Skocz do zawartości




Zdjęcie

"Milczenie Owiec" po krakowsku...

#Morderstwo #Skóra

  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
1 odpowiedź w tym temacie

#1

Ni_Ka172.
  • Postów: 5
  • Tematów: 5
  • Płeć:Kobieta
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

*
Popularny

117893327_684843658768501_1468378688688870981_n.jpg

- "Milczenie owiec" było dla niego inspiracją. Ale poszedł dalej. Bohater filmu ze skór z kilku kobiet zrobił kaftan, naszemu psychopacie wystarczyła jedna, by osiągnąć ten sam cel - mówił jeden z policjantów zaangażowanych w śledztwo.

„Milczenie Owiec” po krakowsku

 

Akt III: Skóra

 

6 stycznia 1999 roku około godz. 16 miasto zaczyna spowijać już mrok. Na wysokości stopnia wodnego Dąbie na Wiśle w Krakowie kapitan barki „Łoś” Mieczysław M. właśnie cumował jednostkę. Nagle coś zatrzęsło łodzią. Obroty gwałtownie spadły i po pokładzie rozprzestrzenił się odór rozkładu.

 

Kapitan pomyślał, że w turbinę znów wkręciły się pływające po rzece śmieci… Zacumował barkę i wrócił do domu. Rano Mieczysław razem z mechanikiem próbowali dostać się do śruby. Musieli usunąć „to”, co nie pozwalało pracować turbinie. Nikt nie mógł być przygotowany na takie makabryczne znalezisko. Przyczyną awarii nie były śmieci…

 

- "To" było dziwne. Znane, ale przekraczające granice wyobraźni. Przerażające, szokujące… Był to kawał ludzkiej skóry - mówił zaszokowany kapitan Mieczysław.

 

Funkcjonariusze przybyli na miejsce sporządzili notatkę służbową, w której pada stwierdzenie: "lekarz po wstępnym badaniu nie stwierdził udziału osób trzecich".

 

Pierwsze badania skóry wykonane przez doktora Tomasza Konopka z Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie początkowo podtrzymywały tę opinię. Hipoteza zakładała, że turbina kutra mogła ściągnąć skóry z ciała np. topielca. Kolejne badania obaliły wcześniejsze ustalenia i przyniosły szokujące wnioski…

 

Gdy lekarz rozłożył znalezisko z Wisły, które było poskładane jak płótno stało się jasne, że takie działanie było celowe. Skóra była wypreparowana. Wyglądała tak jakby ktoś uszył sobie z niej kostium. Skóra z klatki piersiowej i pleców tworzyła jedną całość z okolicami intymnymi…

 

- Przejrzałem protokoły sekcyjne naszego zakładu na 130 lat wstecz. Takie coś się nie zdarzyło nigdy wcześniej - mówił wtedy dr Konopka.

 

W protokole znalezisko opisano tak: "Ludzka skóra z przedniej części korpusu bez tkanek kostnych z widocznym pępkiem i fragmentami owłosienia łonowego".

 

8 dni później po dokonaniu makabrycznego odkrycia na kutrze „Łoś” na kracie, która zatrzymuje nieczystości na stopniu wodnym, znaleziono kolejny fragment ciała: ludzką nogę obciętą na wysokości kolana. Miejsca nacięć pasowały idealnie do fragmentów znalezionej wcześniej skóry. Natrafiono jeszcze na fragmenty pośladka oraz szczątki odzieży. Reszty ciała nigdy nie odnaleziono…

Po kilkunastu dniach dzięki wykonaniu jednych z pierwszych badań DNA na terenie Polski udało się ustalić, że to szczątki należące do zaginionej w listopadzie 1998 roku Katarzyny Z., 23- letniej studentki UJ.

 

Natychmiast rozpoczęła się sprawa, której policja nadała nazwę; „Skóra”, a jego sprawcę nazwała „Kuśmierzem”…

 

- Pamiętam, że nie tylko ja, ale także koledzy, z którymi współpracowałem na miejscu zdarzenia, mieliśmy świadomość, że mamy do czynienia z kontynuacją albo jakąś inną wersją filmu "Milczenie owiec" - wspominał oficer, który zajmował się sprawą.

