Skocz do zawartości


Zdjęcie

Istoty mityczne – czy mogły być prawdziwe? Część I

giganci cyklopi krakeny

  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
Brak odpowiedzi do tego tematu

#1

pawel19903.
  • Postów: 21
  • Tematów: 5
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Wstęp
Istnieje wiele programów, artykułów, książek i internetowych opracowań, które opisują istoty mityczne oraz próbują wyjaśnić, skąd mogły wziąć się opowieści o gigantach, syrenach, smokach, centaurach, wilkołakach czy innych stworzeniach znanych z dawnych legend. Problem polega jednak na tym, że bardzo często takie wyjaśnienia idą albo w stronę całkowitego wyśmiania tematu, albo w stronę bezkrytycznej sensacji. Pomija się przy tym wiele istotnych kwestii, których nie sposób pominąć, jeżeli chcemy choćby próbować „ubrać” te istoty w jakąkolwiek rzeczywistość.

Nie wystarczy powiedzieć, że „coś mogło istnieć”, bo od razu pojawiają się pytania: jak było zbudowane, jak oddychało, jak się poruszało, czym się żywiło, czy mogło się rozmnażać, czy jego kości, mięśnie i stawy wytrzymałyby własną masę, a także czy taki organizm miałby jakikolwiek sens z punktu widzenia biologii. Z drugiej strony nie zawsze trzeba zakładać, że dawni ludzie wszystko wymyślili od zera. W legendach mogły zachować się zniekształcone wspomnienia realnych zwierząt, nietypowych ludzi, wymarłych gatunków, błędnych obserwacji albo zjawisk, których ówczesny człowiek nie potrafił inaczej opisać.
Biologia i genetyka są po części moim hobby, dlatego w tym tekście postaram się rozebrać wybrane istoty mityczne na czynniki pierwsze. Nie chodzi o udowadnianie na siłę, że każda legenda jest prawdziwa. Chodzi raczej o sprawdzenie, które elementy takich opowieści można jeszcze obronić biologicznie, które wymagają bardzo daleko idących założeń, a które rozpadają się od razu po zderzeniu z anatomią, fizyką i logiką.

Spróbuję więc odpowiedzieć na pytanie, czym te istoty mogły być — albo, w najbardziej spekulacyjnej wersji, czym mogłyby być — gdyby za dawnymi mitami rzeczywiście kryło się jakieś ziarno prawdy. Od zwykłych biologicznych pomyłek i realnych ziemskich ograniczeń, aż po najbardziej kontrowersyjne hipotezy związane z ingerencją obcej lub dawnej zaawansowanej cywilizacji.
Każdą istotę omówię według podobnego schematu: najpierw opis mitu, potem możliwe wyjaśnienia w granicach znanej biologii, następnie — jeśli będzie to miało sens — wariant ingerencji obcej lub dawnej zaawansowanej cywilizacji. Na końcu spróbuję odpowiedzieć, co mogło się z taką istotą stać: czy wymarła, została wybita, przestała się rozmnażać, czy może jej legenda z czasem oderwała się od realnego źródła.

Oczywiście opisanie wszystkich mitycznych istot w jednym tekście byłoby niemożliwe — z tego wyszłaby raczej książka niż artykuł. Dlatego temat trzeba podzielić. W pierwszej części zajmę się przede wszystkim tymi istotami, przy których najważniejszym problemem jest rozmiar, czyli prawem skali: gigantami, olbrzymami, smokami, wielkimi gadami i potworami morskimi. Dopiero w kolejnych tekstach warto przejść do istot bardziej złożonych anatomicznie, takich jak hybrydy, chimery, centaury, syreny, minotaury, wilkołaki czy inne stworzenia, których problemem nie jest wielkość, ale sam sposób budowy ciała.

Istoty mityczne a problem skali – giganci, smoki i wielkie bestie

Przy omawianiu istot przedstawianych jako wyjątkowo wielkie trzeba zacząć od prawa skali, bo to ono bardzo często decyduje o tym, czy dana forma ciała ma jeszcze sens biologiczny. Nie chodzi tu o skomplikowaną teorię, ale o prostą konsekwencję geometrii: jeśli organizm powiększamy proporcjonalnie, jego długość rośnie liniowo, powierzchnia rośnie do kwadratu, a objętość, czyli w przybliżeniu także masa rośnie do sześcianu. Stworzenie dwa razy wyższe nie jest więc dwa razy cięższe, tylko około osiem razy cięższe. Problem polega na tym, że kości, mięśnie, ścięgna i stawy, które muszą tę masę utrzymać i poruszać, nie zyskują wytrzymałości w takim samym tempie. Dlatego duże zwierzę nie może być po prostu powiększoną wersją małego. Musi mieć odpowiednio zmienione proporcje, mocniejszy szkielet, większe powierzchnie stawowe, inną pracę mięśni, wydajny układ krążenia oraz sposób oddychania i chłodzenia dostosowany do własnej masy.

