Skocz do zawartości




Zdjęcie

Anioły spod Mons


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
7 odpowiedzi w tym temacie

#1

Staniq.

    In principio erat Verbum.

  • Postów: 5112
  • Tematów: 674
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 23
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

*
Popularny

W sierpniu 1914 r. wszystko wskazywało na to, że plan Schlieffena się powiedzie i Niemcy pokonają Francję w kilka tygodni. Cesarskie wojska niepowstrzymanie parły do przodu, kierując się na Paryż. Alianckie oddziały cofały się, z trudem stawiając czoła przeważającemu liczebnie wrogowi. Bohaterskim epizodem tego odwrotu była bitwa pod Mons stoczona przez Brytyjski Korpus Ekspedycyjny. Jej wynik był tak zdumiewający, że tłumaczono go cudem i interwencją sił nadprzyrodzonych...

22 sierpnia po porażkach i odwrocie oddziałów francuskich stało się jasne, że jedyną siłą mogącą na pewien czas zatrzymać Niemców na północnym odcinku frontu jest Brytyjski Korpus Ekspedycyjny. Mimo przygniatającej przewagi liczebnej wroga (400 000 Niemców wobec 80 000 Brytyjczyków) generał John French obiecał utrzymać pozycje przez 24 godziny, dając Francuzom czas na przegrupowanie się i dopiero później rozpocząć odwrót. W ten sposób zamierzano nie dopuścić do powstania wyrwy we froncie. Rankiem następnego dnia, 23 sierpnia 1914 r., cała potęga armii generała Alexandra von Klucka runęła na siły Korpusu Ekspedycyjnego. Brytyjczycy jednak wytrzymali uderzenie przeważających sił wroga. Przez długi czas bronili się zaciekle, odpierając jeden atak za drugim. Dopiero po południu rozpoczęli odwrót na wieść, że francuska armia cofnęła się tak bardzo, że odsłoniła ich skrzydło. Za cenę 1600 żołnierzy Korpus Ekspedycyjny dał alianckim dowódcom to, co było im najbardziej potrzebne – czas na uporządkowanie i przegrupowanie wojsk. Dla Niemców bitwa pod Mons była jak zimny prysznic. Dotąd dość łatwo odnosili zwycięstwa w tej wojnie, teraz okazali się bezradni wobec twardej obrony, a w bezskutecznych atakach stracili ponad 5000 ludzi.

29 września 1914 r. w londyńskiej gazecie „Evening News” pojawiło się krótkie opowiadanie Arthura Machena zatytułowane „Łucznicy” („The Bowmen”). Machen, zainteresowany okultyzmem i zjawiskami paranormalnymi autor opowieści fantastycznych, opisał w nim swoją niezwykłą wizję starcia pod Mons (nazwa ta nie jest wprost wymieniona, ale jasne jest, że chodzi o tę właśnie bitwę), przedstawioną tak, jakby opowiedział mu ją jeden z walczących tam żołnierzy. Przypatrzmy się tej historii.

„W tym samym momencie zobaczyli ze swoich okopów, jak ogromne tłumy ruszają na ich linie”. Niewielki brytyjski oddział szykuje się na atak Niemców, nie mając już nadziei na zwycięstwo, ale chcąc walczyć do końca. „Martwe ciała w szarych mundurach leżały kompaniami i batalionami, ale inni ciągle nadchodzili (...)”. Mimo strat, Niemcy prą do przodu i jest pewne, że wkrótce zaleją brytyjską redutę. Jeden z żołnierzy nagle przypomina sobie... dziwaczną wegetariańską restaurację w Londynie. „Na wszystkich talerzach w tej restauracji namalowana była na niebiesko postać świętego Jerzego z mottem: Adsit Anglis Sanctus Georgius – Święty Jerzy, wspomóż Anglików”. Żołnierz uczył się kiedyś łaciny i rozumie znaczenie tych słów. Strzelając do nadchodzących wrogów wypowiada je, dodając sobie otuchy. I wtedy zaczynają się dziać dziwne rzeczy. „Kiedy uczony łacinnik wypowiedział swoją inwokację, poczuł, że coś pomiędzy dreszczem a elektrycznym wstrząsem przeniknęło jego ciało. Ryk bitwy zamarł w jego uszach, stając się delikatnym pomrukiem; zamiast tego, jak mówi, usłyszał wielki głos i okrzyk głośniejszy od uderzenia gromu: ‘Szyk, szyk, ustawić szyk!’ (...) Słyszał, albo wydawało mu się, że słyszał, tysiące głosów krzyczących: ‘Święty Jerzy! Święty Jerzy!’”. Inni zdają się nie słyszeć tych odgłosów. Docierają one tylko do tego jednego żołnierza, który teraz widzi przed brytyjskimi okopami linię dziwnych,

