Skocz do zawartości


Zdjęcie

dziwne spotkanie


  • Please log in to reply
5 replies to this topic

#1

lagartija_nick.
  • Postów: 10
  • Tematów: 1
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

*
Wartościowy Post

Cześć wszystkim forumowiczom.
Wiele razy słyszałam o dziwnych przypadkowych spotkaniach na ulicy, które wprawiały ludzi w dezorientację, postanowiłam, że podzielę się moim, mimo że pewnie uznacie mnie za kretyna ;)
Któregoś dnia przyszłam na przystanek autobusowy, jechałam akurat do pracy. Stanęłam sobie na uboczu i wyciągnęłam paczkę papierosów. Na przystanku i dookoła było całkiem sporo osób, słoneczny poranek, ludzie przewijali się w tę i we w tę. Chciałam zapalić, ale nie mogłam znaleźć zapalniczki, zaczęłam grzebać po kieszeniach i torebce – dłuższą chwilę bezskutecznie. Kątem oka zauważyłam, że wyraźnie w moim kierunku zmierza człowiek, który siedział na ławce obok przystanku, a więc spory kawałek ode mnie. Odruchowo lekko się odwróciłam, w przekonaniu, że będzie chciał wyżulić papierosa. Miałam wrażenie, że wygląda jakoś... hmm dziwnie. Facet faktycznie podszedł do mnie, z bliska oceniłam, że jest w nim coś dziwacznego – może trochę jakby upośledzony (z całym szacunkiem, po prostu machinalnie pojawił się we mnie odruch zbywania natrętnych dziwaków, którzy zwykle żebrzą, albo pierniczą głupoty). Mimo że starałam się zbytnio nie nawiązywać kontaktu wzrokowego, zauważyłam, że mężczyzna ciepło się uśmiecha, a w gruncie rzeczy wygląda czysto i schludnie – biło od niego coś miłego. Mimo to, jakoś byłam pogrążona we własnych myślach, i nie zdążyłam zejść z poziomu „spieprzaj dziadu”, więc nie bardzo usłyszawszy co w ogóle do mnie mówi, burknęłam niezbyt kulturalnie coś, że „nie mam”, a że akurat znalazłam zapalniczkę, odwróciłam się do niego plecami, żeby odpalić. Jego twarz mignęła mi w przelocie, zauważyłam, że kiedy go zbyłam, nadal się uśmiechał, po czym wrócił na swoją ławkę. Coś mnie w całej jego postawie i twarzy dotknęło, ale nie potrafiłam załapać, co. Po kilku sekundach, ze spóźnionym refleksem, analizując to, co niewyraźnie usłyszałam, uzmysłowiłam sobie, że mężczyzna w istocie zapytał, czy zapalić mi papierosa. Uznałam to za skrajnie dziwne, bo stałam w naprawdę zbyt sporej odległości, żeby taka fatyga była naturalna. Ale coś jeszcze, i to odkryłam, kiedy spojrzałam na niego, kiedy z powrotem usiadł na ławce. Ogólnie facet wyglądał trochę jak wyrwany z tej rzeczywistości, ubranie dziwnie na nim leżało, jakby z innej epoki – było w nim coś bardzo staroświeckiego, również sposób w jaki się poruszał, siedział z nogą na nogę - wydawało się zupełnie niedzisiejsze, nawet fryzura. Jak taki dżentelmen z dawnych czasów.
I nagle, uwierzcie mi, nogi się pode mną ugięły, kiedy wyraźnie przyjrzałam się jego twarzy (tu nastąpi moment, kiedy uznacie pewnie moją historię za kretyńską). Mężczyzna z oddali spoglądał na mnie intensywnie, a jego twarz, jak mi bozia miła, wyglądała jak twarz Brunona Schulza. To było to, co mi dziwnie nie grało od samego początku. Bruno Schulz jest dla mnie jak absolutny bóg literatury, lek na całe zło itepe, ogólnie postać ogromnie mi bliska. I umówmy się – nie chcę robić z siebie wariata, twierdząc, że objawił mi się nieżyjący pisarz, właściwie nie wiem, co chcę, ale jeśli ktoś z Was oglądał kiedyś, albo choćby widział, jego zdjęcia – wie jak bardzo specyficzną miał aparycję. Stałam kilka minut gapiąc się jak wryta i nie mogłam uwierzyć w to, co widzę – że tak bardzo można być podobnym, przy czym mówię o twarzy i całokształcie: jest takie zdjęcie Schulza, które wyskakuje na pierwszej stronie w google grafika, na którym siedzi na schodach – trudno na kogoś wyglądającego w podobny sposób na przystanku nie zwrócić uwagi.
