Skocz do zawartości


Zdjęcie

Pociąg Kastnera

Rudolf Kastner Holocaust IIWŚ

  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
Brak odpowiedzi do tego tematu

#1

pishor.

    sceptyczny zwolennik

  • Postów: 4740
  • Tematów: 275
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 16
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Kupił tysiąc istnień – zaprzedał duszę diabłu?
Wszyst­kie po­cią­gi je­cha­ły do Au­schwitz – poza jed­nym. Jego pa­sa­że­ro­wie oca­le­li, bo Ru­dolf Kast­ner zdo­łał kupić ich życie od Eich­man­na. Dla­cze­go w po­wo­jen­nym Izra­elu zo­stał wro­giem pu­blicz­nym?


Kastner.jpg
Rudolf Kastner

"Nawet kiedy pociąg ruszył, nie wiedzieliśmy, co z nami będzie" – wspominała Eva Speter, której rodzina zdołała zdobyć miejsca w wagonach.

Pasażerowie mieli powód, by drżeć o życie. Od półtora miesiąca trwały deportacje węgierskich Żydów – Niemcy wywozili ich ponoć "do pracy w fabrykach i na roli", ale w krążących wszędzie plotkach przewijała się złowieszcza nazwa: "Auschwitz". W ciągu dwóch miesięcy hitlerowcy zdołali wywieźć kilkaset tysięcy ludzi.

"Pociąg Kastnera" miał być inny. Za życie ludzi, którzy się w nim znaleźli, trzeba było zapłacić architektowi zagłady: Adolfowi Eichmannowi. Człowiek, który poszedł na taki układ, musiał rozumieć, że ocali w ten sposób ledwie ułamek procenta społeczności żydowskiej na Węgrzech. Kim był Rudolf Kastner?


Auschwitz na końcu drogi w nieznane
Przez kilka lat wojny społeczność żydowska na Węgrzech mogła się czuć względnie bezpiecznie. Wprawdzie reżim admirała Horthyego pozostawał w sojuszu z Berlinem, ale stopniowo stawało się jasne, że Trzecia Rzesza przegra wojnę. Budapeszt nie chciał brudzić sobie rąk współudziałem w hitlerowskich zbrodniach, nie było więc mowy o wydaniu Niemcom ponad 750 tys. węgierskich Żydów.

Ale w marcu 1944 r. Niemcy zaczęli okupację Węgier. Niemal natychmiast pojawił się w Budapeszcie pułkownik SS Adolf Eichmann. Miał zorganizować grabież mienia Żydów, a także ich wywózkę do Birkenau. Rozbudowany obóz w Brzezince miał już nowe, wydajniejsze urządzenia masowej zagłady, a także bocznicę, która doprowadzała transporty kolejowe niemal prosto pod drzwi komór gazowych. Auschwitz było gotowe, by odebrać Treblince miano największej nazistowskiej fabryki śmierci.

Na Węgrzech działał w tym czasie Komitet Ratunkowy i Pomocy. Ta żydowska organizacja od początku wojny zajmowała się wspieraniem Żydów, którzy uchodzili z terenów zajmowanych przez hitlerowców. Uciekinierom dostarczano noclegi, ubranie, jedzenie, a niektórym próbowano załatwiać wizy wyjazdowe do Palestyny. Jedną z najważniejszych postaci Komitetu był Rudolf Kastner – dziennikarz i prawnik z Kolozsvár (Kluż).

Kastner, który po zamknięciu swojej gazety wyjechał szukać pracy do Budapesztu, poznał w stolicy najważniejsze postaci miejscowego ruchu syjonistycznego, w tym Joela Branda. To właśnie Brand był pierwszą osobą, która została zaproszona na tajemnicze spotkanie do kwatery Eichmanna, gdy tylko ten rozgościł się w Budapeszcie.


