Skocz do zawartości




Informacje o artykule

  • Dodany: 17.09.2015 - 18:38
  • Aktualizacja: 23.09.2015 - 20:46
  • Wyświetleń: 3127
  • Odnośnik do tematu na forum:
    http://www.paranormalne.pl/topic/39561-danuta-siedzikowna-ps-aezinkaae-1928-1946/

    Podyskutuj o tym artykule na forum
 


* * * * *
1 Ocen

Danuta Siedzikówna ps. „Inka” 1928 - 1946

Napisane przez D.B. Cooper dnia 17.09.2015 - 18:38

Danuta Siedzikówna ps. „Inka”

 

 

2exu2s2.jpg

 

Jedno z ostatnich zachowanych zdjęć Danki

 

Rankiem 28 sierpnia 1946 roku, na 6 dni przed 18. urodzinami, Danka Siedzikówna "Inka" weszła do sali egzekucyjnej w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej. Więźniowie oddziału dla politycznych wiedzieli o egzekucji. Według  jednej z relacji. niektórzy z nich odmawiali modlitwę "Anioł Pański"

 

Aż do ofiary życia mego

 

 

Była godz. 6:15. Sala egzekucyjna pełna ludzi. Prokurator, lekarz, zgraja funkcjonariuszy UB i najbardziej przejęty tą sytuacją wikary kościoła garnizonowego w Gdańsku ks. Marian Prusak. który dwie godziny wcześniej spowiadał skazańców. Prokurator odczytał wyrok. Strzały z pepesz drasnęły tylko dziewczynę i poraniły jej towarzysza niedoli, oficera wileńskiej Armii Krajowej Feliksa Selmanowicza "Zagończyka". Obydwoje zdążyli przedtem krzyknąć "Niech żyje Polska". Osunęli się na ziemię.  "Inka" podniosła się raz jeszcze i krzyknęła "Niech żyję <<Łupaszko!>>. Funkcjonariusz UB podszedł i z bliskiej odległości, strzałami z pistoletu, zabił obydwoje.

W pożegnalnym grypsie, przekazanym z gdańskiego więzienia już po wyroku śmierci, napisała: "Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba..."

 

Z Polskim rodem

 

Danka Siedzikówna urodziła się Guszczewinie koło Narewki, powiat Bielsk Podlaski, 3 września 1928 r. - jako druga z trzech córek Wacława Siedzika i Eugenii z Tymińskich. Babcia Helena ze strony matki była spowinowacona z rodziną Orzeszków, znała dobrze Elizę Orzeszkową. Jan i Helena byli właścicielami majątku ziemskiego w Harasimowiczach koło Różanego Stoku, w powiecie Dąbrowa Białostocka. Eugenia (urodzona w 1905 r.), matka Danki , wychowała się w atmosferze polskiego dworku. Przedtem jednak jako dziecko zwiedziła kawał świata, bo Jan Tymiński był też inżynierem architektem, budował mosty. Tam gdzie wypadła budowa (Petersburg, Wilno i inne miejsca), tam też zamieszkiwała rodzina. Do majątku wrócił dopiero w odrodzonej Polsce. Jan dalej pracował jako architekt, żona zajmowała się majątkiem.
Rodzina ojca była typową szlachtą zaściankową. Żyli skromnie ale godnie. Siedzikowie byli patriotami, pielęgnowali polskie tradycje. Dziadek Piotr studiował muzykę w Wilnie i tam ożenił się z Anielą Kiejno - Litwinką rodem z Kowna. Był organistą w parafii w Dąbrowie Grodnieńskiej, potem kupił folwark Kamienna koło Dąbrowy. Babci Litwince dane będzie przeżyć męża i syna Wacława. Po aresztowaniu Eugenii zadręczała się myślami o los wnuczek.