Ale najdziwniejsze było to, jak się wtedy poczułam. Facet siedział sobie na ławce, wciąż patrząc na mnie z uśmiechem przez falę ludzi, którzy się między nami przetaczali, a mnie ogarnął tak potworny smutek, jakbym chwilę temu, co najmniej skopała w amoku staruszkę leżącą na ziemi i uświadomiła sobie to po chwili. Było mi potwornie przykro, że w tak nieuprzejmy sposób potraktowałam kogoś, kto chciał dać mi ognia, z góry zakładając że to jakiś menel.
Mówię Wam – stałam tam jak sparaliżowana tak dziwnie dojmującym odczuciem, które nie wiadomo z jakiej cholery się pojawiło – cóż, bywa, i czym się przejmować, a mnie dosłownie zaczęło rozsadzać jakimś prawie fizycznym smutkiem.
Po chwili nadjechał autobus, wsiadłam do niego, po drodze uważnie i z bliska przyglądając się twarzy, co upewniło mnie w tym uderzającym podobieństwie. Usiadłam przy oknie, zaraz obok tego okna siedział mój „Bruno” - i zrobił coś, co mnie rozłożyło na łopatki. W uszach miałam słuchawki, a dokładnie kiedy usiadłam w fotelu, zaczął się nowy utwór. „Bruno”, ciągle na mnie patrząc, położył ramię na oparciu ławki i zaczął stukać dłonią w deskę – niech mnie coś strzeli, jeśli nie zaczął wybijać rytmu kawałka z moich uszu. To było tak niesamowicie psychodeliczne, że dosłownie zamarłam. I nagle – jakby cały ten smutek i wstyd, i w ogóle szok, eksplodował, bo gapiąc się przez szybę na tą uśmiechniętą twarz – nagle się rozryczałam. To uczucie było tak irracjonalne, że w ogóle nie potrafiłam ogarnąć, co się ze mną dzieje.
I teraz jakieś podsumowanie, przepraszam w ogóle, że ten post taki długi, ale chciałam to opisać dokładnie, żeby nie wyszło w paru słowach „jej jeeej widziałam duuuucha”. Cały dzień byłam pod wielkim wrażeniem tej sytuacji. To nie było takie zwykłe „o rany rany, ależ podobny facet”, ani też nie jestem daleka od zdrowych zmysłów, żeby uznać, że widziałam Schulza – Schulza.
Zaczęłam się za to zastanawiać nad czymś, co nie bardzo potrafię sformułować. Mianowicie, czy nie można by uznać za możliwe, że hmm... coś, jakaś energia, może duchowy opiekun (?) mogłoby się zmaterializować pod postacią czegoś, kogoś, co mocno siedzi danej osobie w umyśle, co jest komuś bardzo bliskie i drogie, hmm... uwierzcie mi, że uśmiech tego człowieka miał w sobie coś tak niesamowitego, nienaturalnego wręcz (zwłaszcza w takiej sytuacji), jakby tym uśmiechem właził do głowy, do serca, kurczę, naprawdę nie przypominam sobie, żeby coś mnie kiedyś tak emocjonalnie rozwaliło – tak bardzo nieadekwatnie do wagi samej sytuacji. To nie była normalna reakcja. Plus jeszcze tak symbolicznie ujmując chęć użyczenia komuś „ognia” - całe to spotkanie, to, co z tego człowieka biło, było jak takie „przytulenie”, jak „hej głowa do góry, będzie dobrze”. A to był taki czas dla mnie bardzo ciężki, czas hmm pogubienia ogólnie mówiąc. I poczułam „przytulenie”. Emanowało z niego coś tak potężnego, tak potężnie hmm... Dobrego? że w rezultacie doprowadziło mnie do płaczu. I to był taki rodzaj płaczu, który pojawia się, bo człowiek nagromadza w sobie nadmiar intensywnych emocji, które tak sobie znajdują ujście. Przedziwne to było, naprawdę. Nie jestem jakaś nawiedzona, często podchodzę sceptycznie do „znaków”, o których ludzie mi mówią, ale ta sytuacja mnie zszokowała. Sam człowiek jak i to, co pojawiło się we mnie. Mam nadzieję, że nikt mnie nie wyszydzi, sama czuję się dostatecznie głupio, pisząc to, co piszę ;)
Co o tym sądzicie? Ktoś ma podobne doświadczenia? Teorie na ten temat?
  • 5

