Skocz do zawartości




Zdjęcie

Coś kazało mi to zrobić...

#samobójstwo #morderstwo

  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
1 odpowiedź w tym temacie

#1

Ni_Ka172.
  • Postów: 16
  • Tematów: 16
  • Płeć:Kobieta
Reputacja zadowalająca
Reputacja

Napisano

146345319_196670132194010_6385080255630245710_o.png

Jest to pierwsza artykuł z serii, która łączy w sobie dwa światy... Świat okrutnych morderstw oraz drugi, którego do końca umysł ludzki nie jest w stanie pojąć...

 

O to trzy sprawy z naszego ojczystego kraju, aby uniknąć miedzy kulturowych niuansów w rozumowaniu sprawców. Czy byli chorzy? A może zażywali środki odurzające? Czy w taki sposób próbowali tłumaczyć swoje zbrodnie, aby nie ponieść konsekwencji? A może naprawdę „coś” czy jakaś inna siła kazała im to zrobić?

„Tata mnie do siebie zawołał”

 

Pan Marek mieszkał w jednej spod łódzkich wsi. Liczył sobie 31 lat. Można powiedzieć, że śmierć go prześladowała. Wszystko zaczęło się od śmierci ojca Jana (63 lat), kilka miesięcy wcześniej.

 

Mężczyzna zaczął mieć problemy ze snem, które jego matka tłumaczyła w taki sposób:

- Duch męża wezwał syna do siebie- bez wątpliwości stwierdziła Teresa, 61- letnia matka Marka i wdowa po panu Janie. Strata męża była dla niej potężnym ciosem. Nie mogła się z niej otrząsnąć. Rozpacz Marka była dużo głębsza.  Kobieta wiedziała, że tych dwóch mężczyzn łączyła silna więź.

 

-Maż zginał niespodziewanie sześć miesięcy wcześniej-  Mąż siedział na kanapie. Nagle krzyknął, padł i żywy już nie wstał. Miał zawał... – opowiada poruszona kobieta.

 

Marek bardzo się zmienił po pogrzebie. Chodził całymi dniami zrozpaczony. Nie mógł znaleźć sobie miejsca w domu. Bardzo tęsknił za ojcem – opowiada Matka.

 

Mężczyzna opowiadał matce o swoich sennych marach, w których widzi swojego zmarłego ojca. Ilekroć Marek zamykał oczy, widział swojego tatę bladego jak ściana, wołającego go z oddali. I czuł, że tamten wzywa go do siebie… Nie raz budził się w nocy zlany zimnym potem, ze łzami w oczach. Miotał się między jawą a snem. Wielokrotnie rozmawiał z ojcem, w pół śnie. Był przekonany, że te rozmowy naprawdę się odbywały… A mogło tak być?? Czy to tylko udręka po stracie bliskiej osoby wyzwoliła w nim jakieś zaburzenie psychiczne?? Mężczyzna z dnia na dzień stał się coraz bardziej przygnębiony i przybity. Popadł w depresję. Nie chciał jeść ani pić. Bał się zasnąć, bo ten wołający głos ojca przerażał go coraz bardziej. Przenikał jego duszę, która coraz silniej pragnęła za nim podążyć…

Pewnego dnia już nie wytrzymał. Coś w nim pękło… Po pierwszej przespanej od dawna nocy obudził się wczesnym rankiem. Skierował swoje kroki, aby obudzić mamę. Czule ucałował ją na pożegnanie i wyszeptał: "Tata wzywa mnie do siebie. Więcej mamusiu się nie zobaczymy". Po czym wybiegł z mieszkania… Gdy zatroskana matka wybiegła na podwórze za nim, już go tam nie było.

Matka dwa dni odchodziła od zmysłów. Rozpaczała. Bała się, że jej syn może coś sobie zrobić. Mężczyzna prawdopodobnie błąkał się przez te dni po lasach i rozmyślał… Modliła się godzinami o jego szczęśliwy powrót. Jednak na to co ujrzała trzeciego dnia, wychodząc rano z domu. Nic nie mogło ją przygotować. Znalazła tam zmasakrowane zwłoki swojego ukochanego syna. Kobieta wezwała policje. Marek miał, aż 20 ran kłutych od noża. Śledczy z początku byli przekonani, że mężczyzna został zamordowany. Badania szybko jednak dowiodły: to było samobójstwo. Marek sam z własnej ręki dołączył do swojego ojca. Nożem kuchennym uderzał się w pierś. Ostatni z ciosów trafił prosto w zbolałe stratą ukochanego ojca serce…

 

- Jeszcze niedawno miałam męża i syna obok siebie. Teraz zostałam sama - rozpacza pani Teresa.

I w końcu udało mu się dołączyć do ojca…

 

„Jak Kain i Abel”

 

- Bo to tak, jakby Kain zabił Abla. I to bez żadnego powodu – z żalem wspomina jeden z sąsiadów.  Wszystko za sprawą niepojętej zbrodni, do której doszło w 2015 roku.

 

Dom zły - tak o niedużej chacie w Mikszówce, dzielnicy Istebnej, mówią okoliczni mieszkańcy. To w niej rozegrał się horror, który swoją złowrogą energią wsiąknął w mury. Ludzie po latach wytykają go palcami i mówią, szeptem: „To tu”.

19-letni Grzegorz M. i 22- letni Dawida byli sierotami. Wychowywali się w rodzinie zastępczej. Braci nie łączyła żadna bliższa zażyłość, ale do tej pory raczej dobrze się dogadywali. Sprawiali problemy wychowawcze. Dawid- był tym spokojniejszym i porządniejszy. Cieszył się nową pracą. Czuł, że po latach impasu przychodzi w końcu dobry czas. Naprawdę chciał wyjść na prostą, ale brat mu nie pozwolił. Młodszy-Grzegorz- niepoprawny i zawsze pakował się w tarapaty. Nie potrafił przystosować się do normalnego życia. Jego znajomi mówili, że często uciekał w świat okultystycznych wierzeń. Interesował się tym zagadnieniem, ale miały one nie mieć żadnego wpływu na jego życie. Kilka lat temu policja zlikwidowała w szopie braci plantację marihuany. Jednak palenie przysłowiowego zioła nie może tłumaczyć tych wydarzeń pewnej ciepłej majowej nocy…

 

Było to w nocy z piątku na sobotę. Grzegorz i Dawid spędzali razem czas. Według późniejszych ustaleń śledczych nie byli pod wpływem alkoholu, więc możliwe, że razem oglądali tylko jakiś program. Dochodziła północ, gdy między nimi doszło do gwałtownej awantury. W pewnym momencie Grzegorz złapał za nóż. Był w amoku… Wymierzał Dawidowi ciosy jedne za drugim, jedne za drugim w korpus i szyję, brzuch, jeden za drugim. Wszędzie była krew. Do pokoju wbiegł jeden z domowników. Próbował powstrzymać chłopaka. Napastnik nieprzerwanie atakował. Ranił krewnego. Doznał licznych obrażeń lewej ręki.  Kiedy inni spostrzegli, co się stało, wezwali pomoc, ale na ratunek dla Dawida było już za późno.. Zabójca nie próbował uciekać. Tak nagle jak rozpoczął swój atak, tak samo niespodziewanie go zakończył. Spokojnie zaczekał na policję.

 

Gdy funkcjonariusze przebyli na miejsce, zobaczyli zwłoki mężczyzny oraz klęczącego obok nich Grzegorza. Można było pomyśleć, że się modli… Stwierdzono zgon Dawida. Wykrwawił się na śmierć. Sprawca dał się aresztować i został przewieziony do Komisariatu Policji. Badanie krwi wykazało, że w chwili popełnienia zarzucanych mu czynów był trzeźwy.

Już na pierwszym przesłuchaniu wprawił śledczych w osłupienie.

 

- Oskarżony przyznał się do zarzutów i wyjaśnił, że pozbawienie brata życia zostało mu nakazane przez siłę wyższą i miało być w pełni skuteczne i nieodwracalne. Drugiego pokrzywdzonego ranił, bo ten chciał mu przeszkodzić – podaje Piotr Wysocki.

Wiele możemy rozumieć, przez siły wyższe. Jego zachowanie w trakcie jak i po morderstwie było irracjonalne. Czy wcześniej palona marihuana mogła go, aż w takim stopniu odurzyć i doprowadzić do morderstwa? I czym są te siły wyższe? Omamami, wytworami jego wyobraźni?

 

Młody mężczyzna został poddany obserwacji psychiatrycznej. - Biegli wydali opinię, w której wskazali, że Grzegorz M. z powodu zaburzeń psychicznych u osoby używającej środków odurzających działał w warunkach zniesionej poczytalności, tym samym miał zniesioną zdolność rozumienia znaczenia tych czynów i pokierowania swoim postępowaniem, oraz że wymaga umieszczenia w zakładzie psychiatrycznym z uwagi na realne i wysokie prawdopodobieństwo dokonania przez niego takich samych lub podobnych czynów.

 

Ale czy to na pewno jedyne wyjaśnienie tej zbrodni?

 

„Miałem wizję”

Fizycznie to zrobiłem, ale umysłowo, psychicznie to nie byłem ja- mówił sprawca.

Artur K. nie był dobrym człowiekiem. Odsiadywał wyrok 15 lat za zamordowanie swojej poprzedniej partnerki. Z Moniką K. poznał się na portalu społecznościowym. Wydawało się, że mężczyzna się zmienił. Stał przy niej łagodny i poukładany. Nie było żadnych znaków, które mogłyby wskazywać, że nie czeka ich piękna przyszłość. Mężczyzna miał nie długo wyjść na wolność i rozpocząć swoje nowe- długo wyczekiwane życie. Podczas odbywania kary ponad 90 razy wychodził na przepustki. Nie sprawiał w czasie nich żadnych problemów. Był przykładnym skazańcem. Kobieta prawdopodobnie nie wiedziała, że jej ukochany jest skazany za zabójstwo. Para szybko się ze sobą zaręczyła- 22 września 2018 roku, mieli wziąć ślub.

 

8 września 2018 roku doszło do tragedii. Były mąż Moniki, widział tego dnia pod budynkiem, w którym mieszkała, Artura.

- Nie przyszłoby mi do głowy, że coś takiego mogło się stać. (...) Wyszedł szybko i zniknął (...) Za dwa tygodnie mieli brać ślub- mówił zrozpaczony.

 

Mężczyzna przyszedł do mieszkania swoje narzeczonej i… udusił ją gołymi rękami. Gdy straciła przytomność, włożył jej do ust ścierkę i ręcznik. To samo miał zrobić z jej 3-letnim synkiem Oskarem. Bez sygnałów świadczących, że coś się może stać. Zabił ich ze stoickim spokojem. Bez żadnego motywu- przecież układało im się. Tak po prostu pozbawił dwie istoty życia… Bo coś mu kazało. Po dokonaniu zbrodni zgłosił się na policję.

 

Artur przyznał się do zabójstwa… W czasie rozprawy przeprosił rodzinę zabitej kobiety i stwierdził, że "nie odpowiadał za to, co robi". Później podkreślał wielokrotnie, że nie był sobą. Takie zachowanie może świadczyć o rozwijającej się chorobie psychicznej. Jak sam tłumaczył:

 

- Nie planowałem tego zabójstwa. W czasie, jak spotykałem się z Moniką całą swoją miłość, którą miałem do syna biologicznego, z którym nie miałem kontaktu, przelałem na syna Moniki – tłumaczył w sądzie oskarżony 41-latek.

Jednocześnie podkreślił, że nie zgadza się z opinią psychiatrów. Ci orzekli, że mężczyzna nie jest chory psychicznie i w momencie dokonywania zbrodni był poczytalny.

 

- Fizycznie to zrobiłem, ale umysłowo, psychicznie to nie byłem ja. Byłbym skończonym idiotą, gdybym z własnej woli zabił, mając kilka dni do końca odsiadki. – Powtarzał jak mantrę.

 

Trudno zrozumieć co nim kierowało. Czy to może jakieś nieznana siła, czy urojenia??

 

Artur K. na trzy tygodnie przed zabójstwem miał halucynacje.

 

- Miałem wizję, że zabijam Monikę. Pamiętam, że wtedy czułem się lepiej, byłem spokojniejszy. Myśl o tym, że to zrobię, dawała mi jakiś spokój – mówił w sądzie. Nie chciał opowiadać o momencie zabójstwa. - To dla mnie ciężkie - podkreślił.

Należy tu zaznaczyć, że będąc młodym mężczyzną doświadczył, również raz halucynacji. Był wtedy w wojsku. Być może stres i tęsknota za domem wtedy je wywoła. Wtedy pod ich wypływem nikogo nie zabił…

 

Oskarżony przyznał się do winy i został skazany na dożywocie.

Czy od dawna kiełkowało i dojrzewało w nim szaleństwo? Czy coś innego popchnęło go do tego działania?

Drugie dno – pytania:

 

Nie wszystkie te przypadki możemy wytłumaczyć, traumą, działaniem narkotyków i szaleństwem. To jedyne co warto zauważyć w każdym przypadku sprawcy mówili, że coś kazało im dokonać strasznych zborni i nie byli sobą. A może chcieli uniknąć kary, a udając przysłowiowego „wariata” mieli na to szansę? Mogli też nie chcieć podać prawdziwych motywów swoich czynów? A może było coś jeszcze- coś niewytłumaczalnego co nimi kierowało?
Na te pytania nie poznamy odpowiedzi…
 

Źródło:

https://www.facebook...96670128860677/


  • 2

#2

Kamada.
  • Postów: 15
  • Tematów: 1
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Według mnie, każda z tych spraw miała podłoże psychiczne. Twierdzenie, że nie było się sobą i jakaś nieznana siła kierowała mną jest niewiarygodne. Człowiek popełniając tak ciężki i okrutny czyn jak morderstwo wpada w amok. Adrenalina działa cuda. Nie chce pisać o jakiś zaawansowanych związkach chemicznych które mogą się wytwarzać w organizmie bo się na tym nie znam. Ale wydaje mi się, że człowiek w takim stanie i stresie może wyprzeć z pamięci to co zrobił. Byłem świadkiem kilku takich historii w swoim życiu. Oczywiście nikt podczas nich nie ucierpiał.

 

Pamiętam sytuację jak byłem młodszy, ojciec był fanem napojów wyskokowych i podczas jednej nocy zrobił niezłą awanturę. W pijackim bełkocie i awanturniczym nastawieniu wspominał coś o diable, który się gdzieś ukrywa w mieszkaniu. Wyrzucał rzeczy na podłogę, przez okna aż dotarł do kuchni. W kuchni jego przepity mózg zasugerował mu że lodówka jest właśnie tym złem wcielonym. Oczywiście w szale jaki go wtedy ogarnął przeciwnik nie miał najmniejszych szans. Na drugi dzień tego nie pamiętał ale to przez procenty. Po latach gdy mam większy luz z tym wszystkim śmiać mi się chce gdy przypomnę sobie wyzwiska i krzyki "ty diable zostaw mnie!" "zostaw moją rodzinę!" i głuche ciosy we front lodówki. No cóż delirka nieprzyjemna rzecz.

 

Drugą historię chce przytoczyć ponieważ w niej też siła wyższa zmuszała moją teściową do dziwnych czynów. Jak się okazało teściowa ma zdiagnozowaną schizofrenię. Wcześniej gdy to wszystko dopiero się kształtowało potrafiła, kłócić się z potworem z okna, który w rzeczywistości był jej odbiciem. Albo pamiętam jak pokłóciła się z teściem i rzuciła nim o ścianę. Nie tak jak w filmach, ale zrobiło to na mnie spore wrażenie jak kobieta 55 kg miota prawie jak kukłą mężczyznę 90kg. Gdy atak ustępował tłumaczyła się w taki właśnie sposób, że to nie ona, że to jakiś duch czy demon w nią wstąpił. Nigdy nie wiadomo do czego mogła by się posunąć gdyby nie brała leków i została sama sobie.

Kończąc ten wpis, chciałbym powiedzieć że właśnie takie sytuacje ukształtowały moje przekonanie, że to właśnie na tle psychicznym trzeba szukać problemu, a nie wierzyć w opętania i diabły które zmuszają ludzi do takich czynów.


  • 1



Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u