Skocz do zawartości




Ciągle trwa jeszcze głosowanie w kolejnej edycji Złotych Szaraków! Kliknij tutaj i zagłosuj w tej jakże prestiżowej imprezie!


Zdjęcie

Zbrodnia w Wawrze


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
1 odpowiedź w tym temacie

#1

Magda72.
  • Postów: 358
  • Tematów: 34
  • Płeć:Kobieta
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

Dziś mija 80 rocznica tego tragicznego wydarzenia.Z pewnych względów sprawa ta jest mi bliska dlatego postanowiłam ją tu przypomnieć.
To miały być smutne święta – pierwsze Boże Narodzenie pod okupacją niemiecką, osiemdziesiąt lat temu. Były tragiczne. Zginęło ponad sto osób. Wacław Klemensiewicz siedział z żoną i córką w pokoju. Było już późno, kiedy ktoś gwałtownie załomotał do drzwi.Klemensiewicz domyślał się, że może to być któryś z żandarmów, ponieważ w jego willi mieściła się komendantura policji na Wawer i Anin.

 

Kiedy zaczęła się okupacja, Niemcy – szczęśliwie dla Klemensiewicza – nie wypędzili go z rodziną, pozwolili zostać w kilku pokojach w dalszej części budynku, który zamienili w swoją siedzibę. Wzięli tyle, ile potrzebowali. Czasem zaglądali na przykład po herbatę, zdarzało się, że szeregowiec nazwiskiem Schramm zagadywał Klemensiewicza.

 

Ale tym razem to nie było pukanie po pogawędkę. Klemensiewicz uchylił drzwi, w progu stał Schramm.– Stała się rzecz straszna, bo zabili dwóch naszych – powiedział Niemiec. – Nie wychodźcie z domu, zgaście światło i siedźcie cicho, jakby was nie było, z Warszawy zaraz przyjedzie gestapo – dodał. Posłuchali go. Zgasili światło, zasunęli zasłony. Udawali, że ich nie ma.Po jakimś czasie usłyszeli jakiś hałas, skrzypnięcie furtki, podniesione głosy. Klemensiewicz odważył się delikatnie uchylić rolety. Zobaczył gestapowców wpędzających do jego ogrodu kilkunastu mężczyzn. Ustawili ich przed oficyną, gdzie mieściła się wartownia, twarzami do ściany, z podniesionymi rękami. Widział, że kilku jest w samych koszulach i kalesonach, musiało im być koszmarnie zimno na tym mrozie. Jeden z mężczyzn zaczął opuszczać zdrętwiałe dłonie. Doskoczył do niego gestapowiec, zaczął okładać pięściami. Bity się słaniał, padł w śnieg. Z tej odległości Klemensiewicz nie mógł dostrzec, czy mężczyzna krwawi. Niemcy prowadzili kolejne grupy zatrzymanych.

 

26 grudnia wieczorem SS-Obersturmbannführer Max Daume, zastępca dowódcy 31. pułku regimentu Ordnungspolizei Warschau, odebrał pilny telefon. Nie krył irytacji, gdy podnosił słuchawkę. Miał nadzieję się wyspać, wypocząć porządnie, skorzystać z tego pierwszego Bożego Narodzenia poza domem, na wojnie.

 

Wyglądało jednak na to, że sprawa jest poważna. Zabójstwo dwóch niemieckich żołnierzy. Jeden zastrzelony na miejscu, drugi ciężko ranny zmarł w drodze do szpitala – referował oficer po drugiej stronie. Zaatakowani przez dwóch bandytów w restauracji należącej do Polaka Antoniego Bartoszka. Bandyci uciekli, ale ich nazwiska udało się ustalić. Stanisław Dąbek i Marian Prasuła, znani tu w okolicy przestępcy. Ten restaurator, Bartoszek, znał ich, mówił, że prawdopodobnie zbiegli z więzienia.

– Gdzie to jest? – rzucił SS-Obersturmbannführer, bo nie dosłyszał za pierwszym razem. – Wawer, na południe od Warszawy, taka podmiejska kolonia willowa – wyjaśnił oficer. – Jedziemy – odparł Daume.