Krew za towar, życie za dolary
Eichmann złożył szokującą ofertę: oszczędzi milion Żydów, w zamian za co alianci zachodni dostarczą Rzeszy 10 tys. ciężarówek wojskowych, przystosowanych do zmagań zimą na froncie wschodnim. Skonsternowany Brand miał odegrać rolę pośrednika – Eichmann kazał mu natychmiast ruszać z poufną misją do Stambułu, gdzie działacz miał się spotkać z wysłannikami zarówno wspólnot żydowskich, jak i aliantów.

Dla zachodnich rządów było jednak jasne, że taka propozycja (naziści nazwali to: Blut gegen Waren – "krew za towar") to ze strony Eichmanna i stojącego za nim Himmlera próba wbicia klina w koalicję antyhitlerowską. Propozycja Branda została zignorowana, a on sam został zatrzymany na Bliskim Wschodzie przez Brytyjczyków. Tymczasem ruszały już deportacje węgierskich Żydów – każdego dnia pociągi wywoziły ponad 10 tys. ludzi.

Pod nieobecność Branda w Budapeszcie negocjacji z SS podjęła się jego żona, Hansi Brand, a także wspomniany Kastner. Przekonywali, że Eichmann powinien wykonać jakiś gest, który pokazałby aliantom jego dobrą wolę. Eichmann zgodził się na pomysł, by wypuścić z Budapesztu jeden pociąg, który pewną liczbę Żydów wywiózłby w bezpieczne miejsce.

Przystał na to oczywiście nie dlatego, że ruszyło go sumienie. Żydzi za ocalenie musieli zapłacić – i to nie tylko Eichmannowi, bo stawki za miejsce w pociągu zaczęli się też domagać jego podwładni i konkurenci z SS. Ostatecznie cenę ustalił Himmler: tysiąc dolarów za jedno życie. Esesmani mieli otrzymać walizki pełne złota, kosztowności i pieniędzy w najróżniejszych walutach.


Arka Noego plus krewni i znajomi
Kastner musiał ogłosić coś w rodzaju aukcji: zamożniejsi Żydzi, którzy chcieli się dostać do pociągu, mieli płacić SS nie tylko za swoje miejsca, ale również za ludzi, których nie byłoby na nie stać. Listę pasażerów miała ustalić komisja, w której skład wchodził m.in. Kastner. Moralna dwuznaczność takiego układu była oczywista, ale Kastner uznał, że warto taką cenę zapłacić.

Niektórzy z pasażerów mówili o tym pociągu jak o "arce Noego". Byli wśród nich mężczyźni i kobiety, bogaci i biedni, starzy i młodzi. Byli nielegalni uchodźcy, syjoniści i ortodoksi, sieroty, pielęgniarki, lekarze, rabini, pisarz i śpiewak operowy – krótko mówiąc: to miał być reprezentatywny przekrój lokalnej społeczności.

Po latach podnoszono jednak jako zarzut przeciw Kastnerowi m.in. to, że na liście pasażerów znaleźli się wszyscy członkowie jego rodziny, a także nadspodziewanie dużo mieszkańców jego rodzinnego miasta. O kompletowaniu listy wiedziało wielu Żydów w Budapeszcie i siłą rzeczy tym, którzy nie mogli się na niej znaleźć, Kastner musiał się wydawać potworem.

1684 – tyle osób znalazło się oficjalnie na liście Kastnera. Najstarszy z pasażerów miał ponoć 85 lat, najmłodszy miał się urodzić już podczas podróży. Dokładnej liczby nie sposób ustalić, bo podobno kilkanaście osób uciekło z pociągu przed jego odjazdem. Eichmannowi nie można było ufać – ludzie obawiali się, że skład nie pojedzie do neutralnej Szwajcarii, jak obiecywano, lecz prosto do Auschwitz.


Nie wiedzieli, czy to naprawdę prysznice
Ta obawa towarzyszyła wszystkim pasażerom. Ktoś zasłyszał nazwę miejscowości na możliwej trasie pociągu: "Ausspitz" i na wszystkich padł blady strach – tymczasem chodziło o niemiecką nazwę czechosłowackiego miasteczka Hustopeče.