Widać to u realnych gigantów świata zwierząt: słoń nie wygląda jak powiększona antylopa, żyrafa ma wyjątkowo przebudowany układ krążenia i szyję, nosorożec jest masywną konstrukcją na potężnych kończynach, a dawne zauropody były zupełnie innym typem zwierząt niż „duże jaszczurki”. Nieprzypadkowo największe zwierzęta lądowe są lub były głównie roślinożerne , przy ogromnym ciele potrzebna jest stała, obfita baza pokarmowa, a zdobywanie energii wyłącznie przez polowanie wymagałoby wielkich terytoriów, dużego ryzyka i ogromnych nakładów siły. Dlatego przy każdej mitycznej istocie opisywanej jako olbrzymia trzeba pytać nie tylko, czy mogła być duża, ale czy jej ciało mogło przy takim rozmiarze unieść własną masę, poruszać się, oddychać, odżywiać i nie rozpadać się pod własnym ciężarem.

Giganci / cyklopi / olbrzymy

Opis mitu

Giganci, olbrzymy i cyklopi należą do jednych z najstarszych postaci pojawiających się w mitach, legendach i dawnych przekazach. Występują w wielu kulturach jako istoty większe, silniejsze i bardziej pierwotne od zwykłych ludzi. Czasem są opisywani jako dawni mieszkańcy ziemi, potomkowie bogów, istot z nieba albo przedstawiciele wcześniejszej, potężniejszej rasy. Przypisuje się im ogromną siłę, dzikość, zdolność przenoszenia głazów, budowania wielkich konstrukcji, walki z bogami lub bohaterami oraz posługiwania się bronią, której zwykły człowiek nie byłby w stanie unieść.

W tej samej grupie można umieścić cyklopów, czyli jednookich olbrzymów znanych przede wszystkim z mitologii greckiej. Najczęściej przedstawiano ich jako wielkie, brutalne, prymitywne istoty, żyjące z dala od cywilizacji. W części przekazów byli rzemieślnikami lub kowalami, w innych dzikimi pasterzami albo potworami zamieszkującymi odludne miejsca.
Wspólnym elementem tych opowieści jest więc nie tylko duży wzrost, ale także przekonanie, że mamy do czynienia z istotą „więcej niż ludzką” — silniejszą, starszą, groźniejszą i w pewnym sensie należącą do innego porządku świata.

Czy da się to wyjaśnić w granicach znanej biologii?

Jeżeli odrzucimy obcą ingerencję, boskie pochodzenie i potraktujemy temat czysto biologicznie, trzeba od razu oddzielić bardzo wysokiego człowieka od prawdziwego kilkumetrowego olbrzyma. Pierwszy wariant jest całkowicie realny. Drugi bardzo szybko zaczyna się sypać pod ciężarem anatomii.

Najbardziej realistycznym rdzeniem mitu o gigantach mogli być ludzie skrajnie wysocy, dotknięci gigantyzmem lub akromegalią, ewentualnie po prostu wyjątkowo rośli wojownicy. W dawnych populacjach, gdzie przeciętny mężczyzna mógł mieć około 160–165 cm wzrostu, człowiek mierzący 205–220 cm wyglądałby naprawdę jak istota nadludzka. Jeżeli dołożymy do tego masę ciała, zbroję, hełm, broń, reputację wojownika i strach przeciwników, efekt psychologiczny byłby ogromny. Taki człowiek nie musiał mieć trzech metrów, żeby w opowieści stać się „olbrzymem”.

Dobrym współczesnym przykładem jest André the Giant, czyli André Roussimoff. Miał ponad 2 metry wzrostu, ogromną masę i przez znaczną część życia funkcjonował jako człowiek fizycznie dominujący. Oczywiście jego rozmiary były związane z akromegalią, czyli chorobowym nadmiarem hormonu wzrostu, ale mimo to pokazuje on, że człowiek o wzroście około 2,1–2,2 m i bardzo masywnej budowie może realnie działać, podróżować, pracować ciałem i robić na otoczeniu wrażenie niemal mitycznego olbrzyma. André nie był tylko wysokim, chudym człowiekiem, był potężną konstrukcją, szeroką, ciężką i masywną. W dawnych realiach, przy niższym przeciętnym wzroście ludzi, ktoś taki w hełmie, zbroi i z bronią mógł bez problemu zostać zapamiętany jako gigant.