 

Chodzili od domu do domu, wyciągali na śnieg mężczyzn i nastolatków. Brali z Wawra, brali z Anina. Załomotali także do mieszkania Józefa Przedlackiego, urzędnika warszawskiej elektrowni. Wepchnęli się przez uchylone drzwi. Sześciu żandarmów. Zaczęli krzyczeć, zaglądać do pokoi. – O co chodzi? – dopytywał Józef. – Wychodzić! – wrzasnął Niemiec. – Ty – pokazał na Przedlackiego. – Ty i ty też – wskazał na jego synów, Mieczysława i Janusza. Mieczysław był starszy, wysoki, dwudziestoletni. Janusz miał szesnaście lat. Żona Józefa, Janina, zaczęła płakać. – Dlaczego ich zabieracie? O co chodzi? – rozszlochała się. Prosiła, żeby zostawili chociaż Janusza. Załamywała ręce, tłumaczyła, że taki mróz, a on jest chorowity, przecież to jeszcze dziecko, co dziecko mogło zrobić, dlaczego chcą przesłuchiwać dzieci, panie oficerze, litości, niech pan chociaż nie zabiera Janusza, mojego małego Januszka, przecież to jakieś nieporozumienie, to na pewno jakieś nieporozumienie.

 

Józef i synowie ubierali się w pośpiechu, żandarmi niecierpliwili się coraz bardziej, spoglądali za okno, na podwórze, skąd dobiegały coraz głośniejsze lamenty i pokrzykiwania. Któraś z sąsiadek zawodziła głośno, nienaturalnie, skomlała jak zwierzę. – Panie oficerze, ja pana bardzo proszę... – powiedział Józef, zapinając koszulę. Niemiec chwycił go za ramię i pociągnął do drzwi, szarpnął Mieczysława za ojcem. Janusza odepchnął w stronę matki. – Idziemy – rzucił.Janina płakała gwałtownie, przeraźliwie. Stała tak w objęciach z Januszem przez chwilę, aż dotarło do niej, że teraz musi działać, dowiedzieć się, dokąd zabrali jej męża i syna, jakoś im pomóc. Zarzuciła na ramiona chustkę, wybiegła, dogoniła Niemców prowadzących Józefa i Mieczysława, ale żandarmi nie pozwolili jej iść z nimi.

 

Stała tak w śniegu, patrząc, jak się oddalają. Potem bokiem, między budynkami, omijając grupy wyprowadzanych z domów kolejnych mężczyzn, poszła w stronę budynku komendantury. Już z oddali widziała, że dzieje się tam coś złego. Na placu stali stłoczeni, skuleni ludzie.Niemcy ustawili ich przed oficyną, gdzie mieściła się wartownia, twarzami do ściany, z podniesionymi rękami. Odwróciła się i pobiegła do domu. Zaczęła krzątać się po kuchni, grzać wino, kroić ciasto i zawijać w lnianą ściereczkę. Zaniesie Józkowi i Mietkowi. Na pewno jest im zimno. Poprosi Niemców, zacznie błagać, jak matka, po prostu, to pozwolą podać polewkę z wina i świąteczne ciasto. Rozgrzeją się, muszą się rozgrzać, przecież ledwo co palta na koszule ponarzucali.

 

Tak myślała, drżącymi rękami przygotowując zawiniątka.– Zostań, nigdzie nie wychodź! Czekaj na mnie – rzuciła jeszcze do Janusza, zamykając za sobą drzwi. Dochodziła szósta. Zaczynało świtać. Przed komendanturą panowało jakieś poruszenie. Akurat podchodziła, kiedy siedmiu Niemców wyprowadziło z budynku grupę dziesięciu Polaków. Mężczyźni popychani ruszyli w stronę dworca kolejowego. Janinie na moment zatrzymało się serce. Wydawało jej się, że widzi wśród nich Mietka. – Synku! – krzyknęła. – Synku!!! – zaczęła biec, gubiąc starannie zakręcone zawiniątka z prowiantem. – Halt! – dwaj Niemcy doskoczyli do niej, stanęli na drodze, zatarasowali dostęp karabinami. – Synku! – napierała na nich. – Tam jest mój syn! – nie poddawała się. Jeden z żandarmów pchnął ją silnie, upadła w błoto zmieszane ze śniegiem. Płakała.