Dołączona grafika

niewyraźnych postaci. „’Święty Jerzy! Długi łuk, mocny łuk! Rycerzu Niebios, wspomóż nas!’ I kiedy żołnierz usłyszał te głosy, zobaczył przed sobą, przy okopie, długą linię kształtów otoczonych poświatą. Przypominały ludzi, którzy naciągali łuki i, kiedy rozległ się kolejny okrzyk, chmura ich strzał poleciała, śpiewając w powietrzu, w kierunku tłumu Niemców.” Widmowi łucznicy wystrzeliwują swe pociski, masakrując atakujących. „(...) ludzie w szarych mundurach padali tysiącami. Anglicy słyszeli gardłowe krzyki niemieckich oficerów, trzask ich rewolwerów gdy strzelali do nieposłusznych; i ciągle jeden szereg za drugim walił się na ziemię. (...) Śpiewające strzały leciały tak szybko i gęsto, że aż pociemniało od nich powietrze; barbarzyńska horda topniała przed nimi.” Pozostali brytyjscy żołnierze nie dostrzegają zjaw z łukami, ale widzą, jak Niemcy padają pokotem, a ich atak się załamuje. Natarcie zostaje odparte i zwycięscy Brytyjczycy mogą rozpocząć bezpieczny odwrót. Wynik bitwy jest wielkim zaskoczeniem. „W Niemczech, kraju rządzonym naukowymi przesłankami, Wielki Sztab Generalny uznał, że godni pogardy Anglicy musieli użyć pocisków zawierających nieznany gaz o trujących właściwościach, bo na ciałach martwych niemieckich żołnierzy nie było żadnych widocznych ran.” I tylko znający łacinę żołnierz wie, że to „święty Jerzy sprowadził swych łuczników spod Agincourt na pomoc Anglikom”.

Opowiadanie Machena zrobiło furorę w Wielkiej Brytanii, przez kilka miesięcy drukowano je na nowo w różnych gazetach. Historia o tajemniczych łucznikach tak pobudziła wyobraźnię i patriotyczne uczucia, że wielu ludzi zaczęło w nią naprawdę wierzyć. Ku swemu zdumieniu, Machen otrzymywał od czytelników prośby, aby ujawnił źródło, z którego dowiedział się o „prawdziwym” przebiegu bitwy. Choć było oczywiście wielu sceptyków, opinia publiczna generalnie uwierzyła w fantastyczną wizję z opowiadania. Część duchownych twierdziła, że naprawdę sam Bóg i święty Jerzy wsparli Brytyjczyków, a autor opowieści miał widzenie tego, co zdarzyło się pod Mons. W różnych czasopismach zajmujących się okultyzmem i zjawiskami nadprzyrodzonymi pojawiały się pseudonaukowe analizy wydarzeń pod Mons. Arthur Machen, mocno skonfundowany zamieszaniem, jakie niechcący wywołał swoim tekstem, zaczął zaprzeczać jego prawdziwości. We wstępie dodawanym do kolejnych wydań „Łuczników” autor wyraźnie zaznaczał, że wymyślił całą historię o odsieczy zjaw dla brytyjskich żołnierzy i że nie ma żadnych dowodów, że coś takiego miało miejsce pod Mons.