Z drugiej strony przykład Roberta Wadlowa pokazuje granicę, za którą wzrost przestaje oznaczać siłę, a zaczyna oznaczać poważny problem biologiczny. Wadlow, uznawany za najwyższego dobrze udokumentowanego człowieka, mierzył około 272 cm, ale jego ciało nie było ciałem sprawnego wojownika. Był skrajnie wysoki, lecz przy tym chorobowo wydłużony, przeciążony, z problemami z poruszaniem się i funkcjonowaniem. Taki typ budowy bardziej przypomina bardzo wysokie, kruche „szczudło” niż mitycznego siłacza. Innymi słowy: André pokazuje, że „olbrzym” w sensie dawnych opowieści jest jeszcze możliwy biologicznie, natomiast Wadlow pokazuje, że przy zbyt dużym wzroście człowiek zaczyna tracić funkcjonalność.

Biologicznie człowiek o wzroście około 2,1–2,3 m jest skrajny, ale możliwy. Problem polega na tym, że bardzo duży wzrost u człowieka często wiąże się z chorobami, przeciążeniem stawów, problemami z kręgosłupem, sercem, mobilnością i ogólną żywotnością. Taki osobnik może przez część życia normalnie funkcjonować, a nawet być niezwykle silny, ale nie jest idealnym „superczłowiekiem”. To raczej biologiczna skrajność, która daje wielkość i siłę, ale często odbiera sprawność, zdrowie i długowieczność.
Wariant gigantów mających 2,4–2,6 m można jeszcze próbować bronić, ale tylko jako bardzo rzadkie jednostki o masywnej budowie, dużym szkielecie, szerokich stawach, ogromnych stopach i potężnym układzie mięśniowym. Taki człowiek nie wyglądałby jak smukły wysoki model, tylko raczej jak ciężki, szeroki, bardzo masywny typ.

Natomiast giganci po 3–4 m, wyglądający nadal jak normalni ludzie, są już biologicznie bardzo mało realni. Prawo skali działa tu bezlitośnie: masa rośnie szybciej niż wytrzymałość kości, stawów i mięśni. Przy takim wzroście normalna ludzka konstrukcja ciała nie wystarcza. Taki organizm musiałby mieć nogi jak słupy, ogromne stopy, bardzo szeroką miednicę, potężny kręgosłup, wyjątkowo mocne serce i zupełnie inne proporcje. Innymi słowy: przestałby wyglądać jak zwykły człowiek powiększony do większego rozmiaru.
Dlatego bez obcej ingerencji najbardziej sensowna wersja mitu o gigantach brzmi tak: nie istniała rasa czterometrowych ludzi, ale mogły istnieć pojedyncze jednostki albo rody wyjątkowo wysokich, masywnych ludzi, których rozmiary zostały później wyolbrzymione. Wojownik mający 210–220 cm, stojący naprzeciw ludzi niższych o pół metra, ubrany w hełm, zbroję i uzbrojony w dużą broń, mógł wyglądać jak istota z innego świata. Po kilku pokoleniach przekazu ustnego taki człowiek mógł urosnąć w opowieściach do postaci trzymetrowego lub jeszcze większego olbrzyma.

W przypadku cyklopów sprawa jest jeszcze trudniejsza. Jednooki olbrzym jako stabilna, dorosła forma biologiczna praktycznie nie ma sensu. Prawdziwa cyklopia występuje jako ciężka wada rozwojowa, ale takie przypadki wiążą się z głębokimi zaburzeniami rozwoju czaszki i mózgu. Nie jest to po prostu „człowiek z jednym okiem”, tylko bardzo poważna deformacja, która nie daje podstaw do wyobrażenia sobie rasy sprawnych, silnych, dorosłych olbrzymów.

Mit o cyklopach mógł więc mieć inne źródła. Jednym z najbardziej sensownych wyjaśnień jest błędna interpretacja czaszek dużych zwierząt, zwłaszcza słoniowatych. Czaszka słonia ma duży centralny otwór nosowy, który ktoś bez wiedzy anatomicznej mógł uznać za oczodół olbrzyma. Jeżeli taka czaszka została znaleziona przez ludzi starożytnych, mogła łatwo zasilić opowieści o jednookich gigantach. Innym źródłem mogły być hełmy, maski, rany wojenne, utrata jednego oka albo symboliczne przedstawienie postaci jako dzikiej, pierwotnej i nieludzkiej.

Bez obcej ingerencji giganci mają więc sens biologiczny tylko w ograniczonej formie: jako wyjątkowo wysocy, masywni ludzie lub hominini, których rozmiary zostały później wyolbrzymione. Cyklopi jako rasa jednookich olbrzymów biologicznie odpadają, ale sam mit mógł powstać z błędnej interpretacji kości dużych zwierząt, wad rozwojowych, rannych wojowników albo symboliki.

Giganci jako efekt dawnej inżynierii

Jeżeli dopuścimy hipotezę ingerencji obcej albo bardzo zaawansowanej dawnej cywilizacji, wtedy giganci przestają być wyłącznie problemem naturalnego wzrostu człowieka. Nie mówimy już o zwykłym osobniku, który przypadkowo urósł do ogromnych rozmiarów, lecz o celowo zmodyfikowanym organizmie humanoidalnym.