"Pociąg życia" odjechał z Budapesztu 30 czerwca 1944 r. Najpierw zatrzymał się na granicy węgiersko-austriackiej – nadal mógł skręcić na północ, co oznaczałoby zapewne kierunek: Birkenau. Następny przystanek, w austriackim Linzu, był równie niespodziewany. Pasażerom nie powiedziano, gdzie są. Kazano im wysiąść – mieli się poddać dezynfekcji. Musieli rozebrać się do naga, stanąć przed lekarzami, a kobietom golono głowy i okolice intymne. Potem kazano im iść pod prysznice.

Część pasażerów wiedziała już, że hitlerowcy w taki sposób oszukiwali swoje ofiary w obozach zagłady, tuż przed zapędzeniem ludzi do komór gazowych. Jedna z kobiet była przekonana, że to jej ostatnie chwile. "Na ogół już wiedzieliśmy, że w Auschwitz z pryszniców nie leci woda, tylko gaz. Stałam nago przed lekarzem, ale zachowałam dumę. Patrzyłam mu prosto w oczy, żeby zobaczył, jak dumnie Żydówka idzie na śmierć" – wspominała.
Ale te prysznice były prawdziwe.

Eichmann i tak złamał umowę: pociąg ruszył nie do Szwajcarii, lecz do obozu koncentracyjnego Bergen-Belsen na terenie Rzeszy. Pasażerowie dołączyli do tych więźniów obozu, których hitlerowcy przetrzymywali jako zakładników – z myślą o wymianie na niemieckich obywateli przetrzymywanych na Zachodzie albo o transakcjach takich, jakie chcieli przeprowadzać Himmler i Eichmann.

Warto wspomnieć zresztą, że już pod koniec 1942 r. Himmler dostał od Hitlera pozwolenie, aby wypuszczać pojedynczych Żydów z trybów machiny "ostatecznego rozwiązania". Oczywiście chodziło tylko o tych, za których życie ktoś na Zachodzie chciał odpowiednio dużo zapłacić.


Kropla w morzu
M.in. dlatego pasażerowie pociągu Kastnera żyli w Belsen w stosunkowo dobrych warunkach. Mieli co jeść, mogli zachować swoje ubrania, nie zmuszano ich do wyniszczającej pracy. Jesienią – po negocjacjach z organizacjami żydowskimi w Szwajcarii – zwolniono do tego kraju pierwszą, kilkusetosobową grupę ocalałych. W grudniu – całą resztę.

Tymczasowo udostępniono im na kwatery dwa hotele. "Przyjęli nas bardzo pięknie – tureckie ręczniki, ciepła woda, mydło. To było niebo" – wspominała Eva Speter.

"Pociąg Kastnera" to była kropla w morzu – wiosną i latem 1944 r. do Auschwitz trafiło niemal 440 tysięcy węgierskich Żydów, z czego 320 tys. zginęło niemal natychmiast po przybyciu do obozu. Deportacje przerwano w lipcu, gdy admirał Horthy zaczął dostawać coraz więcej dyplomatycznych protestów (m.in. z Watykanu). Było jasne, że za parę miesięcy do Budapesztu wejdą Sowieci i miejscowe władze muszą zacząć szukać sobie alibi.

Kastner po wojnie spełnił swoje marzenie: znalazł się w Izraelu. Zaangażował się w politykę. Do Knesetu kandydował bez powodzenia, ale na początku lat 50. został rzecznikiem resortu handlu i przemysłu.


Co jeszcze mógł zrobić Kastner?
I wtedy wybuchła gigantyczna afera. Niejaki Malchiel Grünwald – samozwańczy dziennikarz, którego 50-osobowa rodzina zginęła w Auschwitz – oskarżył Kastnera o kolaborację z Niemcami podczas wojny. Grünwald zarzucił mu współudział w rabowaniu żydowskiej własności w porozumieniu z pułkownikiem SS Kurtem Becherem i wybielanie tegoż esesmana w powojennym postępowaniu denazyfikacyjnym.

W Izraelu taki zarzut był jak trzęsienie ziemi. Rząd lewicowej partii Mapai zasugerował Kastnerowi, że albo ustąpi z funkcji, albo wytoczy proces o zniesławienie. Proces miał potrwać dwa dni – tyle że prawnik Grünwalda, zamiast bronić swojego klienta, zamienił postępowanie w sąd nad czynami Kastnera w czasie wojny.

To wtedy padł najważniejszy zarzut: że Kastner nie uprzedził kilkusettysięcznej społeczności żydowskiej na Węgrzech, iż czeka ją zagłada. Prawdopodobnie bowiem wiedział o tym jeszcze przed rozpoczęciem deportacji. Skąd?

Wiosną 1944 r. uciekło z Birkenau dwóch słowackich więźniów, którzy stworzyli szczegółowy raport o tym, co się dzieje w obozie i jaka jest skala dokonującej się tam zbrodni. Z tzw. raportu Vrby-Wetzlera wynikało również, że w obozie mówiło się wiosną o nadchodzącej eksterminacji węgierskich Żydów. Rudolf Vrba twierdził zatem, że Kastner wiedział o raporcie, ale go zataił – i w ten sposób setki tysięcy nieświadomych węgierskich Żydów wsiadły do pociągów i pojechały na śmierć.

Według Vrby Kastner milczał, bo gdyby podniósł alarm, nie mógłby wynegocjować z Eichmannem ocalenia m.in. własnej rodziny. "Ceną za życie 1684 osób było milczenie Kastnera" – twierdził uciekinier z Birkenau. Do dziś historycy nie umieją odpowiedzieć na pytanie: ilu węgierskich Żydów mogłoby ocaleć, gdyby wcześniej ostrzeżono ich o celu wywózek? Tak czy inaczej aktualne pozostaje pytanie: czy Kastner był jedyną osobą, która w tej sprawie powinna mieć nieczyste sumienie?


Wysoka cena za paktowanie z diabłem
Jego obrońcy podnosili argument, że pogłoski o systematycznym mordowaniu Żydów wyciekały z terenów okupowanej Polski od 1942 r. Kastner zresztą nie mógłby wiele zrobić, jeśli idzie o "wszczynanie alarmu", bo miał ograniczone możliwości podróżowania i przekazywania wiadomości, a każdy jego ruch obserwowali albo Niemcy, albo węgierskie służby. Wydaje się pewne, że gdyby podjął jakieś działania, razem z rodziną zginąłby jako pierwszy, a do żadnego układu z Eichmannem by nie doszło.

Na koniec procesu sędzia wypalił do Kastnera, że ten – negocjując z Eichmannem – "zaprzedał duszę diabłu". Dla Kastnera był to szok. Nie skończyło się ani na jego dymisji, ani na dymisji rządu – stał się we własnej ojczyźnie właściwie wrogiem publicznym. Jego córki były opluwane na ulicy.

Kastner z pewnością nie nadawał się na kryształowego bohatera. Już przed wojną zapracował sobie na opinię błyskotliwego aroganta, który lubił pokazywać ludziom, że jest od nich mądrzejszy. Chwały nie przynosił mu też romans z żoną Joela Branda. Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że wielu Żydów uratował przed śmiercią – i to na długo przed tym jak Niemcy znaleźli się w Budapeszcie.

Rozmawiając z Eichmannem o ocaleniu kilku setek osób, podczas gdy codziennie ginęły tysiące, Kastner z pewnością był świadom, że porusza się w moralnej "szarej strefie". Po ponad pół wieku wypada go uznać za jedną z tych postaci, którym w czasie Zagłady przyszło wybierać między decyzjami złymi a jeszcze gorszymi.

W 1958 r. Sąd Najwyższy w Izraelu oczyścił Kastnera z większości zarzutów. Ale "wróg publiczny" już tego wyroku nie usłyszał. Rok wcześniej został zastrzelony pod własnym domem przez trzech nacjonalistycznych ekstremistów – bez wątpienia na fali kampanii nienawiści, jaką przeciw niemu rozpętano.

 

autor: Mateusz Zimmerman
źródło


  • 4






Inne tematy z jednym lub większą liczbą słów kluczowych: Rudolf Kastner, Holocaust, IIWŚ

Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości oraz 0 użytkowników anonimowych