 

W cieniu Lewiatana

 

W roku 1913 Wacław Siedzik, jako 19- letni student, politechniki w Petersburgu, zaangażował się w działalność niepodległościową. Przepłacił to długoletnim zesłaniem. Rewolucja bolszewicka zastała go pod Krasnojarskiem. Zamiast wolności przyniosła mu pogorszenie sytuacji.Opuścił związek Sowiecki dopiero w 1926 r. legitymując się papierami nieżyjącego już człowieka, syna polskich zesłańców. Wspomnienia zesłania i okropieństw bolszewickiej rewolucji będą stale obecne w rodzinnych opowieściach. Wacław ożenił się niemal natychmiast po powrocie z Sowietów. Został leśniczym w Olchówce koło Narewki i tam, w leśniczówce osiedliła się cała rodzina. W 1927 r. urodziła się Wiesia, rok później Danka, trzy lata później Irenka. Kiedy osiągnęły wiek szkolny, okazało się, że wszystkie trzy są bardzo zdolne.

 

Ojciec

 

Na mocy paktu Ribbentrop - Mołotow i późniejszych hitlerowski-sowieckich korekt granicy, rodzinne strony "Inki" znalazły się pod sowiecką okupacją. Rozpoczęła się penetracja przez NKWD środowisk patriotycznych, donosicielstwo ze strony zakonspirowanych już w okresie międzywojennym komunistycznych jaczejek. Rozpoczęły się też zesłania. Ich ofiarą padł również Wacław Siedzik. Wywieziono go na wschód 10 lutego 1940 r. w ramach akcji represyjnej skierowanej przeciwko polskim leśniczym i gajowym, których Sowieci uznali za "element niebezpieczny". Profesor Ryszard Kiersnowski cytuje fragment piosenki, śpiewanej wówczas przez proste kobiety w Czworakach w Rymszyszkach:

 

"Ach, wy bolszewiki; ach, wy bezbożniki,
Ach, wy bolszewiki; ach, wy durne głowy,
Czemuż wyważali wy polskie gajowe..."

 

Trafił do kopalni złota, skąd uwolniła go umowa polsko-sowiecka z lipca 1941 r. Razem z armią generała Andersa opuścił Sowiety, lecz tak jak wielu ówczesnych polskich nędzarzy, wycieńczonych poniewierką i niedożywionych, umarł w Teheranie. Stało się to w czerwcu 1943 r. Wiadomość o śmierci ojca dotarła do rodziny znacznie później.
NKWD planował zesłanie całej rodziny Siedzików. Dlaczego tak się stało? Zdaniem Wiesławy, zdecydowała o tym sprawa byłego marynarza z "Aurory". Człowiek ten, obarczony siedmiorgiem dzieci, był bezrobotny. Wacław Siedzik zlitował się nad nim i wbrew opiniom, by nie zatrudniać bolszewika, dał mu pracę. Podobno człowiek ten wstawiał się później skutecznie za rodziną Wacława w miejscowym komitecie. NKWD ograniczył się do wyrzucenia jej w kwietniu 1940 r. z leśniczówki w Olchówce. Eugenia wynajęła pokój w Narewce i zamieszkała tam z córkami.

 

11wa6c4.jpg

 

Wacław Siedzik

 

 

Matka

 

Była energiczna i pełna wiary. Nie złamało jej zesłanie męża przez NKWD. Do końca wierzyła, że wróci - tak jak w 1926 roku. Należała do siatki AK. Kiedy do Narewki przyszli Niemcy, powstał kolaborujący z nimi komitet białoruski.
To właśnie ten komitet, według informacji Wiesławy, wydał ją gestapowcom. Matka znała nazwiska denuncjatorów, podała je w więziennym grypsie, który zachował się do końca wojny. Kiedy UB zaczęło się interesować Danką, babcia Helena w trosce o bezpieczeństwo dziewczynek zniszczyła gryps, obawiając się nie bez podstaw, że wśród denuncjatorów mogli być późniejsi ubecy. Najbardziej przejmującym doświadczeniem w życiu Danki był widok matki straszliwie pobitej w śledztwie przez gestapo, z powybijanymi zębami. Pomimo tortur nikogo nie wydała. Zachorowała na tyfus i trafiła do więziennego szpitala. Kiedy już była zdrowsza, brała do ręki miotłę i pod pozorem zamiatania korytarza podchodziła do drzwi widocznych od strony bramy. Takie to były rozpaczliwe ostatnie "widzenia" z córkami. Niedługo po tym Eugenia została rozstrzelana (16,17 lub 18 września 1943, miejsce pochówku nieznane). To wtedy Danka podjęła decyzję, że jej miejsce jest w Armii Krajowej.

 

2nkv12v.jpg

 

Rodzina Siedzików niedługo przed wybuchem wojny. Danka po lewej obok mamy.

Kładę palce na krzyż...

 

Zarówno Wiesia, jak i Danka uczestniczyły w kursie sanitariuszek, który odbywał się w zimie 1944/45, już po przejściu frontu sowieckiego. Wiesia martwiła się o losy młodszej siostry, więc zaprzysiężona została tylko Danka. Nastąpiło to jeszcze przed nadejściem Sowietów.

 

"W imię Boga (...) kładę palce na krzyż (...), że wiernie i nieugięcie (...) aż do ofiary życia mego(...) zdrada będzie karana śmiercią (...)
tak mi dopomóż Bóg"

 

Takiej przysięgi się nie zapomina.

 

Aresztowanie

 

Od października 1944 r. Danka pracowała jako kancelistka w nadleśnictwie Narewka. Jednocześnie należała do miejscowej siatki AK, kierowanej przez leśniczego Stanisława Wołoncieja "Konusa". W maju 1945 UB przyjechało do Narewki i aresztowało pracowników nadleśnictwa, w tym Dankę.

Odsiecz

Na drodze leśnej z Narewki do Hajnówki rozegrała się scena jak w sensacyjnym filmie. Ubecki samochód z karabinem maszynowym na platformie zaatakowała grupa "Konusa". W zamieszaniu, które powstało w tym momencie, "Inka" i jeden z aresztowanych gajowych uwolnili się i uciekli w las. Wszystko to działo się na oczach Irenki, która właśnie wracała ze szkoły. Zachowała się korespondencja w tej sprawie między wojewodą białostockim, a zastępcą wojewódzkiego szefa UB w Białym Stoku Eliaszem Kotonem. Wojewoda prosił o zwolnienie "całego personelu nadleśnictwa Narewka [!]. Towarzysz Eliasz odpowiedział, że o zwolnieniu nie ma mowy, "ponieważ wszyscy aresztowani są podejrzani o przynależność do nielegalnych organizacji". Przy okazji poinformował, że Siedzikówna i gajowy Bronisław Bancerowicz zbiegli.
Z "Konusem" Danka trafiła do słynnej 5. Wileńskiej Brygady mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", który nie przyjął do wiadomości podporządkowania Polski Sowietom i podjął nierówną, dramatyczna walkę z NKWD i polskimi komunistami na Podlasiu. Była tam do września 1945 r, kiedy major rozformował szwadrony na okres zimowy. Powołał je ponownie pod broń w kwietniu 1946 r., już na Pomorzu Gdańskim. Za sprawą babci Tymińskiej i jej syna Brunona, Danusia trafiła pod fałszywym nazwiskiem "Zalewska" do gimnazjum w Nierośnie, w gminie Dąbrowa Białostocka.

 

2m7w9r5.jpg

 

Sanitariuszka "Inka" w leśnym szwadronie 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej mjr.

Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki".

 

Panna Obuchowicz

 

Któregoś dnia UB aresztowało także Wiesię. W Białymstoku, podczas przesłuchania, bardzo szybko zorientowała się, że chodzi im o Dankę. Miała szczęście nie została pobita, tak jak inne aresztowane z nią kobiety. Trafiła na ubeka, któremu wcześniej wyświadczyła nietypowa przysługę: była świadkiem na jego tajnym, nocnym ślubie... Nie wiadomo, czy ją potraktował dobrze z obawy o wydanie, czy po prostu odezwał się w nim człowiek.
Została wypuszczona, ale cały czas czuła, że jest śledzona, puszczona na wabia. Zaczęła kluczyć po znanych sobie uliczkach Białegostoku, a potem pojechała do babci Eugenii z kategorycznym nakazem dla Danki, by trzymała się z dala od rodziny. Z pomocą przyszedł Stefan Obuchowicz, przyjaciel ojca, tak jak on leśniczy, ojciec chrzestny Danki. Pracował w dyrekcji lasów w Olsztynie i bez trudu znalazł Dance pracę z dala od białostockich ubeków. Zrobił zresztą znacznie więcej: wyrobił Dance fałszywe papiery na swoje nazwisko... Panna Obuchowicz rozpoczęła pracę kancelistki w leśnictwie Miłomłyn koło Ostródy.

Aż do ofiary życia mego...

 

Wydawało się, że teraz przed Danką otwarło się nowe życie. Można było marzyć o dalszej nauce. Można było marzyc o powrocie ojca. Można było,
ale wiosną na Pomorzu, w Olsztyńskiem i na Białostocczyźnie pojawiły się leśne oddziały Ośrodka Mobilizacyjnego wileńskiej AK. Danka - "inka" przypominała sobie przysięgę i to, że jest sanitariuszką. Przecież jest im potrzebna - uświadamiała sobie. Pewnego dnia leśniczy w Miłomłynie powiadomił Stefana Obuchowicza, że panna Obuchowicz porzuciła pracę i udała się w niewiadomym kierunku...
Trafiła do szwadronu "Żelaznego" w brygadzie "Łupaszki". Koncentracja oddziałów na Pomorzu odbyła się w kwietniu. Maj i czerwiec były okresem intensywnej działalności dywersyjnej, skierowanej przeciwko enkawudzistom, ubekom pepeerowcom. "Inka" była zawsze na miejscu akcji, opatrywała rannych chłopaków, niektórych żegnała na zawszę. W czerwcu opatrywała rannego w szyje dowódcę szwadronu "Żelaznego". Jakiś czas potem,wytropiony przez UB w miejscu, gdzie leczył ranę, zginął od odłamków granatu. Oswoiła się ze śmiercią . Tak jak inni czuła się nieustannie zagrożona, ale chyba była szczęśliwa z wyboru, którego dokonała, bo na wszystkich zachowanych zdjęciach z Borów Tucholskich widać jej uśmiech.

 

Do Gdańska

 

- To była bardzo skromna dziewczyna - wspomina dowódca szwadronu Olgierd Christa "Leszek".
- Była bardzo obowiązkowa. Nie pamiętam, żeby się kiedykolwiek skarżyła, choć nie brakowało długich, forsownych marszów. W lipcu wysłałem ja do Gdańska po medykamenty. Kiedy stanęła przede mną, żeby zameldować gotowość wyjazdu, spojrzałem zdziwiony, jakbym ujrzał kogoś zupełnie nieznanego. "Inka" była zawsze ubrana w wojskowy uniform i wojskowe buty. Teraz stała przede mną, smukła, uśmiechnięta, ładna dziewczyna, w pożyczonej gdzieś na wsi letniej sukience.

A kiedy przyjdzie wiosna...

Był 13 lipca 1946 r. Danka jechała do Gdańska jak na wycieczkę. To było coś nowego i niezwykłego. Poza tym cieszyła się ze spotkania z Irenką, która od nie dawna była tu w domu dziecka, i z Brunonem Tymińskim, młodszym bratem matki, teraz studentem gdańskiej politechniki, który tak bardzo jej pomógł, gdy była chora jesienią 1945 r.
Nie wiadomo, czy załatwiła wszystko co jej polecił dowódca szwadronu. Późnym wieczorem 19 lipca "Czajka" przyprowadził ja pod konspiracyjny adres w Gdańsku-Wrzeszczu przy ul. Wróblewskiego 7. To było mieszkanie Mikołajewskich z Wilna. Obydwie siostry, Helena i Jagoda, niewiele starsze od "Inki", były w wileńskiej konspiracji, więc było o czym rozmawiać. Dziewczyny urządziły sobie powtórkę z leśnego repertuaru. Na zmianę śpiewały popularne partyzanckie piosenki. Gdzieś pod oknem czaili się ubecy i zgrzytali zębami, bo mieli rozkaz aresztowania "Inki" z zaskoczenia, gdy wszyscy pójdą spać. Tymczasem koncert trwał do godziny 3:00 nad ranem bo "Inka" śpiewała z wielką radością. Tak, jakby chciała wyśpiewać ostatnie chwile wolności. A potrafiła śpiewać. W Narewce śpiewała solo w kościelnym chórze. Grała tez na gitarze. Siostry Mikołajewskie były oczarowane. Nocny koncert trwał tak długo także dlatego, że "Inka" znała jedną piosenkę, której one nie znały. Postanowiła, że musi je nauczyć. Potrafią to zaśpiewać do dziś...

 

"A kiedy będzie wiosna,
to ze bzu daj mi kiść
I tylko mnie nie całuj
i nie broń za kraj iść...

...
A kiedy będzie lato,
to żyta daj mi kłos,
Dojrzały i gorący,
i złoty jak Twój włos...

...
A kiedy będzie jesień,
to pęk mi kalin daj
I tylko mnie nie całuj
i pozwól iść za kraj...

...
Poniosę na granicę kalinę,
kłos i bzy
I z nich granica będzie
z miłości, a nie z krwi..."

Zachowałam się, jak trzeba...

 

Wpadli około godziny wpół do czwartej, ledwie dziewczyny zasnęły. Zabrali "Inkę" i natychmiast odjechali. Mikołajewskie były przerażone. Gorączkowo niszczyły zachowane zdjęcia z lasu i inne materiały, które mogły zaszkodzić.
Domyślały się, że ubecy zaraz po nie wrócą. Tak się też stało. Zostały aresztowane. Przebywając w więzieniu, jedna z sióstr jeszcze raz zobaczyła inkę, już po raz ostatni. Ta stała w oknie. Gdy ją dostrzegła, położyła palec na ustach, po chwili znikła.

Nigdy się już chyba nie dowiemy jak przebiegło śledztwo. W dokumentach zachowały się tylko relacje pośrednie. Strażniczka o imieniu Sabina, znana wówczas z ludzkiego odnoszenia się do więźniarek, mówiła współtowarzyszką Danki z innych cel, że "Inka" była bita i poniżana. Że rozbierano ja do naga, że do jej celi wpuszczano żony ubeków, którzy zginęli niedawno w akcjach przeciwko leśnym oddziałom...
Powiedziała ubekom tylko to, co dobrze wiedzieli - pseudonimy ludzi ze szwadronu "Żelaznego". Nie dowiedzieli się na jakiej stacji umówiła się na powrót, bo próbowali organizować obławy na kilku stacjach - nieskutecznie.

 

Sąd

 

Podczas "procesu" w trybie doraźnym najbardziej obciążające zeznania złożył niejaki Adamski, który był przez kilka miesięcy w UB. jego zeznania były obszerniejsze niż wszystkie pozostałe. Bardzo obrazowo, plastycznie opisywał swój pierwszy (i ostatni) udział w Tulicach pod Sztumem. Miał wtedy 18 lat. Przed sądem oświadczył, że "Inka", "rozkazała" rozstrzelać na miejscu dwóch funkcjonariuszy UB, jego kolegów. Miała rzekomo powiedzieć: "Po mordach poznać, że są z UB. Rozstrzelać ich".
Olgierd Christa: "To idiotyzm. Tak może twierdzić tylko ktoś, kto w ogóle nie ma pojęcia o wojsku. Nas obowiązywała żelazna dyscyplina. Sanitariuszka, do tego 17-letnia, nie wydawała żadnych rozkazów. Na pewno nie w obecności ppor. <<Żelaznego>> albo mojej".
Jan Hap "Sztywny". żołnierz szwadronu, uczestnik akcji: "W Tulicach jednym uprawnionym do wydawania rozkazów był <<Żelazny>>. Jestem pewny, że <<Inka>> nigdy nie strzelała do nikogo podczas akcji..."

Ciekawe są okoliczności, w jakich Adamski uratował się (był funkcjonariuszem UB, jego kolegów zastrzelono). Kiedy po poddaniu się milicjantów i ubowców "Łupaszkowcy" podeszli, żeby ich rozbroić, zobaczyli ciężko rannego milicjanta, pozostawionego w rowie. "Co z was za koledzy!" - oburzył się któryś z chłopaków "Żelaznego". Adamski błyskawicznie zerwał z siebie koszulę, porwał ją i zaczął opatrywać milicjanta. To uratowało mu życie, bo chłopcy od "Żelaznego" cenili takie gesty. W tym samym czasie "Inka" opatrywała na samochodzie rannego dowódcę szwadronu.
Poza Adamskim mętne, sprzyjające oskarżycielowi zeznania złożyło też kilku ubeków i milicjantów. W latach 90., pytani przez prokuratorów o wyjaśnienia, odwoływali tamte zeznania, tłumacząc, że się bali i nie czytali tego, co podpisują. Jeden dla ratowania skóry powiedział "Łupaszkowcom", żeby go oszczędzili, ponieważ w czasie okupacji był w AK. Teraz bał się, że ktoś go sypnie. Bał się chociaż w AK nigdy nie był... Powiedział więc sędziom, że słyszał komendę rozstrzelania "wydaną głosem kobiecym". Niech tam mają, czego chcą... Tacy to byli świadkowie "zbrodni" "Inki". Z jednym wszakże wyjątkiem.

 

Jeden sprawiedliwy

 

Milicjant Mieczysław Mazur nie musiał w latach 90. niczego odwoływać. Powiedział to samo, to samo, co w 1946 r. przed sądem. Spotkał "Inkę" podczas akcji pod Sulęczynem w powiecie kartuskim. Był ranny kiedy szwadron "Żelaznego" pospiesznie wycofywał się, "Inka pomyślała" także o rannym milicjancie i z odjeżdżającego samochodu rzuciła mu opatrunek. W roku 1993 Mazur dodał jeszcze: "Dziewczyna ta występowała w grupie żołnierzy podziemia (...) jako sanitariuszka, z torbą czerwonego krzyża (...). To była młoda ładna dziewczyna.
Zeznanie z 1946 roku nie zaszkodziło Mazurowi. Pozostał w Milicji. Może więc warto inaczej spojrzeć na zeznania w rodzaju "bałem się", "takie to były czasy..." itp? A jak ocenić prokuratora, który po latach opowiada, że sprawę "Inki" wciśnięto mu na korytarzu i musiał robić, co kazali, czyli wnioskować o kare śmierci?
Wśród sędziów, którzy 3 sierpnia 1946 r. (14 dni po aresztowaniu!) skazali "Inkę" na śmierć , zasługuję na uwagę kpt. Kazimierz Nizio-Narski. W czasie wojny pracował w niemieckiej Kriminalpolizei! Już po sprawie "Inki" został zdegradowany do stopnia szeregowca i skazany na 8 lat więzienia. Za to , że był w Kripo? Bynajmniej. "Za ukrycie tego faktu przed władzami...".

 

Nie chcę łaski od Bieruta

 

Skazana na śmierć, przebywała samotnie w izolatce, czekając na egzekucję. Miała jeszcze jedną szansę: prośbę o łaskę do Bieruta. Taka prośba wpłynęła do "obywatela prezydenta" niemal nazajutrz po wyroku. Podpisał ją jednak obrońca z urzędu. Danka odmówiła. Może właśnie to miała na myśli, prosząc o przekazanie babci, że zachowała się "jak trzeba"?
(...).

 

Niech żyje Polska!

 

Ksiądz Marian Prusak był wikarym w gdańskim kościele garnizonowym:
"Kiedy po mnie przyjechali, była noc - pierwsza, może druga (...). Uczestnictwo w egzekucji przyjąłem z niechęcią, choć to przecież obowiązek (...). Oddziałowy zaprowadził mnie najpierw do tego pana [Feliksa Selmanowicza "Zagończyka"]. Kiedy wszedłem do celi, widziałem przeraźliwy smutek w jego twarzy. Pierwsze słowa, z którymi do mnie się zwrócił, brzmiały: - No tak, jednak nie skorzystano z prawa łaski...(...).
Potem przeprowadzono mnie do celi, w której na śmierć czekała młoda, szczupła dziewczyna w letniej sukience. Przyjęła mnie nadzwyczaj spokojnie, wyspowiadała się, a potem wyraziła życzenie, żeby o wyroku i o śmierci powiadomić jej siostrę. Mówiła to ciągle tak, jakby się nadal spowiadała. Czuliśmy, że możemy być obserwowani. Podała mi adres (...). W końcu poprowadzono mnie schodami, jakby do piwnicy. Oni już tam byli. Zdaje się w kajdankach, albo z zawiązanymi rękami. Sala była niewielka, jak dwa pokoje. Miałem krzyż, dałem go do pocałowania. Chciano im zawiązać oczy, nie pozwolili. Obok czekała zgraja ludzi, tak, że było dość ciasno. Był wojskowy prokurator i pełno jakichś młodych ubowców. Ustawiono nieszczęśników pod słupkami. W rogu był stolik, gdzie prokurator odczytywał uzasadnienie wyroku i skąd dał rozkaz wykonania egzekucji. Była taka jakby wnęka, chyba czerwona nieotynkowana cegła, były słupki do połowy wysokości człowieka. Postawiono ich przy nich, nie pamiętam, czy przywiązano. Ci, którzy tam stali, nie uszanowali powagi śmierci. Obrzucili skazańców obelżywymi słowami, a prokurator odczytał uzasadnienie wyroku i poinformował, że nie było ułaskawienia. Jego ostatnie słowa brzmiały: <<Po zdrajcach narodu polskiego, ognia!>>.
W tym momencie skazani krzyknęli, jakby się wcześniej umówili: <<Niech żyje Polska!>>. Potem salwa i osunęli się na ziemię (...). Nie mogłem na to patrzeć, ale pamiętam, że obydwoje jeszcze żyli. Wtedy podszedł oficer i dobił ich strzałami w głowę. Nie wiem kto to był. To było dla mnie nie do zniesienia (...). Nie pamiętam jak się znalazłem w samochodzie. (...). Mało z kim dzieliłem się tymi wspomnieniami. Nawet rodzinie nic nie powiedziałem. Zachowałem to w sobie. Śmierć <<Inki>> i <<Zagończyka>> przeżyłem jak śmierć kogoś bliskiego..."

 

Na egzekucji w sierpniu 1946 roku nie skończyło się. Danka była "zabijana" jeszcze niejeden raz, co było przyczyna szczególnej udręki dla jej sióstr. Nikt nie mógł bronic jej pamięci, nie mógł powiedzieć, że zachowała się jak trzeba...

 

Tekst: Piotr Szubarczyk.

Źródło: Nasz Dziennik 24-26 grudnia 2001

Opracowanie własne.

Podziękowania dla Zbyszka za udostępnienie materiałów.

 

.....................................................................................................................................

 

f081li.jpg

 

Pomnik Danuty Siedzikówny w Parku im. dra H. Jordana w Krakowie

 

Danuta Siedzikówna ps. „Inka” (ur. 3 września 1928 w Guszczewinie, zm. 28 sierpnia 1946 w Gdańsku) – sanitariuszka 4. szwadronu odtworzonej na Białostocczyźnie 5 Wileńskiej Brygady AK, w 1946 w 1. szwadronie Brygady działającym na Pomorzu.

 

GLORIA VICTIS !!!

 

...

 

Tadek Symfonicznie Filharmonia Krakowska 28.02.2013 "Inka"

 

 

WASZEJ PAMIĘCI, ŻOŁNERZE WYKLĘCI
28 lutego 2013 Filharmonia im. Karola Szymanowskiego w Krakowie

 

Skrót spektaklu telewizyjnego "Inka 1946 - Ja jedna zginę":

 

Cały spektakl

 

Tadek "Inka"

 

...................................................

 

Rotmistrz Witold Pilecki (1901–1948)

 

Hieronim Dekutowski "Zapora" (1918-1949)

 

Obchody Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych (1 marca).

 

 

RN

  • 0

stat4u