W takim ujęciu dawne przekazy o „synach bogów”, „aniołach”, „istotach z nieba” lub „dawnej rasie olbrzymów” można potraktować nie dosłownie religijnie, ale jako uproszczony opis kontaktu z kimś, kto dysponował technologią niezrozumiałą dla ludzi tamtej epoki. „Krzyżowanie się” z ludźmi nie musiałoby oznaczać zwykłego rozmnażania, lecz np. manipulację genetyczną, selekcję zarodków, sztuczne zapłodnienie albo tworzenie zmodyfikowanej linii ludzi lub homininów.

Sama zmiana wzrostu nie wystarczyłaby jednak do stworzenia funkcjonalnego giganta. Organizm musiałby zostać przebudowany całościowo: silniejsze kości, większe powierzchnie stawowe, grubsze ścięgna, wydajniejsze mięśnie, mocniejsze serce, lepsze krążenie i sprawniejsza termoregulacja. Przy większych rozmiarach masa rośnie szybciej niż wytrzymałość ciała, więc taki gigant nie mógłby być po prostu człowiekiem powiększonym jak obrazek.

Wariant osobników o wzroście około 2,5–3 m jest w takim modelu najłatwiejszy do wyobrażenia. Byłyby to istoty bardzo masywne, szerokie, ciężkie i silne, ale nadal zewnętrznie przypominające ludzi. Dla dawnych populacji, gdzie przeciętny człowiek był znacznie niższy i lżejszy, taki osobnik wyglądałby jak istota nadludzka.

Giganci 3,5–4 m wymagają już znacznie większych założeń. Ich kości musiałyby działać jak biologiczny kompozyt — lżejszy, mocniejszy i bardziej odporny niż zwykła kość ludzka. Ścięgna i więzadła musiałyby wytrzymywać ogromne obciążenia, stawy musiałyby być znacznie odporniejsze, a układ krążenia musiałby rozwiązywać problem pompowania krwi wysoko do mózgu. Z zewnątrz taka istota mogłaby wyglądać jak powiększony człowiek, ale wewnętrznie byłaby już zupełnie inną konstrukcją biologiczną.

W przypadku cyklopów ingerencja nie rozwiązuje wszystkiego. Jedno centralne oko nadal jest rozwiązaniem słabym funkcjonalnie, bo ogranicza widzenie przestrzenne i pozbawia organizm zapasowego narządu wzroku. Bardziej sensowna byłaby wersja, w której „jedno oko” nie było prawdziwym okiem, lecz elementem wyposażenia: hełmem, maską, wizjerem, lampą albo centralnym sensorem. Dla człowieka starożytnego taki olbrzym w masce mógł wyglądać jak jednooka istota.

Najbardziej spójny wariant z ingerencją jest więc taki: zaawansowana cywilizacja stworzyła lub zmodyfikowała grupę dużych humanoidów, być może jako wojowników, strażników albo siłę roboczą. Nie byliby to zwykli ludzie, tylko organizmy o wzmocnionej konstrukcji, przystosowane do większej masy i siły. W tym sensie mity o gigantach są jednymi z łatwiejszych do „ubranych” w hipotezę inżynierii biologicznej, bo bazują na jednym spójnym planie ciała: człowieku powiększonym i przebudowanym pod większe obciążenia.

Jeżeli istnieli to gdzie się podziali?

Nawet przy założeniu, że giganci byli długowieczni i powstali w wyniku zaawansowanej inżynierii biologicznej, ich przetrwanie nie byłoby oczywiste. Duży organizm oznacza wysokie koszty energetyczne, duże zapotrzebowanie na pożywienie, obciążenie układu krążenia, stawów i termoregulacji. Przy małej liczebności populacji każdy głód, choroba, konflikt albo zmiana środowiska mogły mieć dla nich znacznie poważniejsze skutki niż dla zwykłych ludzi.

Szczególnie istotny byłby problem rozmnażania. Im większy organizm, tym zwykle wolniejszy cykl rozrodczy: dłuższy rozwój, większy koszt ciąży, mniejsza liczba potomstwa i większa strata w razie śmierci młodego. Matka z młodym, niezależnie od tego, jak potężna byłaby sama w sobie, zawsze staje się bardziej podatna na atak, bo musi chronić potomstwo, wolniej się przemieszcza i nie może swobodnie walczyć ani uciekać. Jeżeli takich istot było niewiele, każda utrata samicy, młodego albo dorosłego osobnika mogła być dla populacji katastrofalna.