 

Nikt nie zwracał na nią uwagi, obok przeszli kolejni zatrzymani, też w dziesiątce, też pod strażą. Podniosła się. "Dworzec" – pomyślała. "Tam stał pociąg, pewnie zabierają ich do wagonów". Szybko pobiegła w stronę torów, żeby tylko zdążyć, żeby jeszcze ich zobaczyć, zanim transport ruszy, żeby oni ją zobaczyli, żeby wiedzieli, że nie wszystko stracone.Wtedy usłyszała okrzyk. "Niech żyje Polska!" – poniosło się. Może krzyknęli coś jeszcze, ale zagłuszyły to strzały, długa seria z karabinu maszynowego. Jeszcze jedna. A potem cisza. Straszna cisza. A potem jęki. Straszne jęki. A potem cięcia pojedynczych wystrzałów. Janina czuła to tak, jakby to do niej strzelali. Zrozumiała wszystko. Klęczała w śniegu.

 

Klękaj! – powiedział Niemiec, przyciskając jego ramię i zmuszając do zejścia na kolana. Stanisław Piegat rozejrzał się. Było ich dziesięciu. Dziesięciu skazańców – wszyscy klęczący, ciasno, jeden przy drugim, ramię w ramię, upchnięci. Łzy płynęły mu po policzkach. Modlił się. Klęczący obok młody mężczyzna też płakał.

– Panie Piegat, proszę, niech mi pan wybaczy wszystko, niech pan do mnie żadnej urazy nie ma, panie Piegat, ja bardzo pana proszę – łkał. Stanisław kręcił głową, wydawało mu się, że to jakiś okrutny sen. Nawet mu przez myśl nie przeszło, kiedy późnym wieczorem żandarmi weszli do jego mieszkania, że kilka godzin później będzie klęczał na placu przy stacji kolejowej, przekonany, że za chwilę umrze.

 

Kiedy wyszli po przeszukaniu, położył się spać. Ze snu wyrwało go kolejne walenie do drzwi. Zdążył jeszcze rzucić okiem na zegar. 1.30. Otworzył drzwi. Na progu znów stali Niemcy. To nie byli ci sami, co wcześniej, więc zaczął im tłumaczyć, że jego mieszkanie zostało już sprawdzone, ale oni nie chcieli słuchać. Kazali mu się ubierać, rozpoczęli przeszukanie od nowa, przewracali sprzęty, strącali szklane przedmioty na podłogę. Potem wypchnęli go na ulicę, dołączyli pozostałych mężczyzn z budynku i poprowadzili najpierw na stację kolejową w Wawrze, a następnie do komendantury policji w Aninie. Tam na placu zgromadzono ponad 100 mężczyzn. Stali na ostrym mrozie, pod bronią, pilnowani przez żandarmów.

 

Brano po trzy osoby. Fryzjer Piegat nie potrafił powiedzieć, jak długo czekał na to przesłuchanie. W pokoju było ciepło, na to od razu zwrócił uwagę. W środku czekało na niego kilkunastu Niemców. Oficerowie, podoficerowie, zwykli żandarmi. Wśród nich gestapowiec, który – jak się okazało – dobrze znał język polski.

– Imię, nazwisko, wiek, wyznanie – wypytywał, notując odpowiedzi. Potem wykonał dłonią nieokreślony gest, dając sygnał strażnikom. Przesłuchanie skończone.

 

Fryzjer Piegat skulił się, wypchnięty przez drzwi z powrotem na mróz, w szpaler żandarmów stojących na schodach. Dostał w twarz, zapiekła rozcięta warga, zachwiał się na oblodzonych stopniach ganku i runął na ziemię. Kiedy podniósł się i stanął w grupie na placu, podszedł do niego jeszcze jeden żandarm. W dłoni trzymał pałkę. Zamachnął się. Uderzył. Mocno. Na odlew, w plecy. Fryzjer Piegat nie spodziewał się tego ciosu, poleciał między mężczyzn, zniknął, osunął się.

 

Wacław Klemensiewicz bał się poruszyć, choć dobrze wiedział, że i tak go nie usłyszą. Stał przy drzwiach, w ciemności. Oddychał jak najciszej, uważnie chłonął wszystkie dźwięki z korytarza i pokoju przesłuchań – krzyki, wymierzane razy, jęki bitych, rumor przewracających się ludzkich ciał i łomot podkutych butów. Przez ten hałas docierały do niego wypowiadane z przerażającą kilkuminutową regularnością zbitki słów – albo "dieser ist frei", albo "dieser bleibt". Albo "ten jest wolny", albo "ten zostaje".To drugie zdanie słyszał znacznie częściej. Każdego z tym odroczonym wyrokiem Niemcy wyrzucali na podwórze i ustawiali w rozdygotanym od mrozu tłumie.