Na nic jednak zdały się tłumaczenia Machena. Popularność historii o nadprzyrodzonej pomocy dla walczących pod Mons wcale nie malała. Wręcz przeciwnie – ponad pół roku po wydaniu „Łuczników”, w kwietniu 1915 r. w czasopiśmie „Spiritualist” pojawił się tekst, w którym wymieniano, powołując się na relacje anonimowych uczestników starcia, różne wizje cudownej odsieczy.

Kraj ogarnął pewien rodzaj patriotyczno-mistycznej histerii. Opowiadanie „Łucznicy” oraz rzekome wspomnienia żołnierzy ze „Spiritualist” zapoczątkowały powstanie dziesiątków plotek i legend, coraz bardziej niesamowitych i wyolbrzymionych. Po Wielkiej Brytanii krążyły przekazywane ustnie i drukowane w prasie opowieści o cudzie, który uratował Korpus Ekspedycyjny. Pojawiały się w nich już nie tylko duchy łuczników, ale też kawalerzyści-widma, obłoki otaczające okopy i uniemożliwiające wrogom atak oraz przede wszystkim anioły. Według różnych wersji świetliste, skrzydlate istoty osłaniały Brytyjczyków przed ogniem Niemców podczas odwrotu, bądź z ognistymi mieczami w dłoniach pojawiały się na niebie, zmuszając wrogów do ucieczki.

„Anioły spod Mons” stały się szybko najbardziej popularną wersją legendy. Odegrała ona sporą rolę w podniesieniu morale żołnierzy i społeczeństwa. Pokazywano, że alianci walczą w słusznej sprawie, skoro sam Bóg staje po ich stronie, zsyłając na pomoc niebiańskich wojowników. Wielu ludziom nietrudno było w to uwierzyć – po niedawnych doniesieniach o przypadkach barbarzyństwa Niemców (mordowanie jeńców oraz belgijskich cywilów, w tym kobiet i dzieci) faktycznie uważali, że Bóg wesprze aliantów w walce z przeciwnikiem będącym istnym wcieleniem zła. Popularność historii o interwencji sił nadprzyrodzonych pod Mons okazała się bardzo trwała. Arthur Machen, pisząc swoich „Łuczników” nie wiedział nawet, że przyczyni się do powstania jednego z narodowych mitów Wielkiej Brytanii...

Zastanówmy się teraz nad wytłumaczeniem dziwnych zjawisk mających rzekomo miejsce pod Mons. Przez lata powstało wiele teorii, które miały dać jakieś racjonalne wyjaśnienie historii o cudownej odsieczy. Przede wszystkim zwróćmy uwagę na to, co mówili brytyjscy żołnierze walczący w tej bitwie. Relacje ze „Spiritualist” dokładnie opisują pojawienie się aniołów, ale są anonimowe, co podważa ich wiarygodność. Zaś prawdziwe wspomnienia wyglądają nieco inaczej. Wielu Brytyjczyków z Korpusu Ekspedycyjnego mówiło, że pod Mons czuli jakiś dziwny zapał i uniesienie, „poczucie niezwyciężoności”, siłę, która kazała im trwać na pozycjach i walczyć. Można to w pewien sposób wytłumaczyć. U doświadczonych, zawodowych żołnierzy o wysokim morale, a tacy właśnie tworzyli Korpus, podczas walki ze znacznie przeważającym wrogiem może nastąpić wzrost determinacji, chęci, by chociaż drogo sprzedać skórę, jeśli nie da się zwyciężyć. Mamy więc desperacką odwagę, napełniającą żołnierzy poczuciem siły. Ale gdzie tu anioły? No właśnie. Żaden uczestnik bitwy nie wspomina ani o łucznikach ani o aniołach z ognistymi mieczami przychodzących z pomocą brytyjskim wojskom. „Anioły” są w rzeczywistości wymienione tylko raz – i nie jest to bynajmniej wizja podnosząca na duchu. Kapitan dragonów Obson mówił, że podczas starcia z niemiecką kawalerią ciemne chmury na niebie przypominały mu kształtami groźne „anioły ciemności”.