Problemem byłaby też organizacja życia. Samiec lub grupa dorosłych nie mogliby jednocześnie stale zdobywać pożywienia, patrolować terenu i skutecznie bronić rodziny. Przy ogromnym zapotrzebowaniu energetycznym część osobników musiałaby szukać jedzenia na dużym obszarze, a to osłabiałoby ochronę młodych. Z kolei pozostawanie w jednym miejscu zwiększałoby ryzyko wykrycia, konfliktu z ludźmi albo wyczerpania lokalnych zasobów.

Jeżeli giganci nie byli naturalnym gatunkiem, lecz zmodyfikowaną linią biologiczną, dochodzi jeszcze możliwość ograniczonej płodności albo zależności od technologii, która ich tworzyła. Gdy zabrakło tych, którzy ich projektowali lub wspomagali ich reprodukcję, populacja mogła stopniowo przestać się odnawiać.

Najbardziej logiczny scenariusz zakłada więc nałożenie kilku czynników naraz: mała liczebność, wysokie koszty biologiczne, wolna reprodukcja, podatność samic i młodych na ataki, problemy z obroną i wyżywieniem grupy, utrata zaplecza technologicznego oraz możliwe konflikty z ludźmi. W takim modelu giganci mogli istnieć jeszcze przez jakiś czas jako relikt dawnego projektu, ale bez stabilnej reprodukcji ich zniknięcie byłoby tylko kwestią czasu.

Trzeba jednak dodać jeszcze jeden, bardziej przyziemny wariant. Jeżeli „giganci” nie byli osobnym projektem biologicznym ani odrębną rasą, tylko po prostu wyjątkowo wysokimi ludźmi, ich zniknięcie mogło być pozorne. W dawnych populacjach człowiek mierzący ponad 2 metry mógł wyglądać jak olbrzym, ponieważ otaczali go ludzie znacznie niżsi, lżejsi i gorzej odżywieni. Wraz z poprawą warunków życia, odżywiania, medycyny i ogólnego wzrostu populacji, różnica ta przestała robić aż tak niezwykłe wrażenie. Dzisiejszy świat zna koszykarzy, strongmanów, zawodników sportów walki i ludzi ponadprzeciętnie wysokich, więc samo istnienie człowieka mającego 210–220 cm nie wywołuje już religijnego ani mitycznego szoku.

Innymi słowy: część dawnych „gigantów” mogła nie zniknąć jako zjawisko biologiczne, tylko stracić swoją wyjątkowość kulturową. To, co kiedyś wyglądało jak potomek bogów albo przedstawiciel dawnej rasy olbrzymów, dziś zostałoby opisane jako bardzo wysoki człowiek, zawodnik NBA, strongman, przypadek gigantyzmu albo akromegalii. Świat poszedł do przodu, ludzie lepiej rozumieją anatomię, choroby i różnice osobnicze, a sama populacja przeciętnie urosła. Dlatego pewne rzeczy, które dawniej budowały mit, obecnie po prostu mniej dziwią.

Smoki

Opis mitu

Smok nie jest jedną, jednolitą istotą występującą we wszystkich kulturach w tej samej formie. To raczej szeroka kategoria mitycznych stworzeń, które w różnych częściach świata przybierały postać wielkich węży, gadów, potworów wodnych, istot skrzydlatych, strażników skarbów, demonów chaosu albo przeciwnie, istot boskich, mądrych i związanych z porządkiem świata. W Europie smok najczęściej kojarzy się z wielką łuskowatą bestią, często skrzydlatą, ziejącą ogniem i pokonywaną przez bohatera lub świętego. W Azji Wschodniej smoki są częściej istotami wodnymi, powietrznymi, związanymi z deszczem, rzekami, cesarską władzą i siłami natury. W innych kulturach pojawiają się jako wielkie węże, potwory morskie, pierzaste węże albo istoty stojące na granicy zwierzęcia, bóstwa i symbolu.

Wspólnym rdzeniem większości tych wyobrażeń jest jednak forma wężowo-gadzia: długie ciało, łuski, związek z wodą, ziemią, jaskinią, trucizną, ogniem, burzą albo ukrytą siłą natury. Smok często zamieszkuje miejsca graniczne i niebezpieczne: jaskinie, bagna, góry, rzeki, morza, pustkowia albo podziemia. Nie zawsze jest tylko zwierzęciem. Często jest uosobieniem chaosu, żywiołu, zarazy, suszy, powodzi albo siły, której człowiek nie potrafił kontrolować.

Dlatego mówiąc o smokach, nie należy szukać jednego gatunku „smoka”. Bardziej sensowne jest traktowanie tego mitu jako wspólnego worka, do którego różne kultury wrzucały własne obserwacje, lęki i symbole: węże, krokodyle, duże jaszczurki, szczątki wymarłych zwierząt, burze, powodzie, wulkany, trujące gazy, choroby i opowieści o dalekich, egzotycznych bestiach.