Nad Krakowem zebrały się czarne chmury. Zapanowała psychoza… Strach był wszechobecny. Ludzie szeptali o mordercy, który zabija studentki i obdziera je ze skóry. Wiele osób, a szczególnie kobiet bało się wyjść po zmroku. Ojcowie, bracia, partnerzy czekali na nie po pracy, aby eskortować je do domu. Życie na chwilę zamarło. Wszyscy czekali w napięciu na złapanie sprawcy. Co zajmie jeszcze prawie dwie dekady…

 

Akt I: Zaginięcie studentki

 

- Należała do samotników, ale też ludzi dobrych wewnętrznie. Takich, którzy kiedy ktoś potrzebuje pomocy, nie uciekają, nie wycofują się, a wręcz odwrotnie - są przyjaźnie nastawieni - mówił Dariusz Nowak, rzecznik małopolskiej policji.

 

Kasia była cichą, spokojną, bardzo inteligentną i nieco wycofaną osobą.Nie posiadała zbyt wielu znajomych. Dodatkowo po śmierci ojca wpadła w depresję… Dziewczyna nie potrafiła wybrać jednej drogi dla siebie. Już dwa razy zmieniała kierunek studiów. Wydawało się, że w końcu znalazła swoje miejsce na religioznawstwie. Krótko przed zaginięciem wyglądało na to, że już jest z nią lepiej. Zmieniła fryzurę, a jej zachowanie uległo zmianie. - Może kogoś poznała? Może w końcu się zakochała? - zastanawiali się jeszcze wtedy jej bliscy. Jednocześnie nie zdawali sobie sprawy, że Kasia od 3 tygodni nie uczestniczy w zajęciach…

 

- Chodziła na zajęcia i nagle przestała. Brała kanapki, wychodziła z domu, miała plan zajęć. Udawała, że wszystko jest normalnie, a pewnego dnia po prostu nie wróciła - wspomina Grzegorza Bohosiewicza detektyw zaangażowany przez matkę w poszukiwania.

Kasia zaginęła 12 listopada 1998 roku. Tego dnia była umówiona na wizytę u lekarza. Na miejscu czekała na nią matka. Dziewczyna jednak nigdy tam nie dotarła… Wszelki ślad po niej zaginął na długie 3 miesiące...

 

Akt II: Gdzie jesteś, Kasiu?

 

- Policja jej szukała, ale niezbyt intensywnie. Wynajęłam detektywa. I miotałam się z jednego miejsca do drugiego, chodziłam, szukałam. Odwiedzałam sekty, inne miejsca. Jedni mówili: rób to, inni: rób tamto. Jedni: zgłoś się tam, inni: zobacz gdzie indziej. A ja czułam, że znikąd nie mam pomocy. Straszny czas - mówiła mama Kasi.

 

Mama zaginionej była przekonana, że jej córka mogła wpaść w szpony sekty. To tłumaczyło jej ostanie zmiany w wyglądzie i zachowaniu. Kobieta z duszą na ramieniu udała się do zakonu dominikanów przy ul. Stolarskiej. Już wtedy czuła się zrezygnowana z pomocy jaką zaoferowała policja.

 

Zlekceważyli jej zgłoszenie. Funkcjonariusze - jak się wydaje - wychodzili z założenia, że studentka gdzieś „zabalowała” albo poznała kogoś i z nim wyjechała. Pewnie wróci… Niestety nie wróciła już nigdy…

 

Zakonnicy skierowali ją do prywatnego detektywa Grzegorza Bohosiewicza.

 

- Pamiętam dokładnie twarz dziewczyny. Miałem na biurku sporo jej zdjęć. To już tyle lat się ciągnie. Matka przyszła do mnie z jedną z koleżanek Kasi ze szkoły podstawowej. Kobieta była przekonana, że córce musiało się coś stać, ponieważ do tej pory była solidna i obowiązkowa. Z tego, co się dowiedziałem, to była zdolna dziewczyna. Zanim poszła na religioznawstwo, zdawała na psychologię. W tamtych czasach egzamin wstępny był trudny, a konkurencja ogromna. Ona jednak bez żadnych znajomości dostała się na psychologię – mówi Bohosiewicz.