 

Na ogłoszenie wyroku czekali jeszcze godzinę. Skrzypnęły drzwi i z budynku komendantury w ciemność wyszły dwie sylwetki. – Major – szepnął stojący obok, trzęsący się człowiek, którego fryzjer Piegat nie rozpoznawał, choć w Wawrze i Aninie znał przynajmniej z widzenia chyba wszystkich swoich klientów. Oficer nazwany majorem złożył dłonie z tyłu, uniósł podbródek i zaczął mówić do zgromadzonych przed nim mężczyzn. Fryzjer Piegat nie rozumiał niemieckiego, ale z samego brzmienia docierających do niego słów, groźnych, szorstkich, domyślał się, że czeka ich coś złego. Wtedy major zamilkł, a odezwał się drugi oficer, który stał obok niego, trochę z tyłu. – Za zabicie dwóch żołnierzy jesteście wszyscy skazani na śmierć – powiedział po polsku.

 

Tłum zafalował, najpierw przebiegł po nim szmer, potem gdzieś z tyłu rozległo się łkanie. W czyimś gardle uwiązł lament, wyrwał się zduszonym jękiem. – Nie, proszę, prosimy, panie oficerze, błagam, ja mam dziecko, syna, córkę, żonę, chorą matkę – popłynęły błagania, nabrzmiałe rozpaczą uwolnioną w jednej chwili, przerywającą tamę strachu.

– Cisza! – wrzasnął ten drugi. – Cisza!Wracającego bez słowa do budynku komendantury oficera odprowadzał szloch. Pokrzykiwaniami i kolbami karabinów sformowano pierwszą dziesiątkę. Znalazł się w niej fryzjer Piegat. Otoczyli ich żandarmi i poprowadzili z powrotem do Wawra – przez ulicę II Poprzeczną, przez lasek, aż na róg Widocznej i Rubinowej, zaraz obok zakładu fryzjerskiego Piegata. Zatrzymali się przy restauracji Bartoszka, teraz oświetlonej samochodowym reflektorem.

 

Fryzjer Piegat z przerażeniem wyłowił w tym świetle wiszącą na drzwiach lokalu postać. To był Bartoszek, z pętlą z kabla zaciśniętą na szyi. – Boże jedyny, nas też będą tak wieszać – powiedział cicho ktoś z tyłu. Stali tak przez kilka minut, Niemcy z eskorty rozmawiali z tymi z samochodu, nie mogli dojść do porozumienia, kilku gwałtownie gestykulowało, pokazywali na skazańców, jakby nie było zgody co do tego, w jaki sposób pozbawić ich życia.

 

W końcu ruszyli dalej, zostawiając za sobą Bartoszka na drzwiach. Mieli już blisko. Strażnicy poprowadzili ich dalej, na zalany światłem reflektorów wojskowej ciężarówki plac. Stał na niej karabin maszynowy.– Klękaj! – powiedział Niemiec. Fryzjer Piegat klęknął. Wszyscy klęczeli. Wyglądali, jakby mieli się modlić. Ale oni już nie prosili o zmiłowanie. Jedni ze łzami w oczach, inni o kamiennych twarzach, wyczekując, do ostatka łapiąc się nadziei, że ten plac nie stanie się miejscem ich śmierci.

 

Rozległy się strzały. Pierwsze obłoczki rykoszetów wykwitły przed ich kolanami wciśniętymi w mokrą ziemię, ale strzelec poprawił cel, uniósł nieco lufę i kolejne serie posyłał tam, gdzie planował – w poprzek klatek piersiowych, przez brzuchy. Ludzie wokół fryzjera Piegata przewracali się jak rzucane snopki, niezgrabnie, ciężko, jak w zwolnionym tempie. Jęknął głucho jego sąsiad, złożył się wpół i runął całą swoją bezwładnością przed siebie. Runął i fryzjer Piegat, padł twarzą w zmrożoną breję. Przerażenie sparaliżowało go, odebrało na chwilę dech. Wciągnął głęboko powietrze do płuc i zauważył, że nie poczuł bólu. Czyżby Niemcy chybili? Ale jak można było chybić z takiej odległości?

