Wiele razy słyszałam o dziwnych przypadkowych spotkaniach na ulicy, które wprawiały ludzi w dezorientację, postanowiłam, że podzielę się moim, mimo że pewnie uznacie mnie za kretyna
Któregoś dnia przyszłam na przystanek autobusowy, jechałam akurat do pracy. Stanęłam sobie na uboczu i wyciągnęłam paczkę papierosów. Na przystanku i dookoła było całkiem sporo osób, słoneczny poranek, ludzie przewijali się w tę i we w tę. Chciałam zapalić, ale nie mogłam znaleźć zapalniczki, zaczęłam grzebać po kieszeniach i torebce – dłuższą chwilę bezskutecznie. Kątem oka zauważyłam, że wyraźnie w moim kierunku zmierza człowiek, który siedział na ławce obok przystanku, a więc spory kawałek ode mnie. Odruchowo lekko się odwróciłam, w przekonaniu, że będzie chciał wyżulić papierosa. Miałam wrażenie, że wygląda jakoś... hmm dziwnie. Facet faktycznie podszedł do mnie, z bliska oceniłam, że jest w nim coś dziwacznego – może trochę jakby upośledzony (z całym szacunkiem, po prostu machinalnie pojawił się we mnie odruch zbywania natrętnych dziwaków, którzy zwykle żebrzą, albo pierniczą głupoty). Mimo że starałam się zbytnio nie nawiązywać kontaktu wzrokowego, zauważyłam, że mężczyzna ciepło się uśmiecha, a w gruncie rzeczy wygląda czysto i schludnie – biło od niego coś miłego. Mimo to, jakoś byłam pogrążona we własnych myślach, i nie zdążyłam zejść z poziomu „spieprzaj dziadu”, więc nie bardzo usłyszawszy co w ogóle do mnie mówi, burknęłam niezbyt kulturalnie coś, że „nie mam”, a że akurat znalazłam zapalniczkę, odwróciłam się do niego plecami, żeby odpalić. Jego twarz mignęła mi w przelocie, zauważyłam, że kiedy go zbyłam, nadal się uśmiechał, po czym wrócił na swoją ławkę. Coś mnie w całej jego postawie i twarzy dotknęło, ale nie potrafiłam załapać, co. Po kilku sekundach, ze spóźnionym refleksem, analizując to, co niewyraźnie usłyszałam, uzmysłowiłam sobie, że mężczyzna w istocie zapytał, czy zapalić mi papierosa. Uznałam to za skrajnie dziwne, bo stałam w naprawdę zbyt sporej odległości, żeby taka fatyga była naturalna. Ale coś jeszcze, i to odkryłam, kiedy spojrzałam na niego, kiedy z powrotem usiadł na ławce. Ogólnie facet wyglądał trochę jak wyrwany z tej rzeczywistości, ubranie dziwnie na nim leżało, jakby z innej epoki – było w nim coś bardzo staroświeckiego, również sposób w jaki się poruszał, siedział z nogą na nogę - wydawało się zupełnie niedzisiejsze, nawet fryzura. Jak taki dżentelmen z dawnych czasów.
I nagle, uwierzcie mi, nogi się pode mną ugięły, kiedy wyraźnie przyjrzałam się jego twarzy (tu nastąpi moment, kiedy uznacie pewnie moją historię za kretyńską). Mężczyzna z oddali spoglądał na mnie intensywnie, a jego twarz, jak mi bozia miła, wyglądała jak twarz Brunona Schulza. To było to, co mi dziwnie nie grało od samego początku. Bruno Schulz jest dla mnie jak absolutny bóg literatury, lek na całe zło itepe, ogólnie postać ogromnie mi bliska. I umówmy się – nie chcę robić z siebie wariata, twierdząc, że objawił mi się nieżyjący pisarz, właściwie nie wiem, co chcę, ale jeśli ktoś z Was oglądał kiedyś, albo choćby widział, jego zdjęcia – wie jak bardzo specyficzną miał aparycję. Stałam kilka minut gapiąc się jak wryta i nie mogłam uwierzyć w to, co widzę – że tak bardzo można być podobnym, przy czym mówię o twarzy i całokształcie: jest takie zdjęcie Schulza, które wyskakuje na pierwszej stronie w google grafika, na którym siedzi na schodach – trudno na kogoś wyglądającego w podobny sposób na przystanku nie zwrócić uwagi.