 

Pomimo niepowodzeń matka Kasi nie traciła nadziei. W sprawie ciągle pojawiały się nowe tropy. Detektyw sprawdzał je wszystkie. Bezskutecznie…

 

- Pamiętam sygnały, że dziewczyna może przebywać w Zakopanem. Sprawdziliśmy to. Tak samo, jak to, że była widziana w autobusie do Wolbromia czy na cmentarzu Batowickim. Jednak nic nie ustaliliśmy – wspomina detektyw.
I tak minęły trzy miesiące…

 

Akt IV: Szukać winnego

 

Buffalo Billy spod Krakowa

 

- Tak by to mogło wyglądać. I tu oskórowanie i tu, ale diabeł tkwi w szczegółach. I te szczegóły jednoznacznie wykluczyły tego sprawcę z grona osób podejrzewanych – mówił po kilku latach rozwiązywania sprawy policjant z Archiwum X.

30 maja 1999 roku w Brzyczynie koło Skawiny student UJ Władimir W. (26 lat) zabił ojca.

 

- Był moment, że śledczy już cieszyli się, że złapali mordercę - gdy zatrzymali studenta UJ Władimira W., który oskalpował ojca i nosił tę skórę na głowie. Jednak ta hipoteza została wykluczona. W. co prawda pochodził z tego samego środowiska co Kasia, ale w jego domu nie znaleziono żadnych śladów krwi, tkanki czy ubrań dziewczyny.

 

Brunon Bomber

 

„Brunon K. został przesłuchany w Prokuraturze Krajowej w związku z zamordowaniem Kasi. Prokuratura nie ujawnia, jaki może być jego związek z zabójstwem Katarzyny Z” - głosiła notatka policyjna.

 

Kim jest Brunon? - „Bomber” odpowiada za rzekome przygotowywanie w 2012 roku ataku terrorystycznego na Sejm. Do tego zamierzał użyć 4 tony materiałów wybuchowych na bazie saletry umieszczonych w pojeździe skot. Był doktorem chemii i pracownikiem naukowym Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie. Broń zamierzał zdetonować w pobliżu Sejmu.

 

Jedyne, co łączyło go z Kasią to było studenckie środowisko. Jednak po przesłuchaniu okazało się, że w ogóle się nie znali. Co nie zmienia faktu, że Brunonowi chciano przypisać każdy paragraf…

 

Wróżka prawdę Ci powie

 

Zdesperowana mama Kasi prosiła o pomoc jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego… Może ktoś nie wierzyć w jego mocne osiągnięcia…

 

Tu akurat miał rację…

 

- Zostałem powołany jako ktoś w rodzaju biegłego. Dla mnie to było ciekawe, bo kilka lat wcześniej przy okazji innej sprawy policjanci zaprosili mnie do pokoju, w którym dali mi jakąś rzecz, nie pamiętam dokładnie, co to było, i powiedzieli, że skoro już jestem, to może coś powiem, może coś związanego z tą rzeczą mi się skojarzy. Wtedy właściwie nic więcej nie powiedziałem. Dopiero po paru latach dowiedziałem się, że to była rzecz należąca do Katarzyny Z. Kojarzyło mi się pełno kościołów, a ona przecież studiowała religioznawstwo – opowiada Krzysztof Jackowski.

 

Kilka lat później Jackowski ponownie był gościem w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Krakowie. Usiadł za biurkiem. Dano mu misia, wysłużoną maskotkę i coś jeszcze, czego dziś nie pamięta.

 

- Właściwie nie zadawano mi pytań. Miałem mówić sam z siebie. Z przerwami na papierosa trwało to kilka godzin. Tego samego dnia miałem wrócić do domu, ale prokurator zaproponował, żebym został – wspomina dziś jasnowidz. Został. Następnego dnia dołączył do niego rysownik.

 

- On rysował, a ja opisywałem twarz tego człowieka, tego, który miał skrzywdzić Kasię. Później na biurko wyłożono ok. 30-40 zdjęć różnych mężczyzn. Wytypowałem jedno z nich, nie miałem z tym dużej trudności, bo ta twarz była niemal identyczna z tym, co widziałem. To była bardzo charakterystyczna twarz - twierdzi Jackowski. I zastrzega: szczegółów, ze względu na dobro śledztwa, zdradzić nie mogę.