 

* * *Fragment zeznania z 6 listopada 1945 roku. Świadka przesłuchuje sędzia śledczy Mikołaj Halter. Imię i nazwisko świadka: Stanisław Piegat. Urodzony: 26 września 1891 roku. Imiona rodziców: Stefan i Maria. Zajęcie: właściciel zakładu fryzjerskiego. Wyznanie: rzymskokatolickie. Karalność: niekarany."Posłyszałem z obu stron rzężenie. Po chwili zorientowałem się – wciągając głębiej powietrze – że nic mnie nie boli. Nie ruszyłem się jednak i leżałem dalej spokojnie. Po chwili posłyszałem pojedyncze strzały. Zorientowałem się, że ktoś idzie i dobija ocalałych rannych. Widziałem kątem oka, jak doszedł do leżącego obok mnie, poświecił latarką i oddał strzał. Ten sąsiad jeszcze w tym momencie rzęził. Ja nawet nie drgnąłem przy tym strzale. Gdy Niemiec zbliżył się do mnie, oświetlił mnie i zaglądał mi w twarz, to ja przestałem oddychać. Oglądał mnie, jak mi się wydawało, bardzo długo, gdyż zaglądał z różnych stron".

 

Bolesław Lessman drgnął na huk wystrzałów. Dźwięk dotarł z daleka, od strony stacji kolejowej. Stojący wokół niego mężczyźni poruszyli się, zaczęli szeptać między sobą. Zacisnął powieki, nie chciał ich słuchać, nie chciał już nic słyszeć. Wciąż dobrze czuł silny cios wymierzony mu przez Niemca, gdy kilka godzin wcześniej odezwał się do stojącego obok w tłumie sąsiada. Zmarszczył czoło. Rana na głowie, pamiątka po przesłuchaniu w komendanturze, odezwała się rwącym ukąszeniem. Nie potrafił powiedzieć, czy sklejający mu włosy sztywny skrzep krwi jest zaschnięty czy raczej zamarznięty.Nie wiedział, który z Niemców na schodach rozbił mu głowę. Kiedy go wywołali, starał się przebiec między nimi jak najszybciej, ale żandarmi podstawili mu nogi i kazali przeskakiwać, a potem pchnęli go tak mocno, że wleciał do pokoju przesłuchań, rozciągnął się na drewnianej podłodze, rozsmarował na deskach krew płynącą z rany na głowie.

 

Pytali go o imię, nazwisko, zawód, wyznanie. – Bolesław Lessman, zamieszkały w Wawrze, skarbnik Urzędu Akcyz – odpowiadał. – Niemiec? Lessman? – zainteresował się oficer wypełniający dokumenty. – Nie, jestem Polakiem – powiedział.Tyle im wystarczyło. Wyrzucili go na śnieg. Na wyjściu dostał jeszcze w twarz. A teraz stał w ostatniej grupie i czekał. Obok siebie miał swojego sąsiada Bożyszczaka. Bożyszczak się trząsł, był w samej koszuli, nie miał nawet marynarki. Ostatnia grupa. Pozostałych Niemcy już dawno wyprowadzili w stronę stacji. Odliczali po dziesięciu – eins, zwei, drei... – oddzielali od pozostałych i ruszali z nimi w mrok. Mroźny wiatr przynosił echo strzałów.W końcu ruszyli i oni. W stronę stacji i tunelem kolejowym, do Rubinowej, gdzie na rogu z Widoczną skarbnik Lessman z przerażeniem dostrzegł wiszące na drzwiach ciało właściciela restauracji.

 

Potem dotarli do końca ulicy i wyszli na plac. Tam najpierw zobaczył wojskową ciężarówkę, a potem tłum rozstrzelanych. Wydawało się, że niektórzy siedzą, że zaraz się podniosą, że tylko na chwilę się przysiedli, oparci o siebie nawzajem, z pochylonymi głowami, jakby w zadumie. Nie było tyle miejsca, by każdy mógł upaść. Kilku konało, klęcząc. Słychać było jęki i rzężenia. Niemiec chodził między nimi, powoli stawiając oficerki w tej plątaninie rąk i nóg, co jakiś czas unosząc pistolet i naciskając spust, gdy dostrzegał tylko jakąś oznakę życia. Każdy ten strzał okrutnej łaski, ten Gnadenschuss wymierzany ręką zbrodniarza wracał echem na plac.Niemcy ustawili ich przed parkanem. Teraz Lessmanowi było gorąco, krew dudniła mu w skroniach.