Ale najdziwniejsze było to, jak się wtedy poczułam. Facet siedział sobie na ławce, wciąż patrząc na mnie z uśmiechem przez falę ludzi, którzy się między nami przetaczali, a mnie ogarnął tak potworny smutek, jakbym chwilę temu, co najmniej skopała w amoku staruszkę leżącą na ziemi i uświadomiła sobie to po chwili. Było mi potwornie przykro, że w tak nieuprzejmy sposób potraktowałam kogoś, kto chciał dać mi ognia, z góry zakładając że to jakiś menel.
Mówię Wam – stałam tam jak sparaliżowana tak dziwnie dojmującym odczuciem, które nie wiadomo z jakiej cholery się pojawiło – cóż, bywa, i czym się przejmować, a mnie dosłownie zaczęło rozsadzać jakimś prawie fizycznym smutkiem.
Po chwili nadjechał autobus, wsiadłam do niego, po drodze uważnie i z bliska przyglądając się twarzy, co upewniło mnie w tym uderzającym podobieństwie. Usiadłam przy oknie, zaraz obok tego okna siedział mój „Bruno” - i zrobił coś, co mnie rozłożyło na łopatki. W uszach miałam słuchawki, a dokładnie kiedy usiadłam w fotelu, zaczął się nowy utwór. „Bruno”, ciągle na mnie patrząc, położył ramię na oparciu ławki i zaczął stukać dłonią w deskę – niech mnie coś strzeli, jeśli nie zaczął wybijać rytmu kawałka z moich uszu. To było tak niesamowicie psychodeliczne, że dosłownie zamarłam. I nagle – jakby cały ten smutek i wstyd, i w ogóle szok, eksplodował, bo gapiąc się przez szybę na tą uśmiechniętą twarz – nagle się rozryczałam. To uczucie było tak irracjonalne, że w ogóle nie potrafiłam ogarnąć, co się ze mną dzieje.
I teraz jakieś podsumowanie, przepraszam w ogóle, że ten post taki długi, ale chciałam to opisać dokładnie, żeby nie wyszło w paru słowach „jej jeeej widziałam duuuucha”. Cały dzień byłam pod wielkim wrażeniem tej sytuacji. To nie było takie zwykłe „o rany rany, ależ podobny facet”, ani też nie jestem daleka od zdrowych zmysłów, żeby uznać, że widziałam Schulza – Schulza.
Zaczęłam się za to zastanawiać nad czymś, co nie bardzo potrafię sformułować. Mianowicie, czy nie można by uznać za możliwe, że hmm... coś, jakaś energia, może duchowy opiekun (?) mogłoby się zmaterializować pod postacią czegoś, kogoś, co mocno siedzi danej osobie w umyśle, co jest komuś bardzo bliskie i drogie, hmm... uwierzcie mi, że uśmiech tego człowieka miał w sobie coś tak niesamowitego, nienaturalnego wręcz (zwłaszcza w takiej sytuacji), jakby tym uśmiechem właził do głowy, do serca, kurczę, naprawdę nie przypominam sobie, żeby coś mnie kiedyś tak emocjonalnie rozwaliło – tak bardzo nieadekwatnie do wagi samej sytuacji. To nie była normalna reakcja. Plus jeszcze tak symbolicznie ujmując chęć użyczenia komuś „ognia” - całe to spotkanie, to, co z tego człowieka biło, było jak takie „przytulenie”, jak „hej głowa do góry, będzie dobrze”. A to był taki czas dla mnie bardzo ciężki, czas hmm pogubienia ogólnie mówiąc. I poczułam „przytulenie”. Emanowało z niego coś tak potężnego, tak potężnie hmm... Dobrego? że w rezultacie doprowadziło mnie do płaczu. I to był taki rodzaj płaczu, który pojawia się, bo człowiek nagromadza w sobie nadmiar intensywnych emocji, które tak sobie znajdują ujście. Przedziwne to było, naprawdę. Nie jestem jakaś nawiedzona, często podchodzę sceptycznie do „znaków”, o których ludzie mi mówią, ale ta sytuacja mnie zszokowała. Sam człowiek jak i to, co pojawiło się we mnie. Mam nadzieję, że nikt mnie nie wyszydzi, sama czuję się dostatecznie głupio, pisząc to, co piszę
Co o tym sądzicie? Ktoś ma podobne doświadczenia? Teorie na ten temat?