 

Tajemniczy kochanek-morderca?

 

Kasia na 3 tygodnie przed śmiercią zmieniła się. Prawdopodobnie poznała swojego kochanka / sprawcę na Rynku Głównym w Krakowie, gdy mężczyzna pracował tam dorywczo w Sukiennicach. Kasia odżyła. Wydawało się, że jest szczęśliwie zakochana. Przefarbowała się na blond (ulubiony kolor włosów mordercy) i zaczęła się odchudzać. Rodzinie jeszcze nie powiedziała o tym, że w jej życiu jest mężczyzna… Jednak oni to czuli, widzieli i się cieszyli. Jak się okazało, ich radość była przedwczesna…

 

Akt VIII: Spowiedź

 

Morderca po śmierci Kasi stał się wręcz fanatycznie religijny. Podczas mszy zawsze siadał w pierwszej ławce. Udzielał się także w kościelnej wspólnocie. W czasie spowiedzi wyznał jednemu z zakonników swoje grzechy. Szczerze to zrobił i opowiedział o Kasi!

 

- W polskim prawie nie ma przepisu, który zmusiłby osoby duchowne do złamania tajemnicy spowiedzi. Księdza nie można postawić przed sądem i wymagać, by zeznawał na temat faktów, o których dowiedział się podczas spowiedzi - wyjaśnia przedstawiciel kurii, a potwierdza to prof. Monika Płatek.

 

A on nic nie zrobił z tą informacją. Niedługo później zmarł. Spowiednika obowiązuje tajemnica spowiedzi, a konsekwencją jej złamania jest ekskomunika, ale czy tyle lat poszukiwań zabójcy i cierpienia rodziny były tego warte?

 

Podobno nie istnieją sposoby na obejście tego przepisu. Czy spowiednik może poinformować policję (np. o zabójstwie), o którym dowiedział się w konfesjonale, ale bez wskazania konkretnej osoby?

 

- Nie ma takiej możliwości. Takie próby automatycznie kończą się dla duchownego karą kościelną, bardzo poważną, której zdjęcie jest zarezerwowane Stolicy Apostolskiej. Spowiednika nie można też zmusić (np. sądownie – przyp. red.) do złamania tajemnicy spowiedzi. Z punktu widzenia prawa państwowego, chronią go te same przepisy prawa, które odnoszą się do innych profesji zobowiązanych tajemnicą zawodową, ale nawet jeśli w jakimś państwie by one nie obowiązywały, ksiądz i tak nie może zdradzić tajemnicy spowiedzi, nawet jeśli byłby za to ukarany musi milczeć nawet wtedy, gdy spowiadana osoba wyzna, że dokonała brutalnego morderstwa. Będzie jednak próbował nakłonić taką osobę, by poszła na policję i się przyznała. Ale tylko podczas spowiedzi. Poza konfesjonałem temat nie istnieje - tłumaczy rzecznik kurii ks. Przemysław Śliwiński.

 

Czy na pewno nie było żadnego sposobu na wyjawienie prawdy?

 

Akt VI: Płyniemy z nurtem

 

W szczątkach znaleziono ślady biologiczne, które nie pochodziły od ofiary. Wykorzystano je do weryfikacji osób znajdujących się w kręgu podejrzeń. Jednak nie przyniosło to pożądanego zakończenia sprawy. Prokuratura wszczęła śledztwo, ale w 2000 roku umorzono je z powodu niewykrycia zabójcy.

 

Pod koniec 2011 roku trafiła do krakowskiego Archiwum X. Śledztwo zostało wznowione. To wtedy powołano najwybitniejszych polskich i zagranicznych biegłych różnych specjalności, a w sprawę zaangażowano szereg instytucji specjalistycznych, w tym m.in. Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. dra Jana Sehna w Krakowie, Zakładów Medycyny Sądowej, Polskiej Akademii Nauk, Uniwersytetu Przyrodniczego, Instytutu Odlewnictwa w Krakowie.

 

Ponownie analizowali materiały tego śledztwa i ustalali nowe dowody. Było to możliwe m.in. dzięki postępowi w dziedzinie badań kryminalistycznych oraz współpracy z ekspertami w różnych dziedzinach. Na tej podstawie krakowska prokuratura w styczniu 2012 r. podjęła śledztwo na nowo i zleciła m.in. ekshumację szczątków. Jak podawała, w wyniku oględzin ujawniono szereg śladów kryminalistycznych i dowodów, które zostały zabezpieczone dla potrzeb śledztwa. Były to substancje, włosy, drobiny i włókna pozwalające - zdaniem śledczych - na podjęcie dodatkowych czynności.

Trwała akcja na szeroką skalę, lecz większość wyników utrzymywana była w głębokiej tajemnicy.

 

- Pociągnięcie do odpowiedzialności karnej sprawcy tej brutalnej zbrodni będzie możliwe dzięki wyjątkowo wytężonej pracy prokuratorów prowadzących to postępowanie oraz funkcjonariuszy policji, jak również biegłych powołanych do opiniowania w tej sprawie. Musieli się oni zmierzyć z przestępczym działaniem, które dotąd było nieznane polskiej i zagranicznej kryminalistyce - powiedziała Beata Marczak, zastępczyni prokuratora generalnego.

 

W październiku 2016 roku dno Wisły, na odcinku od Dąbia do Wawelu, przeszukiwali członkowie Grupy Specjalnej Płetwonurków RP. Po tym śledztwo w końcu przyspieszyło. Wydobyto wtedy m.in. odzież damską i męską, trzy maczety i zamkniętą kasetkę.

 

- Znaleziono przedmioty osobiste należące do kobiety. Są one na tyle charakterystyczne, że można je przypisać do osoby z imienia i nazwiska. Istnieje prawdopodobieństwo, że należały do Katarzyny Z., ale musi to być poddane weryfikacji. Wydobyto dużo różnych rzeczy mogących mieć związek z tym przestępstwem lub innymi. To, czy rzeczywiście tak jest, będzie przedmiotem analiz. Wyjaśnienie tego to pewnie kwestia miesięcy - mówił po zakończeniu poszukiwań kom. Grzegorz Gubała, rzecznik małopolskiej policji.

Przedstawiciele prokuratury byli wtedy bardzo tajemniczy…

W końcu Prokuratura Krajowa podała informacje, że "w sprawie tej przez wiele lat przeprowadzono żmudne czynności śledcze, które w konsekwencji doprowadziły do ustalenia sprawcy zabójstwa".

 

- Prokuratorzy zlecali kolejne badania i opinie biegłych, żeby na podstawie najdrobniejszych nawet śladów dowiedzieć się jak najwięcej o okolicznościach mordu i samym sprawcy. Z tak bestialską zbrodnią i zbezczeszczeniem ciała nie mieliśmy jeszcze w Polsce do czynienia, dlatego prokuratura postawiła sobie za punkt honoru wykrycie sprawcy – mówiła osoba znająca kulisy śledztwa.

Specjaliści korzystali ze wszystkich najnowocześniejszych metod badawczych oraz zdobyczy nauki i techniki. Na ich zlecenie Laboratorium Ekspertyz 3D Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu po raz pierwszy na świecie sporządziło trójwymiarowy obraz zbrodni tylko na podstawie śladów pozostawionych przez sprawcę na tkankach ofiary. Dzięki badaniom Katedry Biologii Eksperymentalnej Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu udało się także wykryć związki chemiczne, które morderca podawał studentce. Takie badania najprawdopodobniej zostały wówczas przeprowadzone po raz pierwszy w historii polskiej kryminalistyki.

 

Na tej podstawie ekspertyz ustalono, że sposób zadawania ciosów przez mordercę wskazywał na to, że zadawała je osoba wyszkolona w określonych sztukach walki – co później okazało się istotną wskazówką.