 

Stali i przyglądali się tej okrutnej scenie. Nie potrafił powiedzieć, jak długo. W końcu dostrzegł idącego ku nim żandarma. Zrozumiał, że to już. – Jesteście ułaskawieni, pan major daje wam szansę – powiedział Niemiec. Ale on nie rozumiał. – Pan major daje wam szansę – powtórzył Niemiec. – Macie ich wszystkich pochować, do jutra, do godziny 12, inaczej wszyscy mężczyźni z Wawra będą zabici, a wieś spalona – rzucił.Jeszcze długo nie potrafili zrozumieć. Jeszcze długo nie ruszali się o krok. Patrzyli, jak żandarmi składali reflektor do oświetlania sceny egzekucji, jak się nawoływali, jak wsiadali na pakę ciężarówki. Aż wreszcie opel blitz zaryczał swoim 68-konnym silnikiem i ruszył, dając sygnał końca aktu zbrodni.Wtedy dopiero skarbnik Lessman odważył się wejść między martwych.

 

Fryzjer Piegat otworzył oczy. Panowała cisza. Spróbował poruszyć palcami u stóp. Nie czuł ich. Tak naprawdę nie był pewien, czy w ogóle ma stopy i dłonie. Zdawało mu się, że zimno przenika go na wskroś. Policzek przymarzł mu do śniegu. Powoli uniósł głowę. Wszędzie ciała. A on jeden, nie wiedzieć czemu właśnie on, właśnie wstaje z martwych. Oparł się na łokciu, obrócił, dźwignął, oparł na dłoniach, ale wtedy dotarło do niego, że za chwilę go zobaczą i zastrzelą. Poderwał się, zaczepił o któregoś z leżących, sztywny uchwyt nieboszczyka szarpnął go za nogę, ale fryzjer Piegat złapał równowagę i uskoczył w bok, nie upadł, przycupnął, spojrzał tam, skąd wcześniej siekł do nich karabin. Pusto. Żadnego Niemca – Proszę pana – usłyszał.

 

Nie poznał go od razu, on zresztą jego też nie. – Lessman? To pan? – wychrypiał Piegat. – Uciekaj pan – syknął Lessman. Piegat posłuchał. Zmrożone mięśnie odmawiały posłuszeństwa, ale biegł. W dłoni ściskał zakrwawiony kapelusz. Zorientował się, że trzyma go w pięści, kiedy łomotał do drzwi sąsiada, Majera Dukowskiego. Bo Majera nie wzięli. Na razie. Wezmą za kilka miesięcy, kiedy założą w Warszawie getto. Tam umrze. Ale na razie pomaga fryzjerowi Piegatowi wrócić do żywych.

 

Ten jeszcze oddychał. Lessman nachylił się i zobaczył pękające bąbelki powietrza na pokrytych krwią ustach. Dźwignął go i posadził. – Pan żyje? – zapytał. – Tak, tak… – odparł ranny. – Niech mi pan pomoże... Niech mi pan pomoże wstać... Gdzie jest mój dom?... Nic nie widzę... – wyciągnął rękę. Skarbnik oplótł jego ramieniem swój kark i podniósł. Mężczyzna jęknął. Był podziurawiony kulami, jego koszula lśniła od krwi. Stawał się coraz cięższy, coraz bardziej giął się z powrotem ku ziemi, kolana nie dawały rady, głowa opadła. Lessman zorientował się, że podtrzymuje umarłego.