Możliwe wyjaśnienia w granicach znanej biologii

Najbardziej biologicznie sensowny rdzeń smoka to nie latająca bestia ziejąca ogniem, lecz duże wężowe, gadzie albo wodno-lądowe zwierzę, które w przekazie zostało wyolbrzymione i obudowane symboliką. W zależności od regionu takim źródłem mogły być różne zwierzęta: węże, pytony, anakondy, krokodyle, warany, duże jaszczurki, a także zwierzęta morskie widziane z daleka lub po rozkładzie. W kulturach, które znały duże gady z własnego środowiska, smok mógł być bardziej „naturalny” w wyglądzie. W kulturach, które takich zwierząt nie widywały, obraz smoka mógł powstać z opowieści podróżników, bestiariuszy, handlu, religii i wyobraźni.

Bardzo ważnym źródłem mitu mogły być także szczątki. Ludzie od dawna znajdowali wielkie kości, czaszki, zęby i skamieniałości, nie mając pojęcia o dinozaurach, wielkich wymarłych ssakach czy dawnych gadach. Dla człowieka bez paleontologii ogromna kość nie była „szczątkiem wymarłego gatunku”, tylko dowodem, że kiedyś żyły olbrzymy, smoki albo potwory. W tym sensie smoki mogły być próbą wyjaśnienia realnych znalezisk, ale za pomocą języka mitu.

Najbardziej problematyczne są trzy klasyczne cechy: ogromny rozmiar, lot i ogień. Duży naziemny gad jest biologicznie możliwy, choć wymaga odpowiednich warunków klimatycznych, pożywienia i przestrzeni. Wielki wąż lub krokodyl jako źródło opowieści jest całkiem sensowny. Natomiast smok wielkości budynku, ciężki, opancerzony, z wielką głową i skrzydłami, zaczyna się sypać przez prawo skali i aerodynamikę.

Lot wymaga lekkości. Dlatego biologicznie bardziej sensowny byłby smok podobny do pterozaura albo nietoperza, czyli taki, w którym skrzydła są przekształconymi kończynami przednimi. Klasyczny smok z czterema nogami i dodatkową parą skrzydeł jest trudniejszy, bo ziemskie kręgowce mają zasadniczo cztery kończyny, nie sześć. Z tego powodu „wiwerna”, czyli forma z dwiema nogami i skrzydłami zamiast przednich łap, jest dużo bardziej realistyczna niż smok sześciokończynowy.

Zianie ogniem jest jeszcze trudniejsze. W znanej biologii można wyobrazić sobie jad, toksyczną ślinę, drażniącą wydzielinę, cuchnący gaz, żrący aerozol albo reakcję chemiczną używaną obronnie. Prawdziwy płomień wymagałby jednak magazynowania paliwa, mechanizmu zapłonu i ochrony własnych tkanek przed temperaturą. To bardzo mało praktyczne. Dlatego ogień u smoka można łatwiej tłumaczyć jako symbol: trucizny, siarki, wulkanu, pożaru, piekła, „palącego” jadu albo niszczącego oddechu choroby.

W granicach znanej biologii smok nie wygląda więc na jeden realny gatunek. Bardziej prawdopodobne jest, że pod tym pojęciem kryje się kilka różnych źródeł: realne duże gady, wielkie węże, krokodyle, szczątki kopalne, potwory wodne, zjawiska naturalne i kulturowe wyolbrzymienie. Najbardziej realny smok byłby więc dużym naziemnym lub wodno-lądowym gadem albo wężem, a nie latającym, ziejącym ogniem potworem fantasy.

Czy dawna inżynieria ma tu sens?

Przy smokach hipoteza dawnej inżynierii biologicznej jest dużo słabsza niż przy gigantach. Teoretycznie można sobie wyobrazić, że zaawansowana cywilizacja stworzyła gadopodobnego strażnika, broń psychologiczną albo zwierzę symboliczne. Praktycznie jednak taki projekt byłby mało opłacalny.

Duży smok wymagałby ogromnych ilości pożywienia, miejsca, kontroli i zabezpieczeń. Byłby niebezpieczny także dla własnych twórców. Wersja latająca wymagałaby lekkości, a wersja bojowa wymagałaby masy, pancerza i siły — te wymagania wzajemnie się wykluczają. Zianie ogniem jako broń biologiczna również nie ma większego sensu, skoro ten sam efekt łatwiej osiągnąć technologią, trucizną, gazem albo zwykłą bronią.

Dlatego wariant inżynieryjny przy smokach można co najwyżej wspomnieć jako skrajną spekulację. Nie jest to jednak najlepsze wyjaśnienie. Znacznie logiczniejsze jest potraktowanie smoka jako złożenia realnych zwierząt, szczątków, strachu przed gadami i symboliki żywiołów.