Jeśli więc jakiś żołnierz widział anioły czy inne zjawy (i nie wspomniał o nich po bitwie), to wytłumaczenie nasuwa się samo – były to chmury lub kłęby dymu po ostrzale artylerii, które przybrały akurat określone kształty. Poza tym stres i wyczerpanie długotrwałą walką mogły wywołać halucynacje. Podczas Wielkiej Wojny żołnierze często twierdzili, że widzieli jakieś tajemnicze postaci. Francuzi wspominali o Joannie d’Arc, Brytyjczycy i Amerykanie o „człowieku w bieli” uzdrawiającym rannych. Wszystko to tłumaczono właśnie warunkami atmosferycznymi i złudzeniami oraz autosugestią zmęczonych, spanikowanych czy ogarniętych bojowym zapałem żołnierzy.

Dokładne badania tajemnicy „aniołów spod Mons” prowadzone przez Society for Psychical Research w 1915 r. udowodniły, że nie istnieją żadne wiarygodne przekazy z pierwszej ręki, które potwierdzałyby zaistnienie na polu walki paranormalnych zjawisk. Anonimowym relacjom w gazetach nie dano wiary, a prawie wszyscy żołnierze, którzy zaklinali się, że widzieli anioły i pisali o tym do redakcji różnych czasopism, w 1914 r. nie byli nawet pod Mons.

Jak więc powstała ta historia? Duchy łuczników z wojny stuletniej narodziły się w wyobraźni Arthura Machena, ale skąd wzięły się znacznie popularniejsze anioły, o których praktycznie nie wspominają uczestnicy bitwy? Wszystko wskazuje na to, że były po prostu kolejną, „ulepszoną” wersją opowieści o łucznikach, wymyśloną przez kogoś w Wielkiej Brytanii. Nie jest do końca pewne, czy powstanie tej legendy było zupełnie spontaniczne. Jak w przypadku większości niewyjaśnionych zdarzeń, pojawiają się teorie spiskowe… Nie można wykluczyć, że „anioły z Mons” to wytwór propagandy brytyjskiego sztabu – ktoś po przeczytaniu opowiadania Machena wpadł na pomysł dodatkowego udramatyzowania przedstawionych tam wydarzeń i rozpropagowania wieści o nich w kraju w celu podniesienia morale. W takim razie rzekome relacje żołnierzy w „Spiritualist” mogły być taką właśnie celową mistyfikacją.

Bez względu na to, czy opowieść o aniołach powstała spontanicznie, czy też stworzono ją na użytek propagandy, pozostaje nam jedno pytanie – jak Brytyjczycy byli w stanie odeprzeć atak wroga mającego tak wielką przewagę liczebną? Czy bez pomocy ze strony sił nadnaturalnych byłoby to w ogóle możliwe? Odpowiedź jest, z czego nie zdawała sobie sprawy większość brytyjskiej opinii publicznej w 1914 r., twierdząca. Analizując sytuację i siły obu stron dochodzi się do wniosku, że nie potrzeba było cudu, a brytyjskie oddziały nie były wcale skazane na porażkę. Otóż liczebność to nie wszystko. Niemiecka armia była ogromna, ale oparta na poborze, brytyjska mała, ale zawodowa. Cesarskie wojska rzucone do ataku pod Mons w dużej mierze składały się z rekrutów, którzy przeszli jedynie podstawowe szkolenie i nigdy wcześniej nie brali udziału w walce. Naprzeciw nich stanęły siły będące w porównaniu z armiami innych mocarstw europejskich „rapierem wśród kos”, jak to określił historyk wojskowości Basil Lidell Hart. Brytyjscy żołnierze byli zawodowcami – od dawna służącymi na ochotnika w armii, doskonale wyszkolonymi, o świetnym morale. Znaczna część miała duże doświadczenie wyniesione z licznych wojen kolonialnych. Bitwa pod Mons była zderzeniem dwóch zupełnie różnych sposobów walki. Niemcy stawiali na zmasowany atak piechoty, strzelającej do przeciwnika w biegu, bez celowania, a następnie szybko przechodzącej do walki wręcz na bagnety. 23 sierpnia 1914 r. czekało ich spotkanie z najlepszymi strzelcami Europy, wytrenowanymi w prowadzeniu precyzyjnego ognia do pojedynczych celów. Niemieccy żołnierze nacierający przez pola w równych szeregach byli dla Brytyjczyków jak ruchome cele na strzelnicy. Atakujący padali pokotem pod ogniem z bardzo celnych i szybkostrzelnych karabinów Lee-Enfield, umożliwiających oddanie kilkunastu strzałów na minutę. Intensywność ostrzału brytyjskiej piechoty była tak duża, że Niemcy sądzili, iż Korpus Ekspedycyjny dysponuje ogromną ilością karabinów maszynowych, które teraz skoncentrowano w jednym miejscu (w rzeczywistości Brytyjczycy mieli znacznie mniej ckm-ów niż ich przeciwnicy!). Lepsze wyszkolenie i większe doświadczenie brytyjskich żołnierzy zniwelowało przewagę liczebną wroga, pozwoliło powstrzymać go i zadać mu duże straty.