#2

potru.
  • Postów: 35
  • Tematów: 1
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Zaczęłam się za to zastanawiać nad czymś, co nie bardzo potrafię sformułować. Mianowicie, czy nie można by uznać za możliwe, że hmm... coś, jakaś energia, może duchowy opiekun (?) mogłoby się zmaterializować pod postacią czegoś, kogoś, co mocno siedzi danej osobie w umyśle, co jest komuś bardzo bliskie i drogie, hmm...


Słyszałem/czytałem już podobne historie. Najczęściej tłumaczy się je zwyczajnym(he he) spotkaniem z duchem bądź wiąże ze zjawiskiem o nazwie TULPA. Tulpa może istnieć jako suma intencji zbiorowej lub indywidualnej i może zaistnieć świadomie lub bez wiedzy właściciela(i). Twoja fascynacja Schultzem mogłaby być czynnikiem stwórczym w tej sytuacji. Z drugiej strony Bruno znany jest z przeróżnych czary mary i jeśli masz ochotę wierzyć, że to on osobiście Cie odwiedził to nic nie stoi na przeszkodzie by tak było. Być może w jakiś sposób przywołałaś tą energię i była Ci ona do czegoś potrzebna. Niestety w tych dziedzinach nie istnieje zbyt wiele odpowiedzi, za to pytań, takich jak Twoje jest na pęczki :)
Zapewne nie zwróciłaś uwagi na to czy inni userzy okolicy reagują na Bruna? Czy go omijają, spoglądają na niego, witają się. Zazwyczaj ktoś nie z tej epoki przyciąga uwagę
Powinnaś też pomyśleć o tym, że sama sobie mimowolnie zrobiłaś psikusa i chcąc-nie chcąc przypisałaś cechy swojego herosa jakiemuś obcemu biedakowi. Umysł ma to do siebie, że nieraz jak trza to nawet nieistniejące miasto zbuduje od podstaw, nie wspominając o lekkim dopasowaniu cech twarzy czy zachowania osób trzecich. Oszustwo na samym sobie to stosunkowo pospolita sztuczka naszego ja.
W przyszłości radzę zaprosić konkretnie na piwko i/albo machnąć foto telefonem, jeśli nie dla udowodnienia cudów całemu światu, to na pewno dla siebie:)
Fantastyczna historia. Koniecznie daj znać jak wydarzy się coś więcej. I rzuć palenie ;)