 

Wszyscy zabici. Wszyscy. Janina Przedlacka nie potrafiła opanować szlochu. Jeszcze kilka sekund wcześniej miała nadzieję, że może Józek i Mietek uciekli, że gdzieś się ukrywają albo siedzą teraz w domu. Nadzieja eksplodowała rozpaczą, kiedy spojrzała na Janusza. Jej najmłodszy syn stał wśród martwych, blady, nieruchomy, zaklęty. Wpatrywał się w ojca i brata, którzy leżeli u jego stóp.Józef był skurczony, zwinięty, zastygnięty w potwornym bólu. Twarz miał całą we krwi, zmasakrowaną, wybite oko, zmiażdżony nos. Janina przypadła do niego, chwyciła za podarty kołnierz od palta, w pierwszym odruchu chcąc mu pomóc, choć dobrze wiedziała, że nie żyje. Mietek leżał wyprostowany, z czapką na głowie, miał otwarte oczy. Wyglądał, jakby się tylko zamyślił i miał za chwilę wstać. Janina rozpięła mu koszulę, był jeszcze ciepły, spocony. – Synku, syneczku – powtarzała, wycierając chustą jego ciało, rozcierając blednącą skórę w nadziei, że tchnie w niego życie. Czekała na cud. Pochowała ich obu w miejscu, gdzie padli. Mieszkańcy Wawra i Anina składali swoich bliskich do grobów wykopanych na miejscu egzekucji. Ciała owijali w koce, twarze zasłaniali im kapeluszami, czapkami, chustkami i szalikami, żeby tylko ziemi do oczu im się nie nasypało. Sto siedem mogił, na nich drewniane krzyże.

 

*W ostatnich dniach maja 1946 roku na lotnisku na Polu Mokotowskim wylądował samolot, z którego wysiadło kilku zaniedbanych, brudnych mężczyzn z tobołkami w dłoniach. Witały ich uśmiechy żołnierzy w polskich mundurach. Oficer przy schodkach odhaczał na liście każdego z wysiadających. Terkotała kamera kroniki filmowej. Pomyśleć by można, że to powitanie specjalnych gości. Ale ci goście nie odwzajemniali uśmiechów, nie cieszyli się z przylotu. Stanęli w szeregu, by operator mógł nakręcić z bliska twarz każdego.Max Daume chwilę po przylocie do Warszawy wraz z innymi zbrodniarzami wojennymi wydanymi Polsce przez aliantów, Stanisław Dąbrowiecki Josef Bühler, zastępca gubernatora Hansa Franka. Kurt Ludwig Burgsdorff, gubernator okręgu krakowskiego. Ludwig Leist, burmistrz warszawski. August Friedrich Jäger, szef administracji w Kraju Warty. Gustaw Beckman, szef krakowskiego gestapo. Erazm Ponikau, szef poznańskiej policji. Hans Biebow, szef policji w Łodzi, kat łódzkiego getta. Rudolf Hoess, komendant Auschwitz. Jedyny w niemieckim mundurze, w czapce polowej, z zaciśniętą twarzą i ściągniętymi ustami, stoi Max Daume.17 grudnia 1946 roku zasiadł na ławie oskarżonych przed Najwyższym Trybunałem Narodowym.

 

Nie wyglądał jak zbrodniarz. Szczupły, łysiejący, z zapadniętą twarzą. Pozbawiony munduru przypominał raczej zwykłego, szarego urzędnika, podobnie jak i inni sądzeni wraz z nim w jednym procesie – gubernator dystryktu warszawskiego Ludwig Fischer, szef policji bezpieczeństwa w Warszawie Josef Meisinger oraz okupacyjny burmistrz Ludwig Leist. Przed sądem i przed Daumem stawali ci, którym 27 grudnia 1939 roku nad ranem udało się ocaleć.Wyrok mógł zapaść tylko jeden. Człowiek odpowiedzialny za śmierć ich bliskich, sąsiadów, znajomych, ponad stu niewinnych osób, nie mógł spodziewać się innej decyzji sądu.Max Daume sądzony przez Najwyższym Trybunałem Narodowym w Polsce 7 marca 1947 roku został powieszony w więzieniu mokotowskim.

Fragment książki przygotowywanej przez Mariusza Nowika, poświęconej początkowej fazie okupacji niemieckiej w Polsce.
Źródło
https://tvn24.pl/magazyn-tvn24/
PS.Staram się dodać zdjęcia ale niestety bezskutecznie.W aplikacji mobilnej coś nie działa


  • 2



#2

Książe Zła.
  • Postów: 492
  • Tematów: 57
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano

W końcu jakiś wartościowa lektura na tym portalu, czym jestem zaskoczony bo do tej pory jedynie Ja wrzucałem ciekawe rzeczy do poczytania, dzieki Magda72


  • 0



Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u