Historia o „aniołach spod Mons” to jedna z najbardziej znanych legend z czasów I wojny światowej. Jednak cała fascynująca aura tajemniczości otaczająca wydarzenia z 23 sierpnia 1914 r. znika, gdy analizuje się suche fakty. Brytyjczyków ocaliły nie duchy ani boska interwencja, ale czas spędzony na szkoleniach oraz dobra konstrukcja zamków w karabinach Lee-Enfield...

Źródło: gildia miłośników fantastyki Dołączona grafika

http://www.fantasy.d...r=2468&strona=1
  • 6



#2

pishor.

    sceptyczny zwolennik

  • Postów: 4740
  • Tematów: 275
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 16
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Fajne...+
Tak zupełnie poza wszystkim... nie mogę wyjść ze zdumienia, że tak ''epicki" temat jak Wielka Wojna jest zupełnie nie eksploatowany w obecnej "pop kulturze"...
Filmów - jak na lekarstwo - pewnie nie więcej niż trzy zebrałbym do kupy. No, może cztery :roll:
W segmencie "gry komputerowe" - totalna bryndza. A ja zawsze marzyłem o CoD, czy MooHaa w tych klimatach...
Jedyne, na czym można "oko zawiesić", to dokumenty na Discovery (w ostatnich dniach nawet jakby do przesytu :roll:)
Ja nie wiem, czy to nikogo nie interesuje? Że stare? Nie rozumiem...
  • 1



#3

Zaciekawiony.
  • Postów: 7568
  • Tematów: 78
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 4
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Przypomina mi to tą legendę o oddziale żołnierzy który miał zniknąć w chmurze i zaginąć, dla wielu jeden ze sztandarowych przypadków tajemniczych zaginięć. W rzeczywistości historia opiera się na relacji jednego z uczestników wojny, który widział jak żołnierze znikają w mgle, ale nie wiedział że po wyjściu z niej po drugiej stronie zostali zaaresztowani przez wroga jako jeńcy. Analogicznie historia z książki Piknik pod Wiszącą Skałą była wiele lat uważana za autentyczną, zanim komuś nie zechciało się grzebnąć po źródłach.
  • 0



#4

Staniq.

    In principio erat Verbum.

  • Postów: 5112
  • Tematów: 674
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 23
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Takich "cudów" w I Wojnie było więcej. Jeden z nich, zwany Cudem nad Marną, opisano tak:

"W sierpniu 1914 wojska niemieckie zaatakowały Belgię oraz północno-wschod-nią Francję (patrz światowa wojna i 1914-1918) i doszły do Marny w odległości ok. 25 km od Paryża, gdzie utknęły. Wycofujący się Francuzi zdecydowali się na desperacką kontrofensywę. 6 września jedna armia zaatakowała prawe skrzydło Niemców, wywiązała się walka, która spowodowała przerwanie pozycji niemieckich. W powstałą lukę ruszyły wojska francuskie i brytyjskie i zaatakowały drugie skrzydło wojsk niemieckich. Wojska sojusznicze wzmocniono dodatkowymi oddziałami liczącymi około 6000 żołnierzy, dowiezionymi z Paryża taksówkami. Wskutek ofensywy sojuszniczej wyłom we froncie niemieckim niebezpiecznie wzrósł i w tej sytuacji Niemcy zaczęli się wycofywać. Po dojściu do północnego brzegu rzeki Aisne zatrzymali się, umocnili w terenie i zaczęli prowadzić działania (wojna pozycyjna) typowe dla całej I wojny światowej (patrz światowa wojna i na froncie zachodnim 1914-1918). Sześciodniowa bitwa nad Marną (5-10 września 1914) rozwiała nadzieje Niemców na szybkie i łatwe zwycięstwo nad Francją. Druga bitwa nad Marną 1918. W końcu maja 1918 Niemcy rozpoczęli potężną ofensywę na pozycje francuskie, które zdołali przełamać. Niemcy dotarli nad Marne; od Paryża dzieliło ich wtedy mniej niż 65 km. Niemcy dążyli do zdobycia Reims i rozdzielenia wojsk sojuszniczych na froncie zachodnim, ale napotkali zacięty opór. Wojska amerykańskie walczyły z wielką determinacją pod Chateau-Thierry, odpierając wielokrotne ataki Niemców. Ostatni atak Niemców nastąpił 15 lipca, ich oddziałom udało się przekroczyć Marne, ale po dwóch dniach natarcie utknęło. Jedna dywizja niemiecka dostała się w okrążenie i poddała się. 18 lipca wojska francuskie, brytyjskie i amerykańskie marszałka Ferdynanda Focha (1851-1929), naczelnego dowódcy wojsk sprzymierzonych, rozpoczęły na długim froncie przeciwnatarcie na słabnących Niemców. W połowie sierpnia 1918 Niemcy cofali się na całym froncie, a miesiąc później zostali wyparci do „linii Hindenburga" - silnie umocnionych pozycji w pobliżu przedwojennej granicy Niemiec. Wkrótce Niemcy wystąpili z propozycją pokoju i zakończenia I wojny światowej."

Źródło: eduteka.pl Dołączona grafika

edit:
To były w zasadzie dwa cudy. Pierwsza bitwa nad Marną była wielkim zwycięstwem w czasie inwazji niemieckiej, natomiast druga bitwa nad Marną okazała się początkiem klęsk niemieckich.
Do takich cudnych ocaleń, można dołożyć Bitwę warszawską 1920r. zwaną Cudem nad Wisłą.

Użytkownik Staniq edytował ten post 22.11.2013 - 23:40

  • 0



#5

pishor.

    sceptyczny zwolennik

  • Postów: 4740
  • Tematów: 275
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 16
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Analogicznie historia z książki Piknik pod Wiszącą Skałą była wiele lat uważana za autentyczną, zanim komuś nie zechciało się grzebnąć po źródłach.

