miejscy sędziowie postanowili pozbyć się bezdomnych. Wspomniane kobiety stanęły zatem przed sądem jako "wyrzutki społeczeństwa" oskarżone o uprawianie magii. Dalej Haren podaje nam w swojej pracy informację na temat procesów z roku 1647. Wówczas bowiem osądzono 14-18 osób parających się magią, których apelacja została skierowana nie do Kleve, lecz do Dortmund wprost do Cesarskiego Sądu.

Informacje jakie podaje nam Harens niektórzy historycy umieszczają pod datą 20. sierpnia 1583. Był to czas kiedy burmistrzem a zarazem sędzią miasta Hatting był Conrad Märker. Te same źródła podają nam również informację o egzekucji tychże osób. Podobnie też 28 lipca 1580 r. , a dalej 3 sierpnia i 28 września, sześć kobiet i jeden mężczyzna zostało skazanych na spalenie, bądź ścięcie.

Dołączona grafika

Możemy zatem zauważyć że czas w okolicach roku 1580 był szczególnie napięty. Wiele osób również było zaangażowanych we wspomniane przeze mnie procesy, jak. np. Wennemar von Brempt, Johann Friedrich von Stammheim, Ruprecht Stael von Holstein wraz z synem Hardenbergem.
Na zarządzenie Conrada Märker zostało wykonanych 7 wyroków śmieci na osobach oskarżonych o czarnoksięstwo, a także 2 późniejsze wyroki śmierci dotyczyły dzieci. O tych faktach możemy przeczytać w aktach publikowanych przez Johanna Friedricha von Stammheim zu Crengeldanz, notariusza dworu w Speyer w roku 1581, który był świadkiem przeprowadzania procesów przeciwko osobom z miasta i hrabstwa Dortmund. O dziwo przedmiotem tych postępowań w rzeczywistości nie było czarnoksięstwo. Sprawa raczej szła o pewne fundusze. Dortmund prosiło swego czasu Speyer o wzięcie jego dóbr pod opiekę po tym jak szlachcic Reinhardt von Fontaine 24. lutego 1581 r., sprzedał znaczną część jej posiadłości.

W ten właśnie sposób Witten stało się lennem Speyer na okres 15 lat. Fakt ten podtrzymywał również Johann Friedrich von Stammheim. Należy jednak pamiętać, że posiadłości Witten nie należały do domu Crengeldanz, lecz przez dłuższy okres czasu do tzw. Rüdinghauser Mannlehen. W konsekwencji tych wydarzeń więzy między wspomnianym domem, a Witten uległy zacieśnieniu.
Witten było zatem pod wpływami samego Cesarza.

W roku 1579 czyli na rok przed najbardziej znanym procesem z Witten, Wennemar von Brempt starał się iść na ugodę z Johannem Friedrichem von Stammheim lecz rozmowy te przyniosły nieco frapujący efekt w postaci kolejnego zagrożenia dla miasta. 25. kwietnia obydwaj "kontrahenci" przyjęli "umowę podziału". Stammheim otrzymał: jeden ze szlacheckich domów w Crengeldanz, Steinhausen i Hardenstein, czyli posiadłości, które przyrzekł niegdyś Reinhardt von Fontaine jako wasal. Brempt natomiast wyraził gotowość podziału akcyzy, oraz władzy kościelno - sądowniczej uznając tym samym Stammheima jako współwładcę Witten. Od tego czasu zatem obaj współrządcy mieli zajmować się wszelkimi sprawami cywilno-sądowniczymi w mieście. Do tych spraw zaliczano również procesy czarownic.

Decyzja o zwolnieniu oskarżonego, bądź też oczyszczeniu z zarzutów o uprawianie magii musiała być od tej pory podjęta przez nich obydwu. Specjalną funkcję sądowniczą miał dom Berge, siedziba rodu von Brempt. Stanowił on bowiem "sąd wasalny" w którym odbywało się rozstrzyganie odwołań. Taka sytuacja miała np. miejsce w roku 1550, w sprawie wytoczonej przeciwko Dietrichowi von Altenbochum.

Z wielu źródeł wiemy, że Stammheim zaraz po ratyfikacji wszelkich dokumentów w 1579 r. uprawniających go do objęcia władzy, z wielkim przejęciem objął urząd wypełniając prawa i obowiązki mu przysługujące. Urząd d/s postępowania przeciwko wykroczeniom został w pierwszej połowie 1581 r. wydzielony. Dlatego też Stammheim jako lennik bardzo często służył pomocą Reinhardtowi von Fontaine. W styczniu 1581 r. zatrudnił jako swojego notariusza Georg Pfannkuch z Dortmund, wraz z Conradem Märkerem jako świadków z Witten przy późniejszych procesach które miały miejsce w Dortmund i Bodelschwingh.

Jeszcze w 1576 r. Wennemar von Brempt starając się całkowicie przejąć władzę w mieście próbował oskarżyć Stammheima pod pretekstem, że jego chłopi nie akceptują jego autorytetu. Stammheim przy pomocy sędziów i "stosów" szybko udowodnił moc swojego działania. Po pierwszym "pojednaniu" i umocnieniu władzy w 1579 r. stworzył on dobrą podstawę do kolejnych procesów. Z archiwum miejskiego wiemy, że von Stammheim miał szczególne interesy by samemu wydawać wyroki sądowe na terenie podległych mu wiosek.

Conrad Märker przyznał w roku 1624, że mógł dokonywać "demonstracji siły" tylko dzięki bliskiemu mu protektorowi. W ten sposób von Stammheim umocnił "teatr władzy" obsadzając na stanowisku człowieka, który w 1580 r. wprowadził w Witten inkwizycję.
Przez dobre trzy lata von Märker orzekał wyroki śmierci na podstawie przywilejów jakie otrzymał od von Stammheima.

Dołączona grafika

27 sierpnia 1583 r. Reinhard von Fontaine poprosił sędziego z Witten o okazanie mu stosownych dokumentów uprawniających go do tego typu poczynań. Prawnie dokument ten by uzyskać moc prawną musiał zostać przesłany do Assessorów w Speyer. Przyczyną tego posunięcia było wydanie wyroku śmierci przez Conrada Märkera na osobie odpowiedzialnej za "mord dziecka" w 1582 r. Napięcie w Speyer wzrosło kiedy to w 1580 r. Märker zezwolił na ścinanie i palenie swoich przeciwników.

Dokumenty z Witten nie odnotowały tymczasem jakichkolwiek wyroków śmierci w okresie 1562 - 1580. Jedyne wzmianki jakie się pojawiają w protokołach procesowych dotyczą "napięć" z 1579 kiedy sądzono rzekome czarownice. Ostatni wyrok śmierci na terenie Witten miał miejsce w 1580 roku.

Punkt kulminacyjny w procesach czarownic przypadł na tym terenie na rok 1585. Jednakże okolicach roku 1580 na terenie całego Zagłębia Ruhry rozpoczęła się "fala prześladowań". Jako przykład może nam służyć przełom 1580/81 r. i miasto Recklinghausen, z liczbą 44 wyroków śmierci. Dalej Essen (w 1580/81), Haltern (w 1581) i Dortmund (w 1581). Tymczasem sąsiedni władca Książę Wilhelm zu Jülich, Berg und Kleve, dość krytycznie był nastawiony do tego typu poczynań, podobnie jak radykalny przeciwnik "polowań na czarownice" Johann Weier.
Conrad Märker, który jest bohaterem tego artykułu, wprowadził na podległym mu terenie karę śmierci konkretnie za uprawianie praktyk magicznych: "z powodu wskazanej, oskarżonej lub znanej magii."

Dołączona grafika

Pod tę formułkę podpadały wszystkie osoby, które miały problemy z wiarą, odrzuciły Boga, zawarły pakt z diabłem lub uczestniczyły w tańcach sabatycznych. Ale to nie koniec, jeżeli w danej wiosce był pomór bydła, lub jakaś choroba, można było również oskarżyć kogoś o tego typu epidemię. Do rozwoju inkwizycji na terenie Witten mogły przyczynić się dwie sytuacje:

1) Zła opinia danej osoby w konkretnym środowisku. Dalej padały podejrzenia o uprawianie magii i w konsekwencji sprawa szła przed trybunał.
2) Nacisk władzy na rozwój inkwizycji.


Aby te dwa przykłady lepiej zrozumieć przypatrzmy się bliżej sytuacji z 1580 r., która pociągnęła za sobą konflikt między rządzącymi, nabierając z czasem wymiaru polityczno-religijnego. Nie należy przy tym zapominać, że źródłem prześladowań które miały miejsce we wspomnianym roku była susza, a co za tym idzie "marne" zbiory. W Kronice miejskiej "Historischen Beschreibung der Grafschaft Dortmund" z 1616 roku zarówno Detmar Mülher, jak i Cornelius Mewe opisują rok 1580 jako "Głód powodujący podwojenie ceny chleba".