Co mogło się stać ze smokami?

Pytanie „co stało się ze smokami?” jest w tym przypadku prawdopodobnie źle postawione. Możliwe, że smoków jako jednego gatunku nigdy nie było. Były natomiast realne elementy, z których różne kultury stworzyły podobne mity: węże, krokodyle, warany, duże jaszczurki, potwory wodne, skamieniałości, niebezpieczne miejsca, powodzie, burze, gazy, pożary i opowieści o egzotycznych zwierzętach.
Jeżeli za częścią legend stały realne zwierzęta, to one nie musiały „zniknąć”. Część nadal istnieje, tylko dziś nazywamy je krokodylami, pytonami, waranami albo wielkimi wężami. Inne mogły być wymarłymi gatunkami znanymi tylko ze szczątków. Jeszcze inne były zjawiskami naturalnymi, które dawny człowiek opisał językiem potwora.

Najbardziej sensowny wniosek jest taki: smok jako globalny mit ma bardzo mocne źródła naturalne i kulturowe, ale smok jako dosłowny gatunek latającej, ziejącej ogniem bestii jest biologicznie bardzo mało prawdopodobny.

Giganci morscy / krakeny / potwory morskie

Opis mitu

Motyw ogromnych stworzeń morskich jest bardzo szeroki i występuje w wielu częściach świata. W jednych przekazach są to wielkie węże morskie, w innych potwory z mackami, bestie wynurzające się spod statków, olbrzymie ryby, stwory przypominające smoki albo istoty tak duże, że mylono je z wyspą czy fragmentem lądu. Nazwa kraken wywodzi się z tradycji północnej, ale sam motyw nie jest lokalny — praktycznie każda kultura żeglarska miała opowieści o czymś ogromnym, co żyje pod powierzchnią, niszczy łodzie, porywa ludzi lub przynajmniej budzi grozę samym rozmiarem.

Wspólny rdzeń tych opowieści jest prosty: morze skrywa coś wielkiego, trudnego do zobaczenia i jeszcze trudniejszego do zrozumienia. W przeciwieństwie do potworów lądowych, istota morska może pozostawać niemal cały czas niewidoczna, a człowiek obserwuje zwykle tylko fragment ciała: grzbiet, ogon, łeb, płetwę albo macki. To bardzo sprzyja powstawaniu legend.

Możliwe wyjaśnienia w granicach znanej biologii

W przypadku gigantów morskich biologia jest akurat znacznie bardziej przychylna niż przy gigantach lądowych. Woda częściowo odciąża ciało, dlatego właśnie w morzach i oceanach mogły powstać największe zwierzęta znane Ziemi. Na lądzie rozmiar bardzo szybko zaczyna niszczyć organizm przez ciężar własnego ciała, natomiast w wodzie ten problem jest mniejszy. Dlatego sam pomysł ogromnego zwierzęcia morskiego nie jest niczym absurdalnym.
To ważna różnica: kraken, wielki potwór morski albo olbrzymi wąż morski są biologicznie łatwiejsze do obrony niż czterometrowy człowiek czy smok-bombowiec.
Najbardziej prawdopodobne źródła takich mitów to:
• wielkie kałamarnice i kałamarnice olbrzymie,
• kaszaloty i wielkie wieloryby,
• rekiny olbrzymie,
• wstęgor królewski i inne dziwnie wyglądające ryby głębinowe,
• duże płaszczki, żółwie i ssaki morskie,
• rozkładające się zwłoki wielorybów i innych dużych zwierząt,
• oraz zwykłe błędy obserwacji na falach, we mgle i przy złej pogodzie.

W przypadku krakena najbardziej logiczny trop prowadzi właśnie do wielkich głowonogów. Kałamarnice olbrzymie i kolosalne są realne, osiągają duże rozmiary, żyją głęboko i rzadko są obserwowane w naturalnych warunkach. Jeżeli chory, martwy albo ranny osobnik wypłynął na powierzchnię, dla dawnych żeglarzy mógł wyglądać jak potwór z innego świata. Macki, wielkie oczy, miękkie ciało i nagłe pojawienie się przy statku aż proszą się o legendę.

Z kolei morskie węże można często tłumaczyć obserwacją długich ryb, falującego ciała wieloryba, szeregu kilku zwierząt płynących jedno za drugim, a czasem po prostu błędną oceną odległości. Na morzu bardzo łatwo przeszacować rozmiar. Coś widziane tylko częściowo, z pokładu, przy fali i słabej widoczności, niemal automatycznie „rośnie” w opowieści.

Trzeba też pamiętać, że morze często pokazuje zwierzę w stanie, którego człowiek nie zna z książki ani z natury: rozkład, uszkodzenie, brak skóry, obgryzienie przez inne organizmy. Tak powstają słynne „potworne zwłoki”, które w rzeczywistości bywają po prostu zdeformowanym trupem wieloryba albo rekina.