 

Akt VII: „Mamy go”

 

„Mój drogi pamiętniczku dziś zabiłem Kasie…”

 

Sprawca został zatrzymany przez antyterrorystów 4 października 2017 roku. W czasie śledztwa ustalono, że do zabójstwa studentki doszło pomiędzy 12 listopada 1998 r. a 6 stycznia 1999 roku. Według prokuratury, 12 listopada 1998 r. mężczyzna "stosując przemoc fizyczną, pozbawił pokrzywdzoną wolności, zatrzymując ją i przetrzymując wbrew jej woli w zamkniętym pomieszczeniu, utrzymując ją w tym czasie w stanie bezbronności poprzez podawanie jej określonych związków chemicznych".

 

Morderca opisał wszystko w pamiętniku. Prokuratura ustaliła, że 54-latek stosował wobec młodej kobiety przemoc, podawał jej też leki przeciwlękowe i przeciwpsychotyczne. Więził Kasię oraz znęcał się nad nią psychicznie i fizycznie.

 

Według ustaleń śledczych - w czasie uwięzienia Robert J. - zanim dokonał zabójstwa - torturował swoją ofiarę, maltretował i męczył fizycznie i psychicznie. Miał zadać jej szereg ciosów w postaci kopnięć, bił narzędziem twardym, tępym i tępokrawędzistym oraz ostrokrawędzistym, jakim jest np. nóż, a także oskórował swoją ofiarę.

 

Zdaniem śledczych, "sprawca działał w wyniku motywacji patologicznej o podłożu seksualnym, w celu zaspokojenia swojego patologicznego popędu seksualnego, a także w celu pozbawienia życia ofiary ze szczególnym okrucieństwem".
Proces zaczął się w lutym tego roku.

 

Akt V: Syn poety

 

Robert J. mieszkał na Krakowskim Kazimierzu z ukochaną matką. Był synem poety Józefa J. Mężczyzna na początku 1998 roku wrócił z matką z Kanady. Ludzie od samego początku wiązali go ze sprawą Kasi…

 

Dlaczego?

 

„Poszlak wskazujących, że mężczyzna może być mordercą, pojawiło się sporo. Leczył się psychiatrycznie. Nienawidził kobiet. Jedną z sąsiadek obserwował przez lornetkę, aż musiała założyć w oknie żaluzje. Chodził za nią, pisał do niej wulgarne listy. Dręczył ją psychicznie. Kobieta bała się go. Okazało się też, że mężczyzna kupuje damską bieliznę i lubi wieczorne spacery nad Wisłą”.

 

- Nie daje się zamknąć w żadnych znanych ramach. Lubił chodzić do kina, choć nie miał za dużo pieniędzy, więc często tam nie bywał. Najchętniej chodził do dawnego kina Uciecha lub kina Pasaż. Zabijał zwierzęta i patroszył ryby. Miał duże wymagania co do kobiet: miały nosić francuską bieliznę, być wykształcone i posłuszne - mówiła osoba z otoczenia mężczyzny.

 

Robert od zawsze uważał się za człowieka renesansu. Szczycił się swoją niesamowitą inteligencją. Uważał się za artystę - tak jak jego ojciec, ale czuł się niedoceniany. Miał mówić: „Docenią mnie jak Norwida. Dopiero po śmierci”. Wyłania się jego obraz: niespełniony naukowiec. Jest z pewnością bystry i sprytny.

 

Mężczyzna był znany z zamiłowania do męczenia zwierząt, trenował kulturystykę i sztuki walki, znał ofiarę, odbył służbę wojskową w szpitalu zakonnym (tam pomagał w działającym wówczas prosektorium), pracował w Instytucie Zoologii, gdzie zajmował się skórowaniem zwierząt.

 

W rzeczywistości posiadał jedynie zawodowe wykształcenie. Czy tak naprawdę jest psychopatą, który wtopił się w krakowską codzienność?

 

Od początku życie Roberta to doświadczanie przemocy fizycznej, psychicznej oraz kar cielesnych. Normą było codzienne bicie. Sytuacja ciągle była napięta. Rodzice nieustannie się kłócili. Miało dochodzić między nimi do rękoczynów. Głównym agresorem i oprawcą był ojciec. Taki wzorzec rodziny sam wyniósł ze swojego domu. Józef tak opisał swoje życie (fragmenty autobiograficznej książki):

"W tym momencie wszedł tata i zobaczył, jak wyskakiwałem z łóżka. Sprał mnie pasem. Do bicia zawsze byli skorzy, ale żeby pomyśleć, że trzeba postawić mi nocnik pod łóżeczkiem, nie pomyśleli".