Inni z kolei kronikarze podają w swoich dokumentach, że bezpośrednią przyczyną prześladowań z 1580 r. była szalejąca epidemia dżumy w Witten, a dalej w Dortmund (1578), Bochum (ok. 1579), Hamm (1581) i Lünen (1581).
Z 7 osób skazanych w Witten na śmierć, 6 było kobietami. Proces ten naszkicował społeczeństwu obraz kobiety - czarownicy. Ze wszystkich przeprowadzanych egzekucji na tym terenie kobiety stanowiły 80 %.

Dołączona grafika

W dwóch przypadkach w kronikach zostały podane nazwiska kobiet oskarżonych o mord dziecka, dzięki Wennemarowi von Brempt i Johannowi Friedrichowi von Stammheim, którzy w 1562 r. skazali na utopienie Margarethę Kaysers i Catharinę Drude. Czytając uważniej kroniki można zauważyć, że Catharina Drude przez dłuższy okres życia pozostawała sama, stając się tym samym osobą podejrzaną dla społeczeństwa.
Proces przeciwko Maria Frankh odbywający się niedaleko szkoły w Witten (przy rynku z kościołem joannitów), miał nieco inne podłoże. Chodziło tutaj o podatek z 1560 roku wysokości 8 szylingów dla posiadłości w Berge. Następnie pojawiła się sprawa Elsy Greve. Egzekucje na nich połączono z egzekucją Marii Frankh, gdyż wszystkie wspomniane kobiety zamieszkiwały w tym samym hrabstwie.

Przy procesach z Witten należy również pamiętać o tym, że wraz z osądzeniem osoby o czarnoksięstwo i wydaniem wyroku, kolejnymi osobami, które stawały przed trybunałem byli ich małżonkowie. Tak było w przypadku procesu Anny Schumacher 28 lipca 1580 r. lub Vite Schiedtman. Do tego typu procesów w znacznej mierze przyczynił się Wennemar von Brempt, opierając swoje wyroki w znacznej mierze na "Carolinie" cesarza Karola V z 1532 r., która w artykule 109 nakazywała palenie czarownic i osób powiązanych z magią. Dlatego też na podstawie zaleceń "Caroliny" został wydany wyrok śmierci w1562 r. na Margareth Kaysers za mord dokonany na dziecku zaraz po jego urodzeniu. Kobietę tę, jak wspominają kroniki miejskie, utopiono.

Kolejny wyrok śmierci poprzez ścięcie mieczem wykonano na Urszuli Schmitz również w 1580 oskarżonej o podobny czyn. Przeglądając kroniki miejskie można dojść do przekonania, że wyroki śmierci wydawane w Witten również podlegały reformom. Początkowo osoby skazane na śmierć ewentualnie palono lub topiono, następnie zaś ścinano.

W poniedziałek 9 listopada 1562 r. skazano na spalenie kolejną osobę. Kroniki podają również wzmiankę o czwartku 28 lipca 1580, kiedy to na śmierć poszły dwie kobiety. Podobne sytuacje miały miejsce 3. sierpnia 1580 i 28. września 1580.

Dołączona grafika

Na zakończenie tego artykułu pragnę przedstawić dokument archiwalny, który pomimo, że był pisany w miejscowym dialekcie, przetłumaczyłem z myślą o opisanych przeze mnie procesach z 1580 r. Tekst ten być może nie jest poprawny gramatycznie, ale był on pisany ówczesnym językiem.

27 sierpnia 1583


Conrad Märker, sędzia Witten, skromnie na pytanie Reinhard von Fontaine Pana z Witten z hrabstwa Mark na temat dowodów pomocnych w sądzeniu, lub zwolnieniu włóczęgostwo odpowiada:
Ja Conradt Märcker, z narodzenia szlachcic, z honoru sędzia nominowany przez Wennemarna von Brempt zum Berge i Johanna Friedricha von Stamheim zum Cringeldantz, Pan i Sędzia Witten, mogący zaświadczyć o wydarzeniach, zrewidowanych i będących do odnalezienia w protokołach Sądu Witten zaświadczam, że 1562 roku , 9 listopada Reinhardt von Brempt zum Berge, a także Pan Witten, postawił przed sądem Margarethę Kaysers, więzioną z powodu jej własnych czynów lub mordu dokonanym na dziecku, skazując ją na przeklętą śmierć.

(...) 28 lipca wykonano wyrok na małżonkach, mianowicie: Gerhardt i Anna Schumacher, a także 3 sierpnia mieczem na osobie zwanej: Catharina Druden. W tym samym dniu również: Vite Schiedtman i Grietgen Abelen.

Do tego z życia do śmierci 28 września1580 przeszła Maria Franckh i Else Greven (...). I ostatecznie Ursula Schmidtz z powodu mordu dziecka ścięta została mieczem.
Autor: Artur Marek Wójtowicz
  • 2

  #3 kpiarz

kpiarz
  • Użytkownik+
  • Postów: 1438
  • Tematów: 185
  • PłećKobieta
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano 27.12.2013 - 17:56

Interesujący jest fakt, że inkwizycja w krajach protestanckich zabiła o wiele więcej osób niż jej starszy odpowiednik w katolicyźmie - Świeta Inkwizycja. Wszystkie przytoczone przypadki miały miejsce w społecznościach protestanckich. Świadczy to dosyć niekorzystnie o stanie wiedzy, zacofania ówczesnych wyznawców poglądów Lutra.
  • 0



  #4 Zaciekawiony

Zaciekawiony
  • Użytkownik+
  • Postów: 2472
  • Tematów: 38
  • PłećMężczyzna
  • Artykułów: 2
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano 27.12.2013 - 18:09

Oj, to ja dorzucę coś od siebie:

Czarownice z Gorzuchowa


"250 lat temu doszło do jednego z ostatnich na ziemiach Polskich procesów o czary. Sąd skazał kilka kobiet na spalenie na stos.

Skargę na kobiety złożyli Bartłomiej, Jan i Tomasz Szeliscy, ówcześni właściciele Gorzuchowa. Skargi nie przyjął sąd w Gnieźnie ani w Pobiedziskach[1]. Dopiero sąd w Kiszkowie przyjął skargę. Kobiety zostały trzykrotnie poddane torturom, na których przyznały, że:

są w związku z diabłem i chodzą na Łysą Górę w brzezinie wilkowyjskiej będącą”. Przy okazji tortur wydało się także, że „czarownice zapomniawszy bojaźni Boskiej i przykazań Jego oraz artykułów świętej wiary katolickiej a przywiązawszy się do czarta, którego się na chrzcie wyrzekły i onego sobie do niegodziwych akcyi i niecnót swoich, które czyniły za pomocnika przybrawszy (...) Najświętsze Sakramenta po kościołach kradły, na proszki paliły, po różnych chlewach i różnych miejscach nieuczciwych siekły, krew Przenajświętszą z komunikantów, raz na okup ludzkiego narodu przez Zbawiciela świata wylaną, drugi raz toczyły, różne Inkantacyje i czary z proszków kobylich łbów, żmijów, wężów i wilczej łapy, którą w Zakrzewie z zabitego wilka urżnęły


Łącznie spalono 10 kobiet, były to: "Petronela Kusiewa i jej córka Regina Kusiówna, Maryjanna owczarka i jej córka Katarzyna, Regina Śramina, Małgorzata Błachowa, Zofia Szymkowa, Katarzyna dziewka, Piechowa Banaszka oraz stara Dorota dziewka pańska" . Najmłodsza miała zaledwie 13 lat. Lokalny proboszcz podobno chciał zapobiec spaleniu ale spóźnił się na miejsce.
W 1776 roku sejm zniósł karę śmierci w procesach o czary.

Współcześnie miejsce gdzie spalono kobiety jest porośnięte lasem. Wedle okolicznych mieszkańców tam gdzie stał stos rośnie dziś krąg kilku starych sosen.

Znamienne jest w tym przypadku, że wyrok wydał lokalny sąd, natomiast sądy w większych miastach nie chciały zająć się sprawą. Do XVI wieku takimi procesami zajmowały się sądy biskupie i sprawy były wówczas nieliczne, rzadko kończąc się wyrokami śmierci. Znanych jest mi kilka przypadków z Krakowa, gdzie oskarżone zostały uniewinnione, gdyż sąd uznał, że susze, gradobicie i zanik mleka u krów to zjawiska naturalne. Dopiero przejęcie takich spraw przez lokalne sądy grodzkie zaowocowało wysypem wyroków.
Standardową procedurą były tortury, podczas których oskarżone przyznawały się do kolejnych podsuwanych oskarżeń i wymieniały imiona innych wspólniczek. Te tak zwane "powołania" doprowadzały do postawienia w stan oskarżenia kolejnych osób. Wedle akt z okolic Frodonu pod Bydgoszczą, w latach 1675-1747 na 73 sprawy, 54 skończyły się spaleniem na stosie, kilka ścięciem lub chłostą a tylko jedną sprawę odrzucono.[3] Z samej Bydgoszczy znanych jest zaledwie kilka takich spraw."
http://curioza.blogs...-czarownic.html
  • 0



  #5 kpiarz

kpiarz
  • Użytkownik+
  • Postów: 1438
  • Tematów: 185
  • PłećKobieta
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano 27.12.2013 - 19:02

Oczywiście, w Polsce również płonęły stosy, ale na szczęście stosunkowo rzadko. Najlepiej oddaje nam statystyka :


Wyspy Brytyjskie i Ameryka Północna - ilość procesów - 5000 - wykonane egzekucje - 1500-2000

Cesarstwo (Niemcy, Niderlandy, Szwajcaria, Lotaryngia, Austria i Czechy) - ilość procesów - 50000 - wykonane egzekucje 25000–30000

Francja - ilość procesów - 3000 , wykonane egzekucje - 1000
Skandynawia - ilość procesów - 5000 , - wykonane egzekucje - 1700–2000
Europa Wschodnia (Polska i Litwa, Węgry i Rosja) - ilość procesów - 7000 , wykonane egzekucje - 2,000
Europa Południowa (Hiszpania, Portugalia i Włochy) - ilość procesów - 10000 , wykonane egzekucje - mniej niż 1000
http://pl.wikipedia....Procesy_o_czary

Czyli w sumie zginęło w procesach o czary ok. 35.000 tys. ludzi, w tym w krajach protestanckich ok. 32.000 , a krajach, gdzie przeważał katolicyzm i prawosławie ok. 4.000 tys. ludzi. Praktycznie nie ma skali porównania.

Użytkownik kpiarz edytował ten post 27.12.2013 - 19:21

  • 1



  #6 Zaciekawiony

Zaciekawiony
  • Użytkownik+
  • Postów: 2472
  • Tematów: 38
  • PłećMężczyzna
  • Artykułów: 2
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano 27.12.2013 - 19:30

Jeśli chodzi o procesy z terenów obecnych Niemiec, to sprawa jest mniej oczywista, bo kraj był swego czasu podzielony na ponad setkę księstewek i te katolickie sąsiadowały z protestanckimi. Wielka histeria palenia czarownic w okresie wojny trzydziestoletniej w protestanckim księstwie Westfalii kosztowała życie 600 osób, w tym samym czasie w katolickim Bambergu spalono 900 osób, w katolickim Dieburgu 500 osób, w katiolickiej Kolonii drugie tyle.

Użytkownik Zaciekawiony edytował ten post 27.12.2013 - 19:31

  • 0



  #7 noxili

noxili
  • Zasłużony
  • Postów: 1460
  • Tematów: 11
  • PłećMężczyzna
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano 27.12.2013 - 22:49

W całej historii naszej cywilizacji czarownice były mordowane juz od neolitu. Kodeks Hammurabiego przewidywał karę śmierci i przejęcie majątku czarownicy (czarownika). Co ciekawe uznał:

Jeśli obywatel czary obywatelowi zarzucił i nie udowodnił (mu) tego, ten któremu czary zarzucono do Rzeki wejdzie, w Rzece się zanurzy, jeśli Rzeka dosięgnie go, oskarżyciel jego domostwo jego zabierze. Jeżeli człowieka tego Rzeka oczyści i zostanie zdrowy, ten który czary (mu) zarzucił zostanie zabity, ten zaś, którego Rzeka oczyściła domostwo oskarżyciela swego zabierze. [cytat za Kodeks Hammurabiego, Warszawa 2000, przekł. M. Stępień] że to jedno z najwazniejszych pargrafów bo przepis o ściganiu czarownic to paragraf nr 2 słynnego kodeksu.

Jest to tez pierwszy przypadek ordaliów czyli badania czy ktoś jest czarownica. Z tego rytualnego kąpani sie w świętej rzece wywodzi sie włąśnie tzw "pławienie czarownic".

Znany jest przypadek egipskiego maga z czasów panowania Ramzesa III (XIII wiek p.n.e.), który został skazany za rzucanie złych czarów na faraona.

Biblia zdecydowanie potępia czary. W Księdze Powtórzonego Prawa (Pwt 18,10-12) jest napisane :"Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, (...) kto by uprawiał wróżby, przepowiednie, magię i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów, wywoływał umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Jahwe każdy, kto to czyni." Natomiast w Księdze Kapłańskiej (Kpł 19,26) stwierdza się: "Nie będziecie uprawiać wróżbiarstwa. Nie będziecie uprawiać czarów." W Księdze Wyjścia (Wj 22,17) czytamy: "Nie pozwolisz żyć takiej, która oddaje się czarom." W Księdze Kapłańskiej zostało powiedziane wprost: "Jeżeli jaki mężczyzna albo jakaś kobieta będą wywoływać duchy albo wróżyć, będą ukarani śmiercią. Kamieniami zabijecie ich. Sami ściągnęli śmierć na siebie" (Kpł 20,27).


W starożytnym Rzymie czarownice były często masowo prześladowane. Np w 331 p.n.e, 170 kobiet zostało straconych za czary w czasie epidemii . Historyk rzymski Liwiusz podaje żew 184 roku p.n.e, ok. 2000 osób zostało straconych za czary ( Veneficium ), w 182-180 p.n.e kolejne 3000 zabito w czasie epidemii. Masowe przesladowania czarownic trwały przez całe średniowiecze. Wiele wskazujeze prześladowania pierwszych chrześcijan odbywało sie na paragrafach o zwalczaniu czarostwa.Rzymski kodeks prawny tzw Prawo XII Tablic za magię niszczycielską karało śmiercią.
Cesarze Imperium Rzymskiego z I w. n.e., tacy jak Tyberiusz czy Klaudiusz, uznawali magię za zbrodnię przeciwko majestatowi. Również Septymiusz Sewer wszczął wyjątkowo silne prześladowania czarnoksiężników i osób korzystających z ich pomocy. Nową erę walki z czarami rozpoczął chrześcijański cesarz Konstantyn Wielki, który w latach 319-321 wydał szereg rozporządzeń przeciw wróżbiarstwu i zabiegom magicznym. O złej magii mówiły również prawa Konstancjusza II, a także kodeksy Teodozjusza (438 r.) oraz Justyniana (529 r.).

Zmana nastapiła mniej więcej w VIII -IX- wtedy z przyczyn kanonicznych zakazano procesów o czary.W czasie średniowiecza za pomówienie o bycie czarownica trafiało sie samemu na stos lub do lochów. Procesy o czary były oficjalnie zabronione .
Wprowdzenie chrześcijaństwa w strożytności ograniczyło masowy i powszechny proceder polowań na czarownice.Synody w Elwirze (306), Ancyrze (314) i w Trullo (692) zezwalała na pewne pokuty kościelne w przypadku udowodnionego kultu diabła i to łagodne podejście reprezentował pogląd Kościoła przez wiele stuleci.
Dekret z Paderborn 785 wyraźnie zakazał palenia na stosach czrownic i skazywał na śmierć każdego "łowcę czarownic" na śmierć . Karol Wielki później potwierdził to prawo. Rada w Frankfurcie w 794, zwołana przez Karola Wielkiego, był również bardzo wyraźnie potępieniu "prześladowania rzekomych czarownic i czarodziejów", nazywając wiarę w czary "przesądem" oraz nakazujące karę śmierci dla tych, którzy spalą "czarownicę"
Podobnie, Kodeks Lombardi z 643 stanowi, że:
"Niech nikt nie ośmieli się zabić służącą lub służącego jako czarownica, gdyż nie jest to możliwe by istniały czarownice"13 ]
Podobnie Canon Episcopi z około 900 n.e. stwierdza że "czary nie istnieją".
Król Węgier Koloman , w swojej pierwszej książce ustawodawczej z 1100 roku, dekretem 57 uzasadnił zakaz polowania na czarownice "czarownice nie istnieją".
Dopiero pod koniec średniowiecza budzący się zachwyt nad rzymska i grecka starozytnością i przy okazji magią przywrócił prawa rzymskie pozwalące na procesy czarownic. Średniowiecze przynajmniej od IX do XVw(czyli prawie do końca) tępiło stosami bluźnierców, innowierców, fałszerzy, dzieciobójców ale nie czarownice.
Tak jak starozytności wybuchy prześladowań czarownic były związane zazwyczaj z jakąś masowa katastrofą. Zaraza czy np mała epoka lodowcowa miła zawsze jedno wytłumaczenie. Masowy i powszechny spisek czarownic.Tą tezę głosili ówcześni naukowcy wszelkich wyznań .Gdy nastapiło zjawisko znane nam jako minimum Maurera a wychłodzona Europa zaczeła wyniszczać sie w katastrofalnych wojnach znaleziono winne
: czarownice.Rozpoczęło się gwałtowne oziębienie klimatu, zwane małą epoką lodowcową. Z niewytłumaczalnych do tej pory przyczyn, Słońce zaczęło gwałtownie przygasać. Zjawisko to spowodowało niesłychane mrozy, nawet w ciepłych dotychczas rejonach świata. Ludzie mieszkający w środkowej Europie zamarzali w sierpniu. Ochłodzenie klimatu spowodowało nieznane wcześniej anomalia klimatyczne. Grad z kul lodowych wielkości kuli do kręgli, gwałtowne i ostre przymrozki, powodzie na przemian z suszami, wywołującymi gigantyczne i nie dające się opanować pożary (takie jak słynny pożar Londynu w 1666 roku). Zniszczenie pół uprawnych spowodowało nieustanny, trwający kilkadziesiąt lat (praktycznie bez przerwy) endemiczny głód. Wygłodzeni i osłabieni ludzie zaczęli umierać na zazwyczaj niegroźne choroby. Dla przykładu w Strzelinie na Dolnym Śląsku w 1628 roku, w wyniku zarazy zmarło prawie 95% populacji. Najstraszniejsze zarazy, które panoszyły się na tym terenie wcześniej, maiły śmiertelność 50-60% populacji. Kodeks będacy podstawa masowych przesladowąń czarownic osobiście konsultował jeden z najwybitniejszych ówczesnych uczonych i czarowników Trithemius. Mag , naukowiec (zajmował sie fizyka, kryptografia, historia i innymi naukami) nauczyciel Agryppy i Paracelsusa. Jako jeden z nielicznych miał możliwośc zachamowania prześladowań czarownic bowiem młody cesarz tworzył właśnie nowy kodeks prawny kodeks.Jak się potem okazało kodeks ten stał sie podstawą prawną do opracowani innych kodeksów karnych w całej Europie. Trithemius dostał rolę konsultanta i eksperta ds czarownic. Kilkoma linijkami tekstu mógł zmienić bieg historii a on....potwierdził istnienie czarownic .Po 100 latach jego dzieła trafiły na indeks dzieł zakazanych...


Jeśli chodzi o procesy z terenów obecnych Niemiec, to sprawa jest mniej oczywista, bo kraj był swego czasu podzielony na ponad setkę księstewek i te katolickie sąsiadowały z protestanckimi. Wielka histeria palenia czarownic w okresie wojny trzydziestoletniej w protestanckim księstwie Westfalii kosztowała życie 600 osób, w tym samym czasie w katolickim Bambergu spalono 900 osób, w katolickim Dieburgu 500 osób, w katiolickiej Kolonii drugie tyle.