A mógłbyś rozwinąć?
  • 0



#6

Zaciekawiony.
  • Postów: 7568
  • Tematów: 78
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 4
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Joan Lindsay, australijska pisarka wydała w latach 70. książkę "Piknik pod Wiszącą Skałą" (polecam bo naprawdę nieźle napisana) opierającą się na cytowanych relacjach prasowych. Opowiadała historię dziewcząt z Pensji Applebaum, które 14 lutego 1900 roku wybrały się z nauczycielkami na piknik w okolicy lokalnej osobliwości geologicznej, nazywanej Wiszącą Skałą (miejsce autentyczne). Po obiedzie kilkoro dziewcząt oddala się by obejrzeć skały. Gdy wchodzą na skalną półkę zaczynają się czuć senne i zdezorientowane. Po godzinie do reszty grupy zbiega jedna dziewczynka w stanie histerii. Mówiła że trzy pozostałe przestały jej słuchać i jak zahipnotyzowane wspinały się na skałę. Zarządzono poszukiwania, które nie dały rezultatu - po trzech dziewczynach w białych sukienkach nie zostało nawet śladu. Zaginęła też jedna z nauczycielek, ślady jej stóp wygniecione w roślinności urywały się w pewnym miejscu.
Po trzech dniach poszukujący odnajdują jedną dziewczynkę. Choć panował tam wielki upał nie była wycieńczona. Choć nie miała butów, leżąc wśród ostrych skał nie miała żadnych otarć. I nie pamiętała co się wydarzyło. Po kilku miesiącach w tajemniczych okolicznościach ze szczytu spada właścicielka pensji, która udała się tam bez wyraźnego powodu.
Książka została dobrze przyjęta, wkrótce nakręcono sugestywny film, a historia zaczęła żyć własnym życiem. Jeszcze w latach 90. polscy autorzy piszący o zjawiskach paranormalnych opisywali tą historię jako "najlepiej udokumentowane zbiorowe zaginięcie", czytałem już takie artykuły w których opierając się na informacjach z książki, udowadniano że było to porwanie przez UFO lub wpadnięcie w naturalny tunel czasoprzestrzenny. Wraz z upowszechnieniem internetu takie artykuły zanikły, okazało się bowiem że australijscy badacze przeanalizowali sprawę i nie znaleźli w ówczesnej prasie żadnego z cytowanych w książce artykułów. Fikcja okazała się tylko fikcją.
Sama góra Hanging Rock jest znana z dużej zawartości magnetytu, powodującej że odwiedzającym to miejsce zatrzymują się zegarki kwarcowe.
  • 1



#7

pishor.

    sceptyczny zwolennik

  • Postów: 4740
  • Tematów: 275
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 16
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Dzięki ale, szczerze mówiąc, myślałem że będzie to raczej coś w stylu : cyt." widział jak żołnierze znikają w mgle, ale nie wiedział że po wyjściu z niej po drugiej stronie zostali zaaresztowani przez wroga jako jeńcy" (czyli prozaiczne wyjaśnienie "cudownego" zniknięcia), a nie, że cyt."...australijscy badacze przeanalizowali sprawę i nie znaleźli w ówczesnej prasie żadnego z cytowanych w książce artykułów. Fikcja okazała się tylko fikcją."
Czyli, że "cudowne zniknięcie" wogóle nie miało miejsca (bo tak to zrozumiałem).
  • 0



#8

Zaciekawiony.
  • Postów: 7568
  • Tematów: 78
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 4
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Wybacz, źle zrozumiałem.

Chodzi o historię z I wojny światowej, podczas walk brytyjsko-tureckich, w kampanii na półwyspie Galibolu. Jeden z oddziałów brytyjskich szturmował pewne strategicznie położone wzgórze. Oddział został otoczony i rozbity, jednak strona brytyjska miała żołnierzy za zaginionych - z ich punktu widzenia oddział schował się za zamgloną granią i słuch o nim zaginął. Plotka o zniknięciu żołnierzy we mgle zaczęła żyć własnym życiem, i pojawiały się rozmaite wersje. Sam czytałem trzy czy cztery różne - zwykle pisze się o bochenkowatym obłoku, który spłynął na wzgórze, w nim zniknęli żołnierze a obłok uniósł się i odleciał (to u autorów uważających że to sprawka UFO) albo o zielonej mgle i metalicznym lśnieniu nieba (to u autorów uważających to za wynik zaburzeń czasoprzestrzennych).
Oddział jest zwykle znany jako Sandringham Company, a zdarzenie jako incydent 12 sierpnia. Tak na prawdę żołnierze wpadli w dobrze przygotowaną zasadzkę - oddział musiał gwałtownie się cofać z powodu pożaru podpalonej roślinności, Turcy zasypali ich gradem pocisków a brak wsparcia spowodował, że większość żołnierzy zginęła. Pozostali zostali się do niewoli i słuch o nich zaginął. Po zakończeniu wojny udało się jednak znaleźć informacje o jeńcach - zostali szybko zabici i zakopani w masowym grobie.
http://archive.iwm.o...files/azmak.pdf

Zresztą może napiszę artykuł o takich słynnych zaginięciach których nie było.

Użytkownik Zaciekawiony edytował ten post 23.11.2013 - 01:07

  • 0





Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u