Użytkownik potru edytował ten post 28.03.2012 - 17:33

  • 1

#3

lagartija_nick.
  • Postów: 10
  • Tematów: 1
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

o, dziękuję za odpowiedź.
Cóż, jeśli chodzi o innych ludzi, to jak zwykle wszyscy mijali wszystkich i nikt na nikogo nie zwracał uwagi. Tym bardziej dziwne było jego intensywne wpatrywanie się we mnie, ten uśmiech - nawet kiedy już wsiadłam do autobusu. Ale muszę zaznaczyć, że sam ubiór tego człowieka nie był jakoś ogromnie rzucający się w oczy, nie mówimy wszak o epoce panów w cylindrach i rękawiczkach :) Natomiast bardziej mnie osobiście uderzyły takie rzeczy, jak sposób poruszania, charakterystyczna pokurczona postawa, głowa wciśnięta jakby nieśmiale w ramiona, wiecie - gdyby zdjęcia Schulza mogłyby zacząć się poruszać, pewnie tak by to wyglądało, gesty, mimika - tak można wyobrazić sobie tego człowieka. Ubiór to już była kwestia bardziej subtelna - trochę dziwacznie niedzisiejszy, ale jednak nie aż tak staromodny że niespotykany.

Co do wkręcania sobie czegoś przez umysł, oczywiście biorę pod uwagę - kilka dziwnych zbiegów okoliczności, uderzające dla mnie osobiście podobieństwo, bo się tych zdjęć w życiu naoglądałam - jasne, można złożyć to karb przypadku i nadinterpretacji i wcale tego nie neguję. Jednak te dziwne potężne emocje, które zaczęły mną dosłownie wewnętrznie "szamotać" były tak nienaturalne, że aż przerażające. No i ten ostatni widok, zanim autobus ruszył - słyszę coś w słuchawkach, a facet za szybą, świdrując mnie oczami z dziwnym uśmiechem na twarzy, wybija MÓJ rytm. To też można by uznac za złudzenie, owszem, jednak interesuje mnie, co by to mogło być, jeśli nie to. Więc dziękuję za jakąś podpowiedź, ale - czy tulpa może pojawić się bez żadnej intencji, w ogóle przygotowania, założenia? Nigdy specjalnie nie medytowałam, a co dopiero mówić o jakichś wyższych praktykach. Natomiast od długiego czasu szczerze wierzę w hmm... stwórczą moc ludzkiej woli, intensywnej myśli, która może pewne rzeczy, w pewnym stopniu materializować, przyciągać. Zdarzały mi się w życiu podobne sytuacje, czasem przypadkowo wydarzało się coś, co do bólu intensywnie siedziało mi w głowie, wręcz jakbym wymyśliła hmm, pewne motywy, które w nieodległej przyszłości stawały się punktami kluczowymi scenariusza rzeczywistości. Kiedy to odkryłam, zaczęłam na własną rękę, według intuicji czynić coś w rodzaju rytuału opartego na czymś w rodzaju medytacji, silnej myśli, i jakże ogromne było moje zdziwienie, kiedy taki mój "trans" następnego dnia odnalazł odzwierciedlenie. Taką sytuację miałam raz, że pewne zdarzenie udało mi się jakby celowo "przywołać". Więcej się w to nie "bawiłam", choć może powinnam się w siebie zagłębić, bo czuję i wierzę, że coś w tym jest. Oczywiście to również można nazwać przypadkiem, jednak takich przypadków wydarzało się już tak wiele, że zwyczajnie nie da się w nie po pewnym czasie wierzyć. Nie wykluczam, ale nie wierzę.