Przepraszam a co tu jest nie oczywiste? W niemczech obowiazywało prawo Cuius regio, eius religio które dawało książętom możliwość wyboru wyznania (katolicyzmu lub luteranizmu) oraz narzucenia go swoim poddanym, niezależnie od woli cesarza. Tylko w kilku miejscach mozna było odprawiac obrzadki wg własnego sumienia.Co więcej dodam że te mioejsca jakoś dziwnie lokowały sie na terenach katolickich zaś nie znamy takich przykładów po stronie protestanckiej. W czasie prześladowań czarownic np na Dolnym Ślasku czy w Czechach Nawet na terenie katolickim za ekspertów sprowadzano łowców czarownic protestanckich a nie inkwizycje. Inkwizycja częściej wypuszcała oskarżonych !!! Tak było np w czasie procesu grabarzy z Frankenstein> Od mniejwięćej XVI wieku procesy czarownic dostaja sie pod jurysdykcję SAMORZĄDOWĄ. To zwykli ludzie z zwykłych miasteczek i miast decydowali o wysłaniu ludzi na stos. Stosunkowo mało czarownic miało proces przed trybunałem kościelnym. Nawet te słynne procesy przed biskupami to tak naprawde procesy "cywilne" bo dochodziło do nich na zasadzie, żę sądził ich lokalny książe . Tylko że tym ksieciem był przez przypadek jakiś biskup... Jedna z największych masakr czarownic na Dolnym Śląsku odbyła sie w XVII w Nysie. Było to miasto prywatne biskupa diecezji wrocławskiej. Zostało przekazane na własność KK w średniowieczu.w 1341 została powołany został tu inkwizytor . Jednak w zasadzie nie było tu procesów czarownic . Wystarczyło jednak że biskupem został polski królewicz z rodu Wazów.A Wazowie zabłyśli minnymi tym, że gdziekolwiek rzadzili to powszechnie płoneły stosy. W Szwecji , Polsce(Polska miła lepsze prawo więc stosów było mniej) i na Ślasku Wazowie rozpoczeli polowania na czarownice. Na pograniczu nysko - jesenickim do czasów wojny trzydziestoletniej znane były tylko pojedyncze przypadki palenia czarownic. Prawdziwe polowanie na czarownice w księstwie biskupim rozpoczęło się w XVII wieku, a dokładniej w 1622 roku za rządów biskupa wrocławskiego i księcia nyskiego Karola I. I osiągnęło wręcz olbrzymie rozmiary. Dokładne informacje chyba już nigdy nie będą stwierdzone, ale na podstawie najwierniejszej oceny procesy w księstwie nyskim, a przede wszystkim w jego południowej części w latach 1622 - 1684 pochłonęły przynajmniej 250 osób. Realna liczba będzie jednak dużo większa. Tylko w wybranych miastach podgórskiej części księstwa nyskiego doliczono się blisko 200 ofiar: w Zlatych Horach - 85, w Jeseniku - 102, w Głuchołazach - 22.

Jak bardzo jest zakłamany temat polowań na czarownice niech świadczy pewien fakt. O inkwizytorze Torqemadzie słyszał każdy .Tylko że on nie palił czarownic, za to wysyłał na stos członków organizacji związanych z kryptojudaizmem i kryptomuzułmanów.
A taki np protestant Matthew Hopkins tylko wciągu 14 miesiecy swej działalności w Anglii skazał na śmierć 300 kobiet. Działał w za wiedza i błogosławiństwem władz w czasach Lorda Protektora. W Angii witchfinders byli bardzo popłatnymi i poszukiwanymi profesjonalistami. Zachowały się oryginalne ogłoszenia o swoistych "przetargach " na "usługę oczyszcenia z czarownic" np z Newcastle. Poruszli sie od miasta do miasta jak np tępiciele szcurów, a o swym przybyciu ogłaszli na plakatach identycznych jak np przy przybyciu cyrku do miasta. Byli pospolitymi oszustami którzy nieraz kończyli (za ewidentne oszukiwanie w czasie próby igły) na szubienicy. Np skazany łowca z Szkocji który wygrał przetarg w Newcastle pod szubienica przyznął sie do skazania na śmierć co najmniej 250 kobiet.Był nieuwazny i skazywał jak leci równiez te kobiety które nie miały nieczułych miejsc na ciele. Gdyby był lepszym oszustem nic by musie nie stało.Karierę Matthewa Hopkinsa zakończyła jego śmierc na gruźlice .
  • 2



  #8 Zaciekawiony

Zaciekawiony
  • Użytkownik+
  • Postów: 2472
  • Tematów: 38
  • PłećMężczyzna
  • Artykułów: 2
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano 27.12.2013 - 23:30

Mówiłem o niejednoznaczności, bo przedmówca najwyraźniej zaliczył ofiary z terenów Niemiec do ofiar protestantów, tymczasem w Cesarstwie mieszkali i ci i ci.

O tej różnicy między sądami biskupimi a gminnimi chyba wspomniałem w cytowanym artykule.

Nawiasem mówiąc ostatni znany mi łowca czarownic działał jeszcze na początku XIX wieku, niejaki Kamiński - to on doprowadził do śmiertelnego pławienia kobiety w Cejnowie na Helu (dziś część chałup) w 1838 roku, a dwa miesiące później do innego w Niemczech.
  • 0





Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u