 

"Jednym doskokiem (matka) znalazła się przy mnie, złapała moją rękę, otworzyła drzwiczki piecyka i włożyła moją rękę prawie w płomień. To były ułamki sekund. Sparzoną rękę nasmarowała olejem i kazała trzymać pod zimną bieżącą wodą".

Józef tak samo wychował Roberta. Wiara i przemoc to była nierozerwalna część tej rodziny…

 

Józef odszedł do konkubiny i rozwiódł się z matką mężczyzny. Przemoc zelżała, ale młody chłopiec prawdopodobnie zaczął nienawidzić wszystkich kobiet (oprócz swojej matki). Prawdopodobnie podświadomie obwiniał kochankę ojca za rozpad rodziny…

Robert od zawsze sprawiał problemy wychowawcze. Już w szkole nie uznawał autorytetów. Jego rodzice ciągle byli wzywani do szkoły, ponieważ ich syn „pyskował nauczycielom” - co w tamtych czasach było nie do pomyślenia. W pieszej klasie został wyrzucony ze szkoły zawodowej. „Zasłynął jednak tym, że każdego dnia odkręcał po jednej śrubce w boazerii, aż ta w końcu odpadła od ściany.”

Na początku lat 90 miał niewielkie zatargi z prawem. Wynikały z przepychanek i agresywnego zachowania. Wszystkie sprawy zostały umorzone…

 

Robert prawdopodobnie był tym tajemniczym kochankiem Kasi i jako ostatni widział ją żywą… Po morderstwie przeszedł religijną fascynację i regularnie odwiedzał grób ofiary. Wiele lat był obserwowany przez policję. Brakowało jednak tego koronnego dowodu jego winy.

 

- Od kilku lat te podejrzenia koncentrowały się wokół jednego człowieka, ale nigdy nie udało się przełożyć zebranego materiału na konkretne dowody, które pozwalałyby na postawienie temu człowiekowi zarzutów. Dzisiaj został zatrzymany. Mam nadzieję, że to zabójca. Gdyby się okazało, że po 20 latach udało się zatrzymać zabójcę, to byłby ogromny sukces - mówił krótko po zatrzymaniu J. Dariusz Nowak, były rzecznik małopolskiej policji.

 

Czy to zakończenie „Milczenia owiec” - po krakowsku?

Proces wciąż trwa...

 

Artykuł pochodzi: https://www.facebook.com/zlaanatomia


  • 5

#2

Kwarki_i_Kwanty.
  • Postów: 357
  • Tematów: 41
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 12
Reputacja dobra
Reputacja

Napisano

Kraków, bodaj najsłynniejsze miasto studenckie w Polsce, i jedno z najbardziej obleganych ośrodków tego typu w naszym kraju. O krakowskim ,,Milczeniu Owiec", sądzę, wie niewiele osób, i przyznam się szczerze, że przy okazji przeczytania tego oto ładnie skrojonego artykułu z środowiska kryminaliów, o tej sprawie dowiedziałem się po raz pierwszy. I dziwne jest to, że nikt na forum tym, nie komentuje tak ciekawego przykładu śledztwa. To nie "CSI - Kryminalne zagadki...", czy inne tego typu wyidealizowane serialowe widowisko. To działo się na naszych oczach, w czasach gdy ja ledwo co przychodziłem ze szkoły, i od razu rzucałem się do telewizora i oglądałem kreskówki, które akurat leciały na Polsacie czy TVNie. I ta sprawa, to kuriozum śledcze ciągnie się do dziś. Zło jest banalne, proste, powabne i kusząc; kryjące się pod powłoką codzienności. Ironicznie można by rzec, że tak naprawdę nie wiadomo, co takiego jakaś taka tam przeciętna ,,pani Helenka spod dwójki" skrywa w swoim umyśle, bo niby taka spokojna, cicha, wrażliwa; kto wie, co usilnie gnieździ w tej swojej małej piwniczce w bloku. Psychopaci ,,kryją się po kątach i obskurnych norach", oj kryją.
  • 0



Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u