Najważniejsze jest jednak to, że morski gigant nie łamie biologii samym rozmiarem. Oczywiście są granice — potwór wielkości wyspy, regularnie atakujący wielkie statki, to już przesada — ale stworzenie bardzo duże, rzadkie, trudne do obserwacji i żyjące w głębinach mieści się w granicach biologicznej spekulacji dużo lepiej niż wiele innych istot mitycznych.

Czy dawna inżynieria ma tu sens?

Tutaj znów, podobnie jak przy smokach, nie widzę dużej potrzeby wchodzenia w dawną inżynierię jako główną hipotezę. W przypadku gigantów morskich natura sama daje wystarczająco dużo miejsca na wielkość, więc nie trzeba od razu zakładać sztucznego stworzenia takich organizmów.

Jeśli już ktoś chciałby iść w bardziej spekulacyjną stronę, to łatwiej byłoby bronić idei zmodyfikowanego głowonoga albo dużego inteligentnego drapieżnika morskiego niż klasycznej syreny czy smoka. Ale to byłaby hipoteza dodatkowa, nie podstawowa. Tutaj znacznie sensowniejsze są po prostu: głębiny, rzadkie obserwacje, realne wielkie zwierzęta i późniejsze wyolbrzymienie.

Co mogło się z nimi stać?

W odróżnieniu od wielu innych mitycznych istot, przy gigantach morskich odpowiedź może być bardzo prosta: one wcale nie musiały zniknąć całkowicie. Część źródeł mitu istnieje nadal — wieloryby, rekiny, głowonogi, wielkie ryby głębinowe. Problem polega raczej na tym, że żyją w środowisku trudnym do obserwacji, często bardzo głęboko albo bardzo daleko od ludzi.
Inna część mogła rzeczywiście zniknąć: niektóre duże gatunki mogły wymrzeć, zostać przetrzebione przez zmiany klimatu, polowania lub zmianę ekosystemów. Możliwe też, że część dawnych relacji dotyczyła zwierząt, które dziś występują dużo rzadziej niż kiedyś.
Najbardziej logiczny wniosek jest więc taki: w przypadku gigantów morskich mit najpewniej wyrósł na realnym biologicznym fundamencie. Nie musi to oznaczać, że istniał dosłowny kraken z legend, ale oznacza, że morze rzeczywiście mogło dawać ludziom kontakt z organizmami tak wielkimi, dziwnymi i rzadkimi, iż bardzo łatwo zamieniały się one w potwory.

Podsumowanie części I

W przypadku istot opisywanych jako ogromne najważniejsze okazało się nie samo pytanie, czy mogły być duże, ale czy przy takich rozmiarach mogły normalnie funkcjonować. Prawo skali pokazuje, że nie da się po prostu powiększyć człowieka, gada czy ptaka i założyć, że jego ciało będzie działało tak samo. Im większy organizm, tym większe wymagania wobec kości, stawów, mięśni, krążenia, oddychania, chłodzenia i zdobywania pożywienia.

Dlatego najlepiej bronią się te wersje mitów, które wymagają najmniejszej liczby założeń. Giganci mogli być wyjątkowo wysokimi i masywnymi ludźmi, których rozmiary zostały później wyolbrzymione. Smoki mogły powstać z połączenia opowieści o wielkich gadach, wężach, szczątkach kopalnych, niebezpiecznych miejscach i symbolice ognia lub trucizny. Potwory morskie i krakeny mają jeszcze mocniejszy biologiczny fundament, bo środowisko wodne pozwala na znacznie większe rozmiary niż ląd, a morze rzeczywiście skrywa ogromne i rzadko obserwowane zwierzęta.

Najrozsądniejszy wniosek z tej części jest taki: mityczne olbrzymy, smoki i potwory morskie raczej nie istniały dokładnie tak, jak opisują je legendy, ale wiele z tych opowieści mogło mieć realny rdzeń: biologiczny, kulturowy albo wynikający z błędnej interpretacji szczątków i obserwacji.

W kolejnej części można przejść do trudniejszego tematu: hybryd, chimer i istot złożonych, takich jak centaury, syreny, minotaury, wilkołaki czy psiogłowcy. Tam problemem nie będzie już głównie rozmiar, ale sama budowa ciała: połączenie różnych organizmów, rozmieszczenie narządów, sposób poruszania się, możliwość rozmnażania, transformacji i funkcjonowania jako jeden spójny organizm.


Użytkownik pawel19903 edytował ten post dziś, 14:00

  • 0




Inne tematy z jednym lub większą liczbą słów kluczowych: giganci, cyklopi, krakeny

Użytkownicy przeglądający ten temat: 3

0 użytkowników, 3 gości oraz 0 użytkowników anonimowych