Pozdrawiam.
  • 0

#4

potru.
  • Postów: 35
  • Tematów: 1
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Emocje mogły zostać wywołane gdy dotarło do Ciebie kim jest ten pan, bądź też kim wydawało Ci się, że on jest. To wszystko siedziało już w Tobie, potrzebny był jedynie wyzwalacz. O ile nie poczułaś czegoś zanim nie zdałaś sobie sprawy kto to jest/mógł być to nie pokładałbym w tym zbyt dużej wiary.
Tulpa jest tworem intencji, a więc nie jestem pewien czy jest do tego potrzebna medytacja. Być może podświadomie albo półświadomie powołałaś coś do życia. Jak sama mówisz, nie byłby to pierwszy raz kiedy wydarzyło się coś podobnego. Znane są przypadki powołania tulpy przez większe grono, w dodatku nieświadomych czynu kreacji osób (jeśli oczywiście założymy taką możliwość), które z medytacją mają tyle wspólnego co nic.
Jeśli akceptujesz duchy (w znaczeniu powszechnym, choć osobiście nie jestem fanem takiej nomenklatury) to zastanów się dlaczego akurat Ciebie mógłby wybrać Bruno. Wszystko ma swoją przyczynę i nic nie dzieje się od tak. Jeśli kiedyś znajdziesz odpowiedź to tylko w sobie.
Polecam poszukać dalszych informacji na temat tulpa w anglojęzycznej literaturze internetu, jest tego dużo więcej niż kilka akapitów. Być może masz jakieś predyspozycje i warto by się temu bardziej przyjrzeć. Spróbuj poeksperymentować z tą zdolnością i nie zrażaj się porażkami. Tak naprawdę to poruszamy się tutaj całkiem po omacku, środowisko akademickie nie akceptuje takich koncepcji i każdy cwaniak w tej dziedzinie to jedynie domorosły para-naukowiec. Nigdy nie wiadomo gdzie zaprowadzi Cie otwarty umysł.
Przykro mi, że nie mogę Ci bardziej pomóc :(
  • 0

#5

lagartija_nick.
  • Postów: 10
  • Tematów: 1
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Nie chcę przyjmować, że przyszedł do mnie duch Schulza, bo stąd już niedaleki krok do nawoływania "Elvis żyje!" czy coś ;) Z drugiej strony nigdy nie zdarzały mi się żadne przywidzenia, omamy - nie jestem skłonna uczepiać się pierdoły i podciągać sobie pod to niestworzone teorie. Choć wiem, że umysł potrafi oszukiwać.
Co do dziwnych odczuć, to one pojawiły się już na samym początku i narastały w miarę jak coraz silniej odczuwałam na sobie jego uśmiech i spojrzenie.
Pamiętam, że spory kawałek czasu słuchałam niemal codziennie kawałka Jacka Kleyffa o śmierci Schulza - za każdym razem utwór totalnie mnie rozbijał, potrafiłam (wstyd się przyznać ;) ) po pijaku po jakiejś imprezie siedzieć, i z wielkim żalem w sercu dumać nad niesprawiedliwością świata tego ach ach, rycząc jak bóbr ;) Ten kawałek na jakiś czas stał się dla mnie jakąś manią, sama nie wiem, może się za bardzo nakręciłam (teraz to już na pewno tak brzmi), a może... może, no właśnie, co. Może coś przyciągnęłam do siebie.
Poczytam sobie o tulpa, bo to ciekawe i chyba zacznę bardziej wsłuchiwać się siebie. Dzięki, pozdrawiam.

Użytkownik lagartija_nick edytował ten post 29.03.2012 - 18:51

  • 0

#6

Mika’el.
  • Postów: 810
  • Tematów: 34
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja Zła
Reputacja

Napisano

Ktoś mi zabrał cząstkę mego drogocennego mi żywota.No cóż...
Było warto to poczytać.

Pragnienia, tak tak, opisałaś swe pod świadome / świadome pragnienia i tylko zbyt mało w siebie jeszcze wierzysz.

Nie lubię po próżnicy pisać, ale muszę :roll:
Swego czasu spotkałem kogoś równie mi wymarzonego, z wymiany uśmiechów byłem w 7, ale wiary w siebie mi zbrakło.(bom piiiiii)
Wspomnieniem tej istotki radość mnie ogarniała niesamowita.Wyobraziłem sobie, że jeszcze ją spotkam mimo małych szans.I tak się właśnie wydarzyło dnia następnego.Ponownie jej widok i uśmiech w mą stronę mnie powalił.Tak, to jest Miłość, ta zwykła ludzka i bezwarunkowa.
...ehh.

Mamy marzenia i to w tobie/nas jest piękne.
  • 0



Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych