Skocz do zawartości




Poszukiwana jest osoba (w miejsce Zbeeangera) chętna do dokończenia debaty: "Czy ateizm to filozofia zła?". Szczegóły tutaj.

Zdjęcie

Podróże, dżungla i dzikie plemiona indian


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
10 odpowiedzi w tym temacie

  #1 Legalize

Legalize
  • Użytkownik+
  • Postów: 2723
  • Tematów: 123
  • PłećMężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano 22.11.2006 - 00:59

Jak jest w dżungli



Gdyby do ziemi nad Amazonką wetknąć parasol, to po 2 miesiącach zakwitnie albo obok wyrośnie drugi. Dżungla to najbardziej gęsty i płodny las świata. Na powierzchni równej boisku piłkarskiemu można znaleźć więcej gatunków roślin niż w całej Polsce!

Tropikalna puszcza bije wszelkie rekordy obfitości, ale jednocześnie można tam umrzeć z głodu lub pragnienia, równie łatwo jak na pustyni.

W dżungli bardzo trudno znaleźć wodę pitną. Chyba, że ma się do pomocy indiańskiego przewodnika, który potrafi rozpoznać lianę pełną wody.

Wiele lian po przecięciu tryska wodą, ale tylko kilka zawiera wodę nadającą się do picia i w dodatku trzeba wiedzieć, w którym miejscu przeciąć, żeby cała ta woda nie wylała się na ziemię.

A strumienie, rzeczki, źródełka? Są. Ale to za mało, aby przeżyć. Tylko Indianin, mieszkaniec puszczy wie, który strumień niesie wodę potable (do picia), a który navable (do mycia). Spragnionemu białasowi oczywiście wszystko jedno co pije, może być do mycia. Problem w tym, że pijąc wodę navable, a więc taką, w której Indianie się kąpią i załatwiają potrzeby fizjologiczne, dostaje się natychmiastowej biegunki; bardzo często jest to któraś z odmian cholery. Najgroźniejsza zabija w 3 godziny.

Równie łatwo jest umrzeć z głodu, bo w tropikalnej puszczy pełnej owoców większość z nich rośnie wysoko nad głowami. Żeby je zdobyć trzeba być małpą i urodzić się w koronach drzew.

A dzikie zwierzęta? Świnki pekari (miniaturki naszych dzików), kapibary (gigantyczne wersje nutrii), tapiry (smakowite skrzyżowanie świni z cielakiem), a wszystkie inne ptaki i ssaki co skaczą i fruwają i których pełno dookoła?

Dołączona grafika


Owszem pełno, przechodzą kilka kroków od ciebie, ale ich w gąszczu dżungli nie wypatrzysz i w gęstwinie nie upolujesz żadną strzelbą, bo to tak jakbyś chciał polować wewnątrz żywopłotu, albo na polu dojrzewającej kukurydzy.

Żeby cię dżungla nie zagłodziła na śmierć musisz poprosić o pomoc Indianina, który jest częścią otaczającej przyrody.

Zapewne każe ci zostawić strzelbę, zdjąć ubranie, nasmarować ciało łojem z gruczołów tapira i iść tuż za sobą. Nie wolno się rozglądać ani oglądać. Nie wolno się zatrzymać, zamyślić, rozmarzyć. W dżungli musisz być stale skupiony na przetrwaniu, bo dżungla zabija ludzi nieuważnych na tysiące sposobów:

W tropikalnej puszczy rosną drzewa, których kora zraniona maczetą wydziela białą żrącą żywicę. Kropla na skórze lekko szczypie, podrapiesz się w to miejsce, a potem nieopatrznie zatrzesz oko i pozbawi cię wzroku na zawsze.

Widzisz krzak porośnięty dziwacznymi kwiatami w kolorze zielonym, chcesz podejść i zrobić zdjęcie. Lepiej nie, bo od zapachu najpierw zakręci ci się w głowie, a potem zwymiotujesz w nagłym ataku choroby morskiej - pyłki tej rośliny atakują błędnik.

Patrz uważnie jak twój indiański przewodnik przechodzi przez zwalone pnie - nigdy na nich nie staje. Pozornie nieistotny szczegół... Do czasu gdy noga ci się zapadnie po kolano w próchnicę i zostaniesz pokąsany przez jadowite skolopendry. Albo mrówki długości 2 cm!

Ból jakby ktoś ci przykładał rozżarzone żelazo. Noga puchnie od kostki po pachwinę; gdybyś szedł w spodniach, trzeba by je przecinać.

Od jadu skolopendry chorujesz kilka tygodni, rana się obiera i gnije. Po ukąszeniu mrówki-giganta zwala cię gorączka, na szczęście tylko na 2-3 dni. Chyba, że cię ugryzły dwie... A jeżeli ugryzło się pięć - twoje problemy zdrowotne zakończą się jeszcze tego samego dnia. Na zawsze. I nie zdążysz zapisać testamentu - odpłyniesz szybko do krainy bredni, bełkotów, piany z ust, gorączki i snu.

Trzeba przejść przez wodę po pas. Po drugiej stronie krótki postój i odrywanie 20 centymetrowych pijawek. Chyba, że stanąłeś na raję - płaszczkę z jadowitym kolcem...

Każdy człowiek, którego spotkałem w Amazonii opowiadał mi o swoim spotkaniu z płaszczką. I w przeciwieństwie do wszystkich innych opowieści, historie o rajach były pozbawione jakichkolwiek żartów.

Raja nie zabija. Ale boli tak, że chce się umrzeć! Ludzie przez 24 godziny wyją z bólu, dorośli mężczyźni płaczą... i nie ma sposobu by im pomóc - musi się wyboleć.

Dołączona grafika


Po całym dniu marszu, lepki od potu chcesz się wykąpać w rzece. Nie skacz do wody!!! Lepiej podglądaj swego przewodnika - on wchodzi tylko po kostki, bo krok dalej są piranie, jadowite kolce, elektryczne węgorze i najbardziej przerażające ryby świata: canero.

Maleńki złocisty sum, który na co dzień żeruje w oskrzelach większych ryb. Wpływa tam, zahacza się specjalnym kolcem i powoli wyjada krwiste mięso.

Niestety canero żywi się nie tylko rybami. Mogą być ssaki, na przykład tapir pokonujący rzekę. Tapiry wprawdzie nie mają skrzeli, ale można w ich ciele znaleźć kilka małych ciasnych otworów, przez które da się wedrzeć do środka.

Instynkt i węch każą canero wpływać także we wszystkie otwory ludzkiego ciała, i wyżerać mięso od środka. Usunąć canero można tylko operacyjnie, pod warunkiem, że w pobliżu jest jakiś szpital i chirurg wyspecjalizowany w narządach wstydliwych, ale nawet po udanej operacji niewielu mężczyzn ma szansę na ojcostwo.

Tak to jest w dżungli? To po co Pan tam jeździ? - zapytacie.

Po przygody, których nie odda żadna książka, ani najlepszy nawet film w telewizji.


Pies szamana


Fragment przygotowywanej do druku książki "Rio Anaconda"

Psy, mieszkają z ludźmi od tysięcy lat.
Także pośród dzikich plemion w głębi dżungli.
I również tam są w pełni udomowione.

Ale Dzicy - w przeciwieństwie do nas - nigdy nie głaszczą swoich psów, nigdy się z nimi nie przyjaźnią, nie nadają imion... Ot, pozwalają żyć w pobliżu.

Nawet ich nie karmią- indiańskie psy muszą sobie radzić same. Służą Dzikim za korpus sanitarny, który sprząta wszelkie jadalne resztki wyrzucone w pobliżu szałasów. (To bardzo pożyteczne zajęcie, ponieważ gnijące odpadki mogłyby przyciągnąć wygłodniałego drapieżnika, węża lub choroby zakaźne, znane Indianom jako Boleści.)

Psy dzikich plemion są wyjątkowo biedne: chude, zaropiałe, często chore. Ale przecież Indianie też najczęściej wyglądają biednie. Ludzi tłustych się pośród nich nie widuje. Zazwyczaj nie dojadają, a poza tym życie w dżungli wymaga ciężkiego wysiłku. Indianin niewiele ma czasu na odpoczynek w codziennej walce o przetrwanie. A skoro niewiele jada i mało odpoczywa, to nie ma kiedy obrosnąć sadłem. Tak więc, indiańskie psy są chude, na podobieństwo swoich właścicieli.

Wyjątek stanowi pies szamana.


Psu szamana nikt nie odmawia jedzenia. Rozsądniej jest odmówić sobie, a temu psu lepiej natychmiast, gdy tylko się pojawi, rzucić pod nogi kawałek mięsa, kości, albo przynajmniej pieczoną rybę - ŻEBY SOBIE POSZEDŁ. Bo kiedy tak stoi w progu szałasu... ...i patrzy na nas badawczo... ...ludzie czują się niepewnie. A gdyby warknął... wtedy dzieci zaczynają płakać ze strachu.

Pies szamana, podobnie jak kot czarownicy, nie jest mile widzianym gościem. Nigdy i nigdzie.

Przede wszystkim dlatego, że to zwierzę przeznaczone do specjalnych poruczeń i jakoś tak się składa, że kiedy poruczenia są miłe, wówczas szaman fatyguje się osobiście, kiedy zaś chodzi o robotę mniej przyjemną wówczas, posyła swojego psa. Psa mądrego, jak niejeden człowiek. Przebiegłego, jak sam szaman. I tresowanego, co w dżungli jest zjawiskiem nieznanym i niepokojącym.

Rozpoznać go bardzo łatwo (nie tylko po nadwadze) - pies szamana niesie pod szyją charakterystyczny woreczek ze "świętościami".

Owe "świętości" mogą służyć do ochrony psa - wówczas powiedzielibyśmy, że to jego amulety - ale może też być tak, że pies dostał właśnie zadanie zawleczenia gdzieś złego uroku, Boleści lub nawet śmierci - wówczas to nie będą amulety, lecz "wabiki", które "ciągną" Złą Moc. (A potem zostawiają ją tam, gdzie pies obsika próg.)

Nie wiedziałem o tym wszystkim, kiedy do mojego szałasu po raz pierwszy wszedł pies szamana.

Posłuchajcie...

Spojrzał na mnie groźnie i potrząsnął łbem

Zrobił to w sposób, który u Indian siedzących obok wywołał przerażenie. Ja zaś, nieświadomy zagrożenia, zawołałem go do siebie. (Oczywiście nie powinienem był tego robić. Szczególnie za pomocą świeżo ogryzionej kości z charakterystyczną raciczką na końcu.)

Pies szamana podszedł o dwa kroki. Był bardzo zdziwiony tym, że ktoś do niego przemawia przyjaźnie, zamiast rzucić coś do jedzenia i czekać aż sobie pójdzie.

Zawołałem go znowu.

Przysunął się... o krok.

- No chodź Burek, chodź. Ja nie gryzę - zawołałem go przyjaźnie po polsku.

Któryś z Indian za moimi plecami jęknął cicho; a kłoda na której siedzieliśmy zaczęła lekko dygotać. (Najwyraźniej poza jęczeniem wojownik dodatkowo trząsł się ze strachu. Było to zjawisko tak niespodziewane i tak bardzo sprzeczne z normalnym sposobem bycia tych odważnych ludzi, że, zajęty psem, chwilowo niczego nie zauważyłem.)

- Bu-rek... Chodź.

Pies był teraz na wyciągnięcie ręki.

Dałem mu do powąchania pustą otwartą dłoń. (Pachniała pieczonym mięsem i świeżo ogryzioną kością pekari). Kiedy lekko, wciąż niepewnie, merdnął ogonem pogłaskałem go po głowie.

Dołączona grafika


Dopiero w tym momencie zorientowałem się, że w szałasie panuje kompletna cisza - nienaturalna i złowroga - nawet dzieci przestały gadać. Indianie zgromadzeni dookoła wlepiali we mnie przerażony wzrok.

A pies nagle szczeknął radośnie, zaczął podstakiwać, łasić się i ocierać. Potem padł na grzbiet i prosił żeby go czochrać po brzuchu.

Pierwszy raz w jego życiu, ktoś go potraktował bez uprzedzeń, bez strachu - normalnie: JAK PSA, a nie, jak psa szamana.

Następnego dnia do mojego szałasu przyszedł szaman z pretensjami. (To zdecydowanie nie jest rzecz miła. Ani bezpieczna. Zapewniam Państwa: niewiele jest na ziemi zagrożeń bardziej śmiertelnych niż szaman z pretensjami.)

Stanął naprzeciwko mnie i powiedział oskarżycielskim tonem:

- Zepsułeś mi psa, gringo.

I znowu zorientowałem się, że w szałasie panuje kompletna cisza - nienaturalna i złowroga - nawet niemowlęta przestały kwilić. Indianie zgromadzeni dookoła wlepiali we mnie przerażony wzrok.

- Zepsułem psa, Czarowniku? A cóż mu jest?

- Merda.

- Merda?

- Ogonem.

- Nie powinien?

- TO JEST PIES SZAMANA! - wrzasnął na mnie bez podnoszenia głosu.

- Merda, powiadasz?

- Merda.

- A nie powinien?

- TO JES..

- Tak wiem, to jest pies szamana, nie powinien merdać. W żadnym razie. Nie ogonem. To skandal. Psy szamanów nie merdają... A... a ten... nnn... teraz merda - zakończyłemmm... nno po prostu zakończyłemm... niezdecydowanie

- Wiem, że się z nim wczoraj zabawiałeś, gringo. I zepsułeś mi psa. Teraz...

(Teraz miałem do wyboru dwie opcje:

Poddać się jego woli, ale wtedy byłbym w tej wiosce skończony - szaman mógłby ze mną zrobić wszystko.

Mogłem też stanąć jak wilk naprzeciwko wilka i pokazać kły - według zasady: kruk krukowi oka nie wykole.)

- Wczoraj to nie był Twój pies, Czarowniku - przerwałem mu trochę brutalnie w pół słowa. - Wypożyczyłem sobie tylko jego ciało. W ten sposób mogę, kiedy zechcę, rozmawiać z moim psem, który został w dalekim kraju, za wielką wodą. Przywołałem go więc, a w tym czasie dusza Twojego psa spała.

Szaman zmrużył oczy i zrobił minę, która miała wyrażać niedowierzanie. Mimo to, łatwo było poznać, że moje słowa trafiły na podatny grunt.

To dlatego, że Indianie wierzą w wędrówkę dusz; w swobodne przemieszczanie się duchów; w to, że dusza żyjącego stworzenia może skorzystać z czyjegoś ciała; a także w to, że duch nieboszczyka może posiąść obce ciało usypiając, lub zagłuszając żyjącą w tym ciele duszę prawowitego "właściciela".

Brzmi to trochę zawile, ale przecież i my, ludzie cywilizowani, wierzymy w opętanie - wtedy stosujemy egzorcyzmy. Wierzymy też w to, że istnieją osoby, które udzielają swego ciała obcym duszom - mówimy wówczas, że ktoś jest medium.

Szaman zrozumiał moje słowa właśnie tak - WCZORAJ JEGO PIES BYŁ MEDIUM - przekazywał sygnały ode mnie do mojego psa i z powrotem.

Czy to taka niedorzeczna koncepcja? Coś jak ulepszona wersja radiotelefonu. Tu fale i tam fale. Nadajnik-odbiornik...

- Ale on teraz merda - upierał się dla zachowania twarzy.

Trochę mu było głupio, że przyszedł tu z pretensjami podczas, gdy sam powinien się zorientować, że wczoraj jego pies nie był sobą.

- Merdanie to moja wina, przyznaję Czarowniku. Widocznie byłem zmęczony i nie odesłałem całej duszy z powrotem. Po prostu, kiedy znów zamerda, trzepnij go kilka razy po ogonie i sam przegnaj resztę mojego psa za wielką wodę. Napewno przestraszy się twojej Mocy bardziej niż mojej.

Dzięki tym wyjaśnieniom Czarownik zachował twarz - jego pies był nadal groźnym psem szamana - a ja najprawdopodobniej zachowałem głowę.

Zapewniam Państwa: niewiele jest na ziemi zagrożeń bardziej śmiertelnych niż szaman z pretensjami.

MORAŁ:

Mimo całej naszej nauki, mimo szkiełka i oka, komputerów i rakiet, mimo to wszystko... horrory Stephen'a King'a wciąż sprzedają się świetnie. Wciąż też różne "wróżki" mają klientelę gotową słono płacić za chwilę rozmowy z dawno zmarłą babcią.

Nie dziwmy się więc Indianom. A już na pewno nie śmiejmy się z nich, że wierzą w takie rzeczy. Oni nie widzieli rakiet kosmicznych, nie kończyli szkół - oni MAJĄ PRAWO wierzyć w duchy. Dużo większe prawo niż my - dzieci racjonalizmu i przedstawiciele cywilizacji elektronicznej.


Ostatnia wioska...


Pogranicze Gujany i Brazylii.

Pięćdziesiąt lat temu okolica ta roiła się od tubylców z plemienia Wai Wai. Do naszych czasów Indianie ci w większości wymarli albo zostali wybici przez garimpeiros. Pozostała reszta, stopniowo porzuca dzikie życie w dżungli. Młodzi przenoszą się na łono cywilizacji, a tam prawie natychmiast tracą plemienną tożsamość i toną w morzu bezimiennej biedoty.

Dzikich Wai Wai przetrwało niewiele ponad dwustu. Dzikich czyli takich, którzy wciąż jeszcze żyją w kulturze pierwotnej: Groty do swoich strzał wyrabiają z połupanych kamieni; cięciwy łuków z trzewi i ścięgien tapira; drewniane ostrza dzid utwardzają w ognisku; jadają wyłącznie to, co da im tropikalny las; i unikają kontaktu ze światem zewnętrznym. Tylko ich stroje coraz częściej, pochodzą z importu.


Ostatni dzicy Wai Wai wiedzą sporo o naszej cywilizacji. Słyszeli opowieści, trochę widzieli na własne oczy. Znają nawet pieniądze.Tyle że w ich świecie są one całkowicie nieprzydatne.

Dołączona grafika


Do najbliższego sklepu musieliby najpierw płynąć czółnem, a następnie iść piechotą w sumie kilkanaście dni. W jedną stronę! Co ja mówię "sklepu", to nawet nie jest porządny stragan - ot, drewniana szopka wielkości szafy, ustawiona na pograniczu dwóch światów - dżungli i cywilizacji. Cywilizacja dostarcza tam, od czasu do czasu, niewielki asortyment plastikowej tandety Made in China, a Indianie przynoszą suszone mięso upolowanych zwierząt oraz wędzone ryby. Handel jest wymienny. Papierowe pieniądze przyjmowane są jedynie w drodze absolutnego wyjątku.

Wyruszając na wyprawę do Wai Wai-ów wiedziałem o tym i byłem przygotowany wymieniać towar za towar. Tuż po przybyciu do ich wioski, postanowiłem kupić łuk, strzały, przepaskę biodrową oraz kilka innych artykułów pierwszej potrzeby. Chciałem w ten sposób zyskać przychylność Indian. Biały, czyli gringo, który ubiera się tak jak oni wzbudza szacunek. Oddałem więc ubranie, które miałem na sobie w zamian za tubylcze stroje i ozdoby.

Łuk był mi niezbędny jako atrybut męskości - bo tylko baby i dzieci nie noszą broni. Nawet mali chłopcy robią sobie łuki-zabawki i nigdy się z nimi nie rozstają. Potem wynająłem szałas, kupiłem zapas żywności oraz zapewniłem sobie usługi dwóch najlepszych tropicieli dzikiej zwierzyny.

Niestety trochę przeszarżowałem z hojnością i teraz wszyscy chcieli ze handlować, a mnie wkrótce zabrakło przedmiotów na wymianę. Bezradny zaproponowałem pieniądze. Wówczas przekonałem się ile są warte w dżungli.

Dołączona grafika


Indianie wyznaczali ceny w rodzaju: "jeden pieniądz", "dwa pieniądze". Nie liczyły się nominały, tylko SZTUKI. Banknot był przedmiotem - podobnie jak haczyk na ryby albo maczeta. Nie miał wprawdzie żadnej wartości użytkowej, ale ładnie wyglądał i można go sobie było pooglądać.

Zawartość mojego portfela zamieniła się nagle w wygniecione papierki z obrazkami. A pośród nich najmniej warte okazały się dolary USA - na nikim nie robiły wrażenia, bo w dżungli, wszystko jest zielone jak dolary. W dodatku przy pocieraniu szorstkim paluchem dolary brudzą, więc Indianie doszli do wniosku, że zapleśniały i są zepsute.

Na szczęście miałem także dolary Made in Guyana. Na światowym rynku walutowym warte niewiele i z każdą sekundą coraz mniej, ale u Wai Wai-ów dużo lepsze od amerykańskich, bo kolorowe! Wtedy po raz pierwszy w życiu przekonałem się, że są jeszcze na Ziemi takie miejsca, gdzie pieniądze się nie liczą. W świecie Indian walutą jest praca, sól, żelazne groty do strzał, noże, siekiery, strzelby. A ja mam zawsze przy sobie jeszcze coś...

Posłuchajcie...

WIELKA MOC

Namydliłem się i spłukałem w wodzie po kostki. Głębiej w rzekę bałem się wchodzić ze względu na piranie i węgorze elektryczne. (Mógłbym do tego dodać także raye, canero , jadowite kolce powywracanych palm, no i królową podwodnych niebezpieczeństw - anakondę. Tylko po co dodawać cokolwiek, skoro samotna pirania jednym kłapnięciem potrafi odgryźć duży palec u nogi, a przelotny kontakt z elektrycznym węgorzem to tyle co muśnięcie kablem o napięciu 350 V.)

Moją kąpiel podziwiała spora grupka Indian zgromadzonych na brzegu. Wciąż stanowiłem dla nich wielką atrakcję. Przez pierwsze kilka dni nie odstępują człowieka na krok i obserwują te wszystkie dziwy, które przywiózł ze sobą gringo: biała skóra, pieniący się szampon, plastikowa szczoteczka do zębów, a w moim przypadku także długi szew pooperacyjny, który mam na prawym boku.

W wieku lat pięciu wycięto mi kawał płuca. Po operacji została nieprzyjemna blizna. Zaczyna się z przodu, na klatce piersiowej, przechodzi pod ramieniem i kończy na plecach, aż za łopatką. Wyglądem przypomina tory dziecinnej kolejki, albo suwak błyskawiczny do śpiwora - długa prosta szrama z kilkudziesięcioma poprzecznymi szwami.

Zawsze robi wielkie wrażenie na Indianach. W ich mniemaniu człowiek, który przeżył takie rozharatanie ciała i od tego nie umarł, musi być obdarzony Wielką Mocą.

Zwyczajna blizna, a kilkakrotnie była przepustką na tereny zamknięte dla białych; kartą wstępu na sekretne indiańskie obrzędy. Pogrzeby, porody, odczynianie uroków - tego wszystkiego nie pokazuje się obcym. Chyba, że któryś ma odpowiednio szokującą szramę - dowód Wielkiej Mocy.

Za każdym razem muszę podawać jakąś jej genezę - Indianie domagają się Opowieści. Niestety, prosta prawda o chirurgu ze skalpelem odpada, bo nic z tego nie rozumieją. To musi być coś dostosowanego do lokalnych warunków i poziomu wiedzy. Na przykład historia o wielkich krokodylach pływających w Wiśle; albo o bardzo starym jaguarze, który miał już tylko jedno czerwone oko i jeden tępy pazur, ale i tak mnie nim rozharatał od przodu aż do tyłu.

- A ja go wtedy nożem! Od brzucha, w miejscu gdzie wyrastają tylne nogi, aż po same gardło. I potem padliśmy na sobie; zbroczeni krwią. A ta krew spieniona walką mieszała się, i mieszała, aż od tego zostaliśmy braćmi. Ja i stary jednooki jaguar. A potem mój brat-jaguar wyzionął ducha. I ten duch szukał sobie nowego miejsca. I poprzez otwarte żyły wszedł do mojego serca.

U Wai Wai-ów opowiedziałem o zardzewiałej maczecie i wojnie plemiennej z Kaszubami. A potem dodałem coś na temat szamanów w białych maskach z błyszczącymi nożami w dłoniach, którzy wznoszą okrzyki w rodzaju: Siostro, zacisk!

Wysłuchali. Popatrzyli. Pokiwali głowami. Poszeptali między sobą.

A potem już nikt nie odważył się obserwować mnie w kąpieli. I prosili żebym nigdy przy nich nie zdejmował koszuli, bo na Wielką Moc niebezpiecznie patrzeć.

Decydujący w tej sprawie był głos ich szamana, który stwierdził, że człowiek przerżnięty w taki sposób jak ja, już się nie zrasta. Tylko umiera. I to szybko. Więc jeśli ja nie umarłem, to znaczy, że potęga naszych szamanów przewyższa wszystko o czym on słyszał.

Następnego dnia rano, przed moim szałasem znalazłem wspaniały łuk i strzały. Były dużo lepsze od tego co udało mi się kupić (a właściwie wymienić) za pieniądze. Bo z Indianami tak jest, że bardziej cenią przyjaźń, męstwo, odwagę, dobrą opowieść, zabawę i wspólny śpiew, niż góry złota.


Motyl jadowity


Kilka dni przez dżunglę. Mroczno. Duszno. Gorąco. To było prawdziwe indiańskie polowanie. Z dmuchawkami. A także z codziennym rytuałem smarowania ciała zwierzęcym łajnem (dla zabicia ludzkiego zapachu).

Kiedyś w sklepie myśliwskim w USA zaproponowano mi specjalne "perfumy", które dają ten sam efekt. Powąchałem je i szybko opuściłem sklep, w przekonaniu, że właściciel jest niebezpieczny dla otoczenia. Jedna fiolka wrzucona do systemów wentylacyjnych Pentagonu i trzeba by zbudować nowy. (Pentagon.) Ta sama fiolka upuszczona z niezdarnej łapy na podłogę i trzeba by przewietrzyć całe województwo. Teraz, w dżungli, pożałowałem tamtej decyzji - ach, gdybym miał przy sobie ów zajzajer...
Jego zapach, podawany w higienicznych kropelkach na skórę za uszami, to byłoby ciacho z kremem waniliowym w porównaniu z obowiązującą mnie obecnie indiańską procedurą maskującą. Polegała ona na zanurzaniu rąk w buro-zielonych plackach pozostawionych przez dzikie zwierzęta (moim zdaniem cierpiące na niestrawność). Potem się człowiek dokładnie nacierał. Na całym ciele! Z twarzą włącznie.
Czasami, kiedy nie mogliśmy znaleźć żadnego placka, stosowaliśmy zastępczo bobki wielkości małych pączków. Pochodziły z tego samego, że tak powiem, źródła co placki i miały tę wadę (poza wszystkimi wadami OCZYWISTYMI ), że były twarde. Trzeba je było wstępnie namaczać, ale potem i tak szorowały skórę jak pumeks.
Za to pachniały zdecydowanie bardziej, co cieszyło moich Indian. Ja powoli przestawałem mieć zdanie. Kilka dni przez wilgotną dżunglę. Monotonny marsz od świtu do nocy, czyli zawsze po około dwunastu godzin. Taki drobiazg jak zapach tracił znaczenie.

Dołączona grafika


Szliśmy we trójkę. Dwóch czerwonoskórych i jeden biały. A jednak gdyby ktoś na nas popatrzył z boku, nie różniliśmy się kolorem - wszyscy jednakowo sraczkowaci. Pardon, w tonacji gnijącego podłoża pod stopami.
Wybraliśmy trasę wzdłuż małej rzeki bez nazwy - przy wodopoju najłatwiej spotkać zwierzynę.
Bez nazwy... Właściwie to ona miała jakąś nazwę, ale było to jedno z tych indiańskich słów, które dla białego człowieka są niewykonalne - żeby je wymówić musiałbym mieć dodatkowy nos. Z kolei w zapisie trzeba by używać wyłącznie głosek m , n i b oraz całej chmary akcentów, apostrofów i innych kreseczek oznaczających dźwięki, których nie słychać.
Szliśmy więc we trójkę. Gęsiego. Ja na końcu, z instrukcją, żeby robić dokładnie to, co moi przewodnicy. Miałem nawet stawiać stopy na ich śladach, żeby nie podeptać czegoś co kąsa albo kłuje i ma jad.
Taki sposób maszerowania jest irytujący, ale w pewnych okolicznościach jedyny. Wokół nas była dżungla podmokła. Najgroźniejsza. Ścieżki wycięte maczetą zabliźniały się po kilku godzinach. Ślady odciśnięte w grząskim gruncie natychmiast podchodziły wodą i znikały. Gdybym się tu zgubił, nie miałem szans. Nikt nie miał. Nawet Indianie. Po tej części puszczy chodzili zawsze parami albo w większych grupach - nigdy samotnie.

W pewnej chwili obaj padli plackiem na ziemię i ukryli twarze w dłoniach. A potem w popłochu zaczęli się cofać w moją stronę. Głowy trzymali tuż przy gruncie. Ryli nimi w błocie i liściach, jakby się chcieli zakopać.
Zgodnie z ogólną instrukcją zrobiłem to samo. To znaczy padłem na ziemię, osłoniłem twarz rękami i po omacku zacząłem się czołgać do tyłu. Tylko po co to wszystko?
- Nie oddychaj, gringo - krzyknął w moją stronę jeden z Indian.
Nie oddychałem. Bo nie da się oddychać błotem.
- I nie patrz! - dodał drugi.
W ten sposób uratował mi życie, bo właśnie chciałem uchylić jedno oko i sprawdzić przed czym uciekamy.

Najpiękniejsze okazy motyli spotyka się w puszczy nad Amazonką.
Są tak piękne, że zapierają dech w piersiach. Trudno sobie wyobrazić, by mogły kogoś skrzywdzić. Czym? Bezgłośnym trzepotem skrzydeł?
A jednak - bywają groźne. Przerażające. Do tego stopnia, że zapierają dech w piersiach, tym razem dosłownie. I definitywnie. Bo to motyle jadowite.
Wydzielają truciznę, która krystalizuje tworząc na ich ciele maleńkie igiełki - coś jak wata szklana. Kiedy taki motyl czuje się zagrożony, gwałtownym ruchem strzepuje skrzydła. Wtedy kruche drobinki jadu odłamują się i zaczynają unosić w powietrzu.
Obłoczek śmierci. Prawie niewidoczny. Skrzy się lekko... migocze... Potem migocze serce, i to już. Koniec. Zapadła wieczna ciemność.
Małpa zdycha w okamgnieniu. Człowiek tylko odrobinę dłużej. Jeden wdech i wydaje ostatnie tchnienie. Śluzówka nosa, krtani, oskrzeli, albo otwarte oko. Mówią, że krew tężeje jak smoła. Bzdury. Do tej pory nikt nie miał szansy opowiedzieć czy mu coś stężało.
Motyl zabójca - brzmi to jak fikcja wyjęta z horroru. Tyle, że takie motyle istnieją naprawdę.

- To był (...) - w tym miejscu Indianin powiedział słowo, do którego biali potrzebują trzech nosów.
- Motyl Zabójca - przetłumaczył drugi.
- Jak wyglądał ? - zapytałem wypluwając błoto.
- Nieciekawie. Zupełnie zwyczajny, w kolorze (...) - tu Indianin użył słowa, którego odpowiednikiem byłoby: "barwagnijącegopodłożapodnaszymistopami".

GRINGO WŚRÓD DZIKICH PLEMION
Oto kilka pierwszych stron książki "Gringo wśród dzikich plemion".
[size=3]


Będzie to o opowieść o tropikalnej puszczy.

A także o ostatnich wolnych Indianach.

I o pewnym białym człowieku, który zamieszkał pośród nich.

Choć od pewnego czasu w ogóle nie nosi butów, zamiast majtek wkłada przepaskę biodrową, a jedzenie zdobywa za pomocą dmuchawki, jest on w gruncie rzeczy taki sam jak Wy. Też kiedyś czytał książki podróżnicze i marzył o dalekich lądach.

Pewnego dnia wstał z fotela, zarzucił sobie na plecy lodówkę i poszedł na pobliski bazar. Wkrótce potem wrócił, wytarł kurz w pustym miejscu po lodówce, a następnie zaczął pakować plecak. Głęboko w kieszeni miał mały zwitek pieniędzy i świeżą rezerwację na samolot.

Tak się to wszystko zaczęło.

Ale od tamtych wydarzeń minął już szmat czasu, natomiast całkiem niedawno, nad jednym z mało znanych dopływów Amazonki...


...brazylijski oddział wojskowy natknął się na ukryte w dżungli tajemnicze obozowisko. Dookoła, w promieniu wielu dni łodzią, nie powinno być żywej duszy. Obszar wielkości Belgii pozostawał niedostępny dla ludzi - oficjalnie jako ścisły rezerwat i strefa przygraniczna, a w praktyce jako ziemia tak niegościnna, że wciąż niezdobyta. Skąd więc nagle pośrodku tej głuszy ślady ogniska oraz całkiem nowa maczeta wbita w pień? Kto tu był, skoro wojsko bardzo dokładnie pilnowało, żeby tu nikogo nie było? Kto i dlaczego porzucił w lesie trzy hamaki, zawieszone pod daszkiem z palmowych liści?

Dołączona grafika


Dwa z nich uplecione indiańskim sposobem - z łyka - nie wzbudziły szczególnego zainteresowania. Ale ten trzeci wywołał sensację. Wykonano go z cienkiej nylonowej płachty, którą po zwinięciu i zgnieceniu dawało się upchnąć w kieszeni spodni. Dowódca patrolu testował to kilkakrotnie: z zachwytem i niedowierzaniem zwijał hamak, chował do kieszeni, potem wyciągał, rozwijał, znowu zwijał, chował... W końcu znudził się, zwinął po raz ostatni, wcisnął w kieszeń i..

- Koniec cyrku!! Nie gapić się! - warknął na żołnierzy wpatrzonych zazdrośnie w jego wypchaną kieszeń.

Warknął bardziej dla zasady, bo powód do zazdrości był wyjątkowo uzasadniony: takich hamaków nie można kupić w żadnym sklepie - znajdują się wyłącznie na wyposażeniu oddziałów specjalnych, są wydawane za imiennym pokwitowaniem, a po akcji trzeba je zdać do wojskowego magazynu.

No i tu tkwił problem: Co oznaczało pojawienie się takiego hamaka na tym odludziu? Dlaczego dyndał pozostawiony w lesie? Kim był jego właściciel?

I gdzie był teraz?

Po konsultacji przez radio, dowódca patrolu otrzymał z bazy w Tabatinga wiadomość, że dwa miesiące wcześniej po okolicy kręcił się pewien biały człowiek. Rozpytywał o możliwość wynajęcia łodzi, dwóch wprawnych myśliwych i przewodnika. W przeciwieństwie do innych gringos, odwiedzających te strony, nie interesowały go ani obserwacje egzotycznego ptactwa, ani poszukiwania rzadkich gatunków orchidei. Nie łapał też motyli do kolekcji. Chciał odnaleźć pewne indiańskie plemię o którym wiadomo trzy rzeczy: jest dzikie, krąży po dżungli stale zmieniając miejsce pobytu i zdecydowanie nie chce, by je ktoś odnalazł.

Niechęć ta przybiera niekiedy znamiona ostentacji. Wówczas na wścibskich intruzów sypią się charakterystyczne czarne strzałki wystrugane z twardego rodzaju drewna. Końcówki tych strzałek mają kolor czerwony, co oznacza, że umoczono je w gęstej, dobrze skoncentrowanej mazi, którą zwykło się określać słowem kurara.

Myśliwi oraz przewodnik, których biały człowiek w końcu znalazł i najął, wrócili do Tabatingi już jakiś czas temu, ale o nim samym nikt nic nie wiedział. Prawdopodobnie także wrócił i zaraz potem odjechał do swego kraju.

Po odebraniu powyższych informacji i wyłączeniu radia, dowódca postanowił wydać komendę "Do łodzi!". Niestety nie zdążył. W chwili, gdy otwierał usta, wleciała mu przez nie mała czarna strzałka. Utkwiła w gardle u nasady języka. Charknął krótko, padł na ziemię, wierzgnął raz czy dwa i momentalnie znieruchomiał.

Zza otaczających obozowisko chaszczy wyleciało jeszcze kilka takich strzałek. Wszystkie były celne. I wszystkie równie zatrute, jak ta pierwsza.

W ciszy, która nagle zapadła, nie dało się usłyszeć nic. Jedynie bardzo wprawne oko myśliwego mogłoby się domyślić kilkunastu nagich ludzkich sylwetek prawie niewidocznych pośród zarośli.

Jedna z tych sylwetek wyszła z gęstwiny, schyliła się nad ciałem dowódcy, wyciągnęła mu z kieszeni hamak i bezszelestnie pobiegła w ślad za pozostałymi członkami swego plemienia, którzy szybkim krokiem oddalali się już z tego miejsca.

Potem, stosownie do okoliczności, nad pobojowiskiem zapadła grobowa cisza.

Kilka godzin później, ciszę tę przerwało coś jakby stęknięcie.

Po dłuższej chwili jeden z trupów mrugnął powieką.

W tym samym czasie kilka metrów dalej ręka martwego dowódcy uniosła się ponad butwiejącą ściółkę...

...i opadła.

Uniosła się znowu...

...i znowu opadła.

Gdyby ktoś żywy obserwował tę scenę to prawdopodobnie albo by zmartwiał ze strachu, albo z wrzaskiem uciekł w ciemny las - pośród zapadającego zmroku umarli budzili się do nocnego życia.

W pewnej chwili, z wyraźnym wysiłkiem, trup dowódcy sięgnął sobie do gardła i wyrwał zatrutą strzałkę. Zaraz potem zwymiotował.

Wkrótce wszystkie trupy poszły w jego ślady. Też zwymiotowały.

To był znak, że trucizna powoli przestaje działać. Ustąpił paraliż, stężałe mięśnie zaczęły się poruszać, z oczu odeszła mgła.

Porażenie indiańską trutką na małpy bardzo przypomina śmierć. Podobnej mikstury używają czarownicy voodoo do produkcji zombi. Nawet wprawni lekarze dają się zwieść i często wypisują akty zgonu. A potem pod rękami sprytnych szamanów-szarlatanów "trupy" ożywają i na oczach przerażonej gawiedzi wstają z grobów. (Albo ktoś, kto się naraził czarownikowi, budzi się wewnątrz trumny zakopanej dwa metry pod ziemią.)

Żołnierze mieli bardzo dużo szczęścia, że tego dnia trafili na grupę myśliwych, a nie na wojowników. Wojownicy noszą ze sobą strzałki śmiercionośne, zatrute kurarą, ci zaś mieli tylko strzałki paraliżujące - na małpy, a nie na ludzi. Kiedy Indianie polują, wcale nie zależy im na zatruciu zwierzęcia (którego mięso będą przecież potem jeść) - chodzi tylko o to, żeby zwierzę spadło z drzewa, lub przestało uciekać.

Nie znaczy to wcale, że żołnierzom było przyjemnie. Przeżyli coś w rodzaju śmierci klinicznej. Widzieli wszystko i słyszeli, odczuwali każde dotknięcie, każde ukąszenie moskita, ale nie byli w stanie rozporządzać swoim ciałem. Przez te kilka godzin ich bezbronne umysły miotały się uwięzione w bezwładnej stygnącej kupie ciała i kości. Widzieli wprawdzie wszystko, lecz nie byli w stanie poruszyć okiem, ani nawet drgnąć powieką. Żaden mięsień nie słuchał poleceń. Przerażeni; niewładni wydobyć z siebie nie tylko krzyku lecz nawet najcichszego jęku. Widzący, słyszący i czujący, ale niemi i całkowicie unieruchomieni.

Dołączona grafika


Kiedy dowódcy wróciła mowa, najpierw przez dłuższy czas klął cicho, przeplatając wulgaryzmy imionami Jezusa, Maryi i kilku co bardziej popularnych świętych. Potem wydał nieprzepisową komendę:

- Wypieprzamy stąd! Koniec patrolu. Płyniemy prosto do Tabatingi. Dzień i noc bez postojów. Żadnego polowania, żadnego łowienia rybek. A jak się któremu zachce do latryny to będzie wystawiał zadek przez burtę. I trzymamy się samego środka nurtu, jak najdalej od brzegów.

Nie musiał tego wszystkiego mówić - żołnierze, zazwyczaj leniwi i ślamazarni, tym razem ruszali się wyjątkowo sprawnie. Zanim dowódca skończył, wszyscy siedzieli już w łodzi, silnik był odpalony, a cumy zdjęte. Śpieszyli się do tego stopnia, że nikt nie pomyślał, by zabrać tę całkiem nową maczetę wbitą w pień. Wkrótce w tajemniczym obozowisku pozostała tylko ona i dyndające w ciszy hamaki.

DYNDAJĄCE HAMAKI

Żeby odpowiedzieć na pytanie skąd się tu wzięły, musimy się cofnąć w czasie mniej więcej o tydzień...

A było to tak:

Ja oraz dwaj Indianie (z plemienia, które nie jest już tak dzikie, jak kilka lat temu i niekiedy pozwala, by je ktoś odnalazł), spędziliśmy 48 godzin na czatach. Bez przerw na sen, ponieważ mieliśmy do wyboru albo coś wreszcie upolować, albo odpocząć i w trakcie tego odpoczynku umrzeć z głodu.

W końcu trafił nam się chudy ocelot wielkości kota. Zeżarliśmy go na półsurowo, ledwie osmalonego nad ogniem, a zaraz potem wszyscy zapadliśmy w twardy sen...

...który ktoś mi właśnie przerywał szarpiąc za linkę od hamaka.

Bałem się otworzyć oczy - czułem, że zamiast nich odkryję pod powiekami dwie łyżeczki piachu. Spałem wszystkiego może godzinę.

Kolejne szarpnięcie hamakiem, a do tego cichuteńki syk przez zęby. Chyba nie ma rady - muszę wstać.

Zacisnąłem zęby i zdecydowanym ruchem rozwarłem powiekę. Na oścież. No i okazało się, że to nie piach, tylko grubo tłuczona sól kuchenna. Szczypało jak zaraza, ale łzy jakoś nie chciały popłynąć. Kiedy podnosiłem drugą powiekę miałem wrażenie, że słyszę cichy chrzęst.

Z oka???

No nieee, bez przesady... Skupiłem się na słuchaniu...

Coś chrzęściło naprawdę... Gdzieś pode mną... Trochę z tyłu... Chrzęsty powtarzały się w sekwencjach po trzy - tak jakby ktoś robił trzy kroki, potem się zatrzymywał, znowu trzy, itd.

Chrzęszczenie ściółki w lesie iglastym pełnym starych szyszek, suchych szpilek i świerkowego chrustu, nikogo nie dziwi, ale tu, to była dżungla, gdzie nic nigdy nie chrzęści, raczej mlaska błockiem, butwieje po cichutku, mięknie i głuszy wszelkie kroki.

Więc co tu tak chrzęści?.. Ktoś się skrada, czy jak?.. I dostanę zaraz w plecy małą czarną strzałką?..

Niemożliwe, przecież zawsze, kiedy na naszej drodze znajdowaliśmy wbite w ziemię oszczepy - znak zakazu wstępu na teren Dzikich - grzecznie zawracaliśmy. A Dzicy są honorowi - nie strzelą do nikogo bez powodu.

Więc co tu tak...

Ojej! Niedobrze! J e d y n e co tu ma prawo zachrzęścić to chityna - pancerze owadów.

Gwałtownie szarpnąłem się w hamaku chcąc z niego wyskoczyć...

- ...siiiiiiedź cicho, gringo, i się nie ruszaj - wrzasnął na mnie szeptem Indianin.

(Znacie to pewnie - wrzask szeptem - nie podnosi się głosu, ba, mówi się cichuteńko, na granicy słyszalności, właściwie ledwie syczy przez zęby, a jednak to co się mówi, i sposób w jaki się to robi, dzwoni w uszach, jak !W!R!Z!A!S!K! )

- Udawaj, że cię tu nie ma, że nie żyjesz. Inaczej cię zjedzą.

- ?

- Mrówki - odpowiedział dokładnie na to pytanie, które mu zadałem (choć pytałem tylko w myślach).

W takich sytuacjach nie zadaje się pytań (na głos). Kiedy twój przewodnik mówi: padnij - padasz, kiedy mówi: ciii - siedzisz cicho do odwołania. Tak długo, jak on.

Nie raz widywałem Indian godzinami tkwiących w bezruchu - jak kamienne posągi - czatowali w ten sposób na zwierzynę. Ludzie biali czegoś takiego nie potrafią. Nasze stawy wymagają częstego rozprostowywania, nasze karki, pokąsane przez moskity wymagają podrapania, kropelki potu na czole, otarcia itd., a w tym czasie Indianie siedzą bez ruchu. Nawet im oko nie drgnie. Czasami tylko w głębi półprzymkniętego oczodołu przesuwa się powolutku i niepostrzeżenie, milimetr po milimetrze. O tym, że po godzinach takiego kamiennego siedzenia, Indianie się ożywili (bo w gąszczu spostrzegli zwierzynę) świadczy tylko mała fioletowa żyłka na skroni, która zaczyna pulsować napięciem.

Teraz wisieliśmy nieruchomo w naszych hamakach udając część pejzażu. Martwą część. A na ziemi pod nami toczyła się wojna. Śmiertelna wojna.

Szedł tamtędy rozłożysty dobrze zorganizowany, krwiożerczy i głodny dywan czerwonych mrówek. Chrzęsty, które słyszałem pochodziły od węża, który zwijał się w przedśmiertnych konwulsjach. Umierał najgorszą możliwą śmiercią - wyżerany od środka. Mrówki maszerowały metodycznie przez jego wnętrzności i opróżniały go ze wszystkiego co jadalne... chrzęszcząc przy tym szczękami.

Na szczęście żadna z nich nie wpadła na pomysł, by spojrzeć w górę - to nam uratowało życie. Mrówki, zajęte wężem, nie zwróciły na nas uwagi i wkrótce poszły sobie dalej.

Zaraz potem my także poszliśmy dalej. Rzecz jasna w przeciwnym kierunku. I biegiem! Jak najdalej od tego miejsca! Zostały po nas tylko te puste dyndające hamaki.

- I moja nowiutka maczeta!

- Chcesz po nią wrócić, gringo ? - spytał Indianin z wyraźną kpiną w głosie. - Idź. A my tu sobie na ciebie poczekamy.

Nie chciałem.



MRÓWKOŻERCY

Tego samego dnia wieczorem Indianie postanowili się zemścić za... poniesione straty. Nałapali kilka garści tak zwanych "czerwonych łbów", mrówek wielkich, jak nieszczęście - dorastają do trzech centymetrów - ale za to zupełnie niegroźnych. Potem je żywcem upiekli, a teraz pałaszowali ze smakiem.

- Gringo - zwrócili się do mnie - opowiedz nam o swoim świecie. Jak tam jest?

- Ale co konkretnie chcielibyście usłyszeć?

- Jecie ludzi?

- Jak to, czy jemy ludzi!? W jakim sensie??

- Ustami, zębami, przez gardło do brzucha. Zjadacie ludzi?

- Skąd wam to przyszło do głowy? A wy zjadacie?

- Nam nie wolno! Tabu.

- A Dzicy?

- Oni mają te same tabu co my. To nasi bracia. Żadne plemię w tej okolicy nie je ludzi.

- No to dlaczego niby ja miałbym jeść?

- Słyszeliśmy, że biali jedzą ludzi.

- Kto tak mówi?

- Najstarsi. Oni pamiętają czasy, kiedy po naszej puszczy kręcili się biali.

- A ja słyszałem od moich Najstarszych, że to u was się kiedyś jadało ludzi.

- To przez takich jak ty.

- Co przez takich jak ja?

- Ludzie dowiadują się o nas, że jemy ludzi.

- Ode mnie się nie dowiadują.

- A co ty im właściwie o nas mówisz, gringo ? Kiedy wracasz do swojego świata na pewno snujesz jakieś Opowieści.

- Snuję.

- Siadacie wtedy przy ogniskach?

- Czasami. Rozpalam ogień w kominie...

- ???

- Nie ważne, po prostu rozpalam ogień, siadamy sobie dookoła i zaczynam opowiadać.

- O nas?

- Tak, o was.

- Opowiadasz dobre rzeczy?

- Opowiadam wszystko. Tak jak to widziałem. Czasami tylko mylę tropy, żeby tu nie przyjechało więcej białych.

- Dlaczego? Biali są źli?

- Biali wprawdzie nie jedzą ludzi, ale... pożerają dżunglę.

- Nie wszyscy, gringo, ty nie pożerasz. Raczej ona pożera ciebie - po tych słowach Indianie gruchnęli gromkim śmiechem.

Gruchnąłem i ja choć nie powinno mi wcale być do śmiechu, a to dlatego, że poddawany byłem właśnie codziennemu poniżającemu obrzędowi iskania z kleszczy. Indianin, który rechotał najgłośniej kucał w tej chwili za moimi plecami i wyskubywał pasożyty z tych miejsc do których nie byłem w stanie sięgnąć samodzielnie. To znaczy ręką sięgałem bez trudu, natomiast wzrokiem nigdy.

- No to teraz, gringo, opowiedz nam jedną z tych swoich historii.

- O czym?

- Na przykład o tym jak spotkałeś pierwszego w życiu Indianina.

Ponieważ i tak nie mieliśmy nic lepszego do roboty, a ponadto właśnie przyszła moja kolej na pozycji wyskubującego, postanowiłem zająć czymś umysł i zacząłem opowiadać:

JAK SPOTKAŁEM PIERWSZEGO INDIANINA

Było to na odludnych terenach Ameryki Środkowej. W miejscu gdzie nie wiadomo dokładnie jaki to kraj, bo jeden został daleko za plecami, a drugi się jeszcze nie zaczął.

Takich miejsc jest wciąż sporo - chociażby Mosquitia, czyli karaibskie Wybrzeże Moskitów. Ciągnie się od Hondurasu przez Nikaraguę aż do Kostaryki. Ma długość 600 kilometrów i sięga na 100 do 200 kilometrów wgłąb lądu. W Europie to mogłoby być niezależne państwo - Dania, Holandia - a tutaj, po prostu wielka zarośnięta dżunglą ziemia niczyja.

Oficjalnie oczywiście ma właściciela, jest nawet podzielona na prowincje, ze stolicami i gubernatorami, ale w praktyce to tereny bezludne i dzikie. Nigdy niecywilizowane. Wciąż jest tam wielkie pole do popisu dla poszukiwaczy przygód i odkrywców. I wciąż, mimo zakusów cywilizacji, sporo przestrzeni dla Indian.

Najpierw jechałem wojskową ciężarówką. Długo i wolno. W prażącym słońcu na pace bez plandeki. Przewiewnie? No owszem, tyle że wiatr składał się z kurzu zamiast powietrza.

Asfalt skończył się po stu kilometrach. Wylazły spod niego dwie wyboiste koleiny. Zaczęło kiwać i podrzucać tak bardzo, że dostałem choroby morskiej. Wysiadłem po osiemnastu godzinach. Na środku pustkowia porośniętego sawanną.

Potem jechałem na grzbiecie muła - dwie noce, bo za dnia było zbyt gorąco - aż do miejsca, gdzie zaczynały się bagna. Dalej muł nie chciał iść. Zaparł się stanowczo przednimi kopytami i burczał na mnie nieprzyjemnie. Ponaglany piętami, patykiem oraz okrzykami zachęty, w których przewijały się pewne nieprzyjemne sugestie związane z jego przyszłością, muł odwrócił się i ugryzł mnie w kolano. Wtedy zsiadłem, pognałem go z powrotem, a sam ruszyłem dalej na piechotę.

Dołączona grafika


Wąska, prawie niewidoczna ścieżka wiła się między bajorami. Powietrze dookoła cuchnęło rozgrzaną zgnilizną, a do tego bzyczało i gryzło. Po kilkunastu godzinach ścieżka przeprowadziła mnie na drugą stronę moczarów. Tam, na skraju tropikalnego lasu, spotkałem pierwszego w moim życiu Indianina. Takiego, który wciąż żyje po staremu - mieszka w szałasie, chodzi na bosaka i żywi się tym, co upoluje w puszczy.

My, biali, mówimy o takich, że dzicy. Tymczasem dla niego to ja byłem "dziki".

Pierwszego dnia wieczorem było tak:

- Słyszysz głos tukana, gringo ? - zapytał Indianin.

- Nie. A który to?

- Ten co robi truk-truk... truk-truk...

- Teraz słyszę.

- To jest śpiew na dobrą pogodę - wyjaśnił.

A następnego dnia o wschodzie słońca było tak:

- Słyszysz głos tukana, gringo ?

- Słyszę. Znów robi truk-truk... truk-truk... Wróży dobrą pogodę - odpowiedziałem zadowolony, że coś wiem.

- Nic nie wiesz, gringo. On teraz robi truk-truk na deszcz.

- Ale przecież to jest takie samo truk-truk, jak tamto wczorajsze na pogodę - zaprotestowałem.

- Będzie lało. Mówię ci, truka na deszcz.

Indianin miał rację - godzinę później byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Tak samo cały nasz bagaż i prowiant. Najgorsze, że wilgoć wpełzła także do puszki, w której trzymałem proch do nabojów.

- Nooo pięknie, KTOŚ nie docisnął wieczka - popatrzyłem wymownie w jego stronę - i teraz proch jest do kitu, a w takim deszczu nie wyschnie przez parę dni.

- Wyschnie, wyschnie. Jeszcze dzisiaj, gringo.

- Ciekawe gdzie?

- Na słońcu. Nie słyszysz jak tukany śpiewają truk-truk ? Będzie słońce jak drut! Rozsypiemy proch na jakimś ciepłym kamieniu i wyschnie. A w nocy pójdziemy polować.

Indianin jak zwykle miał rację - poszliśmy. Polowaliśmy. I ustrzeliliśmy młodą kapibarę. A kiedy o świcie piekliśmy mięso, tukany nad naszymi głowami znowu robiły truk-truk.

- Tym razem trukają na deszcz czy na pogodę? - spytałem kompletnie skołowany.

- Dlaczego wy, gringos, nie potraficie się nauczyć najprostszej rzeczy? Przecież wystarczy obserwować świat dookoła i człowiek od razu wie.

- Skąd niby mam wiedzieć, które truk-truk wróży słońce, a które deszcz, skoro wszystkie te truki są IDENTYCZNE !?

- No właśnie.

- Co "no właśnie"? - teraz dopiero byłem skołowany, tamto poprzednie skołowanie to był tylko lekki zamęt w głowie. - No więc może mi to wyjaśnisz. Skąd mam wiedzieć ?

- Popatrz w niebo - westchnął wywracając oczami.

- Patrzę.

- I co widzisz ?

- Słońce.

- To znaczy, że będzie deszcz - znowu wywrócił.

- Aaaa... jakby był deszcz to by znaczyło, że się rozpogodzi? - chyba zaczynałem rozumieć.

- No właśnie - odrzekł Indianin, a potem uśmiechnął się jak psychiatra na widok ciężkiego przypadku, któremu się odrobinkę poprawia. - Tukany robią truk-truk, kiedy idzie zmiana pogody - zakończył.

- A jak nie ma być żadnej zmiany, to co robią? Chyba mi nie powiesz, że w porze deszczowej przez trzy miesiące w ogóle nie śpiewają?

- Śpiewają ciągle - odparł spokojnie. - To bardzo gadatliwe ptaki.

- No i jak to robią, kiedy nie ma być żadnej zmiany?

- Zwyczajnie: truk-truk, truk-truk. Przez te wielkie dzioby nie wychodzi im nic innego.

MORAŁ:
Obcowanie z Indianami jest jak gra w "Chińczyka" - nie wolno się irytować. Trzeba zaakceptować. Takimi, jakimi są - z ich tajemniczą logiką "dzikich ludzi". Oni to samo robią wobec nas - akceptują niezrozumiałe. (I uśmiechają się wtedy, jak psychiatrzy, na widok ciężkich przypadków.)

Dołączona grafika


GRINGO I KANIBALE

- Kończysz morałem, zupełnie jak nasz szaman - podsumował mnie Indianin.

Potem sypnął sobie do ust sporą garść pieczonych mrówek i zaczął nieprzyjemnie chrupać.

- Ładna Opowieść, gringo - zrecenzował drugi. - Chociaż sporo nie rozumiałem, to i tak mi się podobało.

On z kolei pogryzał "czerwone łby" pojedynczo, ze specyficznym chrzęstem, który wydawały chitynowe pancerze. Najpierw jadł główkę, potem żuł nóżki, a na koniec kładł między zęby odwłok i miażdżył go z upodobaniem. Obrzydlistwo.

- Gringo - spytał po dłuższej chwili - a byłeś już kiedyś u takich jak my?

- To znaczy u jakich? U Dzikich?

- My nie jesteśmy Dzicy! - obruszył się chrupiąc kolejną mrówkę.

- Różnicie się od nich tylko tym, że mieszkacie trochę bliżej świata i trafiło do was kilka plastikowych misek.

- I spodenki!

- Przecież nie zawsze je nosisz.

- Ale noszę! A Dzicy nie zakładają nigdy.

- Twoja siostra jest Dzika, twoi bratankowie są Dzicy, a twój szwagier jest wodzem Dzikich.

- Ale ja mam spodenki, a oni stale noszą pinga na wierzchu.

- Czy poza tym szczegółem są między wami jeszcze jakieś różnice?

- Nie ma. Dzicy to nasi bracia.

- To czemu żyją osobno?

- Tak zdecydowali Najstarsi.

Ponieważ Indianin zaczął niebezpiecznie podnosić głos i ze złością błyskać oczami, przerwałem odpytywanie i sam zająłem się konsumpcją. Dobre, niedobre - nieistotne, przecież nie mieliśmy nic innego.

Dla zabicia nieprzyjemnego smaku, zagryzałem moje mrówki dziką papryką. Ma wielkość ziarenka grochu i jest wściekle ostra. Indianie dodają jej do wszystkiego, żeby zabić głód. Podobno zabija także pasożyty przewodu pokarmowego. Oceniając po smaku myślę, że w odpowiedniej dawce jest w stanie zabić wszystko.

Kiedy uznałem, że Indianin się uspokoił, wznowiłem zarzucony temat:

- A czemu Dzicy nie chcą nas wpuścić na swoje ziemie i wciąż wbijają nam na ścieżkach skrzyżowane dzidy?

- Przez ciebie. Ja mogę tam iść kiedy zechcę.

- W spodenkach?

- W spodenkach nie.

- A jak zdejmiesz?

- Jak zdejmę to mogę, bo wtedy jestem Dzikim. Ale tylko wtedy! Zapamiętaj sobie, gringo, tylko wtedy!

- A jeśli ja bym zdjął moje spodenki, to mnie wpuszczą?

- Ty nie jesteś Dziki.

- Nie bądź tego taki pewien...

W tym momencie ugryzłem się w język. Nie chciałem żeby się dowiedzieli. Znaliśmy się zbyt krótko. Wprawdzie już mnie zaakceptowali, pozwolili mieszkać w swojej wiosce, zabierali na polowania, ale szaman nadal podchodził do mnie z rezerwą. Nie wiedziałem, jak mogliby zareagować na wiadomość, że jednak...

Dołączona grafika


- Jadłeś ludzi, gringo, prawda? - Indianin nie pierwszy raz czytał mi w myślach.

Oni wszyscy to potrafią. Nazywajcie to intuicją. Ja i tak wiem, wiem napewno, że to coś dużo większego od intuicji. Specyficzna forma otwarcia umysłu na to wszystko na co umysł białego człowieka zamknął się przed wiekami przerażony widokiem płonących stosów Inkwizycji.

- Raz jeden, jadłem człowieka.

- Ktoś ci w to wierzy, gringo ?

- Nie. Nie bardzo się tym chwalę, bo i nie ma czym, a kiedy już komuś powiem to tylko parskają na mnie, że bujda.

- A ja ci wierzę - rzucił trochę od niechcenia, jakbyśmy konwersowali o ogryzaniu kolby kukurydzy.

- Opowiedz, jak smakuje człowiek - wtrącił ten drugi.

Nawet głos mu nie drgnął, jakby pytał nie o ludzkie mięso, ale o jakość świątecznego pasztetu cioci.

- Smakował, jak zupa z bananów z dodatkiem popiołu.

- ?

- Najpierw bardzo dokładnie spalili ciało, a potem popioły dodali do zupy.

- Czemu tak?

- To jedno z plemion wędrownych. W ten sposób zabierają swoich zmarłych dokądkolwiek idą.

- A czemu tobie dali tej zupy?

- Bo to był myśliwy, tak jak wy, i przed śmiercią zażyczył sobie, żebym go zabrał do mojej krainy. Chciał zobaczyć zwierzęta, o których mu opowiadałem. Ostatniej prośbie zmarłego się nie odmawia.

- W ten sposób zostałeś jednym z nich, gringo. Połączyłeś się z duszą tego plemienia. Dokądkolwiek poszli jesteś z nimi, a oni z tobą.

- Nasz szaman to czuje, dlatego się ciebie trochę boi.

Po tych słowach zapadła cisza. Żaden z nas nie miał nic więcej do powiedzenia. Było całkiem ciemno - czarna tropikalna noc - księżyc jakoś nie wschodził, a z ogniska pozostał tylko żar i samotny fioletowy płomyk pełgający sennie. W milczeniu jedliśmy mrówki.

Nagle, pośród tej ciszy, we fioletowej poświacie dogasającego ognia, pojawiła się postać szamana. Nie wiadomo skąd, bezszelestnie. Podszedł nas niezauważony nawet przez moich towarzyszy; podobno najlepszych tropicieli.

Przestraszyłem się śmiertelnie. Skurczyłem w sobie. Takie sceny nie wróżą nic dobrego. To w końcu nadal dzicy ludzie, nawet jeżeli czasami wkładają spodenki. Groźna, obca kultura, której nie poznałem na tyle, by się tu czuć bezpiecznie.

- Opowiedz nam o tamtych Dzikich - głos szamana był zupełnie spokojny, a nawet łagodny.

Najmniejszego cienia groźby, raczej coś na kształt przeprosin za to nagłe najście.

- Opowiedz o wszystkich, których spotkałeś zanim trafiłeś do nas - zachęcił kucając przy ogniu.

- To byłaby bardzo długa opowieść.

- Nie szkodzi. Na deszcz się nie zanosi, a dopóki nie przybędzie wody w rzece i tak nie masz stąd jak odpłynąć. Opowiadaj więc.

Cóż było robić, Indianom się nie odmawia, w każdym razie nie Dzikim. Kiedy ktoś ma twarz wymalowaną na czerwono, piórko w nosie i naszyjnik z zębów jaguara, a w dodatku pojawia się nagle nie wiadomo skąd, o jakieś trzy dni ostrego marszu od wioski, kiedy ktoś taki cię o coś prosi, odmawiać byłoby nieroztropnie. Postanowilem więc, bez dalszego ociągania się, zacząć moją opowieść. Ale nie zdążyłem. W chwili, gdy otwierałem usta, wypadła mi przez nie niedojedzona mrówka, którą wcześniej, ze strachu, zapomniałem przełknąć.

- Znowu jecie to świństwo?! - oburzył się szaman. - Mówiłem wam tyle razy, że od jedzenia "czerwonych łbów" więdnie pinga.

Obaj indianie zarechotali śmiechem.

- Nam jakoś nie więdnie. Przeciwnie, jeszcze bardziej nam się chce.

- Za długo jesteście na polowaniu.

Po tych słowach szaman podłożył do ognia, Indianie umościli się w wygodnie w swoich hamakach, a ja, już bez przeszkód, zacząłem moją Opowieść. A potem, przez kolejne wieczory, opowiadałem im jeszcze wiele różych historii, zawsze zaczynając tak samo:

- Posłuchajcie...

No i tak to się właśnie zaczyna. A jak się skończy, to, mam nadzieję, dowiecie się wkrótce - po wizycie w księgarniach

źródło: cejrowski.com
  • 0

  #2 kalokja

kalokja
  • Użytkownik
  • Postów: 86
  • Tematów: 5
  • PłećMężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 22.11.2006 - 18:09

bardzo ciekawe i fajnie sie czyta
  • 0

  #3 Legalize

Legalize
  • Użytkownik+
  • Postów: 2723
  • Tematów: 123
  • PłećMężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano 22.11.2006 - 18:55

Cejrowski napisał wiele książek ze swoich wypraw... Nie czytałem jeszcze ale podobno wszystkie bardzo ciekawe i napisane z humorem :)
  • 0

  #4 Vito Corleone

Vito Corleone
  • Użytkownik
  • Postów: 29
  • Tematów: 6
  • PłećMężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 24.11.2006 - 15:17

Cejrowski napisał wiele książek ze swoich wypraw...

Legalize nie wiele, bo tylko 2 :) Czytalem jedna z nich: "Rio Anacond" -> jedna z lepszych ksiazek jaka w zyciu czytalem. Bede mial kase to kupie nastepna: Gringo wsrod dzikich plemion. :)

Dołączona grafika
Dołączona grafika

Dołączona grafika
Dołączona grafika


  • 0

  #5 Jequon

Jequon
  • Użytkownik
  • Postów: 112
  • Tematów: 0
  • PłećMężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano 24.11.2006 - 20:47

Przyznam się, że nie czytałem niczego co wyszło spod pióra W.Cejrowskiego, bardzo sympatyczny język, tylko ciekawe, czy faktycznie to wszystko się mu przytrafiło, czy część to zasłyszane opowieści, ale to nie ma znaczenia.

Na przykładzie tego tematu widzimy, iż nie zawsze warto się doszukiwać, działań UFO, czy innych paranormalnych rzeczy. Nasza planeta obfituje w wiele gatunków roślin, zwierząt, w istnienie których aż ciężko nam uwierzyć.

Dla nas ich życie jest dziwne, tajemnicze, często owiane legendami i mitami, ale jakże dziwne i straszne musiało by być nasze życie dla takiego Indianina.
Często zamiast nazywać coś dziwnym, lub nienaturalnym, wystarczy zmiana punktu widzenia i wszystko wyda się proste.
  • 0



  #6 Legalize

Legalize
  • Użytkownik+
  • Postów: 2723
  • Tematów: 123
  • PłećMężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano 24.11.2006 - 21:09

The GodFather, nie dwie tylko cztery o tematyce podróżniczej i do tego jeszcze pare różnorakich :)
Liste masz podaną tutaj

Przyznam się, że nie czytałem niczego co wyszło spod pióra W.Cejrowskiego, bardzo sympatyczny język, tylko ciekawe, czy faktycznie to wszystko się mu przytrafiło, czy część to zasłyszane opowieści, ale to nie ma znaczenia.


Ten człowiek to unikat :)

Tutaj masz jego życiorys, który może mówić wiele o tym człowieku...

Dla nas ich życie jest dziwne, tajemnicze, często owiane legendami i mitami, ale jakże dziwne i straszne musiało by być nasze życie dla takiego Indianina.
Często zamiast nazywać coś dziwnym, lub nienaturalnym, wystarczy zmiana punktu widzenia i wszystko wyda się proste.

Biorąc pod uwage ich rozwój duchowy my jesteśmy niestety daleko w tyle i jeszcze wiele rzeczy dla nas jest owianych tajemnicą, przykład:
" - Jadłeś ludzi, gringo, prawda? - Indianin nie pierwszy raz czytał mi w myślach.

Oni wszyscy to potrafią. Nazywajcie to intuicją. Ja i tak wiem, wiem napewno, że to coś dużo większego od intuicji. Specyficzna forma otwarcia umysłu na to wszystko na co umysł białego człowieka zamknął się przed wiekami przerażony widokiem płonących stosów Inkwizycji. "
My nie zrozumiemy ich świata a oni naszego... Tak szczerze to wolałbym być na ich miejscu.
  • 0

  #7 Baal

Baal
  • Użytkownik+
  • Postów: 399
  • Tematów: 7
  • PłećMężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 24.11.2006 - 21:35

Bardzo fajnie się czyta. Może sobie niedługo kupie którąś z tych książek.
  • 0

  #8 Jequon

Jequon
  • Użytkownik
  • Postów: 112
  • Tematów: 0
  • PłećMężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano 24.11.2006 - 22:33

Legalize dziękuję za link, troszkę mnie zaskoczył spodziewałem się mniejszego 'dorobku'.

My nie zrozumiemy ich świata a oni naszego... Tak szczerze to wolałbym być na ich miejscu.


O ile się nie mylę to sam W.Cejrowski w programie Piękna i Bestia powiedział kiedyś, że codzienny poziom stresu białego człowieka niczym się nie różni od codziennego stresu dzikiego Indianina, tylko że co innego go powoduje.
Życie Indian jest na pewno prostsze, ale nie w sensie że łatwiejsze, ale uczciwsze, bardziej honorowe, szczere, bo oni walczą każdego dnia o życie, a my o nowy samochód.
Jednak ja zbytnio się przywiązałem do cywilizacji konsumpcyjnej i nie chciał bym się zamieniać z Indianami, nasz świat nie jest aż tak do końca stracony :)

Co mi się najbardziej podoba w tych fragmentach to to że autor nie rozpisuje się specjalnie nad kształtem liści pokrywających drzewa nad hamakiem, nad kolorem zachodzącego słońca widzianego w oddali, czy bujności porastających mchów, tylko w każdej sytuacji wynajduje jakąś ciekawostkę. Niestety ale zbyt bujne opisy przyrody i uczuć podróżników, niejednokrotnie odstraszyły mnie od ciekawo zapowiadających się książek.
  • 0



  #9 Legalize

Legalize
  • Użytkownik+
  • Postów: 2723
  • Tematów: 123
  • PłećMężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano 24.11.2006 - 23:09

Ja wypowiedziałem te słowa ze względu na bardziej wartościowe życie indian... Wiadomo, że niejednemu człowiekowi ucywilizowanemu żyje się wygodniej ale za to "niesmacznie" patrząc z perspektywy indian... To są wartościowi ludzie i za to trza ich cenić...
Jak każdy chyba zauważył Cejrowski opisuje świat indian z bardzo ciekawego punktu widzenia... On jest ich światem zafascynowany i chce w jak najprzyjemniejszy sposób ukazać ich piękną odmienność z rożnych perspektyw.
  • 0

  #10 Tiger

Tiger
  • Nowicjusz
  • Postów: 15
  • Tematów: 2
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 13.02.2007 - 00:12

Ja właśnie skończyłem czytać "Rio Anaconda" i szczerze mówiąc, jest to chyba najlepsza książka jaką wżyciu czytałem.... Najbardziej zainteresowały mnie ostatnie rozdziały w których Cejrowski opisuje szamanów. Jeżeli to co pisał jest rzeczywiście prawdą to Ci ludzie posiadają naprawdę niesamowite zdolności... :o
  • 0

  #11 preestonn

preestonn
  • Nowicjusz
  • Postów: 5
  • Tematów: 0
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 26.03.2007 - 00:43

przeczytalem ksiazke ,,Gringo wsrod Dzikich Plemion" i goraco ja wszystkim polecam najbardziej zainteresowal mnie i zarazem zdziwil fragment mowiacy o tym, ze Indianie potrafia sie zupelnie wylaczyc(chcialby tak umiec), nie myslec o niczym co jest praktycznie nie do zrozumienia dla bialego czlowieka, ktory ma na glowie mnostwo problemow i klebiacych sie mysli
  • 0



Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u