Skocz do zawartości




Zdjęcie

Creepypasty(urban legends)

Creepypasta Opowiadania Telewizja

  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
1604 odpowiedzi w tym temacie

#1591

Peen.
  • Postów: 7
  • Tematów: 1
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

URATOWANIE DZIEWCZYNY PRZED OPRYCHAMI W SZKOLE BYŁO NAJGORSZYM BŁĘDEM W MOIM ŻYCIU III

 

 

Cześć wszystkim. Zanim zacznę, chciałem bardzo podziękować Wam wszystkim za wsparcie. Bardzo pomogliście mi spróbować przez to przebrnąć.  Zeszłej nocy w komentarzach pojawił się troll. Wolałem jednak nie ryzykować i kiedy napisał, że wie, gdzie jesteśmy, opuściliśmy motel i ukryliśmy się w mieszkaniu przyjaciół. Vanessa ich nie znała, ale na wszelki wypadek nie podam imion. Otrzymałem od Was sporo porad, więc postanowiłem, jak sugerowaliście, wybrać się na rozmowę do matki Vanessy. 

 

Kiedy obudziłem się rano, obok mnie nie było Onyx. Zacząłem panikować. Zerwałem się z łóżka i zacząłem ją wołać. 

 

"Wszystko ok skarbie!" odkrzyknęła mi z kuchni. Usiadłem i westchnąłem. Ta sytuacja jest zdrowo posrana. 

 

Podeszła do mnie niosąc dwa kubki. Pamiętam, że pomyślałem, jak pięknie wygląda. Jej kręcone, brązowe włosy były w nieładzie i była nietknięta. Dzięki Bogu. 

 

"Zrobiłam nam zieloną herbatę." Powiedziała i podała mi kubek. 

 

Usiedliśmy na rozłożonej na podłodze pościeli. Wtuliła się we mnie i tak siedząc wypiliśmy herbatę. Przez chwilę serio poczułem się zrelaksowany. 

 

Kiedy skończyliśmy, postanowiliśmy przedyskutować nasze kolejne kroki. Wtedy postanowiliśmy pojechać do domu matki Vanessy w nadziei, że nadal tam mieszka i będzie chciała ze mną porozmawiać. Zapakowaliśmy rzeczy do auta i ruszyliśmy w drogę. 

 

W drodze otrzymaliśmy telefon od jednego z detektywów. Zapytał, co robię i kiedy mu odpowiedziałem, zamilkł na dłuższą chwilę. Kiedy wreszcie się odezwał, powiedział, że musi ze mną jak najprędzej porozmawiać i żebyśmy spotkali się na komisariacie. Zabrzmiało poważnie, więc postanowiłem go posłuchać i udać się na komisariat. 

 

Wszedłem do środka. Czekał na mnie tuż przy drzwiach.

"Chodź za mną." Zażądał surowo. 

Razem z Onyx poszliśmy za nim do jego gabinetu. Wskazał nam siedzenia, a sam usiadł naprzeciwko. 

"Cieszę się, że zadzwoniłem do Ciebie akurat w tym momencie. Przejażdżka do tego domu jest ostatnim, na co miałbyś ochotę". 

" Co ma pan na myśli?" Zapytałem czując, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Onyx zacisnęła swoją dłoń na mojej. Była zaskakująca silna jak na swoje rozmiary.

"Mam na myśli, że te miejsce jest cholernie odrażające." 

" To znaczy?"

" Też wczoraj wpadłem na pomysł porozmawiania z matką Vanessy, jednak jej tam nie było. Zapukałem do drzwi i nikt nie odpowiedział, jednak poczułem ledwo wyczuwalny zapach... Zapach czegoś strasznego, wydobywający się z środka. Wszedłem przez okno w łazience. Nikogo nie było w domu, więc postanowiłem się rozejrzeć. Wszedłem do pokoju, który jak przypuszczam, był pokojem Vanessy. Cholera jasna... Znalazłem Vanessę..."

 

Mieszanina ulgi i podekscytowania przebiegła po moim ciele. To może być już koniec.

 

"Co robiła? Czy to ona jest za to wszystko odpowiedzialna?"

"Nie. Nie może być. Była martwa."

"Co takiego? Zabiła się?"

"Tak. Dawno temu. Jej ciało było w stanie zaawansowanego rozkładu, jednak ubrane w nowe ciuchy. Jakby ktoś starał się nią opiekować".

 

Poczułem się skrajnie zdenerwowany i zaniepokojony. W głowie pojawiła mi się masa pytań. Czemu Vanessa odebrała sobie życie? I kiedy? Skoro to nie była Vanessa... To kto? I dlaczego? Dobry Boże, tak się cieszę, że tego nie widziałem.

 

" Zabraliśmy jej ciało i przeprowadziliśmy autopsję. Jest martwa od kilku lat. Podcięła sobie żyły."

 

Natychmiast zdałem sobie sprawę z tego, kiedy to zrobiła... To wszystko przeze mnie. To dlatego nigdy więcej nie pokazała się w szkole. Popełniła cholerne samobójstwo i to wszystko to moja wina. Może gdybym odpowiedział jej osobiście, nadal by żyła. Cholera. Wtedy do mnie dotarło. Co z jej matką?

 

" A jej matka...?" Wyjąkałem.

"W tej chwili jest główną podejrzaną w naszym śledztwie. Wierzymy, że kiedy Vanessa kilka lat temu 'zaginęła', tak naprawdę popełniła samobójstwo. Jej matka zatrzymała jej ciało. Bóg jeden raczy wiedzieć, czemu to zrobila. Jednak jest niepoczytalna, a ciebie widzi jako powód śmierci swojej córki."

 

Próbowałem jakoś poukładać to sobie w głowie, ale nie mogłem. Linda wydawała się tak miłą osobą. Zdecydowanie nie była typem, który mógłby kogoś skrzywdzić. I znałem ją od lat. Dostałem od tego mdłości. Niech ten koszmar się już skończy. 

 

"Co macie zamiar zrobić, żeby ją powstrzymać?" Zapytałem.

"Planujemy użyć przynęty. Będziesz nam do tego potrzebny."

"Co chcecie, żebym zrobił?"

"Zorganizujemy wasze spotkanie w jakimś odludnym miejscu. Oczywiście, ukryjemy tam policjantów czekających, aż się pojawi. Będziesz tam czekał, więc nie ucieknie zbyt szybko."

 

Brzmiało przerażająco. Znaczy, skoro chce mnie zamordować spotkanie z nią nie wydaje mi się zbyt zachęcającą opcją.  Ale, jak mówiłem, chcę żeby to wszystko już się skończyło, więc się zgodziłem. Postaram się nawiązać kontakt i spotkać się z nią dziś wieczorem. 


  • 2

#1592

Neluka.
  • Postów: 24
  • Tematów: 1
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja dobra
Reputacja

Napisano

*
Popularny

ZAMYKAJCIE DRZWI NA NOC
 
Mieliśmy z żoną kiedyś takie głupie przyzwyczajenie - ot, nie zamykaliśmy na noc drzwi od mieszkania. Wiecie, z rana zbieracie się do pracy i orientujecie się, że przespaliście całą noc z drzwiami zamkniętymi tylko na klamkę. Czasami dla żartu zaczynaliśmy się przekomarzać, które z nas jest większą gapą. Innego razu w środku nocy drzwi wejściowe otworzyły się od przeciągu i zaczęły walić o ścianę. Mocno się wtedy przestraszyliśmy, ale przyzwyczajeń naszych to nie zmieniło.
 
Później jednak stało się coś, co raz na zawsze nauczyło nas zamykać wieczorem drzwi na wszystkie zamki. Cholera, naprawdę zastanawiam się też nad zamontowaniem porządnej zasuwy od środka.
 
Mój dom to mój zamek. Ale po co ściany, jeśli drzwi stoją otworem?
 
Tamtego wieczoru do późna nie mogłem zasnąć. Nagle poczułem przemożną chęć, aby sprawdzić drzwi wejściowe. Mimo że za nic nie chciało mi się wstawać z łóżka, nagłe pragnienie upewnienia się było silniejsze. Poczłapałem do korytarza, chwyciłem za klamkę i... oczywiście, znowu było otwarte! Przekręciłem jeden klucz cztery razy, a potem z jakiegoś powodu również drugi, dolny, którego w zasadzie nigdy nie używaliśmy.
 
Odszedłem może na dwa kroki w stronę sypialni, kiedy usłyszałem coś dziwnego za drzwiami. Brzmiało to tak, jakby ktoś z drugiej strony wodził palcami po drzwiach. Zupełnie jak ślepiec, który natknął się na przeszkodę i stara się zrozumieć, co takiego go zatrzymało.
 
Mimo że zadrżałem z niepokoju, obróciłem się z zamiarem zerknięcia przez wizjer. Przy samych drzwiach zorientowałem się, że klamka zaczęła poruszać się w górę i w dół - ktoś próbował dostać się do środka. Usłyszałem dziwny, arytmiczny stukot. Zrobiło mi się nagle bardzo zimno, serce stanęło na moment, i nie strach ani przerażenie, ale czarna rozpacz ogarnęła moją duszę. Odechciało mi się patrzeć przez wizjer. Po cichu wróciłem do sypialni. Żona się obudziła i chciała coś powiedzieć, ale gestem nakazałem jej milczenie. Od razu zrozumiała, że coś jest nie w porządku, jej oczy były wielkie jak spodki.
 
Muszę powiedzieć, że mam w domu pewne urządzenie, którego nigdy nie używałem. Jest to mała kamerka, zainstalowana w rogu obok drzwi i obejmująca swoim obiektywem całą klatkę schodową, podłącza się ją do laptopa. Kiedyś przynósł mi ją w prezencie mój brat, na tamtą chwilę pracował w małej firmie, która zajmowała się monitoringiem. Podłączyliśmy ją wtedy, pobawiliśmy się chwilę i zapomnieliśmy o niej. Przypomniała mi się właśnie tamtej nocy. Cóż, taka już natura ludzka, że zawsze chcemy diabłu patrzyć w oczy. Usiadłem więc przy komputerze i wywołałem obraz klatki schodowej.
 
Co to było? Nie wiem, ale widziałem to i ja, i moja żona. To coś było owinięte w ciemne szmaty, nieludzko gięło się i chwiało, pełzało po klatce od drzwi do drzwi, naciskając na klamki i zaglądając w wizjery. Głowa tego czegoś również była zakutana w szmaty, a spomiędzy łachmanów wystawały ciemne ręce - długie, wąskie, z niesamowicie długimi palcami, na oko dwa razy dłuższymi od zwyczajnych. To coś podeszło do naszych drzwi jeszcze kilka razy i na dłuższą chwilę przystawało przed nimi. Zdawało mi się, że serce mi stanie, żonie ciekły łzy po policzkach - musiała ugryźć róg prześcieradła, żeby nie wydać żadnego dźwięku. Ja za to, myląc się i gubiąc, mamrotałem pod nosem "Ojcze nasz".
 
Potem odpełzło na dół, a ulicę oświetliły pierwsze promienie czerwcowego słońca. Gdybyśmy mieszkali na wsi, na pewno byłoby wtedy słychać koguta. Potrzebowaliśmy godziny, żeby dojść do siebie.
 
Żałuję, że jej to pokazałem, bo widzę, że cały czas się boi. Wczoraj zapytała, czy nie moglibyśmy zmienić mieszkania. Cóż - mooglibyśmy, i tak je wynajmujemy. I mnie jest tutaj teraz dziwnie.
 
Tak sobie myślę - co by było, gdybym tych drzwi nie zamknął? Znaleziono by nas z wyprutymi wnętrznościami? Czy może tak jak w horrorach bylibyśmy wciśnięci w kąt z wyrazem nieludzkiego przerażenia na twarzach? A może zło wpełzłoby nam w dusze i pozabijalibyśmy się wzajemnie nożami kuchennymi? Lub wyskoczyli z okna? Nie wiem i nie chcę wiedzieć.
 
Zamykajcie drzwi na noc. Pokój waszym domom.


  • 8

#1593

Ataro.
  • Postów: 1
  • Tematów: 0
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Tytuł Przypadłość.
Treść Witajcie, mam na imię Darek i mam 14 lat. Od dziecka mam dość dziwną przypadłość. Mianowicie widzę duchy i w tym demony. Ale nie przeszkadzało mi to. Czasami nie mogę ich odróżnić od ludzi i przez to wychodziły nieciekawe sytuacje. Nie mówiłem o tym rodzicom bo nie chciałem mieć problemów ale z powodu mojego zachowania poszliśmy do psychiatry. W końcu coś zacząłem coś bąkać o demonach. Nie wiem czemu to zrobiłem. Wtedy już rozkazali mi powiedzieć wszystko. Za pół miesiąca muszę się przeprowadzić do szpitala psychiatrycznego. Na pierwszy rzut oka gdy tam wszedłem  wszystko wyglądało okej. Moja mam mówiła żeby, się nie bał i że idę tylko na obserwację. W środku nie było zbyt wielu ludzi. Po wejściu do mojej sali zobaczyłem chłopca. Po krótkiej konwersacji dowiedziałem się że  ma na imię Marek i był bardzo miłym chłopcem. Mijały dni a my nie wiedzieliśmy co się dzieje na zewnątrz. Zauważyłem spadek ilości podawanego nam jedzenia bo w pierwszych dniach zjadłem pyszne i pożywne  skrzydełka z kurczaka a dzisiaj jakąś starą kanapkę z serem.
Po paru miesiącach pielęgniarki zachowywały się dziwnie a my dostawaliśmy po  cztery jabłka na dzień. Nie mieliśmy żadnej wizyty od rodziców od 5 tygodni. Mimo to pielęgniarki mówią że nic się nie dzieje i że rodzice niedługo będą z nami.  Mijały kolejne  miesiące a pielęgniarki zaczęły się od nas oddzielać i tak jakby bać. Nieoczekiwanie  przyszła do nas pielęgniarka z nożem. Zamachnęła się na Marka który odskoczył a ja ją  walnąłem żelaznym prętem. Dobrze że się przygotowaliśmy! Zaczęliśmy uciekać gdy znaleźliśmy drzwi wyjściowe wyważyliśmy je i pobiegliśmy dalej ale niespodziewanie mój przyjaciel dźgnął mnie nożem pielęgniarki.
Policja znalazła 25 letniego Janusza Łępickiego  z wbitym nożem w plecy w jego mieszkaniu.
W kuchni znaleziono martwą młodszą siostrę tego człowieka. Przyjęto że zaatakował ją  i ogłuszył a następnie obdarł ze skóry. Po tym popełnił samobójstwo.  Czytelniku jeśli dobrze zrozumiałeś opowiadanie to kim był Marek? 


  • 0

#1594

Glossy Lady Blair.
  • Postów: 8
  • Tematów: 1
  • Płeć:Kobieta
Reputacja Kiepska
Reputacja

Napisano

Zastrzegam sobie prawa autorskie do mojego opowiadania. Jeśli ktoś będzie je kopiować bez różnicy w jakim celu, to mam prawo wytoczyć mu sprawę o bezprawne kopiowanie opowiadania mojego autorstwa bez mojej zgody. A ostrzegam, mam dużo czasu na ciąganie po sądach i kasę na najlepszego prawnika.

 

- Gdzie jest mój aparat? - spytała się siostry 19 - letnia Mia, wkurzona, bo była już spóźniona na spotkanie z Mikiem, swoim chłopakiem. Mieli się razem spotkać o piętnastej przed lasem. Chcieli spędzić miło czas ze sobą.
- Położyłam Ci go w szufladzie, bo na tym biurku mógł by spaść - powiedziała 18 - letnia Crystal.
- Mogłaś powiedzieć, nie musiałabym go godziny szukać - rzuciła siostrze gniewne spojrzenie.
- Sorki, chciałam dobrze. Nie złość się już.
- No okej, w sumie racja - włożyła aparat do torby, założyła ją na ramię, pocałowała siostrę w policzek i ruszyła na spotkanie.

 

-----

 

- Hej kochanie - Mia przytuliła Mike'a na powitanie. - Sorki, że się spóźniłam, nie mogłam znaleźć aparatu.
- Nie ma sprawy - odwzajemnił przytulaska. - Wiesz co, słyszałem od kolegi, że pół kilometra za tym lasem jest jakiś opuszczony psychiatryk. Wiem, że kochasz takie miejsca, więc jak chcesz, to po kilku godzinkach na łące moglibyśmy go zobaczyć od środka i cyknąć kilka kolejnych fajnych zdjęć do naszej kolekcji. Co Ty na to?
- Ale super, uwielbiam opuszczone psychiatryki, możemy iść tam od razu.
- To idziemy.

 

-----

 

Blair była 22 - letnią schizofreniczką. od 3 lat przebywała w psychiatryku, gdzie nikt jej nie odwiedzał. jej rodzice zginęli w wypadku, a przyjaciół nie miała. Nie miała nigdy kontaktu ze swoją dalszą rodziną, więc nie widziała powodu, żeby mówić im o swojej sytuacji.
- Blair, obiad - wyrwała ją z zamyśleń opiekunka chorych w szpitalu. Blair słuchała muzyki i przez to nie słyszała, gdy weszła.
- Dziękuję pani Sarah, że namówiła pani ordynatorkę, żeby się zgodziła na przynoszenie mi jedzenia do pokoju - odparła dziewczyna. - Ostatnio okropnie sie przez nich czuję, nie wysypiam się, jestem osłabiona, a gdy widzę, jak inni pacjenci się na mnie patrzą, kiedy z nimi rozmawiam, to wskazują na mnie i coś do siebie szepczą.
- Nie ma sprawy kochana, nie mogłam patrzeć, jak się męczysz, będąc wśród pacjentów.
- Jest pani taka kochana. Aż trudno uwierzyć, że oni mówią mi takie złe rzeczy o pani.
- Zawsze wtedy słuchaj muzyki, wtedy nie będziesz musiała tego słuchać słonko.
- Chciałam, ale rozładowała mi się mp trójka, a ten stary piernik w dyżurce nie chciał podłączyć mi jej, bo mówił, że nie ma ani sekundy czasu na takie pierdoły, bo jest zajęty, coś tam robił na kompie. Nie znoszę go.
- Nie martw się skarbie, słyszałam, że mają go zwolnić, więc spokojnie będziesz mogła poprosić o to innych opiekunów.
- Nareszcie ten głupi pierdziel stąd wyleci i nie będę musiała patrzeć na jego krzywą mordę.
- Ja też się cieszę Blairy. Niestety muszę już iść, bo o czternastej miałam zmienić Kate w obserwacji kamer.
- Szkoda, ale praca to praca.
- Nie matwt się, przyjdę do Ciebie za dwie godzinki. - powiedziała opiekunka wychodząc z jej pokoju.
Pomyśl, jak by wyglądała, jakbyśmy jej wyrwali oczy i włożyli tam te jaka, które jesz hahahaha.
Blair wypluła to, co miała w buzi i szybko włożyła do uszu słuchawki i puściła muzykę. Chwila zapomnienia o tej czynności i znowu musi tego słuchać. - Chyba te znowu nowe leki nie działają na mnie zbyt dobrze - pomyślała i położyła się spać.

 

-----

 

- Ale ten szpital jest duży - powiedziała Mia ze zdziwieniem.
- Kiedyś był to najlepszy ze szpitali w Nowym Jorku. Na początku był mniejszy, ale potem dobudowali większą część, niż był on na początku. Coraz więcej ludzi chciało się w nim leczyć, więc go powiększyli. Ale kiedy jeden szaleniec z przypadków niebezpiecznych się wydostał i pozabijał, a potem pozjadał kawałki ludzi w szpitalu, jego reputacja spadła. Nikt nie chciał już się tu leczyć, więc padł. Szybko o nim zapomniano.
- To pewno dlatego ludzie tu nie przychodzą.
- Nie wiedzą, co tracą.
- No, takie miejsca są extra. to jak, wchodzimy, czy cykamy najpierw jego zdjęcia z zewnątrz?
- Wchodzimy, strasznie jestem ciekawy, jak wygląda w środku. Zdjęcia na zewnątrz możemy zrobić, jak już wyjdziemy.
Weszli po schodkach i otworzyli drzwi, które przerażająco zaskrzypiały.
- Jest klimat, heh - powiedział Mike.
- Hah. Ciekawe, czy w środku będzie. mam nadzieję, że tak i sfotografujemy coś interesującego.
Im oczom ukazał się hall z odpadającą tapetą, punktem przyjęć z powybijanymi szybami, zakurzonymi krzesłami, petami, butelkami i śmieciami na podłodze, zwisającą lampką z pękniętą żarówką. i wózki inwalidzkie.
- Klimat jest, to cykamy zdjęcia - powiedział Mike. Pstyrkli kilka fotek i zdecydowali, że dalej pójdą schodami po prawej stronie.
- Może najpierw zajrzymy na ostatnie piętro? To tam były niebezpieczne przypadki - zaproponował Mike.
- Jasne, miejsce, gdzie byli najniebezpieczniejsi mnie najbardziej ciekawi.
Podczas, kiedy szli na górę, otwarte drzwi do szpitala same powoli się zamknęły skrzypiąc upiornie, a potem ich górny zamek sam się przekręcił...

 

-----

 

Blair po tygodniu poczuła się nieco lepiej. Lepiej na tyle, że chciała czasem wyjść z pokoju. Powoli sie przyzwyczajała do tego, że inni pacjenci wytykali ją palcami. ale nie przejmowała się tym już tak. Do szpitala przywieźli nową pacjentkę, była chora na schizofrenię, tak samo, jak Blair. Dali ją do jej pokoju. Gdy Blair przyszła do pokoju ze stołówki, drzwi były otwarte, a dziewczyna właśnie wsadzała poduszkę w poszewkę. Blair wyłączyła muzykę.
Ciekawe, jak by wyglądała w wannie pełnej krwi, rzygów i sików, pewnie lepiej, niż ty w tej chwili hehehe
- Wal się - pomyślała. wzięła kilka wdechów i podeszła do dziewczyny.
- Hej, jestem Blair - podała jej rękę i uśmiechnęła się..
- Madi - podała jej rękę, ale nie odwzajemniła uśmiechu. Wyglądała na przygnębioną i zmęczoną psychicznie.
- Za co jesteś? Pytanie jak w kryminale, heh. Ja jestem tu niby za schizofrenię. - Próbowała ją jakoś rozweselić i zająć rozmową, żeby nie myślała o przygnębiających ją rzeczach.
- Za to samo. Jak tu jest?
- Jest okej, taka fajna opiekunka, Sarah, często mnie odwiedza. Inni pacjenci są raczej mniej przyjaźni, ale nie musisz z nimi gadać. Opiekunowie są okej. Tylko oni cały czas pierdzielą te chore rzeczy, jeśli nie masz słuchawek na uszach i puszczonej muzy.
- Oni zawsze to mówią - odparła smutno Madi. - dzisiaj rano mówili, że jakbym polała kwasem twarz rodziców, to bardziej by mnie kochali. to jest bez sensu. Nie wiem, czemu mi to wszystko mówią.
- Bo są sadystami psychicznymi. Ale na szczęście, kiedy z kimś się rozmawia albo słucha muzyki na słuchawkach, to siedzą cicho.
- Nie mam mp trójki. a rzadko z kimś rozmawiam. dlatego tak dużo ich słyszę.
- Ej, nie martw się, możemy gadać przez cały czas.
Madi uśmiechnęła się lekko.
- Przynajmniej z Tobą mogę o nich pogadać. Ludzie nie rozumieją, że oni są prawdziwi.
- Też mnie to wkurza. ale nikt tego nie zrozumie, skoro sam tego nie doświadczył. Ale, żeby się nie dołować, pogadajmy se o czymś lżejszym.
- Dają dobre jedzenie?
- A to zależy, bo kiedy są ozorki, to nikt ich nie je, ale kiedy jest makaron z sosem, to wszyscy wpierdzielają.
Zaśmiały się.

 

---

 

Chelsy i Brookie były najlepszymi przyjaciółkami, mieszkały obok siebie i spędzały ze sobą cały swój wolny czas.
W niedzielę Brookie przyszła do przyjaciółki na ploty, ale temat zszedł na inny tor.
- Nie mam pojęcia, co on widzi w tej Carrie. Przecież jest wredna.
- Ale tylko czasami, poza tym żałuje tego i ogólnie jest wrażliwa.
- Czy ja wiem, nie znam jej do końca. No ale nie będę mu mówić, z kim ma się umawiać. No ale miejsce na randkę to wybrał kiepskie.
- A gdzie ją zabrał?
- Mieli iść do jakiegoś opuszczonego domu w lesie. Podobno nikt tam nie chodzi i pomyśleli, że będzie fajnie go zwiedzić.
- Ciekawe, co tam będą robić hah. Nie no, żartuję.
- Haha.
- Ej, a może my byśmy się tam przed nimi wybrały? Nigdy nie byłam w opuszczonych domach.
- W sumie fajny pomysł, tylko trzeba się go dopytać, kiedy idą, żebyśmy się nie spotkali.
- Jutro się go spytam.
- Okej. Wiesz co, trochę jestem śpiąca, chyba się kimnę.
- Oki, to ja se w tym czasie odrobię matmę.

 

-----

 

Weszli na ostatnie piętro. Jego stan był gorszy, niż parteru.
- Extra tu - powiedziała Mia. - jak na najmroczniejsze piętro przystało. czuje się tą specyficzną atmosferę.
- No, jest ten klimat.
- To możemy najpierw zobaczyć ten pierwszy pokój po lewej.
Kiedy popchnęli drzwi, o mało nie wyleciały z górnych zawiasów.
- Zobacz, jakiś notatnik czy coś - Mia wskazała szafkę pod oknem. leżał tam czerwony pamiętnik. Podeszła i zrobiła mu zdjęcie.
- Kuźwa, na kluczyk - Mike próbował go otworzyć, lecz bezskutecznie.
- No nic, trudno, przeczytamy go w domu, jak rozłupiemy zamek młotkiem.
- Taki pamiętnik niezłego psychola musi być mega interesujący, szkoda, że nie możemy przeczytać teraz. - Wrzucił go do swojego plecaka.
- Kurcze, lać mi się chce - powiedział Mike. - Poszukam jakiejś toalety, a Ty zostań przy schodach.
- Okej, tylko się pospiesz, bo jestem ciekawa innych pokoi.
Mike szukał drzwi do łazienki i znalazł je na końcu korytarza. wszedł do toalety, wybrał najbliższą kabinę. Sikał, gdy nagle usłyszał ledwo słyszalne nucenie. Pomyślał, że to Mia stoi pod kiblem czekając na niego i z nudów se nuci.
- Mia? - spytał głośno. Cisza. - mia!? - powtórzył głośniej. nic. Po chwili nucenie stało się głośniejsze. Brzmiało jak to '' la la la'' z tej jednej z ulubionych piosenek Mii, Paradoxie - Invalid torture. Włosy zjeżyły mu się na głowie, szybko zapiął rozporek i wybiegł z toalety.

 

-----

 

- Hej, Blair, śpisz?
Pewnie zdechła. na jej miejscu też bym to zrobił, jakbym miał z Tobą spędzać czas. A potem po śmierci bym powiesił Cię na sznurku na drzewie za nogę i cię rozpruł, pokazując Ci, co masz w sobie i wepchnął do gęby, a potem czekał, aż wyzioniesz ducha.
- Blair - powiedziała głośniej.
Jak se słodko śpi. A wyglądała by jeszcze bardziej słodko z wyjętymi żyłami, nieprawdaż?
Madi wstała i obudziła Blair. Ta wyjęła słuchawki z uszu i usiadła na łóżku.
- Co jest? - spytała zaspana.
- Znowu ich słyszę. Mam ich dość. Pogadamy?
- Okej. Siadaj.
- Od jak dawna ich słyszysz?
- Od pięciu lat. A Ty?
- Od roku. Dzień po moich osiemnastych urodzinach zaczęli do mnie mówić te okropne rzeczy. Z czasem stały się coraz gorsze, w końcu nie wytrzymałam i powiedziałam o tym rodzicom. Nie uwierzyli. Zapisali mnie do psychiatry, a następnego dnia po wizycie rodzice przywieźli mnie tu.
- Hmmm, mnie też zaczęli prześladować dzień po osiemnastce. Ciekawe, czy to zbieg okoliczności, czy wtedy zaczynają nękać.
- Nie wiem. Ale wiem, że muszę się ich pozbyć, bo to jest nie do zniesienia.
- Musi być jakiś sposób, żeby zniknęli, u mnie też jest coraz gorzej. tydzień temu nie mogłam przez nich zjeść obiadu, bo mi go obrzydzili, 4 dni temu nie mogłam się wysikać, bo mówili, że w nocy wydrą ze mnie układ moczowy z pokarmowym i zamienią miejscami, a wczoraj nie mogłam nic narysować, bo powiedzieli, że wsadzą mi mój ołówek najpierw w odbyt, a potem w oko i dobiją młotkiem w obu miejscach. Chyba musimy jutro poprosić o leki przeciwlękowe.
- Myślisz, że to pomoże?
- Jeśli nie, to poprosimy o inny lek na lęki.
- Okej. jutro też powiem rodzicom, żeby kupili mi mp trójkę i zgrali na nią moje piosenki.
- Nareszcie przestaniesz słyszeć te ich okropności. Będzie dobrze, coś wymyślimy, żeby się odwalili - przytuliła Madi.
- Dzięki. Mogę dzisiaj spać z Tobą?
- Jasne.

 

CDN :)


  • -2

#1595

Glossy Lady Blair.
  • Postów: 8
  • Tematów: 1
  • Płeć:Kobieta
Reputacja Kiepska
Reputacja

Napisano

- No, mały, drewniany domek to to nie jest - stwierdziła Chelsy.
- Tym lepiej, będzie więcej do zwiedzania. - odparła Brookie.
- Ciekawe, po co ktoś chciał mieszkać w środku dużego lasu na stałe.
- Mnie ciekawi bardziej, ile zajęło budowanie rurociągów, połączeń i takich rzeczy.
- Pewnie długo. To jak, wchodzimy razem, czy któraś wchodzi pierwsza?
- Razem. Wiesz, to w końcu opuszczony dom, razem będzie raźniej.
Podeszły do drzwi. Chelsy nacisnęła klamkę i dziewczyny popchnęły drzwi. Zaskrzypiały w taki sposób, jakby zapraszały je do środka.
Gdy weszły, im oczom ukazał się przedpokój z zakurzonym czerwonym dywanem biegnącym wzdłuż niego po środku, jasnym, drewnianym parkietem, drzwi do sześciu pokoi i łazienki, granatową lampą na środku sufitu, po prawo białą szafkę na buty, na której stał zakurzony czarny wazon we wzorki, schody po lewo i brązową wycieraczka pod nogami. Co dziwne, wszystkie drzwi były zamknięte.
- Hmm, stylowo - rzuciła Chelsy.
- To może chcesz tu zamieszkać? Haha.
- Wolę mieć do Ciebie pół minuty drogi niż pół dnia.
- Ciekawe, czemu ktoś zostawił wszystkie drzwi zamknięte.
- Może skrywają jakąś tajemnicę?
- Już mi się tu podoba. Zaczynamy zwiedzanie.
Podeszły do pokoju za schodami. Brookie nacisnęła klamkę, ta z łatwością ustąpiła. Zobaczyły przytulny pokoik dziecięcy pomalowany na jasny fiolet. W jego lewym kącie stała mała komoda, w prawym rogu było łóżeczko dla niemowlaka, przy nim pod oknem stała brązowa szafka, na której była pozytywka z aniołkiem.
- Ty, patrz, jaka ładna - Chelsy wskazała na pozytywkę. Wzięła ją do rąk i uruchomiła.
- Jej, jak ślicznie gra. Tak delikatnie - powiedziała Brookie.
- Weźmiemy ją. Ale to później, jak już obejrzymy cały dom.
Dziewczyny wyszły z pokoju i zaczęły zwiedzać następny. Nie słyszały, kiedy nagle pozytywka sama zaczęła grać, a w oczach aniołka można było dostrzec łzy...

-----

- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - spytała się przyjaciółki 20 - letnia Farah. Trochę się bała być sama z przyjaciółką na cmentarzu o 1:30.
- Innego sposobu na łatwą kasę nie znajdziemy - odparła jej równolatka, Jade. Zawsze miała najlepsze pomysły, ale dzisiejszy nie przypadł do gustu jej przyjaciółce.
Starały się szukać grobu, który wygląda na wypasiony. Jego zawartość na pewno będzie bardzo przydatna.
- O, patrz na ten - powiedziała Jade - widać, że rodzina dała sporo kasy na Czarnego Szweda i tyle liter. No a już połączenie trzech dużych zdjęć to w ogóle.
Podeszły do grobu. Mariah Notbery. Żyła w latach 1970 - 2010.
- Mogła jeszcze pożyć. Ciekawe, na co umarła - powiedziała Farah.
- Nie wiem, ale wiem, że im szybciej obrobimy kilka grobów, tym lepiej.
Zaczęła zdejmować znicze i położyła je na innym grobie. Razem z przyjaciółką założyły klamry na nos i rękawiczki.
- No to podnosimy. Na trzy - Jade stała po lewej, a Farah po prawej - Raz, dwa, trzy - dziewczyny podniosły wieko trumny i przekręciły je na skos.
- Ale wali, fu - Farah poprawiła klamrę na nosie.
- Dobra, to co my tutaj mamy - Jade sposobał się granatowy diament na palcu trupa - wiesz co, chyba ten diament akurat se zachowam. Zawsze chciałam taki mieć.
- Zaraz Ci się wszystko spodoba i nic nie sprzedamy - Farah się zaśmiała - Tylko trzeba będzie to jakoś wyparzyć czy coś, bo będzie cuchnąć trupem.
- To go wyparzymy, jak nikogo nie będzie w domu - Jade patrzyła, co jeszcze ciekawego można zwinąć. Zdjęła wszystkie bransoletki i pierścionki oraz obrączkę. - No, trochę tego mamy. I dobrze, teraz kolejny.
Położyły z powrotem wieko trumny.
- Ciekawe, za ile to wszystko opchniemy. Może oprócz wyjazdu starczy jeszcze na coś.
- Fajnie by było, jakby wystarczyło jeszcze na ten telefony z klapką, co nam się tak podobały.
Dziewczyny szukały dalej, nieświadome tego, że są obserwowane...

-----

Mia czekała na Mike'a, kiedy usłyszała coś na schodach. Zerknęła na nie, ale niczego nie zauważyła. Gdy się odwróciła, zamarła. Poczuła paraliżujący strach i panikę. Przed nią, na podłodze, siedziała kobieta odwrócona do niej plecami. Było słychać jej cichy płacz. Miała na sobie taką czerwoną chustę, którą się zakłada, żeby nie zmarznąć i fioletową chustkę na głowie. Mia potrzebowała chwili na uspokojenie. Po minucie stwierdziła, że kobiecie trzeba pomóc.
- proszę pani? - spytała. Kobieta nadal płakała.
Mia zaczęła podchodzić powoli do kobiety. Po chwili stała za nią.
- proszę pani? - położyła dłoń na jej ramieniu. Kobieta spojrzała na nią. Miała około sześdziesięciu lat i ciemną karnację, lecz w oczy rzucały się jej błękitne, duże, smutne oczy.
- Kim pani jest? Dlaczego pani płacze?
- Jestem Samatha Thomson - powiedział smutnym tonem - A Ty kim jesteś?
- Nazywam się Mia. Czemu pani płacze? Czy coś się stało?
- On znowu to zrobił- powiedziała załamanym głosem kobieta.
- Kto? Co zrobił?
- ON. Znowu mówił mi, co z nimi zrobił. Wybiera dwie grupy ludzi. Jednym robi okropne rzeczy, a drugim mówi, co z nimi zrobił. Ja należe do tej drugiej grupy. Nikt go nie powstrzyma - kobieta zapłakała.
- Kim on jest?
- Jest jedną z najgorszych istot. Jest bezwzględny i podły. Całe jego życie polega na nękaniu ludzi i krzywdzeniu ich. Kiedy wybierze kogoś do którejś grupy, nic już Cię przed tym nie uchroni.
- Co on im robi?
Kobieta nie odpowiedziała. Zaczęła się kołysać w przód i w tył, płacząc jeszcze bardziej. Mia zdała sobie sprawę, że ten temat jest dla kobiety bardzo trudny i postanowiła o nic jej już nie pytać. Z tego wszystkiego zachciało jej się pić. Poszukała butelki z wodą w torebce i napiła się z niej. Gdy wkładała ją z powrotem zauważyła, że ma jeszcze dwa batony. Pomyślała, ze jednego da kobiecie na poprawę nastroju.
- Chce może pani...
Mię oblał zimny pot. W miejscu, gdzie siedziała kobieta, nie było nikogo. Mia uświadomiła sobie, że to był duch tego szpitala. Być może nie jeden...

-----

- Oni znowu mi to mówią - powiedziała smutno Madi do Blair. Siedziały przy stoliku na stołówce i jadły obiad. Gdy madi to powiedziała, dziewczyna siedząca naprzeciwko niej spojrzała na nią ze strachem ,wstała od stolika i przysiadła się do innego.
- Powiedz im, że jak nie przestaną, to oni tak skończą - powiedziała Blair.
Twoja kolezanka jest bardziej bojowa, niż Ty hahaha. Jakbyście musiały walczyć ze sobą o to, która zostanie przy życiu, to skończyłabyś z nożem w pupie, oku, brzuchu i szyi lool
- Odwalcie się - krzyknęła Madi na całą stołówkę. wszyscy się na nią spojrzeli, a pani sarah podeszła do niej i zabrała do gabinetu lekarskiego.
- Pewnie znowu dostanie uspokajacz - pomyślała Blair.
Tak, uspokajacz, na którego nasrała, naszczała i narzygała Twoja kochana pani Sarah hehehe. Albo lepiej - może w końcu go pomyli z jakimś innym lekiem i zdechnie w torturach psychiczno - fizycznych hihihihi
- Dosyć! - pomyślała Blair.
Albo wróci tu i po minucie po tym leku zacznie tańcować jak narąbana kapucynka, ktora rzuci się na Ciebie i Ci roztrzaska łeb
Skuliła się, podciągnęła nogi i zaczęła się kiwać. Jakaś opiekunka podeszła do niej i zaprowadziła ją do gabinetu lekarskiego. Minęły się z madi, przy czym obydwie usłyszały wredny chichot.
- Czemu oni to robią? Ostatnio nic nie pomagają rozmowy, bo nawet podczas nich to mówią. Wczoraj nie mogłam jeść śniadania, bo powiedzieli, że krew z mojej pupy lepiej by pasowała do tej kanapki. Już nie mam na to wszystko siły - mówiła zmęczona psychicznie Madi.
- Trzeba obrać jakąś taktykę. Jak następnym razem coś powiedzą, to ich totalnie ignorujmy i się uśmiechajmy. Bo w końcu celem dręczyciela jest zjazd wszystkiego u ofiary.
- Jestem ich własnością - powiedziała Madi poważnym, oświadczającym fakt głosem.
- Co? - spytała zaniepokojona Blair ze zdziwieniem.
- Ty też będziesz - powiedziała Madi tym samym głosem.
- Nie rozu... - nie dokończyła, bo usłyszała jakieś skrobanie. Spojrzała na ścianę przed nimi. Na niej sam rysował się jakiś symbol. Blair nie znała go, ale przeczuwała, że nie zwiastuje niczego dobrego. Zauważyła ruch. Szyja Madi przekręciła się 90 stopni w jej stronę. Następnie głowa koleżanki przekręciła się o 30 stopni na bok, a na jej twarzy pojawił się makabryczny uśmiech. Blair zaczęła krzyczeć.
- Co się dzieje tam na trójce? - krzyknął opiekun. Po chwili braku odpowiedzi postanowił iść sprawdzić, co to za krzyki.

-----

- Ładna ta kula ze śniegiem - powiedziała Chelsy trzymając ją w rękach. - Ją tez zabierzemy.
Łup. Usłyszały jakiś huk w pokoju nad nimi.
- Co to było? - spytała Chelsy ze strachem w głosie.
- Pewno coś zleciało.
- Samo?
- No wiesz, grawitacja i nierówno poukładane rzeczy.
- Może już wrócimy?
- No co Ty, jeszcze nie zwiedziłyśmy wszystkich pokoi. Idziemy sprawdzić, co to było?
- Musimy? - Chelsy miała strach w oczach.
- Oj spoko, to tylko pewno jakieś pudła czy coś. Może być w nich coś ciekawego.
Po chwili Chelsy się zgodziła.
- Ale idziesz pierwsza.
Wyszły z pokoju i skierowały się w kierunku schodów. Weszły na pierwsze piętro. Znajdował się tam taki sam dywan, tylko, że zielony. Na środku wisiała biała lampa.
- Dobra, to wchodzimy - Brookie otworzyła drzwi pokoju. Były tam tylko sterty pudełek. - A nie mówiłam, że to jakieś stare pudła? Ktoś nie zdążył wrócić po resztę rzeczy, zanim się stąd wyprowadził. - Popatrzyła po pudłach - O, to ten zleciał.
Podeszły i zobaczyły, że z pudła wysypały się jakieś zeszyty. Brookie wzięła jeden.
- Własność Cathy Heron. To chyba pamiętnik albo dziennik.
Przełożyła kartkę.
- 12 sierpnia 1967. Dzisiaj znowu się przeprowadzamy. To już trzeci raz. Chciałabym żyć normalnie. Bez tego udawania i kłamstw. Ale wybrałam już tą drogę i nie ma odwrotu. Muszę się przyzwyczaić, że tak już będzie zawsze. Ale nie żałuję. Coś za coś. Kiedy poznałam Rachel, Larysę, Zacka, Justina i Tommy'ego, nie wiedziałam, że tak zmienią moje życie. Ale w większości na dobre. Są moją rodziną. Otwiera się przede mną nowe, lepsze życie. Nowy rozdział. Jutro nowa szkoła. Ciekawe, jak będzie. Najważniejsze, że jestem na to gotowa. Będę musiała sama zadbać o pewne rzeczy. Kiedyś muszę. Tylko czemu to wszystko musi wiązać się ze śmiercią ludzi?
- Ze śmiercią ludzi? Nie podoba mi się to. To chyba dziennik jakiejś chorej psychicznie osoby - powiedziała Chelsy.
- To teraz wiadomo, czemu mieszkali właśnie tutaj. Nie chcieli, żeby miała kontakt z ludźmi.
- Boję się, co jest w dalszych wpisach.
- Ja jestem strasznie ciekawa. Wiesz, że lubię takie rzeczy.
Chelsy westchnęła i przewróciła oczami.
Nagle kątem oka spostrzegła, że coś mignęło w korytarzu. Zamarła.
- Brookie, ktoś albo coś jest w domu - powiedziała przerażona.
- Jak to? - spytała zlękniona.
- Coś mignęło w korytarzu, jak oglądałaś dziennik - pawie piszczała ze strachu Chelsy.
- Żartujesz? - spytała z nadzieją Brookie, ale gdy przyjaciółka pokręciła głową, zbladła.
- Co robimy? - Chelsy już prawie płakała.
- Wiem, że tego nie chcesz, ale musimy zobaczyć, co to było. Może to tylko zwidy oka, gdy słońce świeci Ci w oczy. Ale w razie czego weźmiemy coś na obronę - mówiąc to, wzięła do ręki metalowy pręt, który leżał w kącie.
Brookie podchodziła ostrożnie do drzwi, Chelsy była dwa kroki za nią. Brookie podniosła pręt i była gotowa walnąć nim przeciwnika. ich serca biły coraz szybciej. Nawet nie wiedziały, że przeciwnik wyczuł to, zanim zaczęły podchodzić do drzwi...

-----

- O, patrz na ten, jest jeszcze bardziej wypasiony, niż tamten - powiedziała Farah.
Przez pół godziny zdążyły obrobić jeszcze 3 groby.
- Tu pochowali jakiegoś faceta po piędziesiątce. Pewnie jakiś milioner. Nigdy nie widziałam tyle ozdób i dodatków przy grobie.
Zajęły się grobem z najcenniejszymi łupami i postanowiły se odpocząć chwilę.
- Masz fajka? - spytała Jade.
- No mam, ale tylko miętowe.
- Mogą być - Jade zapaliła papierosa i usiadła na ławeczce tyłem do Farah.
- Ale daje ten wiatr, nie?
- No, w końcu to cmentarz, tu zawsze wieje haha.
- Nie siadasz?
- Nie, po całym dniu siedzenia na tyłku w pokoju i zakuwania boli mnie już tyłek. A propo nauki, to nie obrazisz się, jak teraz sobie powtórzę w myślach tą biologię? jak jej nie zdam, to rodzice mnie zabiją, a mało tego nie puszczą na nasz wyjazd w wakacje.
- Spoko. Ja w tym czasie się zastanowię, co kupić mamie na urodziny.
Minęły trzy minuty, Jade wypaliła i czekała, aż Farah powie, że już skończyła powtarzać.
- Ej, żyjesz?
Usłyszała tylko powiew wiatru. Odwróciła się i zobaczyła, że jej przyjaciółki nigdzie nie było.
- Farah? Poszłaś się odlać?
Cisza. Jade zaczęła panikować i bać się o siebie i przyjaciółkę. Nie wiadomo, kto mógł tu być poza nimi. Farah maiła rację, nie powinny iść na ten cmentarz. Nie wiedziała, co robić.
Postanowiła sprawdzić krzaki, które były za ławeczką. Podchodziła powoli czując strach przed tym, co może zobaczyć. Obeszła połowę krzaku i wrzasnęła. Przy krzaku leżał jakiś człowiek w stanie rozkładu, cały we krwi, z rozprutym brzuchem i bez połowy nogi. Zaczęła się cofać, po chwili zaczęła biec w stronę wyjścia z cmentarza. Gdy była przy bramie próbowała ją otworzyć, ale była zamknięta. Zaczęła ją szarpać.
- Wybierasz się gdzieś? - usłyszała głos jakiegoś starca. Ostatnie, co poczuła, to silne uderzenie w głowę.

-----

Sierra, Felishia i Brittany to koleżanki ze studiów. Mają 25 lat i skłonność do częstego popijania dla zabawy. Pewnego dnia, po szkole, postanowiły się wybrać do opuszczonej fabryki mydła i ją zwiedzić. Zabrały ze sobą oczywiście coś na suchość w gardle: Sierra przyniosła drogiego szampana, Felishia Whisky, a Brittany jacka dannielsa.
- Hahah, wszystkie wiedziałyśmy, co zabrać - zaśmiała się Brittany, kiedy były już pod fabryką.
- Ale ja mam coś jeszcze do smaka - powiedziała z uśmiechem Felishia wyciągając z torebki colę.
- No, jako jedyna pomyślałaś o czymś lżejszym.
Zaśmiały się.
- Ja mam wielkie chipsy cebulowe - powiedziała Brittany.
- A nie zgadniecie, co ja wzięłam - powiedziała Sierra - Tablicę OUIJA, świeczki i kawałek koszuli mojego zmarłego dziadka.
- Extra, nigdy nie wywoływałam duchów - ucieszyła się Brittany.
- Tylko mam nadzieję, żę nie sprowadzimy tym na siebie kłopotów - powiedziała poważnym tonem Felishia.
- No co Ty, wszyscy tylko tak strasza, żeby tego nie robić, bo są ograniczeni i uważają, że jak będziesz im zawracać tyłek po śmierci, to się zemszczą - przekonywała koleżnakę Sierra.
Felishia zrobiła minę zastanowienia i niepewności, ale w końcu się zgodziła.
- No dobra.
Obejrzały fabrykę i znalazły wejście. Weszły do niej, rozejrzały się, weszły do pomieszczenia, gdzie były jakieś zardzewiałe maszyny do produkcji, rozłożyły koc przy drzwiach i klapły sobie. Puściły muzykę z telefonu, wyjęły procenty, colę i chipsy i zaczęły gadać o planach na wakacje. Nie usłyszały, kiedy drzwi fabryki nagle same zamknęły się z hukiem...

-----

Mia grała na telefonie, żeby się uspokoić, kiedy Mike przybiegł do niej.
- Ćwiczysz biegi? - zapytała Mia i się zaśmiała.
- W kiblu słyszałem jakieś nucenie. Myślałem, że to Ty przyszłaś pod wucet i na mnie czekasz, ale jak spytałem, czy to Ty, nikt nie odpowiadał. Myślałem w tamtej chwili, że chyba zejdę na zawał.
- Wiesz, jak Ciebie nie było, widziałam ducha jakiejś chorej psychicznie kobiety. Chciałam uciec, ale nie zostawiła bym Ciebie. Płakała, więc zrobiło mi się jej żal. Zapytałam się jej, czemu płacze i kim jest. Myślę, że jej duch nie może zaznać spokoju i jest tu uwięziony.
- Gadałaś z nią? Przecież mogła Ci coś zrobić.
- To ona bardziej się bała. Mówiła o tym, że słyszy jakiś głos i widać, że miała tego dosyć. Nie możemy jej tak zostawić Mike, musimy jej pomóc przejść na tamtą stronę.
- Chyba nie powinniśmy się mieszać w takie sprawy. To może mieć różne skutki.
- Mike, ta kobieta potrzebuje pomocy. Jeśli my jej nie pomożemy, może tego nikt nie zrobić.
- Dobra. Wrócimy do domu, poszukamy o niej informacji i dowiemy się, co możemy zrobić. Ale obiecaj mi, że więcej nie będziemy się mieszać w takie rzeczy.
- Obiecuję.
Nagle wszystkie światła od drugiego końca korytarza zaczęły się zapalać z charakterystycznym pykaniem.
- Nie podoba mi się tutaj, wracamy - powiedział Mike z obawą w głosie.
Odwrócili się i zaczęli zbiegać po schodach. Kiedy byli już na parterze, chcąc w końcu stąd wyjść, nacisnęli klamkę, lecz ta nie ustąpiła.
- No szlag - Mike próbował wyważyć drzwi, ale na darmo.
- Oknem - powiedział. Wziął krzesło, zamachnął się i tylko stuknął w szybę, która wydała głupi dźwięk.
- No świetnie. I co teraz? - Mia stała za nim, była zmieszana i zaniepokojona.
- Spróbuj zadzwonić do Crystal.
Mia wystukała numer siostry, lecz odpowiedział jej brak zasięgu.
- Super. Nie ma zasięgu. Co my teraz zrobimy?
Mike nie odpowiedział, skupił uwagę na czymś innym. W odbiciu szyby mignęła mu jakaś sylwetka przechodząca przez korytarz z jednego pokoju do pokoju naprzeciwko.
- Ktoś tu jest - powiedział.

 

CDN :)


Użytkownik TheToxic edytował ten post 10.02.2017 - 09:37

  • -2

#1596

Samara26.
  • Postów: 5
  • Tematów: 1
  • Płeć:Kobieta
Reputacja Kiepska
Reputacja

Napisano

Album
Moja żona Sophie zmarła, gdy wydała na świat nasze dziecko Samantha'e. Oczywiście mógłbym mieć urazę do naszej córki za odebranie mi najważniejszej osoby. Osoby, która była najpiękniejsza na całym świecie uparta, a zarazem bardzo troskliwa. Sophie nie chciała by tego, żeby nasze jedyne dziecko miało zrujnowane dzieciństwo przez nienawiść. W sumie po dłuższym zastanowieniu, co to by był za ojciec, który mógłby się gniewać na córkę przez całe życie.
Samantha była zawsze pełna energii, krzyczała, dużo się uśmiechała, skakała z drabinki na drabinkę i ze wszystkimi chciała się bawić. Mógłbym z niej być dumny ponieważ już tak wiele umiała zrobić w takim młodym wieku. Ostatnio na siódme urodziny zabrałem ją do wesołego miasteczka. Kiedy dojechaliśmy na miejsce nie mogłem za nią nadążyć.
Ciągle wołała:
- No chodź tatusiu, nie mamy całego dnia.
Na co ja odpowiadałem:
- Nie mam już tak dużo energii co ty.
Z uśmiechem na twarzy, lekko podskakując i cały czas zerkając na mnie leciała do wejścia przez drogę. W pewnej chwili zza rogu wyjechał samochód. Była zbyt zajęta wpatrywaniem się we mnie by zauważyć auto, jechało z taką prędkością że nie mogło się zatrzymać. Jedyne co było słychać to okropny odgłos miażdżącego się ciała. Wokół nastała cisza, z całą siłą w nogach podbiegłem do jej maleńkiego ciała. Wziąwszy ją na ręce nie mogłem uwierzyć w to co się stało. Otuliłem ją całą do siebie, jedyne co mogłem w tej chwili poczuć to ciepło jej krwi na sobie. Łzy spadające mi po policzkach spływały także po jej twarzy.
Minęło kilka tygodni zanim odbył się jej pogrzeb. Pojawiłem się tam zapadnięty w żałobę, nic nie czułem, a w głowie miałem pustkę. Byłem ogarnięty mrokiem do szpiku. Cała rodzina i bliscy mówili jaki z niej był aniołek jakbym tego nie wiedział. W końcu wszyscy się rozeszli a ja siedziałem sam przed jej grobem i nie wiedziałem co mam już zrobić. Nagle podszedł do mnie mężczyzna w skórzanym, starym płaszczu i wręczył mi coś co przypominało album. Przypuszczałem, że to ojciec którejś z koleżanek i przyniósł wspólne zdjęcia.
Przeleciały całe dnie, tygodnie a ja nadal nie mogłem się pozbierać.
Siedziałem już sam w mieszkaniu nie wychodząc z domu, całkowicie się zamknąłem, jedyne co robiłem to piłem. Na szczęście panowałem nad sobą i wiedziałem kiedy skończyć, lecz czasami miałem chęć się upić i zapomnieć o wszystkim. Mój najlepszy przyjaciel przychodził, żeby mnie pocieszać i wyciągnąć z tego wszystkiego. Nie pomagało to, ale chociaż miałem satysfakcję, że wie co mogę czuć.
Przypomniałem sobie o albumie który wręczył mi mężczyzna. Nie miałem nic innego do robienia niż patrzenie się w przestrzeń. Bez zastanowienia otworzyłem na pierwszej stronie, były tam zdjęcia na których znajdowała się moja dorastając córka. Album był tak gruby, że myślałem, że reszta jest pusta. Dalsze fotografię pokazywały jej szóste urodziny, gdy dostała ode mnie mały rowerek. Zdarte łokcie i kolana nie powstrzymały jej przed ćwiczeniem jazdy na nim. Kolejne zdjęcie było zrobię tuż przed śmiercią, gdy ubierałem jej małą żółtą kurteczkę na parkingu, a radość w oczach była nie do opisania. Dalej nie wiem jak ten mężczyzna mógł posiadać te zdjęcia, jaką miał satysfakcję z tego co zrobił. Książka, a raczej fotografie przedstawiały dalsze życie Sam jej pierwszy dzień w gimnazjum, liceum. Byłem przerażony myślałem, że to pewnie photoshop, lecz się myliłem. Coraz szybciej przewracając strony coś zauważyłem. Fotograf był coraz bliżej i bliżej, czym była starsza on się zbliżał z każdym krokiem. Zapewne miał po prostu więcej śmiałości. Wpatrywałem się w nią co raz bardziej zdziwiony, że aż tak przypomina swoją matkę.
Piękne czarny włosy sięgające aż po sam pas i śliczne zielone oczy. Coraz rzadziej pojawiałem się na zdjęciach, a za miast mnie dojrzałem czarną postać, która co zdjęcie była bardziej widoczna nawet można było dostrzec szczegóły. Jego obecność była bardzo przytłaczająca. Byłem tak pochłonięty patrzeniem jak moja córka dorasta, że nie myślałem jak to może się skończyć. Tajemnicza postać była coraz bliżej, jego ręce lub nogi było widać już na każdych zdjęciach. Fotografie przedstawiały jej dom, natomiast na jej twarzy można było dostrzec siniaki. Wielki ból i desperacje, była tak chuda, że mógłbym powiedzieć, że jest anorektyczką. Nie mogłem już wytrzymać patrząc na te zdjęcia, jako ostatnie zdjęcie, które zobaczyłem. Mówiąc sobie, że więcej do tej książki nie zajrzę przedstawiało jej osiemnaste urodziny. Ubrana w wieczorową, czerwoną suknię. Patrzyła się wprost w obiektyw, klęczała, a jej makijaż był całkowicie rozmazany przez łzy. Miała zaklejone usta taśmą a ręce bezwładnie za sobą. Wyglądała jakby zwracała się do mnie i błagała o pomoc. Nie wytrzymując tego wyrzuciłem książkę do kąta, to co nie pozwala spać mi w nocy to nie zawartość książki tylko to, że zostało tak wiele stron.

 

:> Koniec


  • 1

#1597

Glossy Lady Blair.
  • Postów: 8
  • Tematów: 1
  • Płeć:Kobieta
Reputacja Kiepska
Reputacja

Napisano

Madi obudziła się nie pamiętając nic z poprzedniej nocy. Strasznie bolała ją głowa. Blair zobaczyła, że jej koleżanka się obudziła.
- Jak się czujesz? - zapytała.
- Jakoś słabo i łeb mi pęka. Co się w ogóle stało? Nic nie pamiętam. Ostatnie, co kojarzę, to to, że gadałyśmy wczoraj w nocy.
- Madi... Zaczęłaś mówić dziwne rzeczy.
- Co mówiłam?
- Że należymy do kogoś. Mówiłaś to takim tonem, jakbyś nie była sobą w tamtym momencie.
Na twarzy Madi pojawiło się przerażenie.
- Oni powiedzieli mi, że jeśli nie powiem Tobie tego, że jesteśmy ich własnością, to oni to zrobią, tylko że w inny sposób. Taki, że to zapamiętamy. Musiałam o tym zapomnieć. Blair, to już staje się coraz gorsze.
- Tak nie może być. Jeśli teraz zaczynają wchodzić nam w ciała, to co będzie później?
Madi skuliła się i wzięła nogi pod brodę.
- Na razie nie chcę o tym myśleć.
- Kiedy to mówiłaś, na ścianie rysował się jakiś symbol. To była ośmioramienna gwiazda, w środku niej był odwrócony krzyż, a na nim narysowana była trójka z prostych lini. Znak był czerwony. Musimy poszukać w necie, co on oznacza.
- Na pewno nic dobrego.
Ktos zapukał do drzwi.
- Dziewczyny, śniadanie.
Drzwi się otworzyły i do sali weszła pani Sarah ze śniadaniem na wózku.
- Jak się czujesz, Madi? Kiedy dowiedziałam się, że zemdlałaś, strasznie się o Ciebie martwiłam.
- Czuję się tak sobie. Mogę po śniadaniu dostać coś na ból głowy?
- Jasne skarbie. Dam Ci też witaminy, musisz się zregenerować.
- Dziękuję.
- Jeśli chcesz pogadać, zawsze możesz do mnie przyjść. A jeśli nie będzie mnie na zmianie, możesz zadzwonić. Mój numer wisi na kartce nad telefonem w kontaktach do pracowników. Nawet, jeśli w nocy odczujesz taką potrzebę, dzwoń. Blairy, Ty też.
- Dobrze. Na pewno nie raz będzie mi to potrzebne. Tak samo Madi.
- Okej dziewczyny, to jedzcie, a ja wrócę za 20 minut po talerze - powiedziała opiekunka i wyszła z pokoju.
- Kiedy teraz będzie wyjście na komputery? - spytała Blair.
- Jutro o pietnastej.
- Koniecznie musimy się coś dowiedzieć o tym znaku. O nim i o tym, kto go narysował.

-----

Brookie była coraz blizej futryny, czuła, jak ręce jej się pocą pod wpływem strachu. Chelsy zaczęła się lekko trząść z emocji. Gdy Brookie była pół metra od futryny stanęła na chwilę, przygotowała się psychicznie i skoczyła na korytarz z prętem w górze. Przed nią był pusty korytarz. Spojrzała za siebie, ale tam też nie było nikogo. Odetchnęła z ulgą.
- Nikogo nie ma.
Zrobiło jej się słabo z emocji i usiadła pod ścianą. Czuła opadający stres.
- Masz wodę? - zawołała do przyjaciółki.
Chelsy podeszła do niej i wyjęła z torby butelkę.
- Brookie, mi się nie wydawało. Tu naprawdę ktoś jest.
Brookie wstała i przetrzepała se spodnie na tyłku.
- To bierzemy kulę i pozytywkę i spadamy stąd.
Zeszły na dół i zabrały je. Szły do wyjścia. Brookie nacisnęła klamkę, ale drzwi były zamknięte.
- I co teraz? - zapiszczała Chelsy.
- Może jest jakieś drugie wyjście z piwnicy.
- Piwnicy? - w oczach Chelsy był coraz większy strach.
- To nasze jedyne wyjście.
- A jak ten ktoś tam jest?
- Poczekaj, pójdę po ten pręt.
- Mam tu zostać sama?
- To tylko chwila, zaraz jestem.
- To biegnij. Weź jeszcze coś ciężkiego.
Brookie pobiegła na górę. Weszła do pokoju i zaczęła się rozglądać za jakąś rzeczą dobrą do obrony. Zaczęła grzebać po kartonach i w jednym znalazła młotek. Wzięła go i pobiegła do Chelsy. Gdy zeszła ze schodów zobaczyła, że jej nie ma. Po głowie zaczęły chodzić jej różne scenariusze.
- Chelsy?
Gdy usłyszała ciszę, pomyślała tylko jedno. Piwnica. Podeszła do schodów i zaczęła schodzić. Drzwi nie były zamknięte na klucz. Uchyliła je lekko i zobaczyła, że w piwnicy panuje kompletna ciemność. Otworzyła drzwi i weszła do środka nie wydając żadnego dźwięku. Zrobiła kilka kroków w prawo.
- Nareszcie jesteś - usłyszała zadowolony, męski szept przy prawym uchu. Poczuła silne uderzenie w głowę.

-----

Jade obudziła się w jakimś małym pomieszczeniu. Była przywiązana do stołu. Próbowała się szarpać, ale nic to nie dało. Gdy spojrzała na prawo, zaczęła krzyczeć z przerażenia. Leżał tam ludzki tors. Usłyszała jakieś kroki zbliżające się w jej kierunku. Drzwi pokoju się otworzyły. Stał w nich piędziesięcioletni mężczyzna.
- Moja księżniczka się obudziła - podszedł do niej i pogłaskał ją po policzku. Jade patrzyła na niego ze strachem w oczach.
- Nie bój się mnie. Jestem tu po to, aby Cię uszczęśliwić moja słodka - przejechał paznokciami po jej policzku. Jade odwróciła głowę w drugą stronę. Mężczyzna pociągnął ją za włosy, przybliżył swoją twarz do jej twarzy.
- Jesteś teraz moją małą królewną skarbie. Zapewnię Ci wszystko, co mogłabyś sobie zamarzyć - wyjął z kieszeni scyzoryk i przejechał jego ostrzem wzdłuż jej ręki - Teraz wszystko się zmieni. Będziesz u mnie szczęśliwa - oblizał zakrwawiony scyzoryk - Mam do zabawy nową lalę - uśmiechnął się do niej szeroko i zbliżył scyzoryk do jej twarzy. Patrzyła się na scyzoryk przerażona i modliła się w duchu, żeby go cofnął. Dotknął końcówką jej nosa - Jaka Ty jesteś urocza - schował go do kieszeni i puścił jej włosy. Pogłaskał ją po głowie i pocałował ją. Poczuła metaliczny smak i wzięło ją obrzydzenie.
- Pewnie moja princessa chce się zobaczyć z koleżanką. Nie martw się, jest bezpieczna. Zaraz ją przywiozę - poszedł w stronę drzwi i zniknął za rogiem. Jade szarpała się, ale zapięcia nie chciały puścić. Po minucie szarpania usłyszała dźwięk nienaoliwionych kółek stołu.
- Oto i jest Twoja droga przyjaciółka, cała i zdrowa - Jade zobaczyła, że Farah jest nieprzytomna - przywiązałem ją w razie, jakby nie chciała się bawić. Ale myślę, że jednak będzie chciała - spojrzał na Farah. Podszedł do niej i otworzył jej oko. Zaczął je dotykać.
- Zostaw ją - krzyknęła ze złością Jade. Podszedł do niej i dał jej w twarz.
- Nie lubię, jak moje dziewczynki są nieposłuszne. Ale wierzę, że już więcej nie będę musiał Ci o tym mówić. Zobaczysz, że będzie nam razem fajnie. Przekonasz się - podszeł do metalowego blatu i wziął do ręki kijek z rozrzażonym węglem na końcu. Podszedł do Jade.
- Przypieczętujemy naszą przyjaźń okruszku - wyjął z kieszeni kawałek szmaty i wsadził jej do buzi - troszkę zaboli złotko - odsłonił jej brzuch i przyłożył do niego węgiel. Jade poczuła okropny ból. Jej krzyki były stłumione.

-----

- Webukiiiisns teqila! Say all night... Micasa es tu casa! - Sierrę było słychać w całym pomieszczeniu.
- Ej Sierra, bo dostaniesz Oscara za głos roku - zaśmiała się Felishia. Brittany piła Whisky i patrzyła na śpiewającą koleżankę. Odłożyła butelkę i usiadła po turecku.
- Ej, a kiedy będziemy wywoływać te duchy?
- W sumie to już można, bo się ściemnia - odparła Felishia.
- Może im coś zaśpiewam haha - powiedziała Sierra lekko podpita.
- Lepiej nie, bo od razu uciekną hihi - odparła Brittany.
- Ja se chyba jeszcze zapalę przed tym - Felishia wyjęła Lucky Strike'i i zapaliła jednego - A jak się nie uda, to co robimy?
- Musi się udać. Jak nie wyjdzie z dziadkiem Sierry, to wywołamy jakiegoś innego ducha. Sierri, wyciagaj tego OUIJA i świeczki.
Sierra wyciągnęła z plecaka tablicę i postawiła między nimi. Rozstawiła cztery świeczki na jej rogach i wyłączyła muzykę.
- Kończ faja Felish, zaraz zaczynamy.
- No już kończę. A w ogóle ma jakieś znaczenie, jak się wcześniej piło i się bierze za wywoływanie duchów?
- Nie wiem, ale chyba nie - powiedziała Sierra. Wyjęła zapalniczkę i zapaliła świece. Felishia skończyła palić, zgasiła peta i rzuciła go za siebie.
- Do tego trzeba być spokojnym i skupionym. Musimy się złapać za ręce.
Dziewczyna złapały się za ręce i wyluzowały.
- Duchu Johna Wesleya, wzywamy Cię w pokoju - powiedziały jednocześnie. Nagle poczuły zimny wiatr.
- Duchu, czy jesteś z nami? - spytała Brittany. Wskazówka tablicy wskazała na tak.
- Czy jesteś Johnem Wesleyem? - zapytała się Felishia. Wskazała na nie.
- Czy jesteś dobrym duchem? - spytała Sierra. Wskazówka była na nie.
- Opowiesz nam, jak jest w piekle? - zapytała Brittany. Wskazówka pokazywała nie. Po chwili wskazówka zaczęła wskazywać litery. Wyszło z nich: Ale mogę Ci pokazać.
- W jaki sposób? - pytała Brittany.
Wskazówka wskazała litery, które utworzyły słowo: Zobaczysz, po czym zaczęła kręcić się w kółko. Brittany zemdlała.

-----

Megan i Jenna miały 21 lat. Wracały rano z dyskoteki. Była 6:30. Do domu miały cztery kilometry drogi. Zepsuł im się samochód, a nie miał ich kto podwieźć do domu.
- Gdybym się uśmiechnęła do tych facetów, co zostali razem z nami do końca dyskoteki, to może by nas podwieźli - powiedziała Jenna.
- Teraz to i tak bez różnicy. Ale wolę iść cztery kilometry na piechotę niż łapać samochód i nie wiadomo kogo w nim spotkać - odpowiedziała jej Megan.
- To chociaż zróbmy se chwilę ptrzerwy, w szpilkach niewygodnie się idzie tyle czasu. Ty masz lepiej, bo masz grubszy obcas, ja mam cienki.
- No dobra. Znajdziemy jakąś ławkę czy coś i se siądziemy na trochę.
Szły przez jakieś trzy minuty i zauważyły stary, opuszczony dom.
- Ej, a to nie jest ten dom, co podobno w nim ginęli ludzie? - spytała Megan.
- To ten. Ze dwa miesiące temu pisało w gazecie, że znowu ktoś zaginął. Napisano, że miał iść właśnie do tej rudery.
- Ja tam nie wierzę w te pierdoły. Pewno straszny dom był wymówką, żeby zwiać z domu.
- Może tak. Musimy tam na chwilkę usiąść na schodach, bo nogi mnie bolą jak nie wiem.
- Okej. A może go zwiedzimy?
- No w sumie niezły pomysł. Do domu dzisiaj nie ma sensu wracać, bo rodzice na mnie nakrzyczą, że znowu jeżdżę na dyski tak daleko. Wychodzą dopiero o 20.
- Michael będzie w domu dopiero o 18, więc możemy go pozwiedzać, a potem zahaczymy o tą pizzerię przy rondzie i centrum handlowe.
Ruszyły w kierunku domu. Gdy były już przy schodkach, usiadły na nich.
- Muszę zdjąć te szpilki, nogi mnie już od nich bolą - Jenna zdjęła buty i położyła obok - Chcesz fajka?
- No.
Jenna wyjęła z torebki LMy i dała jednego Megan. Potem sama zapaliła.
Paliły i gadały nieświadome, że coś w domu im się przygląda...

 

CDN :)


  • -2

#1598

Glossy Lady Blair.
  • Postów: 8
  • Tematów: 1
  • Płeć:Kobieta
Reputacja Kiepska
Reputacja

Napisano

- Jest tu jakiś kij albo coś? - zapytał się Mike.
- Jest tylko gaśnica - powiedziała Mia.
- To nawet lepiej, jest cięższa - podszedł do ściany i zdjął gaśnicę - Zostań tutaj, ja pójdę sprawdzić.
- Uważaj.
Mike powoli zbliżał się do pokoju po lewej. Gdy był już metr od futryny, jego serce biło jak oszalałe. Skoczył na przeciwko drzwi. W pokoju było pusto. Powoli wszedł do pokoju, żeby sprawdzić, czy ten ktoś nie ukrył się w szafie. Nagle drzwi od pokoju zamknęły się głośno. Mike odwrócił się i próbował je otworzyć, szarpał za klamkę, ale nic to nie dało.
- Mike w porządku? - krzyknęła wystraszona Mia.
- Tak, tylko nie chcą się otworzyć. Nie podchodź teraz pod drzwi - Mike rozpędził się i kopnął w drzwi, ale te nadal nie ustąpiły.
Mia chciała się rozejrzeć za czymś, co pomogłoby otworzyć drzwi. Gdy się odwróciła, na podłodze siedziała jakaś kobieta. Była w tej samej pozycji, co kobieta poprzednio. Mia podeszła do niej.
- Pani Samantho? - Mia była trzy kroki od niej. Podeszła od przodu kobiety. Wyciągnęła rękę, żeby dać o sobie znać kobiecie, ale nagle kobieta spojrzała przed siebie, a z jej ust zaczęły wydobywać się rzygi i dźwięk kogoś, kto się krztusi. Mia krzyknęła i zaczęła się cofać.
- Mia co dzieje? Wszystko w porządku? - krzyknął Mike.
Dziewczyna zaczęła biec na pierwsze piętro. Wbiegła po schodach i usiadła skulona na korytarzu. Zaczęła szybko oddychać z przerażenia. Wyciągnęła telefon i zobaczyła, że jest jedna kreska. Wybrała numer Crystal i obserwując schody słuchała sygnału.
- Cześć siostra, jak tam na łące? - usłyszała głos siostry w telefonie.
- Jestem w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym w lesie, przyjedź szybko po nas.
- Powtórz, bo słyszę jak przez mgłę.
- Przyjedź do szpitala w lesie, szybko.
- Co...łysz...e - po chwili połączenie zostało przerwane. Chciała dzwonić jeszcze raz, ale usłyszała jakiś cichy kobiecy śmiech dochodzący z końca korytarza. Spostrzegła, że cień jakiejś sylwetki zbliża się do wyjścia z pokoju na końcu. Przerażona, wstała i zaczęła biec po schodach na piętro wyżej. Kobieta w podartym ubraniu wyszła z pokoju na pierwszym piętrze i spojrzała na korytarz. Zaśmiała się tak samo, jak wcześniej. Tylko bardziej psychicznie.

-----

- Wpisz symbole - powiedziała Blair do Madi. Na ekranie wyskoczyły różne symbole, ale nie było widać tego, którego szukały. Przejechały kółkiem myszy niżej, ale szukanego symbolu nie znalazły.
- To może symbole zła - Blair patrzyła uważnie na monitor. Madi wpisała hasło i wyskoczyły różne pentagramy i tym podobne.
- No to może symbole demonów - powiedziała Blair. Szukały, aż na końcu wyświetlonych obrazów wyświetlił się ten sam symbol, który był na ścianie w ich pokoju - to ten - Blair powiedziała Madi, żeby w niego kliknęła. Podpis nad obrazem brzmiał: ,,Symbol whazinów''. Kliknęła i pokazała się ciemna strona o rodzajach demonów. Na górze strony były różne symbole. Po lewej stronie strony był jakiś spis i odnośniki do nich. Madi klikła w ,,Whazini'' i wyświetlił im się długi tekst.
,,Whazini to demony w trzecim z siedmiu stopni kwalifikacji na sługę szatana. Ich zadaniem jest nękanie ludzi dzień po ich osiemnastych urodzinach poprzez mówienie im przerażających rzeczy. Na tym etapie demon może wejść na krótki czas w ciało ofiary, nie mogąc jednak zrobić krzywdy jej ani innym osobom. Nie mogą jednak nękać swoich ofiar w trakcie snu, co mogą już osobniki wyższego stopnia: dennar, garrah, hoppon, aizhru, bahinni oraz belzebubów. Demony wraz z rosnącym stopniem stają się coraz bardziej okrutne, ich słowa bardziej ranią ofiary i przerażają, niż demonów o niższym stopniu kwalifikacji. Kwalifikujące demony szukają swoich ofiar często parami lub w trójkę i wspólnie ją nękają. O ile wcześniej można było nie słyszeć ich słów prowadząc z kimś rozmowę, tak już w przypadku whazinich oraz demonów wyżej ten sposób zawodzi.
Początki pojawienia się whazinich sięgają 1560 roku. Jako pierwszy nękany przez kwalifikujące się demony został człowiek imieniem Mihisu pochodzący z Japonii. Mężczyzna słyszał głosy tych demonów do kilkunastu razy dziennie. Podczas, gdy demony nękające go osiągnęły poziom garrahów, mężczyzna trafił do szpitala psychiatrycznego z silnym wycieńczeniem psychicznym oraz stwierdzonym obłędem połączonym z silną paranoją. Mihisu popełnił samobójstwo w szpitalu pół roku później, kiedy nękające go demony osiągnęły poziom hopponów. Mężczyzna dwa tygodnie przed śmiercią wydrapał sobie oczy oraz połamał nogę, po czym oderwał ją od kolana, rozdzielił na kości, mięśnie, żyły, ścięgna oraz paznokcie, po czym kazał je jeść poszczególnym pacjentom. Po tym incydencie został przeniesiony na piętro przypadków szczególnie niebezpiecznych. Trzy dni po przeniesieniu, podczas, kiedy strażnik odwrócił się tyłem do drzwi jego pokoju, Mihisu podciął mu gardło kawałkiem szkła po czym włożył go w potylicę, po czym natychmiast zmarł. Strażnik, który był tego świadkiem, twierdził, że kiedy mężczyzna popełnił samobójstwo, widać było małe, czerwone postacie, które zdawały się ulatywać z jego ciała.
Jedynym sposobem na pozbycie się demonów jest egzorcyzm. Ilość księży uczestnicząca w egzorcyzmie równa się stopniu kwalifikacji demonów.''
- Blair, jeśli nie poddamy się egzorcyzmom, może dojść do tragedii. Boję się - Madi miała łzy w oczach.
- Musimy uciec z tego szpitala. Już nawet wiem, jak.

-----

Brookie obudziła się przywiązana do krzesła. Gdy otworzyła oczy, spostrzegła, że jest w jakimś średnim pomieszczeniu w piwnicy, jednak było zapalone światło. Obok niej na krześle siedziała Chelsy, która również była przywiązana do krzesła. Była nieprzytomna. Zza drzwi słyszała, jak kilka osób o czymś rozmawia.
- Dwie nie wystarczą. Zawsze mieliśmy po osobie na łebka.
- Nie możemy szukać kolejnych osób. Oficjalnie zaginęliśmy dwajścia lat temu. Jeśli ktoś nas zobaczy w mieście, wszystko się wyda. Nie możemy tak ryzykować.
- Zack ma rację. Dwie po pierwszym tygodniu padną, a my zostaniemy bez paliwa.
- No to co niby zrobimy?
- Może ktoś zacznie ich szukać, a kiedy wejdą do domku,  podadzą nam się na tacy.
- To może być dopiero za kilka dni. Do tego czasu będzie wszystkich skręcać z głodu.
- Możemy spróbować w nocy podebrać kilka osób z najbliższych domków przy lesie.
- Pogięło Cię? Od razu zaczną sprawdzać las.
- Możemy przecież się przenieść w ułamek sekundy gdzie indziej.
- Ta, a niby gdzie?
- Tommy znalazł jakiś opuszczony tartak w Miami. Nikt tam nie chodzi.
- A jak jednak wejdzie?
- No to mamy kolejne pożywienie i prawie problem z głowy.
- Tam przecież są też inni naszego gatunku. Może być niezły kwas.
- Tym się nie martw, nas jest ósemka, podczas, kiedy grupy innych wynoszą cztery czy pięć.
- No dobra. To kto pierwszy ucztuje?
- Chyba skrobnie. Tommy i Justin nie pili od połowy tygodnia. Potem my i Cathy, ale starczy tylko na jeden dzień, i to tylko kapkę.
- Czyli ćwierć litra na każdego. Myślisz, że dziewczyny wytrzymają jeszcze kilka dni?
- Jeśli nie, to albo damy im po trzy łyki, albo bierzemy się za jakąś dwójkę najbliżej lasu.
Brookie słuchała i była przerażona. Nagle poczuła, że musi kichnąć. Kichła jak najbardziej starając się, żeby było bezgłośnie, jednak nie udało się. Modliła się, żeby tego nie usłyszeli. Nagle klucz w drzwiach się przekręcił, a drzwi otworzyła jedna z rozmówczyń. Brookie krzyknęła.

-----

Jade obudziła się następnego dnia. Była wyczerpana psychicznie po wczorajszych przejściach. Farah obudziła się jednak wcześniej.
- Jade obudź się - usłyszała cichy głos Farah.
- Farah, nic Ci nie jest?
- Ten psychol rozciął mi udo do mięsa. Jak skończył, pokazał mi mój wycięty płat skóry w kształcie serca. Jade, boję się, co on zrobi następnym razem.
Usłyszały kroki. Mężczyzna wszedł do pokoju i powitał ich szerokim uśmiechem.
- Ooo, moje pszczółki już się obudziły. Zaraz się z Wami pobawię.
Podszedł do Jade, wyjął wielką, brudną strzykawkę i krzywo ją wbijając wstrzyknął jej coś w ramię. Zawyła z bólu.
- No już dobrze słoneczko, chwilę poboli i przestanie - pogłaskał ją po miejscu, w którym dostała zastrzyk. Zabolało.
- Zostaw ją ty psycholu - krzyknęła Farah. Podszedł do niej i wylał jej gaz łzawiący do oczu.
- Niepotrzebnie się denerwujesz promyczku. To Cię na chwilę uspokoi.
Farah głośno krzyczała z bólu, a Jade bała się, co ją czeka. Nagle poczuła bezwład ciała.
- Zaraz rozwiążemy naszą kochaną laleczkę  - zaczął odpinać pasy. Przełożył ją na ramię i postawił przy ścianie. Jade miała strach w oczach.
- Polubisz tą zabawę kochana - złapał ją za włosy i zaczął walić jej głową w ścianę. Jade czuła, jak robi jej się słabo. Krzyczała. Słyszała, jak jej głowa uderza o ścianę. Z sekundy na sekundę czuła coraz silniejszy ból. Walił jej głową coraz mocniej. Na ścianie pojawiła się krew. Jade słyszała krzyki Farah jak przez mgłę. Ona już nie krzyczała. Nie miała siły. Powoli odpływała, aż zemdlała. Mężczyzna grzmocił jej głową jeszcze przez minutę.
- Ooo, pszczółka odpłynęła. Ale to nic, zrobię jej niespodziankę. Gdy się obudzi, będzie zadowolona - złapał ją za ręce i pociągnął do większego stołu. Położył ją na nim. Podszedł do Farah.
- Kocham Cię malutka, ale będziesz mi przeszkadzała - wziął kawałek szmaty i włożył jej w usta. Podszedł do Jade. Wziął mały, ostry nóż, zdjął jej bluzkę i stanik. Zaczął ciąć jej pierś - komaaar, gitaaraa - podśpiewywał pod nosem. Starannie robił grube nacięcia. Jade oprzytomniała, ale nadal nie mogła się ruszyć. Patrzyła z przerażeniem na mężczyznę. Czuła szczypiący ból. Po dwudziestu minutach skończył. Wytarł krew ścierką, a krew z noża o nogę Jade - cześć kwiatku. Zrobiłem dla Ciebie niespodziankę. Teraz będziesz jeszcze śliczniejsza - podniósł ją i podszedł z nią do lustra. Jade zobaczyła, że wokół sutka ma pociętą skórę w kształcie gwiazdy - jeśli chcesz, zrobię Ci jeszcze to na Twoich ślicznych, białych ząbkach. Powiedz tylko słowo - uśmiechnął się. Jade znów zrobiło się słabo.

-----

- Brit, ocknij się, słyszysz mnie? - Felishia klęczała nad koleżanką. Brittany była nieprzytomna od dwudziestu minut.
- Jeśli zaraz się nie obudzi, to trzeba zadzwonić po pogotowie - Sierra stała nad Brittany i wachlowała jej głowę, żeby się ocknęła. Nagle Brittany otworzyła oczy i zaczęła głośno krzyczeć.
- Spokojnie, nic się nie dzieje - uspakajała ją Felishia. Brittany patrzyła na nie z wielkim strachem w oczach i szybko oddychała.
- Widziałam ich. To było makabryczne. Powiedział, że tak łatwo się go nie pozbędę - powiedziała szybko przerażonym głosem.
- Co widziałaś? Kto Ci to powiedział? - Zapytała Sierra.
- Ten duch. Pokazał mi piekło. Nie zapomnę tego do końca życia - powiedziała jednym tchem Brittany.
- Jak to? Jak? - spytała Felishia.
- Nagle znalazłam się w jakimś przerażającym mieście. Wszystko w kawałkach ludzkiej skóry, wnętrzności i żył. Walało się wszędzie. Byli w nim ludzie. Nieludzko krzyczeli, jakby ktoś zadawał im niewyobrażalne cierpienie. Po chwili zobaczyłam, jak w jakiejś uliczce jakiś stwór zjada ludzką nogę. Wyrwaną. Na jej końcu wystawała kość. Trzymał ją jak lizaka. Wyglądał jak jakiś zmutowany jaszczur po Czarnobylu. Z głowy wystawała mu ręka ze szponami. W kroczu miał trzecią nogę. Siedział w jakimś okropnym, glutowatym, zielonym płynie. Myślałam, że się zrzygam. Na drugim końcu ulicy było widać, jak jakiś starszy facet wydłubuje sobie oczy. Drugi, nożem, jeździł mu w ręce i się cieszył. Dwa metry od nich jakiś siedmioletni chłopiec wiercił wiertarką w głowie kobiety. Krew bryzgała na wszystkie strony. Odwróciłam się, bo nie mogłam na to patrzeć. Pięć metrów za mną stał jakiś genetycznie zmutowany człowiek podobny do goryla, tygrysa i świni. Pomachał do mnie. Zaraz potem wyszli zza budynku jeszcze bardziej zmutowani ludzie. Rzucili się na wisielca na drzewie. Dalej było jeszcze gorzej, chcę to wymazać z pamięci.
Dziewczyny były przerażone. Brittany zaczęła się ostro kiwać w przód i w tył patrząc pustym wzrokiem przed siebie. Nagle usłyszały hałas nad sobą i o mało ciężka lampa nie spadła prosto na nie. Nagle oczy Brittany zrobiły się czarne, jej mina była przerażająca, wyrażała wielką złość. Gwałtownie odwróciła głowę w kierunku Felishii i powiedziała szybko demonicznym głosem:
- Ansesirinikam. Du quru pimoteniri. Dziewczyny krzyknęły przerażone. Brittany się szybko psychicznie zaśmiała. Po czym zemdlała.

-----

- Ale tu czuć wilgocią i brudem - powiedziała Megan. Stały przy zamkniętych drzwiach w domu.
- Popsikaj się moimi perfumami, długo i intensywnie pachną. Ja chyba zrobię to samo - odpowiedziała Jenna.
Popsikały się, po czym ruszyły na trzecie piętro. Na podłodze było pełno petów i szkła po butelkach. Wszędzie była tona kurzu.
- Zajrzyjmy najpierw do ostatnich pokoi? Tak zawsze robią na horrorach, będzie czuć klimat - powiedziała Megan.
- Okej.
Poszły do pokoju po lewo. Na ścianach odpadała farba, w kątach były pajęczyny.
- Jak w prawdziwym strasznym domu - powiedziała Jenna z uśmiechem.
- Ciekawe, jaką ten dom ma historię.
- Na pewno ciekawą. W końcu nie bez powodu stał pusty przez 93 lata.
- Zrobisz mi zdjęcie przy tej najbardziej obdrapanej ścianie?
- No. Będzie super słitfocia haha.
Stanęła pod ścianą i zrobiła dzióbka.
Nagle usłyszały coś piętro niżej.
- Ej, co to było? - spytała Jenna.
- Kurde, ktoś tu jeszcze jest, może jacyś chuligani.
- A może coś spadło?
- To bardziej brzmiało, jakby ktoś się o coś walnął.
- Kto by o tej godzinie zwiedzał pusty dom?
- Może to jakiś żul.
- Możemy sprawdzić, a w razie czego to potraktujemy go gazem, bo wzięłam.
- No dobra, ale Ty idziesz pierwsza.
- Okej.
Zeszły po cichu na drugie piętro. Podchodziły na palcach do pokoju na końcu. Zajrzały do niego i zalał je strach i panika. Na podłodze czołgał się jakiś biały stwór podobny do człowieka. Nie miał oczu ani nóg. Krzyknęły i zaczęły uciekać w stronę wyjścia. Gdy zeszły na dół zobaczyły, że w miejscu, gdzie powinny być drzwi wejściowe, jest ściana.
- Okno - rzuciła Jenna. Wyjęła szpilki z torby i zamachnęła się na szybę obcasem. Pękła, lecz za sekundę znów była cała.
- Co to jest do diabła? - powiedziała przerażona Megan.
- Nie wiem, ale wiem jedno. Trzeba stąd jakoś jak najszybciej zwiać.
Usłyszały, jak coś do nich idzie. Odwróciły się i krzyknęły. W ich kierunku szedł blady stwór z sześcioma rękami, na których się poruszał.

-----

Neosha, Bryn, Ayana, jack i Harry byli licealistami. Mieli szesnaście lat. Postanowili w piątek wieczorem wybrać się do lasu i zrobić ognisko. W planach mieli też zostać tam na noc. Las był bardzo daleko od miasta. Rodzice pozwolili im na kilka dni poza domem. Nikt nie zapuszczał się do tego lasu od lat. Przyjechali czarnym jeepem Bryn. Rozstawili namioty, ustawili pięć krzesełek przy drewnie i rozpalili ognisko. Zaczynało się już ściemniać. Gadali o szkole, znajomych, wakacjach i pili alkohol i palili.
- Ja to ostatnio byłam w lesie jakieś pięć lat temu u babci na wsi. Dobrze, że wyjechaliśmy tu, bo stęskniłam się za tym klimatem - powiedziała Ayana.
- Ja się stęskniłem za takimi ogniskami z przyjaciółmi - odparł Harry i zaciągnął się Marlboro.
- No, jest co wspominać - powiedziała Bryn.
- Ciekawe, czemu tu nikt nie chodzi - powiedział Jack.
- Pewno ludziom się nie chce cztery godziny jechać na odludzie - odparła Neosha i otworzyła piwo - i dobrze, bo nikt nam nie będzie przeszkadzał.
- Tobie i Jackowi czy wszystkim? - zaśmiał się Harry.
- I to i to - zaśmiała się Neosha. Napiła się szampana z butelki.
- A jak się upijemy, to zaczniemy tańczyć dla chłopaków hahaha - zaśmiała się Ayana.
- W sumie to nie głupi pomysł - uśmiechnęła się Bryn.
- Serio? - spytał Jack.
- Nawet teraz możemy - powiedziała Ayana. Wstały i zaczęły tańczyć.
- Oj będzie co wspominać - zaśmiała się Naeosha - Ale ja na razie wolę popić. Dla mnie też możecie tańczyć hahah.
Śmieli się i gadali, Bryn i Ayana tańczyły. Nagle coś się poruszyło w krzakach 8 metrów od nich.
Dziewczyny przestały tańczyć i spojrzały się na krzaki.
- Kurde, tam ktoś jest - powiedział Jack.
- Mówiliście, że tu nikt nie chodzi - zlękła się Neosha.
- Bo nie chodzi. Ale teraz ktoś postanowił zrobić wyjątek - odparł Jack.
- Macie gaz łzawiący? - szepnął Harry - pójdę zobaczyć i przepędzę gnoja.
- Ja mam - powiedziała Bryn. Wyjęła gaz z torebki i dała go Harry'emu.
- Tylko uważaj - szepnęła Ayana.
- W razie co, to Cię ubezpieczam - powiedział Jack i wstał. Podszedł ostrożnie do krzaków. Nawet nie wiedział, jaki błąd popełnił.

 

CDN :)


  • -2

#1599

Glossy Lady Blair.
  • Postów: 8
  • Tematów: 1
  • Płeć:Kobieta
Reputacja Kiepska
Reputacja

Napisano

Mia biegła po schodach na górę. Gdy wchodziła na drugie połączenie schodów, obraz wiszący na ich końcu spadł. Krzyknęła i przystała na chwilę.
- Spokojnie, to tylko obraz, to w porównaniu do wcześniejszych zdarzeń jest najmniej straszne - powiedziała sobie w myślach. Pobiegła nimi i znalazła się w korytarzu na drugim piętrze. Przez jego środek ciągnął się granatowy dywan. Weszła do pierwszego pokoju na prawo i zamknęła drzwi. Oparła się o nie plecami i wydyszała się. Wyjęła z kieszeni w spodniach agrafkę i zamknęła drzwi na zamek. Poczuła się nieco bezpieczniej. Wyjęła telefon i zerknęła na ekran. Brak zasięgu. Schowała telefon do kieszeni i usiadła na czerwonym zakurzonym fotelu. Myślała o tym, kiedy uda się jej wrócić do domu. Zerknęła na godzinę w telefonie. Była 22. Gdy chciała schować telefon, zobaczyła stojącą przed nią panią Samathę.
- Dziecko, uciekaj stąd, oni będą Cię ścigać, dopóki nie zabiorą Twojej duszy i nie uwiężą jej w tym szpitalu.
Mia chciała coś powiedzieć, ale jej uwagę zwrócił dźwięk na korytarzu. Zabrzmiało, jakby ktoś jeździł gwoździem po ścianie rysując coś. Usłyszała to samo nucenie, który Mike słyszał w toalecie. Nagle dźwięk ustał. Mia zobaczyła przez szparę u dołu drzwi, jak jakiś cień przechodzi z głębi korytarza do schodów. Duch pani Samanthy stał i patrzył się w podłogę. Mia nie czuła się już tak bezpiecznie nawet pomimo zamkniętych na zamek drzwi. Marzyła, żeby to wszystko się już skończyło. Nagle poczuła, że musi iść za potrzebą. Stres u niej powodował częste sikanie. Podeszła powoli do drzwi i zerknęła przez szparę u dołu drzwi. Nie było żadnych stóp ani cieni. Chciała spytać się pani Samanthy, jak można się stąd wydostać, ale gdy się odwróciła, jej już nie było. Pęcherz naglił. Otworzyła drzwi i uchyliła je. Korytarz był pusty. Otwarła drzwi i wychyliła głowę. Spojrzała w lewo, nikogo nie było. Wyszła z pokoju i kierowała się do łazienki, gdy nagle spostrzegła, co było na jednej ze ścian. Na samym jej środku widniał napis ''Zostaniesz z nami na zawsze'' wyryty gwoździem. Mia przeraziła się. Jej oddech był szybki i głośny. Cofnęła się i oparła o ścianę plecami. Napis był wykonany dziecięcym pismem. Gdyby nie pęcherz, pewnie usiadła by z bezsilności. Po chwili doszła do siebie i poszła szybkim krokiem w stronę toalety. Weszła do niej i wybrała pierwszą kabinę. Zdjęła spodnie i majtki i usiadła na desce. Nagle usłyszała jakiś dźwięk w klozecie. Wstała i gdy spojrzała do środka, zmroziło ją. W środku bulgotała krew. Z oczami pełnymi strachu szybko podciągnęła spodnie, odwróciła się i popchnęła drzwi od kabiny. Wrzasnęła, gdy zobaczyła odbicie lustra.

-----

- Pamiętasz, co robić? - zapytała się Blair Maggie, pacjentki, która była w sali najdalej dyżurki.
- Jasne - odpowiedziała jej dziewczyna. Było grubo po północy. Najlepsza pora, żeby zwiać ze szpitala.
- Dobra, to za minutę zaczynaj - poleciła dziewczynie Blair. Pobiegły z Madi do swojej sali. Założyły plecaki na plecy i czekały za rogiem przy drzwiach. Usłyszały wrzask Maggie. Po chwili przybiegł do niej opiekun z dyżurki. Gdy wchodził do sali Maggie, dziewczyny były gotowe.
- Goł - rzuciła Blair. Otworzyły drzwi swojej sali i cicho wyszły. Madi poszła do dyżurki i przycisnęła przycisk otwierający drzwi na ich oddział. Opiekun usłyszał dźwięk otwierania drzwi i biegł w stronę dziewczyn. Blair popchnęła drzwi i przytrzymała. Madi zobaczyła biegnącego opiekuna. Pobiegła do niej i wyszły z oddziału, szybko zamykając drzwi. Opiekun wyjął klucze i otwierał drzwi, kiedy dziewczyny były już na końcówce schodów. Usłyszały otwierające się drzwi i wołania opiekuna, żeby się zatrzymały. Wybiegły ze schodów do hallu. Pani w recepcji widząc dziewczyny wstała i chciała je zatrzymać, ale kiedy wyszła z niej, dziewczyny już otwierały drzwi wyjściowe. Wybiegły na ścieżkę szpitalną. Będąc w jej połowie, usłyszały wołania za nimi. Przyspieszyły i otworzyły drzwi bramy. Wybiegły z niej i podążały chodnikiem na prawo. Przebiegły kilka ulic i znalazły się na stacji pociągów. Po 30 sekundach usłyszały nadjeżdżający pociąg.
- Wsiadamy - powiedziała Blair. Gdy pociąg się zatrzymał wsiadły do niego i zamknęły się w ubikacji. Siadły na zamkniętej desce od klopa i się wydyszały.
- Za kilka stacji musimy wysiąść. Trzeba złapać pociąg do centrum - powiedziała Blair.
- W centrum jest najwięcej policji, mogą nas złapać.
- Na stacjach nie chodzi policja. Musimy stamtąd złapać pociąg do New Jersey. W Nowym Jorku będą nas szukać.
- Ile masz kasy?
- Spoko, zwinęłam temu bogatemu Damianowi 3 tysie. Starczy na długo.
Przed nami i tak nie uciekniecie. Przyjdzie czas, że skończycie tak jak ten japończyk, tylko w szambie pełnym ludzkich części hahahahaha.
- No fajnie, jeszcze ich nam brakowało - powiedziała zirytowana Blair.
Jeszcze zatęsknisz za nami, gdy zobaczysz, co potrafią zrobić inni wyżej od nas. A tymczasem rozkoszuj się spokojem, który jeszcze masz. Ale nie na długo.
- Blair, mówiłam, że będzie coraz gorzej - powiedziała Madi cicho. Spojrzała na koleżankę, a w jej oczach zobaczyła same białka. Z jej ust lała się krew. Madi wrzasnęła.
- Madi, co się stało? - zapytała zaniepokojona Blair. Nagle twarz Blair znów wyglądała normalnie.
- Halo, czy wszystko w porządku? - Jakiś facet zapukał do drzwi kibla.
- Tak tak, wszystko okej, po prostu zauważyłam w swojej kupie robaki, a mam lęk przed tym obrzydlistwem - odpowiedziała facetowi Blair - Nic się nie stało proszę pana, dziękuję za troskę.
Madi siedziała skulona na podłodze. Trzęsła się. Blair kucnęła przy niej.
- Co się stało? - spytała Blair.
- Musimy jak najszybciej znaleźć tych księży i odprawić ten egzorcyzm. Bo to przekracza wszystko. Nie wiemy, co się dalej stanie. A potem może być za późno - powiedziaała Madi.

-----

Brookie ujrzała trzy osoby w korytarzu przy drzwiach. Ich oczy były czerwone, nie miały źrenic, tylko białe, duże kółka. Patrzyli na nią jak zwierzę na swoją ofiarę.
- Dobra, opanujmy się, bo nic nam nie zostanie - odezwała się blondynka, która otworzyła drzwi.
- Racja - odparł dobrze zbudowany chłopak. Ich wzrok zmienił się na normalny, lecz oczy pozostały takie same.
- To którą najpierw? - Zapytała brunetka stojąca za chłopakiem.
- Przytomną. Tamta może gorzej smakować. Jak się ocknie, będzie smaczniejsza - odparł chłopak. Brookie oblał zimny pot. Lęk przed tym, co jej zrobią ją sparaliżował. Podeszli do niej, blondynka podciągnęła jej rękaw, chłopak z tyłu przechylił jej głowę na bok, brunetka jednym ruchem rozdarła jej spodnie na udzie. Chłopak powąchał jej szyję.
- O kurde, takiej dobrej krwi właśnie potrzebowałem - W ułamku sekundy zatopił kły w jej szyi. Brookie wrzasnęła z bólu. Dziewczyny zatopiły zęby w jej nodze i ręce. Wiła się z bólu i krzyczała na całe gardło. Poczuła smród krwi. Swojej krwi. Smród był tak intensywny, jak w punkcie pobrań. Poczuła, jak robi jej się słabo. Te męki trwały trzy minuty. Brunetka gwałtownie oderwała głowę od nogi Brookie. Jej wzrok był taki przerażający. Miała ogromne, długie kły, całe we krwi Blair. Jej mina nie przypominała miny człowieka. Przypominała minę kogoś szalonego, kto dostał to, czego mu długo brakowało. Brookie przeraził ten widok. Po chwili poczuła, jak kły blondynki wychodzą z jej żyły. Chłopak szarpnął jej żyłą, gdy skończył pić. Brookie zawyła z bólu.
- Nie ma to jak po dłuższej przerwie w pożywieniu dostać taki rarytas - powiedział chłopak ocierając brodę z krwi.
- Musiała zdrowo jeść. No i to zero minus, tak rzadko spotykane. Po prostu delicje. Nie piłam tak dobrej krwi od dwustu lat.
Nagle rozległy się czyjeś kroki w korytarzu. Po chwili w drzwiach pojawiła się szesnastoletnia dziewczyna.
- Ładnie to tak się posilać bez poinformowania bardziej spragnionych? - Zapytała dziewczyna - Macie szczęście, że chłopaki śpią.
- Właśnie dlatego im nie powiedzieliśmy - Odparła brunetka - Wiemy, że są wyczerpani. Jak się obudzą to od razu poczują i sami tu przylecą.
- Zostawcie nas same, chcę się z nimi przywitać - Powiedziała dziewczyna w drzwiach.
- Spoko, tylko nie przeraź dziewczyny, miała dzisiaj dużo wrażeń - Odparła blondynka. Ich trójka wyszła z pokoju. Dziewczyna zamknęła drzwi i odwróciła się do Brookie.
- No siema. Mam na imię Kim, ale możesz mi mówić Kimi. Jak widziałaś, moi przyjaciele są wampirami. Ja to trochę skomplikowana sprawa. Widzisz, jestem półwampirem. Mój ojciec był wampirem, ale moja matka człowiekiem. Podczas, gdy w moich przyjaciołach płynie niebieska krew, w moich płynie fioletowa. Mieszanka krwi niebieskiej i czerwonej. Widzisz, mamy coś wspólnego - Uśmiechnęła się - Zamieszkasz z nami na kilka lat. Zrobimy symbiozę. My będziemy Ci dawać za darmo dobre żarcie i picie, a Ty dasz trochę swojej krwi. No, właściwie to nie bezpośrednio. Rozwiążemy Cię i damy ten pokój. Wiązać Cię będziemy tylko na porę pożywienia, żeby było wygodnie pić. To wszystko tyczy się też Twojej koleżanki. Czasem do Ciebie przyjdę, jak Ci się będzie nudziło. Masz jakieś pytania?
Blair przeraziła wizja pobytu tutaj na kilka lat.
- Skoro jesteś półwampirem, to czy też pijesz krew?
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
- A jak myślisz?
Brookie straciła przytomność. Jedyne, co ujrzała przed tym, to twarz dziewczyny tuż przy jej twarzy, uśmiechającej się szeroko z wielkimi kłami.

-----

Jade ocknęła się kilka godzin później. Leżała przywiązana do łóżka. Poczuła, że szczypie ją paznokieć. Cały palec u prawej stopy jej pulsował. Po chwili zorientowała się, że nie ma na nim paznokcia. Usłyszała kroki zbliżające się do pokoju.
- Ooo, nareszcie moja pszczółka się obudziła. Ile można spać kochanie? Wiem, że po zabawie jesteś zmęczona, ale przygotowałem dla Was kolację. Nabierzesz sił kwiatuszku - Wyjął tą samą strzykawkę z kieszeni, co rano - Ten mały zabieg już znasz słońce - Wbił jej igłę w udo - Twoja przyjaciółka już jest na miejscu. Brakuje tylko Ciebie - Wyjął strzykawkę z jej uda - Poznacie Emily, moją perełkę, która jest ze mną od czterech miesięcy. Nie chciałem, żeby bawiła się tylko ze mną. Dlatego przyniosłem Was tutaj - Odpiął pasy - Wiesz, Emily jest małomówna, ale to nie znaczy, że Was nie lubi - Przełożył ją sobie przez ramię. Zaczął iść korytarzem - Mało je, bo się odchudza. Jest bardzo szczupła - Otworzył drzwi - Już niedaleko - Szedł przez trawę - To tutaj, złotko. Chciałem, żeby było romantycznie - Posadził ją na krześle - Dziewczynki, poznajcie się - Przywiązał Jade - Oh, Twoja przyjaciółka jeszcze śpi po zabawie - Jade spojrzała na Farah - była nieprzytomna, jej głowa opadła na ramię. Mężczyzna podszedł do niej - No gwiazdko, obudź się, już jesteśmy - Poklepał ją w policzek. Farah się ocknęła. Zaczęła krzyczeć. Obok niej posadzony był trup kobiety w średnim stopniu rozkładu - Już dobrze bączku, to był tylko zły sen, jesteśmy z Tobą - Pogłaskał ją po głowie - Widzisz Emily, nasza druga gwiazdka tak jak ja jest poruszona Twoim stanem. Zdecydowanie musisz ciut więcej jeść - Powiedział do trupa - No laleczki, czas na kolację - Usiadł na krzesle - Przygotowałem dla Was coś specjalnego - Uniósł przykrywkę nad talerzem - Dla naszej czarnowłosej pszczółki przyszykowałem wątróbkę - Na talerzu leżała ludzka wątroba. Jade zrobiło się niedobrze. Farah czuła obrzydzenie na myśl, że to dla niej - Dla naszej brązowowłosej ślicznotki mamy nereczki - Podniósł pokrywkę, na której były ludzkie nerki w panierce - A dla Ciebie kotku mamy płucka - Podniósł przykrywkę przed trupem kobiety. Były na nim ludzie płuca w częściach - Ja zjem sobie móżdżek. Zielone jedzenie jest dobre na odchudzanie, a mi się ostatnio przytyło - Zaśmiał się - Kiedy już zjemy, podzielimy się deserem - zaczął kroić mózg i zjadał go ze smakiem - Czemu nie jecie dziewczyny? Ach rozumiem, boicie się, że utyjecie, tak samo jak Emily - uśmiechnął się - Złotko, zjedz coś, bo nie jadłaś nic od trzech tygodni - Wstał i podszedł do trupa - No dalej kochana, jemy - wziął na widelec kawałek płuca i zbliżył do ust nieboszczki - No dobrze, to ja zjem jeden kawałek, a Ty drugi - Wziął go do ust - Mmmm, delicje - Powiedział z pełną buzią - Teraz Twoja kolej - Nadział na widelec kolejny kawałek i przyłożył trupowi do ust. Kawałek spadł - Oj kochana, znowu wypluwasz jedzenie - Pokręcił głową - No dobrze, nie będę Cię zmuszał - Wstał i podszedł do Jade - I jak pszczółko, smakuje? - Pomasował jej tył głowy - Chyba Ci nie smakuje - Wziął kawałek swojego dania do ręki - Zjedz dla mnie słońce. Kolejne jedzenie będzie za tydzień - Jade nie chciała umrzeć z głodu, więc wzięła kawałek do buzi - Oooo, jak ładnie - Poklepał jej głowę jak psu. Jade miała ochotę zwymiotować - Iiii połykamy - Połknęła i poczuła, jak jej się zbiera. Mężczyzna podszedł do Farah - No i na koniec Ty moje śliczności. Była tak zmęczona, że nawet nie protestowała - Braaawooo! - Mężczyzna pogłaskał ją po głowie. Jade odwróciła głowę na prawo i zwymiotowała - Ojojoj, mojej małej coś zaszkodziło. Oby to nie była grypa żołądkowa - Podszedł do Jade i trzymał jej włosy. Farah w tym czasie wypluła to, co miała w buzi na trawę. Trup kobiety zleciał z krzesła - O matko, Emily - Podbiegł do nieboszczki - Kochanie, ocknij się. Dziewczyny wymieniły zmęczone psychicznie spojrzenia - Dziewczynki, zostańcie chwilę same, muszę zanieść Emily do pokoju, biedactwo zemdlało - Wziął trupa przez ramię - Zaraz wracam kochane - Poszedł z nieboszczką do domu.
- Musimy mu uciec - Powiedziała Farah - Bo inaczej same zwariujemy.
- Ale jak? - Spytała Jade.
- W kieszeni mam mały nóż, spróbuje go dosięgnąć.
- Pospiesz się, on zaraz wróci.

-----

Brittany obudziła się po godzinie. Jej koleżanek nie było.
- Ej dziewczyny, gdzie jesteście? - zawołała.
- Już idę - Zawołała Felishia. Przybiegła do koleżanki - Szukałam jakiegoś wyjścia, chciałyśmy wezwać pomoc, byłaś nieprzytomna ponad godzinę. Ktoś zamknął to wejście, którym weszłyśmy.
- Co się stało? Nic nie pamiętam. Ostatnie, co kojarzę to to, że opowiadałam Wam o tych okropnościach.
- Coś w Tobie było... Powiedziało jakieś słowa w dziwnym języku, a potem się zaśmiało jak psychiczny demon - Powiedziała Felishia ze strachem w oczach - Dobrze, że nic Ci nie jest.
- Wydaje mi się, że uwolniłyśmy złego ducha. Felish, boję się.
- Masz jakiś łańcuszek z krzyżykiem?
- Nie, ale Sierra ma.
- Właśnie, gdzie ona jest?
- Poszła szukać w drugiej części fabryki. Tylko długo nie wraca - Zmartwiła się.
- Musimy pójść ją poszukać. Może się przewróciła i zwichnęła kostkę czy coś.
Felishia pomogła wstać koleżance i ruszyły wgłąb fabryki. Szukały pół godziny, ale nigdzie jej nie widziały. Poszły do ostatniego pomieszczenia, gdzie jeszcze nie były.
- Sierri - dziewczyny zauważyły ją w kącie najdalej od wejścia do pomieszczenia. Sierra siedziała po turecku z pochyloną głową do dołu. Jej twarz zasłaniały włosy. Briitany odgarnęła jej włosy na bok. Dziewczyny krzyknęły i odskoczyły. Oczy Brittany były całe białe, bez źrenic, a z jej ust wydobywała się piana. Po chwili oczy dziewczyny zrobiły się czerwone, spojrzała na nie i gardłowym głosem powiedziała głośno:
- Nahisu id kuneri! Wehalabam!
Brittany po chwili opadła na podłogę. Po minucie otwarła lekko oczy i kaszlnęła. Podeszły do niej.
- Sieri, jak się czujesz? - Felishia postawiła ją w pozycji siedzącej.
- Słabo mi. Co ja mam na sobie? - Popatrzyła na swoje ciuchy. Były całe w pianie.
- Sierra, spotkało Cię to samo, co Brit - powiedziała Felishia - Znowu słyszałyśmy te słowa w dziwnym języku.
- O mój Boże, to jest okropne - Powiedziała Sierra ze strachem w głosie.
- Myślałam, że krzyżyk powinien odstraszać złe duchy - powiedziała Brittany.
- Właśnie, a gdzie jest mój łańcuszek? - Sierra zobaczyła, że nie ma go na szyi. Po chwili dziewczyny zobaczyły, że leży rozerwany w pianie.
- Co on robi w tym dziadostwie? - Zdziwiła się Brittany.
- Nie wiem, ale wiem jedno: trzeba stąd jak najszybciej wiać do kościoła. Tam spytamy się księdza, jak możemy się tego ducha pozbyć - powiedziała Sierra.

-----

Megan i Jenna zaczęły uciekać drugimi schodami. Potwór został na parterze. Weszły na trzecie piętro i zamknęły się w pierwszym pokoju na lewo.
- Co to kurde było? - Megan podniosła głos.
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć.
- Musi być stąd jakieś wyjście.
- Zadzwonię do Michaela, niech zawiadomi policję - Jenna wyjęła telefon. Otworzyła klapkę i zobaczyła, że nie ma zasięgu.
- No extra, brak zasięgu - Zirytowała się.
- Co my teraz zrobimy?
- Nie wiem, co zrobimy, ale wiem, co musimy zrobić teraz. Musimy znaleźć coś, czym się będziemy bronić. Trzeba przeszukać pokój.
Jenna podeszła do szafki i zaczęła szukać. Megan chciała sprawdzić szafę. Przekręciła klucz i otworzyła. Krzyknęła przerażona. Z szafy wypadł na nią nagi człowiek, a raczej coś podobnego do człowieka. Miał zabandażowaną całą twarz, a w miejscu przy oczach bandaż przesiąknięty był ciemną, zaschniętą krwią. Nie miał rąk. Jego kształt głowy przypominał nierówną skałę. Z pleców wystawała mu krótka ręka, a na nodze miał wielką szynę, a pod jego skórą w tym miejscu coś się ruszało. Dziewczyny wybiegły z pokoju i zamknęły się w łazience.
- Ja już nawet nie chcę myśleć, co jeszcze tu zobaczymy - Powiedziała przerażona Megan.
- W razie czego znalazłam jakiś duży nóż.
- Chociaż tyle dobre.
- Jak my się stąd wydostaniemy? - Spytała Jenna bez nadziei.
- Może te drzwi znikają i pojawiają się o określonych porach.
- To jest jakieś wariactwo. Nie chcę nawet się zastanawiać nad tym całym chorym domem.
- Musimy coś wymyślić. Jeśli stąd nie wyjdziemy, to prędzej czy później nas zabiją.
Nagle usłyszały za sobą jakiś ruch. Megan wzięła do ręki belkę od suszarki, która była na podłodze. Jenna miała w ręku nóż. Megan powoli odsłoniła zasłonę prysznicową. Wrzasnęły. W wannie leżał jakiś zmutowany człowiek w jakiejś żółto zielonej mazi. Miał twarz podobną do nietoperza, cztery palce u rąk, na których były długie szpony i długi szczurzy ogon. Stworzenie prychnęło na nie jak kot. Sparaliżowana strachem Jenna upuściła nóż. Dziewczyny wybiegły z toalety. Pobiegły w kierunku schodów i zatrzymały się na korytarzu na pierwszym piętrze. Gdy spojrzały do jednego z pokoi, zamarły. Stali tam dwaj mali mężczyźni połączeni w jednego człowieka. Patrzyli się na nie spokojnie z uwagą. Pobiegły do pokoju na środku korytarza. Zamknęły drzwi i stojąc do nich plecami przytrzymywały je, w razie, jakby coś chciało do nich wejść.

-----

Jack powoli zbliżał się do krzaka. Nagle wyskoczył z niego stwór wyglądający jak wilkołak z Harrego Pottera, tylko o wiele większy i paskudniejszy. Skoczył prosto na Jacka, przewracając go na plecy i jednym ruchem odgryzł mu głowę i rzucił ją pyskiem na bok. Nastolatkowie zaczęli uciekać. Neosha i Bryn pobiegły w lewo, a Harry z Ayaną na prawo. Potwór stojąc na ciele Jacka zawył głośno, unosząc łeb ku górze. Zszedł z niego, złapał zębami za nogę i pociągnął w głąb lasu w przeciwnym  kierunku, niż uciekli młodzi.
Harry i Ayana biegli jakąś leśną ścieżką. Gdy zorientowali się, że potwór ich nie goni, przystanęli przy jakimś dużym kamieniu.
- Co to kurde było? - Harry ledwo dyszał.
- Nie wiem. Myślałam, że takie stworzenia są tylko na filmach - Serce waliło Ayanie jak oszalałe.
- No to teraz wiadomo, czemu nikt tu nie jeździ.
Nagle usłyszeli, że coś biegnie w ich kierunku.
- Za kamień - Rzucił Harry. Schowali się. Słyszeli coraz głośniej czyjś bieg. To nie był bieg człowieka. Nie mógł być to również tego, co zobaczyli. Tamten stwór był o wiele chudszy. To coś zbliżało się. Harry z daleka  zobaczył, że to coś jest mniejsze od tamtego potwora i ma futro. Przebiegło obok kamienia. Ayana spostrzegła, że ma ogon. Kiedy to coś się oddaliło, wyszli zza kamienia.
- Co to jest?! Jeszcze jeden?! Co to kurde, las wilkołaków?! - powiedział głośno Harry.
- Cicho, bo nas usłyszy.
- Chciałem wyjechać do lasu, żeby odpocząć, a tu wyskakują jakieś stwory, mój przyjaciel nie żyje i nie wiadomo, czy i ja tak nie skończę.
- Nie skończysz. Przesiedzimy tu do rana, znajdziemy dziewczyny i odjedziemy stąd.
- Nie wiadomo, czy jeszcze się coś nie wydarzy.
Nagle coś zaszeleściło nad nimi. Spojrzeli w górę. Dojrzeli żółte, wpatrujące się w nich ślepia. Dostrzegli machający koci ogon zakończony jak u jaszczurki.
- Zwiewamy - Powiedział harry. Zaczęli uciekać dalej po ścieżce. Zwierzę zeskoczyło z drzewa i ruszyło za nimi. Uciekali przez około dwudziestu minut, kiedy zwierzę nagle zatrzymało się wydająć dźwięk duszenia się z braku powietrza. Zwolnili, lecz nie przestawali biec. Przed nimi pojawiło się rozwidlenie drogi.
- W lewo - rzuciła Ayana. Nie zdawała sobie sprawy, jak zły był to wybór...

-----

- Daleko to jeszcze?
- Jeszcze 5 kilometrów.
Parla i Cassandra jechały zwiedzić stary, opuszczony zamek, o którym istnieniu miała pojęcie niewielka ilość ludzi. Siedemnastoletnie siostry powiedziały rodzicom, że jadą z przyjaciółmi na biwak za miasto. Jechały już 4 godziny.
- Pogoda klimatyczna - Powiedziała Cassandra. Od dwóch godzin była burza i nieźle lało. Wycieraczki na szybie chodziły bez przerwy.
- To chyba dobrze - Parla zwolniła, bo wjechały na nierówną drogę.
- Bardzo dobrze. Marzyłam od lat, żeby w taką pogodę zwiedzić coś opuszczonego.
- Będzie fajnie. Najbardziej super będzie spanie na poddaszu, słuchając, jak deszcz leje na dach.
- To będzie najlepsze. Mam tylko nadzieję, że Justin się nie wygada rodzicom.
- Niech tylko spróbuje, to już nigdy nie zrobię za niego porządków w jego pokoju.
Nagle usłyszały przebicie opony. Samochód zwalniał, aż w końcu stanął.
- Ocho, koniec grzania tyłka w samochodzie, dalej trzeba z buta - Powiedziała Parla.
- To jak my wrócimy do domu?
- Spokojnie, zadzwonię po Justina i po nas przyjedzie.
Dziewczyny założyły kaptury, wysiadły z auta i zamknęły drzwi. Spojrzały pod samochód. W oponie tkwił kawałek jakiegoś prętu.
- Kolejny wydatek - Westchnęła Parla - Najgorzej, jak piorun rąbnie w drzewo, a ono przewróci się na moje nowiutkie, kochane BMW.
- Może nie rąbnie. Chodź, weźmiemy plecaki i torebki i idziemy.
Siostry wyjęły potrzebne rzeczy i ruszyły ścieżką. Po 10 minutach Parla kątem oka zauważyła jakiś ruch za wielkimi krzewami.
- Ej Cass, coś widziałam - szepnęła Parla.
- To pewno jakaś sarna, czy coś - powiedziała cicho Cassandra.
- Jak na sarnę to było za szybkie. Poza tym sarnę byłoby słychać - Wyszeptała przestraszona Parla.
- Pójdę sprawdzić, a Ty bądź w razie czego za mną.
- Jasne - Parla wyjęła z kieszeni scyzoryk i dała siostrze. Powoli podchodziły w stronę krzewu. Cassandra trzymała przed sobą scyzoryk i zbliżała się do miejsca, gdzie wskazała Parla...

 

CDN :)


  • -2

#1600

Glossy Lady Blair.
  • Postów: 8
  • Tematów: 1
  • Płeć:Kobieta
Reputacja Kiepska
Reputacja

Napisano

Mia była wstrząśnięta i przerażona tym, co ujrzała w odbiciu. Za nią stała kobieta w białej, podartej sukience, połowa jej twarzy gniła, a na drugiej połowie widać było szkielet twarzy. Kobieta uśmiechała się do niej psychicznie. Mia krzycząc wybiegła z toalety. Gdy popchnęła drzwi do wyjścia z wuceta, patrząc w stronę toalet, poślizgnęła się na czymś. Upadła na plecy i poczuła, że jest w jakiejś cieczy. Krzyknęła głośno przerażona. Leżała we krwi. Podniosła się i pobiegła do ostatniego pokoju na prawo. Zamknęła drzwi i usiadła tyłem do nich oddychając nierówno. Schowała głowę w kolana i brała głębokie wdechy. Po minucie trochę się uspokoiła. Gdy uniosła głowę, poczuła lęk i bezsilność. Przy oknie stała ośmioletnia, czarnowłosa dziewczynka patrząca się na nią. Po chwili zaczęła podchodzić w stronę Mii. Dziewczyna czuła niemoc i silne psychiczne zmęczenie. Zamknęła oczy. Chciała się od tego odciąć. Chociaż wzrokowo. Poczuła zimny oddech na prawym policzku.
- Już niedługo - usłyszała przy uchu szept dziewczynki.
- Czego chcecie? - spytała załamującym sie głosem.
- Ciebie. Twojej duszy.
Mia zaczęła się trzęść. Była na skraju załamania nerwowego. Wizja tego, co może się jeszcze stać ją przerażała. Bała się o siebie i Mike'a. O to, co się stanie z ich duszami, jeśli tu umrą. Przychodziły jej do głowy najgorsze myśli. Pogrążyła się w tych myślach na kilka minut. Przestraszona wizjami swojej przyszłości, nie chciała już dłużej o tym myśleć. Od ostatniego zdania wypowiedzianego przez dziewczynkę nie słyszała już nic niepokojącego i nie czuła jej oddechu na policzku. Uniosła głowę i rozglądając się po pokoju zauważyła, że jest pusty. Postanowiła wrócić do Mike'a i spróbować złapać zasięg. Wstała, otworzyła drzwi i zaczęła iść w stronę schodów. Gdy zbliżała się do środka, zobaczyła, że napis na ścianie jest jakiś ciemniejszy. Gdy podeszła bliżej, zamarła. Napis był napisany krwią. Zaczęła się cofać, chciała uciec z powrotem do pokoju, odwróciła się i wrzasnęła. Stała twarzą w twarz z kobietą bez oczu. Z jej oczodołów leciała krew. Cofała się i zaczęła biec po schodach. Obrazy na ścianach same spadały. Mia potknęła się na schodach i upadła do przodu. Uderzyła głową o kant schoda i zjechała ze schodów. Z jej czoła ciekła krew.

-----

- Postaramy się jak najszybciej dotrzeć do jakiegoś kościoła w New Jersey - Powiedziała zmartwiona Blair.
- Koniecznie Blair. Oni pokazali mi Twoją twarz z czarnymi oczami, z których leci krew. Ja tego dłużej nie zniosę - Madi zapłakała i schowała twarz w dłoniach. Blair się przeraziła nie na żarty.
- Madi, będzie dobrze - Blair zaczęła głaskać Madi po głowie - Pojedziemy do New Jersey, znajdziemy księży i odprawimy ten egzorcyzm. Musimy jeszcze wytrzymać kilka dni. Damy radę.
Madi spojrzała się na koleżankę. Blair ledwo się powstrzymała, żeby nie krzyknąć. Twarz koleżanki była pokryta licznymi, niebieskimi żyłami, a jej oczy były czerwone. Przerażona, chciała, żeby ten koszmar się skończył. Zamknęła oczy na trzy sekundy i gdy je otworzyła, twarz madi była normalna.
- Ty też to zobaczyłaś, prawda? - Spytała się smutno i cicho madi.
- W nieco innej wersji. Ci popaprańcy muszą w końcu przestać. Weźmiemy pośpieszny do New Jesrey.
- A gdzie się zatrzymamy?
- Spytamy księży, czy możemy na jakiś czas zamieszkać na parafii. To da nam też dostęp do ich ochrony w razie czego.
Gdy pociąg się zatrzymał, usłyszały, jak jakieś panie mówią, że dojechały do końca.
- Trzeba wysiadać. Zmieniamy pociąg - Powiedziała Blair.
- Trzeba poczekać na jakiś w stronę północną.
- To zrobimy jutro. Na razie nie będziemy tak długo czekać na peronie, bo może być niebezpiecznie.
dziewczyny wyszły z toalety i zeszły po schodkach na peron. Stały na środku, żeby w razie czego uciec. Nagle Madi zobaczyła, jak jakiś facet z rowerem trzyma w ręku kosę. Krzyknęła. Facet się na nią dziwnie spojrzał.
- Przepraszam za koleżankę, ma fobię przed rowerami - rzuciła Blair facetowi.
Madi patrzyła w asfalt i głęboko oddychała.
- Teraz może tak być, niedługo to minie Madi, musimy wytrzymać.
Jakiś pociąg podjechał pod stację. Blair spojrzała na napis kierunku. Atlantic City. New Jersey.
- Ej, on jedzie w naszym kierunku, wsiadamy - Madi podniosła wzrok, Blair złapała ją za rękę i weszły do pociągu. Znalazły konduktora i kupiły bilety. Następnie skierowały się do łazienki.
- Trochę tu posiedzimy. Na miejsce dojedziemy za jakieś dziesięć godzin. W tym czasie możemy się na zmianę zdrzemnąć. Ty możesz spać pierwsza, miałaś dziś dużo wrażeń.
Madi wyjęła bluzę z plecaka, położyła ją pod umywalką i położyła na niej głowę. Nie wiedziała, że ten sen będzie jednym z najgorszych...

-----

Brookie obudziła się na podłodze, rozwiązana. Obok siedziała Chelsy i patrzyła na przyjaciółkę.
- Brookie, nareszcie się obudziłaś - Chelsy podeszła do niej na czworaka - Co oni Ci zrobili? Torturowali Cię? Czemu masz sześć śladów po ukłuciach? Wstrzyknęli Ci coś?
Brookie na samą myśl o wcześniejszych wydarzeniach ogarnął strach.
- To wampiry Chelsy - powiedziała przerażona Brookie - Jak byłaś nieprzytomna, słyszałam, jak mówili, że zatrzymają nas tu na kilka lat i będą się nami pożywiać.
- Nie tylko my - Powiedziała z zadowolonym uśmiechem blondynka nagle znajdując się obok dziewczyn. Koło niej na podłodze stał stwór podobny do człowieka i wilka. Jego oczy były przerażające, jeszcze gorsze, niż wampirów na początku. Było w nich widać szaleńczy głód - Nasz kuzyn Roger też od bardzo dawna nie miał okazji do jedzenia. Nie bójcie się, pomimo, że jest hybrydą wilkołaka z wampirem, nie będzie zjadał Waszych wnętrzności - Pogłaskała go po łbie - Zostawiam Was samych - powiedziała i zniknęła. Stwór rzucił się na Chelsy i wbił się kłami krzywo w jej szyję. Brookie wycofała się do drugiego kąta pokoju z wielkimi oczami pełnymi przerażenia. Była w szoku, patrząc na ten widok. Stwór stał na jej przyjaciółce, wypijając z niej krew. Po jej szyi i bluzce ciekła czerwona strużka krwi. Wydawał przy tym straszne dźwięki. Potraktował ją jako zdobycz do posilenia się. Chelsy krzyczała, a Brookie nie mogła nic zrobić. patrzyła na tą scenę z lękiem o życie przyjaciółki. po chwili stwór skończył i podszedł do niej. Jej nierówny oddech przerażenia był głośny. Wtuliła się w kąt i patrzyła na niego. Powąchał ją, kiedy nagle zjawiła się blondynka.
- Chodź Roger, zostaw resztę na później - Powiedziała i zniknęła razem z nim. Brookie podeszła na czworakach do Chelsy. Na jej szyi widziała ślady po wielkich kłach, większych, niż po wampirach. Chelsy wydała z siebie lekki pomruk bólu. Brookie patrzyła na nią i zastanawiała się, czemu to właśnie je spotkało. Chelsy uchyliła powieki i próbowała coś powiedzieć, jednak ból w szyi jej na to nie pozwolił.
- Nie ruszaj szyją i nic nie mów, bo będzie boleć - Powiedziała zmartwiona Brookie - Obiecuję, że nas stąd wyciągnę. Jeszcze nie wiem, jak, ale na pewno się stad wyrwiemy.
Usłyszały schodzenie po schodach. Domyślały się, co je czeka, lecz nie wiedziały, że tym razem będzie znacznie gorzej...

-----

- Kurcze, trudno mi dosięgnąć - Farah próbowała wyjąć z kieszeni nożyk. Wymacała jednak jego kawałek i po kilkunastu sekundach udało jej się go wyjąć - Mam. Teraz trudniejsza sprawa. Trzeba przeciąć tą grubą linę.
- O nie, już za późno, on tu idzie - Jade straciła nadzieję. Farah niechcący upuściła nożyk. Mężczyzna szedł w ich stronę.
- mam nadzieję, że się nie nudziłyście dziewczynki - powiedział idąc do nich - Emily położyła się spać, powiedziała, że jest na dzisiaj zmęczona. Martwię się o nią. Ostatnio jest w kiepskiej formie. Prawie ciągle śpi. Ale obiecała mi, że jutro się pobawimy. A ja obiecałem jej, że to będzie najfajniejsza zabawa w jej życiu. Ale, żeby nie faworyzować Emily, z Wami też tą zabawę zrobię.
Dziewczyny przeszedł zimny dreszcz. Nie chciały nawet myśleć, co to ma być znowu za pogięta zabawa.
- Ale romantycznie, tylko my i blask księżyca - Mężczyzna zerknął na księżyc w pełni - Może jeszcze dzisiaj coś dla Was zrobię. Księżniczki, jestem taki szczęśliwy, że jesteśmy razem - podszedł do Farah. Dziewczyna spojrzała na niego ze strachem i niepewnością - Masz przepiękne oczy, takie duże, jak moja miłość do Was. Wyryjemy ją na zawsze na rękach moich słoneczek - Wziął nóż, którym kroił swoje danie i kucną przed przywiązaną ręką Farah. Oddech dziewczyny był nierówny z przerażenia. Starała się znieść ból, kiedy rysował coś głębiej nożem w jej skórze. Po dwóch minutach poczuła szczypiący, ogromny ból. Zaczęła głośno wrzeszczeć.
- No już koteńku, jeszcze minutka i tatuaż będzie gotowy - facet starannie dłubał w jej ręce nożem. Jade patrząc na przyjaciółkę poczuła współczucie i smutek, że nie może nic z tym zrobić. Farah płakała z bólu. Nagle mężczyzna skończył jej męki. Wstał trzymając coś w ręce. Farah zrobiło się niedobrze. To był kawałek jej mięśnia. Ból w ręce pulsował mocno, ze środka jej przedramienia leciało dużo krwi. Modliła się, żeby przestało jak najszybciej boleć. Jade przerażona wizją tego, że i ją to czeka, poruszyła krzesłem i poleciała do tyłu. Facet podbiegł do niej.
- Różyczko, co Ci jest - Jade udawała nieprzytomną. Mężczyzna odgarnął jej włosy i poklepał po policzku. łyknął sytuację.
- Nie ruszaj się kochana, ja zaniosę Twoją koleżankę do łóżka, a Ty czekaj na mnie skarbie - Rozwiązał Jade i wziął ja przez ramię. Poszedł z nią do domu. Farah przechodziła katusze, znosząc potworny ból. Spojrzała na swoją rękę. W miejscu, gdzie brakowało mięsa, wycięte było serce, a przez niego przechodziła cienka strzała. Po prawo była litera M, a po lewo K.

-----

Sierra wstała z pomocą koleżanek i obmyła ciuchy mokrymi chusteczkami z piany. Nagle usłyszały dźwięk szybko jadącego wózka. Obejrzały się w stronę dźwięku i zobaczyły wózek na towar jadący prosto na nie. Dziewczyny zwiały przed nim w ostatniej chwili.
- Co to było? - Felishia patrzyła na wózek wystraszona z myślą, że znowu spróbuje je zabić.
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Zabierajmy się stąd - powiedziała Sierra.
- Tylko jak? Przecież nie znalazłyście żadnego wyjścia - Brittany bała się, że już nigdy stąd nie wyjdą.
- Musimy jakoś wyważyć te drzwi. Albo rozwalić zamek - odparła Felishia.
- Musimy się rozdzielić i poszukać czegoś, co by nam w tym pomogło - odparła Sierra.
- Nie możemy się rozdzielać. Jeśli coś będzie chciało nam zrobić krzywdę, lepiej, jak będziemy razem - Brittany przeraziła ta wizja.
- To nam opóźni wydostanie się stąd. Im szybciej coś znajdziemy, tym lepiej. A w razie czego głośno krzyczymy i uciekamy - odparła Felishia.
- No dobra. Umawiamy się, że jak któraś coś znajdzie, to przychodzi na miejsce, gdzie siedziałyśmy. Po sprawdzeniu całego piętra spotykamy się tam - Powiedziała Sierra. Wyszły z pomieszczenia. Felishia poszła do pomieszczenia naprzeciwko, a Brittany ze Sierrą ruszyły po schodach. Brittany została na pierwszym piętrze, Sierra poszła na ostatnie. Na górze były mniejsze pomieszczenia, niż na dolnych piętrach. Sierra ruszyła do pierwszego pomieszczenia na prawo. Było to jakieś pomieszczenie dla pracowników w czasie przerwy. Z góry zwisła zielona lampa, ściany były pomarańczowe, farba schodziła ze ścian, na prawo stała duża popielnica, czarny kosz na śmieci, drewniany stół i sześć krzeseł wokół niego. Na lewo stał blat, na nim mikrofalówka z pękniętą szybką, ekspres do kawy i kilka kubków oraz talerzy. Sierra podeszła do blatu. Kucnęła i otworzyła szafkę pod nim. Uderzył ją zapach kurzu. Szukała w niej jakiś noży lub potłuczonych talerzy. Gdy szperała w górnej półce, usłyszała jakiś cichy hałas. Odwróciła się przestraszona i zobaczyła, że kosz na śmieci się rusza. Przerażona, chciała uciec z pokoju, lecz gdyby uciekała, to coś, co znajdowało się w koszu, mogło by się na nią rzucić. Postanowiła sprawdzić, co znajduje się w koszu, choć umysł podpowiadał jej, ze to zły pomysł. Ciekawość jednak zwyciężyła. Zaczęła powoli podchodzić w jego stronę, kosz coraz bardziej się poruszał, coraz bardziej hałasował. W połowie drogi zamarła, krzyknęła przerażona. Wieko kosza się uchyliło, a na nią patrzyło coś o czerwonych oczach i złowrogim spojrzeniu. Nagle usłyszała przeraźliwy, złowieszczy śmiech dobiegający znikąd.
- Ostrzegałem. Pożałujecie wywołania dennara - Powiedziało coś w koszu, nagle kosz zamknął się z hukiem i nastała cisza. Zszokowana, przerażona i zaniepokojona Sierra chwyciła nóż, który znalazła w szafce i migiem wybiegła z pokoju.

-----

- Jenna, mam tego dość, to dom jakiś nieudanych eksperymentów na ludziach - Powiedziała przerażona Megan.
Nagle klamka zaczęła się powoli poruszać. Megan spojrzała z niepokojem na Jennę. Trzymały mocno drzwi. Po chwili było słychać, jak coś cicho odchodzi w stronę schodów, włócząc coś za sobą.
- Może spróbujmy kopnąć w to okno, możliwe, że po tym się rozbije - Powiedziała Jenna.
- Dobra, ja spróbuję, a Ty mocno trzymaj drzwi - Megan wyjęła buta z torebki, założyła go i podeszła do okna. Z całej siły kopnęła w szybę. Pękła, zrobiła się w niej dziura, jednak po chwili zasklepiła się i wyglądała jak nieruszona. Spojrzała bezsilnie na Jennę. Nagle coś łupnęło w drzwi. Przerażona zdjęła buta, schowała go do torebki i ruszyła w stronę drzwi, żeby pomóc koleżance je trzymać. Gdy podbiegła, coś z jeszcze większą siłą łupnęło w drzwi i gdyby nie pomogła Jennie ich trzymać, to coś by się do nich przedostało. Nagle coś całą siłą naparło na drzwi i odepchnęło dziewczyny do przodu. Do pokoju wpełzł niski człowiek z mackami, na których się poruszał, był cały fioletowy. Megan zaczęła się cofać i lekko uderzyla o regał, z którego spadła jakaś statuetka prosto na jej głowę. dziewczyna osunęła się i zemdlała. Człowiek z mackami podpełznął do niej. Jenna wycofała się do drugiej ściany. Wzrokiem szukała czegoś, czym mogła by przygrzmocić temu stworowi i przenieść Megan do łazienki. Stwór zaczął dotykać Megan macką po twarzy. Nagle włożył jej końcówkę do nosa Megan. Jenna dostrzegła jakiś głośnik na półce szafki obok niej. Chwyciła go i przywaliła stworowi z całej siły. Stworzenie upadło z okropnym plaskiem. Chwyciła Megan za ręce i wywlekła ją z pokoju. Na korytarzu nie było nikogo. Powoli ciągnęła ją po podłodze i zostawiła przed łazienką. Ostrożnie ją uchyliła i spostrzegła, że jest całkowicie pusta. Wciągnęła ją do niej i zamknęła łazienkę na zamek. Postanowiła sprawdzić, czy może jest zasięg. Wyciągnęła komórkę i uradowana zobaczyła, ze jest jedna kreska zasięgu. Szybko wystukała numer na policję. Po czterech sygnałach odebrał jakiś facet.
- Komenda miejska policji w Nowym Jorku, mówi policjant Dallas.
- Proszę szybko przysłać kilka patroli do tego nawiedzonego domu, w którym giną ludzie. Nie uwierzy pan, co się tu dzieje.
- Jak pani się nazywa?
- Jenna Waters. Proszę, pospieszcie się, oni w każdej chwili mogą nas zabić.
- Czy ktoś grozi pani śmiercią?
- Tu są różne zmutowane potwory, nie wiadomo, co mogą nam zrobić.
- Czy ma pani coś do obrony pod ręką?
Jenna rozejrzała się i znalazła urwany prysznic.
- Mam jakiś urwany prysznic.
Nagle Jenna krzyknęła.
- Halo, proszę pani, co się tam dzieje?

-----

Neosha i Bryn biegły około dwudziestu minut, kiedy zorientowały się, że monstrum ich nie goni. Przystanęły przy jakimś małym wzgórku po prawo.
- Mój Boże, Jack nie żyje - Neosha zaczęła płakać - Co dalej z nami będzie? Co, jeśli dopadł Harry'ego i Ayanę?
- Miejmy nadzieję, że nie dopadł - Bryn była przerażona i zszokowana tą sytuacją nie mniej, niż koleżanka - Musimy ich znaleźć i jak najprędzej stąd odjechać.
- Tylko gdzie ich znajdziemy? Uciekli w drugą stronę. Bryn, tak się boję.
- Teraz nie możemy zawrócić, bo ta bestia może tam nadal być.
Nagle usłyszały jakiś sprintowy bieg czegoś, co nie mogło mieć tylko dwóch odnóży. Neosha zapisknęła.
- Za ten wzgórek - Rzuciła Bryn. Podbiegły do niego i schowały za nim. Bryn zobaczyła, że cos z daleka się zbliża i bardzo szybko porusza. Gdy się zbliżało, dostrzegła, że to jakiś gigantyczny ptasznik. Stworzenie przebiegło przez ścieżkę przed nimi rzucając powiew. Neosha przeraziła się jeszcze bardziej, gdy zobaczyła, co go zostawiło. Przeczekały jeszcze minute i wyszły z ukrycia.
- Matko, Bryn, co to było, teraz zagrażają nam już dwa stwory - Neosha wpadła w histerię.
- Neoshi, wyjdziemy stąd, znajdziemy ich i zwiejemy. Tylko musimy przeczekać do rana. Zaufaj mi, wyjdziemy z tego.
Nagle usłyszały jakiś pisk połączony do pisku orła i nietoperza. Spojrzały w górę i ugięły się pod nimi kolana. Na niebie krążył jakiś zmutowany stwór. Wyglądał jak połączenie ogromnego orła z nietoperzem. Miał smukły, krótki ogon smoka.
- Nie ruszaj się - Szepnęła do koleżanki Bryn. Stworzenie latało w kółko wypatrując ofiary. Po dwóch minutach odleciał we wschodnim kierunku.
- Wśród drzew będziemy bardziej bezpieczne, niż na drodze - Powiedziała Bryn. Dziewczyny ruszyły w lewą stronę wgłąb lasu.
- A co, jak się zgubimy? - Spytała koleżanki Neosha.
- Nie zgubimy, będziemy szły cały czas prosto.
Szły około dziesięciu minut. Nagle Neosha poczuła, że bolą ją nogi.
- Ej, Bryn, usiądźmy na chwilę, nogi mnie już bolą. Przed przyjazdem dużo dziś się nachodziłam.
Usiadły przy grubym dębie. Słyszały silny powiew wiatru.
- Rodzice jacka się załamią, jak się dowiedzą - Powiedziała smutno Neosha.
- Nawet nie będą mogli zobaczyć jego ciała, bo jakieś monstrum go pewno zawlokło do lasu i zjadło.
- Nawet nie chcę myśleć, jak będą cierpieć.
- Jack na pewno by chciał, żebyśmy przeżyły. Nie możemy dać się zabić tym mutantom.
Nagle usłyszały jakiś trzask gałęzi około dziesięciu metrów przed sobą.

-----

Cassandra powoli zbliżała się do krzewu. Była już tylko metr od niego. Nagle wyleciał z niego nietoperz okropnie piszcząc. Przeleciał nad głowami dziewczyn i odleciał.
- Kurde, nie wiedziałam, że tu latają gacki - Powiedziała Parla.
- No, jak na prawdziwie mroczne miejsce przystało - Odparła jej siostra.
Dziewczyny wróciły na drogę i szły dalej w kierunku zamku. Z dużego deszczu zrobiła się ulewa. Na niebie widać było błyski piorunów. dziewczynom chlupało w butach.
- Daleko jeszcze? - Parla miała dość po czterdziestu minutach drogi pieszo.
- Zaraz powinnyśmy być na miejscu.
Po dziesięciu minutach siostry dojrzały ogromny, ceglany zamek pomalowany na fioletowo. Był trochę wykonany w gotyckim stylu.
- No, nareszcie - Parla była już zmęczona.
dziewczyny podeszły do dużych, drewnianych drzwi wejściowych.
- Ciekawe, czy dzwonek działa - Cassandra zadzwoniła pstryczkiem. Rozległ się donośny, ponury, mroczny dźwięk dzwonka.
- Podoba mi się, wypisz wymaluj atmosfera z Jinxa - Parla nacisnęła starą, dużą klamkę. Pchnęła ciężkie drzwi, które bardzo głośno zaskrzypiały. Ich oczom ukazał się hall wyłożony fioletowym dywanem, ze ścian odchodziła czerwona farba, po lewo znajdowały się schody prowadzące na górę z granatowym dywanem na ich środku, na środku wisiał duży świecznik, po prawo stała komoda, a na niej sztuczne żółte tulipany.
- Hmm, mrocznie i przytulnie, fajna mieszanka - Zaśmiała się Cassandra.
Weszły do hallu i zamknęły drzwi. Zapaliły świecę.
- To w którą stronę idziemy siostra? - Spytała Parla.
- Na górę, posiedzimy na poddaszu, pogadamy i coś zjemy, a jutro za jasnością dnia się rozejrzymy po zamku.
Dziewczyny ruszyły schodami na najwyższe piętro. Stopnie przeraźliwie skrzypiały pod ich stopami. Mijały różne portrety na ścianach korytarza schodów.
- Ej, ta babka jest podobna do babci, nie? - Parla wskazała na portret kobiety z upietymi włosami.
- No, jest podobna, normalnie jak babcia za czasów młodości.
Poszły dalej niezauważając, że kobieta na portrecie zmieniła się w szkaradę o złośliwym uśmiechu.
Cassandra otworzyła drzwi pokoju na poddaszu. Był to mały, przytulny pokoik ze starą, drewnianą podłogą, ciemną komodą i łóżkiem w rogu.
- Ale super, muszę jutro zrobić nam tu zdjęcie - Parla była podekscytowana.
Postawiły świecę na komodzie, siadły na łóżku, zdjęły plecaki i torebki i siadły po turecku naprzeciw siebie. Cassandra wyjęła papierosa z torebki i zapaliła. Parla wyjęła kanapkę z plecaka i zaczęła jeść. usłyszały grzmot burzy.
- No, teraz, to czuję, że jestem w starym, mrocznym zamku - Powiedziała do siostry Cassandra.
- A zobaczysz, jak super nam się będzie usypiało przy tej burzy - Odparła Parla.
Gadały i odpoczywały po podróży nieświadome, że dzwoniąc dzwonkiem do drzwi powiadomiły gospodarza zamku o swojej obecności...

 

-----

 

- Dobrze, że zbliża się ten wypis - Powiedziała Priscilla do koleżanek. Jej noga była w coraz lepszym stanie po wypadku.

- Ja tym bardziej, bo gdyby mi się te żebra tak szybko nie zrastały, to wyszłabym jakiś czas po Was - Odpowiedziała Dilsah.

- Macie szczęście i nieszczęście jednocześnie. Po silnym wstrząsie mózgu co prawda nic dłużej nie boli, ale będę musiała uważać na głowę do końca życia - Powiedziała Fallon. Dziewczyny miesiąc wcześniej przeżyły wypadek samochodowy. Jakiś duży samochód nie uważał na światłach i wjechał prosto w ich auto.

- A wiecie, czego się dowiedziałam o tym szpitalu? Podobno ludzie wypisują się na własne żądanie przy końcówce pobytu i niezauważanie znikają ze szpitala - Powiedziała Priscilla.

- Skąd to wiesz? - Spytała Dilsah.
- Podsłuchałam, jak przy sali naprzeciwko jakaś kobieta rozmawiała o tym ze swoim synem. Ciekawe, czy to prawda.

- Może ktoś, kto nie lubi tego szpitala, wymyślił sobie taką historię, a wszyscy w nią uwierzyli - Odparła Fallon.

- Być może. Ale słyszałam, jak ta kobieta mówiła, że dzisiaj jakiś pacjent wypisał się na własne żądanie. Podobno miał jakieś pilne sprawy do załatwienia i nie mógł być tutaj dłużej. Przypadek?

- Weź mnie lepiej nie strasz. Ja myślę, że po prostu lekarze sami to proponują, żeby zwolnić miejsca dla nowych pacjentów. W końcu szpital jest mały.

Rozmowę dziewczyn przerwało pukanie do drzwi.
- Kolacja - Usłyszały głos pani jeżdżącej z posiłkami do sal. Drzwi się otworzyły i poczuły zapach szynki i sałaty. Pani podjechała do ich łóżek, nałożyła dziewczynom kanapki i postawiła na ich szafkach, po czym odjechała zamykając drzwi. Koleżanki zaczęły jeść i kontynuowały rozmowę.

- Ja wolę być ostrożna - Powiedziała Dilsah - Nie wiadomo, czy to prawda, czy nie. Na wszelki wypadek same się stąd wypiszemy na żądanie za kilka dni.

- Ja tak samo uważam. Myślę, że jest coś na rzeczy, skoro tyle osób o tym mówi - Odparła Priscilla - Ale to dopiero za kilka dni. Na razie jeszcze tu pobędziemy i poodpoczywamy. A propo odpoczynku, to ja już się położę spać. Jakaś senna jestem.

Fallon i Dilsah zjadły kolację i zrobiły to samo. Około północy smacznie spały, kiedy na pustym korytarzu rozległ się dźwięk czyiś kroków. Osoba zmierzała w stronę sali dziewczyn. Drzwi uchyliły się lekko. Koleżanki nic nie usłyszały, śpiąc dalej. osoba weszła do ich pomieszczenia i przymknęła drzwi. Podeszła do Fallon. Stanęła nad nią i wyciągnęła z kieszeni małą strzykawkę. Przyłożyła dłoń do ust dziewczyny i wstrzyknęła szybko jej jakąś substancję do żyły na ręce. Fallon obudziła się, czując ból w ręce. Gdy zorientowała się, co się dzieje, chciała zacząć krzyczeć, lecz ktoś zasłaniał jej usta. Próbowała się ruszać, lecz poczuła nagły niewład ciała. Spojrzała w

stronę intruza. Zobaczyła tylko niewyraźną, rozmazującą się twarz mężczyzny, po czym straciła przytomność.

-----

Crystal szła lasem w stronę opuszczonego szpitala. Zadzwoniła do kolegi Mike'a, który powiedział jej, jak iść, żeby do niego dotrzeć. Po telefonie od siostry zaniepokoiła się. Było grubo po północy, a Mia nie wróciła do domu. Crystal wysłała jej smsa, lecz siostra nie odpisała. To ją jeszcze bardziej zaniepokoiło. Szła już ponad pół godziny. W końcu z odległości kilkunastu metrów zobaczyła dach budynku. Szła w jego stronę i weszła po schodkach. Otworzyła drzwi i weszła do środka. Gdy zrobiła dwa kroki, drzwi szybko zamknęły

się z głośnym hukiem i przekręciły zamek na górze. Dziewczyna krzyknęła wystraszona.

- Crystal? - Usłyszała głos Mike'a.
- Mike? Co tu się dzieje? - Zapytała zlękniona.
- To nawiedzone miejsce. Musimy się stąd jak najszybciej wydostać.

- Jak to nawiedzone? Gdzie jesteś? - Spytała coraz bardziej przerażona i zszokowana.

- W pierwszym pokoju na lewo. Crystal, tu grasują duchy tego szpitala. Ich dusze nie mogą zaznać spokoju i mszczą się na ludziach, którzy tu przychodzą.

Dziewczyna zrobiła wielkie oczy pełne strachu. Ruszyła do pokoju na lewo, złapała za klamkę, lecz ta nie ustąpiła.

- Wszedłem do tego pokoju i coś mnie tu zamknęło -

Powiedział Mike - Spróbuj znaleźć Mię, rozmawialiśmy, aż nagle krzyknęła i uciekła na górę.

- Musimy jej poszukać razem. Spróbuj wyważyć te drzwi Mike.

- Próbowałem, ale nie pomogło.
- Spróbuj jeszcze mocniej kopnąć, może się uda.
- Spróbuję.
Mike wziął rozpęd i już chciał kopnąć w drzwi, kiedy same się szybko otworzyły. Upadł na podłogę.

- Nic Ci nie jest - Crystal podeszła do niego i pomogła mu wstać.

- Nie, tylko trochę zabolało, ale to nic. O Chryste... - Nie dokończył, gdyż Crystal głośno krzyknęła przerażona. Spojrzeli na środek hallu. Na lampie, na sznurku przywiązanym do niej, wisiała kobieta powieszona na sznurze. Miała na sobie pobrudzoną, białą sukienkę. Jej oczy były martwe, a usta uchylone. Crystal nie przestawała krzyczeć, w jej oczach widać było szok i silne przerażenie.

- Nie patrz na to, musimy pójść pójść schodami i poszukać Mii. Zasłoń oczy i chodźmy na górę - Powiedział Mike. Ruszyli w stronę schodów. nagle usłyszeli za sobą potworny śmiech małego chłopca, brzmiący jak ten w piosence This is my riffle - Combichrist.

- Nie odwracaj się - Powiedział do Crystal chłopak.

Ruszyli na górę, nie widząc, jak z oczodołów chłopca stojącego za nimi wychodziły larwy...

 

CDN :)


  • -2

#1601

trebmal.
  • Postów: 178
  • Tematów: 3
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

Odgłosy z zewnątrz

 

Kiedy byłem dzieciakiem, mieszkaliśmy z rodzicami w kamienicy w małym miasteczku. Nie było to jednak typowe stare budownictwo: żadne przedwojenne trupy w ścianach czy zmarli sąsiedzi raczej nie mogliby nam przeszkadzać. Po prostu właściciel miał taki kaprys, żeby zamiast bloku z płyty postawić budynek "z charakterem". Mieliśmy spore mieszkanie na drugim piętrze. Ściany nie były kartonowe, było to po prostu normalne miejsce do życia.

 

Miałem jakieś cztery, pięć lat, kiedy rodzice stwierdzili, że jestem na tyle duży, aby móc przesypiać noce w swoim własnym pokoju. Wcześniej moje łóżko stało w kącie ich sypialni, a pokój był tylko miejscem, gdzie przechowywałem ubrania i zabawki. Czułem się dumny z tego powodu. Patrzcie, jaki duży facet ze mnie, praktycznie mieszkam już sam. 

 

Tego pierwszego wieczora, z mieszaniną ekscytacji i strachu znalazłem się w swoim pokoju. Rodzice przyszli, pocałowali na dobranoc i wyszli do siebie, życząc mi dobrej nocy. Myślę, że poczuli wtedy coś w rodzaju ulgi. Wpełzłem pod kołdrę i zgasiłem nocną lampkę, ale podekscytowanie nie dawało mi zasnąć. Słyszałem przejeżdżające samochody, czasami głośny śmiech podpitych ludzi wracających z imprezy, typowe dźwięki usypiającego miasta. Minął jakiś czas, powieki robiły się coraz cięższe, a zmysły z coraz większym trudem odbierały bodźce. Będąc jedną nogą w krainie snów, nagle poczułem niepokój. Jakaś myśl wdarła się do mojego zajętego przygotowaniami do wypoczynku mózgu i nie chciała dać zasnąć. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, co mnie tak przestraszyło.

Dźwięki...ustały. W jednej chwili. Jakby ktoś wcisnął przycisk wyciszający. Leżałem chwilę z szeroko otwartymi oczami, nie wiedząc, czy może czasem nie jestem w bardzo realistycznym koszmarze. Słyszałem swój oddech, bicie serca, ruchy stóp na prześcieradle były wręcz nieznośnie hałaśliwe w panującej wszędzie ciszy. Wiedziałem, że nie odważę się podejść do okna. Do rana nie zmrużyłem nawet oczu, a następnego dnia powiedziałem rodzicom, że chyba nie jestem gotowy na samotne spanie,

 

Przez następne tygodnie sprawdzałem to, ale w pokoju moich rodziców wszystko zdawało się być normalne. W końcu przekonałem sam siebie, że rzeczywiście przerażał mnie samotny sen i po prostu wymyśliłem sobie całą akcję z brakiem dźwięków. Mimo to, od tego czasu unikałem tego pokoju w domu.

 

Jakiś rok później tata dostał lepszą pracę w innym mieście i przenieśliśmy się stamtąd, ale do dziś pamiętam "cichą noc" i czasami, kiedy śpię w mieszkaniu czy hotelu, którego nie znam, nasłuchuję uważnie, czy na pewno wszystko jest na swoim miejscu. 


Użytkownik trebmal edytował ten post 16.03.2017 - 20:32

  • 2

#1602

Isair.
  • Postów: 2
  • Tematów: 0
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Uwaga: Pasta ta zawiera informacje, które stanowią spoilery dla serii gier Dark Souls.

Żelazne niebo

 

Dzień 25
To zabawne, jak pamięć potrafi płatać nam figle. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, kiedy to się zaczęło. Nie mam nawet pewności jaka to była pora roku. Pamiętam tylko, że ma to związek z zaginięciem mojego przyjaciela, lecz czy aby na pewno zaginął? Myślę, że to dobra pora, ostatnia pora żeby spisać wszystko co pamiętam. Dla potomnych? Ku przestrodze? Nie, powód jest znacznie prostszy, przyziemny i egoistyczny, po prostu liczę, że wróci mi pamięć lub wyciągnę coś nowego z tej historii.
I Przyjaciel
Jak powiedziałem, nie pamiętam kiedy dokładnie to się zaczęło. Przypominam sobie tylko, że mój bliski przyjaciel przestał się odzywać. Myślę, że powinienem zacząć właśnie od niego. Jacob był outsiderem, podobnie jak ja. Wychowaliśmy się na tej samej ulicy w zapadłej dziurze na południowym zachodzie. Poznaliśmy się jeszcze w podstawówce, chodząc do tej samej klasy. Trzymaliśmy się razem przez całą szkołę podstawową oraz liceum i dopiero studia nas rozdzieliły. Ja wyjechałem na północ, Jacob na wschód. Cały czas jednak, utrzymywaliśmy kontakt i spotykaliśmy się od czasu do czasu w rodzinnym mieście. Również wspólnie w każdą sobotę graliśmy w gry komputerowe. Wyjątkowo upodobaliśmy sobie serię Dark Souls, znaną z ciężkiego, mrocznego klimatu, poziomu trudności oraz fatalnej społeczności graczy. Grając pomagaliśmy sobie nawzajem, wymienialiśmy się przedmiotami, informacjami, a także pojedynkowaliśmy się między sobą sprawdzając różne buildy postaci. Trwało to o ile mnie pamięć nie myli ze dwa lata. Kiedy nieco się znudziliśmy zaczęliśmy ogrywać mody i wymieniać się tymi co ciekawszymi. To właśnie jedna z fanowskich modyfikacji była ostatnią wiadomością od mojego kolegi. Wysłał mi niezwykle lakoniczną wiadomość zawierającą nazwę moda i link: „Zagraj Ironsky”. Byłem nieco zaskoczony tak krótką wiadomością ale założyłem, że nie miał czasu, a mod tak mu się spodobał, że uznał iż musi mi go wysłać. Odpisałem równie zdawkowo, pobrałem modyfikację i postąpiłem zgodnie z instrukcją w pliku txt. 
II Ironsky
Dzień 1
Zaraz po wypakowaniu moda włączyłem grę. Według instrukcji modyfikacja zmieniała wątek główny, w związku z czym konieczne było rozpoczęcie nowej przygody. Tak też postąpiłem. Kreator postaci prawie się nie zmienił, prawie bo wszystkie postaci były w formie hollow czyli takiej, jaką gramy umierając i tracąc człowieczeństwo. Pomyślałem, że wynika to z fabuły moda i nie myśląc wiele wybrałem domyślną postać. Następnie pojawiło się standardowe, enigmatyczne intro, choć w tym głos narratora był nieco spowolniony. Niestety nie jestem w stanie sobie przypomnieć czy obraz jakoś szczególnie różnił się od oryginału. Modyfikacja zaczynała się niemal identycznie jak fabuła oryginalnej gry, z tym wyjątkiem że brakowało Oscara, postaci która dawała nam klucz pozwalający opuścić celę. Drzwi były jednak otwarte. Po wyjściu moje uszy zostały zaatakowane przez zawodzenie, którego nie było w oryginalnej grze. Jęki przerywane były histerycznym śmiechem i gniewnymi krzykami. Muszę przyznać, że początkowo byłem bardzo zaniepokojony, gdyż owe dźwięki brzmiały niezwykle realistycznie, lecz uznałem iż mogło być to spotęgowane przez klimat pierwszej lokacji. Niemniej czułem lekki strach. Reszta była bez zmian, ci sami wrogowie, te same przedmioty. Oscara nie było jednak także w miejscu, w którym umiera i przekazuje nam słowa rodzinnej legendy. Przeczesałem raz jeszcze lokacje i przygotowałem się do walki z pierwszym bossem, jednak po wejściu na arenę zamiast przeciwnika pojawiła się informacja o tym, iż zostałem oskarżony przez innego gracza za inwazję na jego świat. Mocno się zdziwiłem, gdyż w pliku txt była wyraźna informacja, iż mod obsługuję tylko grę offline. Mogłem jednak opuścić arenę i przejść nad urwisko z którego kruk powinien przetransportować mnie do Lordrean. Jednak zamiast standardowej animacji z krukiem pojawiła się animacja spadania jak w przypadku opuszczania lokacji Painted Word of Ariamis po której ekran zrobił się czarny a po chwili gra wyrzucała do pulpitu. Cóż, nic nowego w przypadku fanowskich modyfikacji. Ze względu na brak czasu nie mogłem jednak spróbować uruchomić gry ponownie więc odłożyłem to na kolejny dzień.
Dzień 7
Minął równo tydzień od czasu ostatniej gry i wiadomości od Jacoba. Zdarzało się nam już, że nie odzywaliśmy się do siebie przez dłuższy okres, więc nie byłem specjalnie zaskoczony brakiem wiadomości od przyjaciela. Mając trochę wolnego czasu opisałem mu swoje pierwsze przygody z modem i wróciłem do gry. Spróbowałem użyć opcji kontynuuj i ku mojemu zaskoczeniu gra włączyła się a moim oczom ukazało się Firelink shrine czyli lokacja po opuszczeniu azylu. Jednak to nie była ta kapliczka, którą pamiętałem z gry. Panował mrok podobny do tego z ruin Nowego Londo, w tle zamiast standardowej muzyki słychać było niewyraźne szepty, główne ognisko natomiast było zgaszone, a w miejscu Strapionego Rycerza siedział Solaire. Jego popiersie pozbawione było charakterystycznego słońca, a cała zbroja wydawała się być pokryta rdzą. Poszedłem do niego i użyłem opcji rozmowy. Rozpoczął się dobrze znany monolog o zakłóceniu czasu i braku słońca. Ton wypowiedzi Solaire’a był jednak znacznie bardziej ponury. Głos był powolny i przyciszony a zamiast śmiechu na końcu wypowiedzi słychać było tylko ciche westchnięcie. Ku mojemu zaskoczeniu na tym nie skończył się jego monolog. Po kolejnym zainicjowaniu rozmowy Solaire rozpoczyna monolog, którego nie było w grze. Znacznie zmienionym głosem zaczął mówić o klątwie jaka go spotkała, przestrzegał również, iż z każdą próbą walki coraz bardziej będzie tracić pamięć, aż zostanie pustą powłoką. Na tym skończyły się możliwości rozmowy, każda kolejna inicjacja kończyła się w ten sam sposób, ciszą i ”…”. Postanowiłem opuścić Firelink, jednak wszystkie drogi  były zablokowane, za wyjątkiem windy normalnie prowadzącej do lokacji New Londo Ruins. Zaraz po wyjściu z windy moja postać została zaatakowana przez widmo Lautreca, postać znaną z psychopatycznych zapędów. Próbowałem się bronić ale na tym poziomie byłem bez szans. Śmierci mojej postaci towarzyszył histeryczny śmiech i… wyrzucenie do pulpitu. Przyznam się, że jak do tej pory mod zrobił na mnie raczej kiepskie wrażenie. Napisałem więc do Jacoba, o co w tym wszystkim chodzi i czy on również miał takie problemy jak ja.
Dzień 14
Minął kolejny tydzień, kolejny bez odpowiedzi. Zacząłem się zastanawiać czy aby wszystko jest w porządku. Dwa tygodnie to szmat czasu i zazwyczaj nawet kiedy nie mieliśmy dużo czasu wymienialiśmy się memami czy też innymi śmiesznymi obrazkami. W ostatnim czasie zauważyłem, że mam problemy z pamięcią i koncentracją lecz winiłem za to przede wszystkim stres w pracy i nadmiar kawy. Czułem się obserwowany. Wiecie, to dziwne mrowienie na karku, zupełnie jakbyście mogli poczuć czyjeś spojrzenie. Uczucie to nie ustępowało, nawet kiedy miałem pewność, że jestem zupełnie sam. Był kolejny weekend więc wróciłem do gry. Nie będzie wielkim zdziwieniem jeśli powiem wam, że gra wczytała się bez problemu. Moja postać znajdowała się w pustce. Czarnej, bezkresnej lokacji w której w normalnej grze walczymy z Four Kings i spotykamy Kathee. Porozglądałem się trochę lecz nie było tu dosłownie nic. Po chwili na dole ekranu pojawiła się informacja, że moja postać została przyzwana do innego świata. Pojawił się obraz ładowania i po chwili znów byłem w mrocznym Firelink Shrine. Tym razem na miejscu Solaire znajdował się Oscar. Zainicjowałem jego monolog i oniemiałem. Spodziewałem się tekstu przepowiedni czy czegoś podobnego, zamiast tego Oscar zwrócił się do mnie po imieniu. Co jest do cholery – pomyślałem, a włosy stanęły mi dęba. Byłem jednak zbyt zaintrygowany aby przerwać. Dalsza część monologu przypominała to co mówił wcześniej Solaire o zatraceniu własnej osobowości. Jednak tym razem npc, zwracał się bezpośrednio do mnie, często powtarzając moje imię, powolnym, metalicznym głosem. Nie mogłem grać dalej, to wszystko było zbyt dziwne. Wyłączyłem grę i usunąłem moda z dysku.
Dzień 21
Moje problemy z koncentracja się pogłębiają. Miałem wrażenie, że nie mogę zebrać myśli. Zapominam coraz więcej rzeczy, wczoraj zostawiłem otwarte mieszkanie, dziś rano nie pamiętałem o zapłaceniu rachunku. Właściciel mieszkania zdrowo się zdenerwował. Tego wieczora chciałem zadzwonić do Jacoba, pogadać. Niestety, wyleciało mi to z głowy. Już nie szukałem wyjaśnienia, po prostu zacząłem się niepokoić. Czy to guz? Czy to początek choroby psychicznej? Bałem się. Uczucie strachu potęgowało nieustające poczucie bycia obserwowanym. Chciałem się odciąć o tych myśli. Kupiłem kilka piw, wróciłem do mieszkania i włączyłem ulubioną grę. Kliknąłem bez namysłu „kontynuuj” i zgadnijcie. Tak, znów włączyła się zmodowana wersja gry. Znów pustka i znów informacja o przywołaniu. Tym razem Firelink wyglądało inaczej. W tle zamiast szeptów słychać było jęki, niebo było barwy purpury a płomień ogniska tak jasny, że po chwili zaczęły boleć mnie oczy. Tym razem w miejscu, w którym powinien być Strapiony Rycerz siedział Lautrec. Podszedłem do niego. Postać poruszała się bardzo powoli, jakby poruszała się w bagnistym terenie. Zainicjowałem jego monolog, lecz jedyne co usłyszałem to śmiech. Histeryczny, głośny i nieustający śmiech powodujący ból w uszach. Zacisnąłem powieki i szybko zdjąłem słuchawki. Kiedy otworzyłem oczy ujrzałem menu główne. Wyłączyłem grę i usunąłem cały folder z grą.
Dzień 25 c.d.
Jestem prawie pewien, że czegoś z tej historii zapomniałem. Poczucie osaczenia i obserwacji nie ustaje. Pomału zapominam własne imię i to skąd pochodzę. Czy to samo spotkało Jacoba? Czy to wina tego moda? Próbowałem poszukać czegoś na ten temat ale nic nie znalazłem. NIC. Jakby nigdy nie istniał. Obawiam się, że w tych szeptach, jękach i śmiechach ukryty był jakiś rodzaj szumu. Nie wiem czy to początki paranoi ale czasem słyszę te dźwięki. Zazwyczaj są to szepty i śmiechy, kiedy próbuję sobie coś przypomnieć.
Dzień 30
Dziś wyrzucono mnie z pracy. Zapomniałem zadzwonić do klienta, a kiedy mi o tym przypomniano usłyszałem ten śmiech i zacząłem krzyczeć. Dla szefa tego było za wiele. Nie potrafiłem się nawet podpisać pod wypowiedzeniem. Na umowie było moje imię, lecz już nie potrafię go sobie przypomnieć. Czuję, że tracę poczytalność. Na przemian chce mi się śmiać i płakać. Boję się, a uczucie bycia obserwowanym nie ustaje.
Dzień 31
Mam wrażenie jakby minął miesiąc od ostatniego wpisu, choć data pliku mówi co innego. Słyszę szepty i śmiechy, te same, które były w grze. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. To chyba jedyna rzecz, której jestem pewien, której nie zapomniałem. Jeśli to czytasz, przekaż to dalej, niech stanowi to przestrogę. Mam na imię Oskar. Proszę, zapamiętajcie to imię. O ile to w ogóle jest ono moje.

Posłowie.
Jest to moja druga pasta na tym forum, lecz nie ogółem. Tym razem chciałem spróbować swoich sił z pastą związaną z grami komputerowymi. Pasta ta stanowi pewnego rodzaju hołd dla pasty związanej z Morrowindem, którą uważam za jedną z lepszych w ogóle. Nie kryje również inspiracji tą konkretną pastą. Mam nadzieję, że było to zjadliwe, a ty czytelniku nie nudziłeś się za bardzo. Poniżej załączam link do filmu przedstawiającego symulację codziennego życia osoby ze schizofrenią, z jednej strony jako uzupełnienie historii, z drugiej może stanowić materiał edukacyjny. Dziękuję za uwagę.


  • 3

#1603

trebmal.
  • Postów: 178
  • Tematów: 3
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

Jest to pasta miesiąca z wiki.

 

Prysznice

 

Każdy obszar we wszystkich zakątkach świata, ma swoje specyficzne, tamtejsze, miejskie legendy, które mimo wszystko z czasem nie zostały zapomniane. Czy są one o nawiedzonym domostwie na obrzeżach miasta, przerażającym stworzeniu które żyje w pobliskim lesie, albo duchu który straszy samotny odcinek trasy za miastem, zawsze jest w tych opowieściach pewne podobieństwo; nikt nigdy nie był w tych miejscach, widział potworów lub ducha, na własne oczy.

W każdym pokoleniu znajdą się ludzie, którzy będą twierdzić, że „znają kogoś kogo siostra jego najlepszego przyjaciela brata poszła do tego nawiedzonego domu, który ma 13 pięter i wszędzie była krew, węże i pająki i był on tak straszny, że nikt nie dotarł na jego ostatnie piętro.” Ci sami ludzie będą zaręczać, że historia jest prawdziwa nie będąc zdolnym do przedstawienia żadnego dowodu, bądź podania imienia kogokolwiek, kto mógłby zaprezentować dowód na twierdzenie, po prostu dlatego, że „wszyscy w tej okolicy wiedzą że to prawdziwa historia.” Ci którzy opowiadają historie, ostatecznie przekazują je dzieciom, które trochę je zmieniają, aby nie była ona przestarzała. Ten cykl trwa nadal.

Jestem tak sceptyczny jak każdy, jeśli chodzi o te historie, pamiętając jak byłem niczym w amoku, gdy byłem młodszy, ciągle szukając więcej przerażających opowieści o jakichkolwiek miejscach w kraju, w którym aktualnie żyłem. Stworzyłem i rozprzestrzeniałem historie o nawiedzonej pizzerii w Nowym Jorku, zetknięciu mojego „kuzyna” z Jerseyem Devilem, albo o tym jak mój „dziadek” spotkał dzikie, przypominające człowieka, demoniczne stworzenie, w lesie Colorado. Złamałem nawet jedną zasadę związaną z tymi opowieściami, umieszczając mnie jako postać w jednej z nich; z perspektywy czasu, to było ryzykowne, bo musiałem pamiętać, by za każdym razem opowiadać je tak samo. Zaskakująco, nikt nie zażądał dowodów. Lubię myśleć że miałem mały, wspaniały wkład w różne miejskie legendy z okolic środkowo-zachodnich i północno-wschodnich stanów, po których się często przemieszczałem. Zawsze czułem przypływ radości, kiedy przechadzałem się przez szkolne korytarze i mogłem słyszeć któregoś z moich znajomych z klasy, który opowiadał moje historie swoim własnym przyjaciołom, dodając własne elementy, jak w wielkiej grze w "głuchy telefon". Oczywiście wiedziałem, że historie te były fikcją, ale zawsze mówiłem że to prawda, kiedykolwiek ktoś mnie o nie pytał. Kiedy opowiadałem o sytuacji w jakiej się rzekomo znalazłem, radziłem sobie nawet z udawaniem. Mówiłem wtedy roztrzęsionym głosem albo patrzyłem wokoło przerażony.

Przypuszczam że ten aspekt mojego dzieciństwa zaprowadził mnie do mojego obecnego kłopotliwego położenia, które to będę opisywał w całości w Internecie. Ułożyłem ten mały wstęp jako rodzaj zastrzeżenia, kierowanego konkretnie do tych którzy będą kwestionować moją historię. Byłem jak chłopiec od lat podnosił fałszywy alarm, ale zapewniam was, że ten alarm nie jest fałszywy.

Jak to już widać z mojego wstępu, w latach gimnazjum i liceum przeprowadzałem się wiele razy. Żadne z moich rodziców nie pracowało również w żadnych służbach mundurowych; oni po prostu nie mieli w zwyczaju zagrzewać miejsca na zbyt długo. Przypuszczam ze miało to na mnie jakiś wpływ, ale nie przeszkadzało mi to zbytnio, ani nie krzywdziło. Dorastając miałem naprawdę dobre poczucie humoru. Bardzo łatwo zdobywałem przyjaciół. Często byłem klasowym kawalarzem i przez to, nie byłem zbyt lubiany przez moich nauczycieli. Znowu, to nie był problem, ponieważ, zazwyczaj zanim zaczął się kolejny semestr, byłem już w innym stanie.

Moje przyjaźnie często były przelotne, tak samo jak wszelkie pozytywne relacje które nawiązywałem z nauczycielami. Z powodu zdarzeń, które następowały później moja pamięć szczególnie o jednym nauczycielu jest prawdopodobnie lekko skrzywiona, ale postaram się dać najmniej nieobiektywną wersję naszej przyjaźni, jaką mogę.

Pan Mays był jednym z moich nauczycieli nauk socjalnych we wczesnych latach liceum. Teraz, gdy jestem starszy, rozumiem jak koszmarnym jest zadawanie się z dzieciakami w tym wieku i szanuję go bez końca za to, w jaki sposób potrafił dogadywać się ze swoimi uczniami. Był jak jeden z nas; mówił jak my, odnosił się do naszej pop-kultury, słuchał fajnej muzyki a czasami nawet przeklinał, kiedy wygłaszał płomienny wykład o historii rdzennych Amerykan albo na inny podobny temat. Nauczyciel który przeklina, nawet trochę, jest uosobieniem słowa „fajny”, dla ucznia pierwszego roku w liceum.

Moje wspomnienia o panie Maysie pochodzą głównie ze sposobu, w jaki wszystko robił. Przykład, który jest ciągle bardzo żywy w mojej pamięci, pochodzi oczywiście, z okresu Halloween mojego drugiego roku w liceum. Pan Mays przyozdobił klasę typowymi dla nauczycieli ozdobami, takimi jak dynie z wyciętymi twarzami, karykatury czarnych kotów, uznawanymi za typowe i nudne, przez samolubnych licealistów. Jednak, trzydziestego pierwszego października, kiedy większość nauczycieli przewracała oczami na widok tych wszystkich prawie dorosłych nastolatków, którzy ciągle brali na poważnie ubieranie się w halloweenowe kostiumy, pan Mays pokazał nowy poziom „spoko nauczyciela.”

Weszliśmy do klasy i byliśmy zaskoczeni, kiedy zastaliśmy tam zasłonięte okna, prześcieradła zasłaniające mniejsze okna, świece lekko oświetlające salę, pojedynczą, naburmuszoną dynię stojącą na taborecie, który stał przed ławkami. Pan Mays usiadł przy swoim biurku, po prostu obserwując uczniów wchodzących do klasy i zajmujących swoje miejsca. Nie musiał prosić o ciszę, ponieważ kiedy uczniowie wchodzili do sali, byli zbyt podekscytowani żeby rozmawiać z przyjaciółmi, albo zbyt zaskoczeni aby się nimi przejmować. Gdy uczniowie usiedli w ich ławkach pan Mays zaczął mówić. Mówił cicho aby stworzyć atmosferę, a następnie usiadł na krześle obok dyni z wyciętą twarzą, na środku pomieszczenia.

„Dziś jest prawdopodobnie mój ulubiony dzień w roku” powiedział monotonnym głosem. „Haloween jest moim ulubionym świętem i chcę wam powiedzieć, dlaczego tak bardzo je kocham.” Jedna z dziewczyn uniosła rękę z zaniepokojonym wyrazem twarzy. „Przesuwam datę oddania waszych prac do następnego wtorku.” Powiedział pan Mays, nie zawracając sobie głowy patrzeniem na dziewczynę, która powoli opuszczała jej dłoń, patrząc na innych uczniów z lekkim zakłopotaniem na twarzy. Klasa natychmiastowo wybuchła cichym wiwatem i pan Mays poczekał chwilę na ciszę. Zaczął jego historię natychmiast, gdy klasa ucichła.

Spróbuję powtórzyć tą niesamowitą historię, którą opowiedział tego dnia pan Mays. Sposób, w jaki opowiedział tą historię sprawił że maniacy horrorów zamilkli, a reszta klasy zastygła w przerażeniu. Ta sama dziewczyna która podniosła jej rękę aby zapytać o dokumenty, pod koniec tej historii, trzymała kolana przy brodzie, a na jej twarzy, malowało się przerażenie.

Ważną rzeczą którą powinniście wiedzieć jest to, o czym była historia. Różne szczegóły mi już umknęły, lecz nie są one zbyt ważne. Spróbuję opowiedzieć najważniejsze części historii, lecz szczegóły mogą mi się mylić. Zacznijmy od tego, że pan Mays i jego przyjaciele wybrali się na wycieczkę po kraju, po tym jak ukończyli studia. Zabrali samochód, załadowali go sprzętem campingowym i wyruszyli aby zwiedzać kraj przez całe lato. Ich przygoda zaczęła się w Poconos w New Jersey, skąd wyruszyli na wybrzeża Florydy i Nowego Orleanu przez Kalifornię aż do Waszyngtonu, skąd pojechali do Gór Skalistych w Colorado i wrócili do domu w Nowym Jorku. Taki pomysł na pełną wolności podróż gdziekolwiek, od razy zainteresował klasę; a w moich oczach pan Mays stał się najfajniejszym nauczycielem jakiego znałem.

Jako żądne przygód dzieciaki ze studiów nie zabrali mapy. Nie było ograniczeń czasowych, więc po prostu jechali w tę stronę, w którą z grubsza chcieli, znajdując w końcu miasto, w którym mogliby zostać albo interesujące miejsce. Opowiedział nam, jak po spędzeniu tygodnia w Colorado, on i jego przyjaciele podróżując musieli przebyć wiele kilometrów kukurydzy, pól i jeszcze większej ilości kukurydzy. Przyjął, że byli gdzieś w Nebrasce lub Kansas, kiedy zdecydowali, aby zrzucić się i spędzić noc w hotelu. Zameldowali się w motelu w jakimś miasteczku, którego nazwę pan Mays, ledwo pamiętał, kiedy jeden z jego przyjaciół, zdał sobie sprawę że są gdzieś w pobliżu farmy jego dziadka. Nie był na 100 % pewny tego gdzie ona była, ale że byli odważnymi studentami, postanowili spróbować skontaktować się z dziadkiem swojego przyjaciela, aby odbić sobie koszta nocy w motelu.

Nie umieli się dodzwonić na telefon dziadka, więc grupa stwierdziła że zabawnie będzie, jeśli po prostu do nich przyjadą. Przyjaciel Pan Maysa był pewien tego, że jego dziadkowie zaproszą ich do środka i nakarmią bez chwili wahania. Więc, grupa wyruszyła wiedząc że została im jakaś godzina do zmroku, szukali wygodnego domu, w którym mogliby odpocząć. W Kansas albo Nebrasce, gdziekolwiek mogło to być, nie ma wielu naturalnych znaków, które mogłyby poprowadzić zagubionych podróżników; wszelkie wskazówki dla kogoś, kto nie mieszka w tej okolicy, sprowadzają się do stwierdzenia „idź przed siebie przez kilka kilometrów, aż dotrzesz do pola kukurydzy, wtedy skręć w prawo w polną drogę prowadzącą przez inne pole kukurydzy; na prawo powinno być trochę pszenicy”. Więc, tak jak w przypadku większości strasznych historyjek, grupa się zgubiła. Nie chcąc przyznać się do porażki, jechali w nocy co chwilę źle skręcając, aż znaleźli się na zalesionej drodze, co do której przyjaciel pana Mays’a był pewien, że to przy niej mieszkają jego dziadkowie.

Pan Mays opisał tę ścieżkę po prostu jako ”ciemną, mroczną drogę do piekła”. Nie byłem 100 procentowo pewien czy była prawda, ponieważ pan Mays był bardzo podekscytowany i nawet trochę śmieszny, gdy opowiadał o „drzewach niemal próbujących złapać samochód” i „czerwonych oczach niezliczonych zwierząt patrzących na nich z ciemności”. Tak czy inaczej, zwroty rodem z typowego horroru zadziałały na większości klasy; wszyscy byli przerażeni.

Więc grupa ludzi jechała ciemną drogą przez jakieś piętnaście minut, aż wreszcie dojechała do polany i małego budynku, w którym paliły się światła. Było tam też coś, co wyglądało na silos. Po jakimś czasie doszli do wniosku, że ludzie którzy tam żyją, mogą im pomóc w kwestii tego, gdzie mieszkali dziadkowie ich przyjaciela; nadzieja ta wynikała z przekonania, że „w tej prowincjonalnej okolicy każdy powinien znać każdego”. Zatrzymali auto w pobliżu budynku. Kiedy z niego wyszli, zdali sobie sprawę, że wygląda to na jedno z tych miejsc, gdzie ktoś przechowywałby całą masę kurczaków, a nie przypomina domu. Światła mimo wszystko się paliły, więc stwierdzili, że mogą spróbować.

Podeszli do budynku w grupie, patrząc na lekko uchylone drzwi. Otworzyli je i znaleźli wielkie, puste pomieszczenie. Zwisały tam fluorescencyjne światła, które oświetlały pokój, mniej więcej tak jasno, jak za dnia. Nie znaleźli tam nikogo. Nie było tam samochodu, ale jeden z przyjaciół pana Maysa był przekonany że widział tutaj kogoś, gdy się zatrzymali, więc zdecydowali że pójdą do środka i sprawdzą czy nie ma tam żadnego biura lub czegokolwiek, gdzie ktoś mógłby wciąż pracować. W innym wypadku, czemu oświetlaliby tak wielkie miejsce?

W środku nie było żadnych drzwi; to była po prostu wielka, pusta sala. Grupa pokręciła się trochę po posiadłości i przeszła w pobliże silosu. Gdy podeszli bliżej, zauważyli coś, co w założeniu miało być drzwiami do piwnicy. Pamiętam, że w tym momencie pan Mays powiedział całej klasie, aby uczyli się z jego głupoty. Powiedział nam, że przed tamtym zdarzeniem, nie oglądał wielu horrorów. Niestety, nie zastanowił się dobrze, o przejściu przez te straszne drzwi w środku mrocznego, przerażającego, zapomnianego miejsca. Powiedział też, że był to jeden z największych błędów w jego życiu.

Pan Mays powiedział całej klasie że opowie nam tyle, ile uważa, że powinien. Uważał, że byliśmy na tyle dorośli, aby to wytrzymać, lecz doradził każdemu kto był strachliwy aby opuścił klasę. Kilka uczniów spakowało ich rzeczy i szybko wyszła z klasy. Część z nich było palaczami i gdy tylko zobaczyła sposobność aby zapalić za szkołą, przed następną lekcją, od razu wyszła. Nie zastanawiałem się nad jego ogłoszeniem. Tak jak powiedziałem, byłem i jestem frajerem, jeśli chodzi o takie rzeczy, a pan Mays opowiadał historię lepiej niż ktokolwiek kogo pamiętam. Chciałem nauczyć się jak najwięcej od tego gościa, nawet jeśli, nie wierzę zbytnio w tą historię.

Po tym jak część klasy wyszła, pan Mays kontynuował swoją historię. Tym którzy zostali, powiedział że on i jego przyjaciele otworzyli drzwi do piwnicy, uwalniając smród który określił tylko jako „najbardziej ohydną rzecz, której moje zmysły miały okazję doświadczyć”. Grupa nie była już dłużej skupiona na znalezieniu właściciela tej posiadłości, lecz byli skoncentrowani na znalezieniu źródła tego smrodu. Zeszli do piwnicy, która była oświetlona przez znajdujące się na suficie żarówki. Były one rozmieszczone sporadycznie na suficie korytarza. Ściany były pokryte blachą, podobną do tych na dachach farm. Korytarz był krzywy, sufit raz się podnosił, a raz opadał, jak tunel kopany na szybko i nie ruszany. Były tam miejsca, gdzie musieli prawie kucać, aby przejść dalej.

Pan Mays powiedział, że najgorszą częścią tego wszystkiego, były ciągle migające żarówki. Czasami zachowywały się jak lampy dyskotekowe, co bardzo utrudniało poruszanie się przez wietrzne i liche korytarze. Z perspektywy czasu, był pewien że to jego umysł płatał mu figle, ale pamiętał, że przez ułamki sekund, widział rzeczy, których nie mogło tam być. Powiedział, że czasami, kiedy jesteś na czymś skupiony, albo jesteś czymś na tyle zdenerwowany, umysł zaczyna płatać różne figle; może on po prostu zacząć protestować, pokazując ci rzeczy lub ludzi, których tu nie ma. Zaczął kontynuować opisywanie korytarza. Ledwo siedziałem wtedy na krześle. Korytarz był zimny, wilgotny i wydawał się nieskończony. Pan Mays myślał, że znajdują się gdzieś pod ziemią, w ciemnym, strasznym lesie, przez który tu przyjechali, lecz nie mógł być tego pewien.

Powiedział, że po przejściu około kilometra, natknęli się na drzwi. Były to proste, drewniane drzwi, ale wyglądało na to, że nie należą do jakiegoś podmiejskiego domu. Miały ładny design oraz wyglądało na to, że ktoś niedawno pomalował je na czerwono. Miały bardzo ładną klamkę oraz kołatkę. Były to drzwi, które mogłyby być użyte w nowym, ładnym domu, a nie w podupadłym, wykopanym w ziemi tunelu, który znajduje się nie wiadomo gdzie. Jego przyjaciel ostrożnie podszedł do drzwi, uważając na zwisającą z sufitu żarówkę, zwiększając niepewność grupy, co do stabilności „ścian” tego tunelu. Odwrócił się do grupy, której reszta była bardzo zdenerwowana i spróbował rozluźnić atmosferę śmiejąc się zanim powiedział , „Chyba powinienem najpierw zapukać”.

Przyjaciel pana Mays’a chwycił kołatkę i kilka razy zapukał oraz kpiąc lekko zapytał, „Czy jest ktoś w domu?”. Grupa poczekała jakieś 30 sekund, zanim napięcie ustało. Człowiek, stojący obok drzwi, wzruszył ramionami i zaczął wracał do reszty osób, lecz kiedy to zrobił, żarówka między nimi, nagle eksplodowała. Wszyscy zasłonili oczy i popatrzyli na ich przyjaciela, stojącego obok drzwi. Kiedy opuścił jego ręce, jeden z kawałków blachy odpadł z prowizorycznego dachu. Krawędź blachy wbiła się prosto w czoło chłopaka, rozcinając je, przez co krew spłynęła po jego twarzy. Siła uderzenia odrzuciła go do tyłu, posyłając go na drzwi, tym samym je otwierając.

Cała grupa pobiegła przez ciemność do jego przyjaciela, ledwo dostrzegając całkowicie ciemny pokój, który był przed nimi. Pan Mays jako pierwszy dobiegł do jego rannego przyjaciela. Uniósł jego głowę na swoje ramiona, natychmiastowo ściągając kurtkę i kładąc ją na czole swojego przyjaciela, aby zatrzymać krwawienie. Kiedy grupa się uspokoiła, pan Mays zauważył, że jego ramię, na którym spoczywała głowa przyjaciela, było całe mokre. Był tym zaskoczony i próbował rozwiązać ten problem, gdy jeden z przyjaciół zaczął mówić. Powiedział coś jakby „światła; musimy iść,” kiedy pan Mays coś zauważył.

„Wiecie jak to wygląda, kiedy wyłączycie światło” powiedział klasie „i wszystko jest prawie całkowicie ciemne, z wyjątkiem nikłego światła żarówki, która „umiera” lub stygnie po jej wyłączeniu? Tam było mniej więcej tak samo, tylko że było ich bardzo wiele. Przynajmniej 20 żarówek oświetlało pokój kilka sekund wcześniej, lecz chwilę później, wyglądało tylko jak małe gwiazdy w ciemności. To było przerażające, lecz na pewno nie była to najstraszniejsza rzecz, jaką wtedy widzieli.

Było tam tylko słabe światło, dochodzące z korytarza, który był za nimi i mimo to, że było słabe, oświetlało pokój wystarczająco aby zobaczyć sylwetki dziesiątek ludzi, stojących mniej niż 3 metry przed nimi. Gdy przyjaciel pana Maysa poszedł coś powiedzieć, jedna z żarówek po ich prawej stronie zaczęła migać.

W tym momencie pozwólcie że się wtrącę i powiem, że pan Mays przeważnie był wesołym gościem. Miał taki ton głosu, który sprawiał, że aż chciało się z nim rozmawiać. W zasadzie, mógł powiedzieć „Panowie, chodzie poskakać z klifu!” i odpowiedziałbyś „Z chęcią panie Mays. Prowadź!”. Jest to dość radykalny przykład, ale rozumiecie o co chodzi. Był on bardzo charyzmatyczny. Całą tą historię opowiedział, jak jedną z tych strasznych historii, które opowiada się przy ognisku. Tak zmieniał głos, aby był on tajemniczy i przerażający, co zadziałało, lecz to, że trochę udawał, było zauważalne. Przypominam sobie, że w tym momencie historii, zmienił ton głosu całkowicie. Nie próbował już nikogo przestraszyć; można powiedzieć, że ta część była dla niego ciężka do opowiedzenia. Albo, był świetnym aktorem, albo było to dla niego naprawdę straszne przeżycie.

Powiedział nam, że żarówka wróciła do życia i oświetliła stojącą przed nią grupę ludzi. W słabym świetle, dostrzegł dzieci, przynajmniej 20, lecz mogło być ich więcej. Wszystkie były ubrane w piżamy, które były postrzępione, podarte i zaplamione czymś ciemnym. Miały długie włosy; każde z nich wyglądało, jakby nie było u fryzjera od jego narodzin. Niektóre z dzieci, były prawie całkowicie zasłonięte przez swoje włosy; wyglądało też na to, że żadne z nich, nigdy nie widziało prysznica.

Pan Mays powiedział nam, że najstraszniejszą częścią tego wszystkiego było to, że żadne z tych dzieci się nie ruszało. Wszystkie tylko stały, gapiąc się. Większość z nich, można było zobaczyć tylko dzięki temu, że nikłe światło, odbijało się od ich oczu. Cała grupa zamarła ze strachu na kilka sekund, kiedy usłyszeli coś, co brzmiało jak odległy skowyt zwierzęcia. Pan Mays opisał to, jako skomlenie psa, tylko nasilone. Gdy to usłyszeli, otrzeźwieli. W tym samym momencie, dzieci zaczęły się zbliżać. Przyjaciele podnieśli zranionego chłopaka i natychmiastowo wynieśli go z pokoju na korytarz. Po chwili pan Mays też się ruszył, lecz lekko się chwiał. Ruszył w lewo, próbując znaleźć ścianę, o którą mógłby się oprzeć i znalazł klamkę. Pociągnął ją, lecz ciągle miał w głowie obraz tych dzieci.

Wyskoczył do drzwi, kiedy zauważył, co właściwie trzyma. Głowica prysznica wystawała z cementowej ściany. Coś z niego ciekło, ale było zbyt ciemno, aby powiedzieć, czym jest ta ciecz. Zdał sobie sprawę, że coś na niego kapało, lecz nie przejął się tym. Teraz w jego stronę zmierzały dzieci, cały czas jęcząc, słyszał jakiś zwierzęcy płacz w oddali, a w dodatku, jego przyjaciel był poważnie ranny. Gdy opuścił pokój, zwrócił uwagę na to, że było tam jeszcze kilkanaście głowic prysznicowych na ścianie, w pobliżu pojedynczej, ledwo świecącej żarówki.

„Właśnie dlatego nazywam je „Prysznicami”, powiedział pan Mays. Byłem zafascynowany, siedziałem tak wychylony do przodu, na ile pozwalała mi ławka, czekając na więcej.

„Zatrzasnąłem za mną drzwi” powiedział „i pobiegłem przez korytarz, szybciej niż kiedykolwiek do tej pory. Przybiegliśmy do auta i odjechaliśmy stamtąd szybko jak cholera.” (Kilku uczniów zachichotało gdy pan Mays użył słowa „cholera”) „Więc, gdy już skończycie dziś chodzić po domach, prosząc o słodycze, upewnijcie się, że wiecie, gdzie idziecie i nie wchodźcie do żadnych opuszczonych domów. Co prawda, tutaj w okolicy nie ma zbyt wielu, ale wszyscy jesteście bystrymi chłopakami. No, może z wyjątkiem Jerry’ego.” Klasa zaśmiała się, a nastrój poprawił się jeszcze bardziej, gdy rozbrzmiał dzwonek, mówiący, o upływającym czasie.

Pan Mays zapalił światło, podziękował wszystkim za wysłuchanie jego historii, przypomniał o pracy domowej na następny wtorek i życzył nam wszystkim wesołego i bezpiecznego Halloween. Wszyscy uczniowie rozgłaszali swoje teorie o historii, którą właśnie usłyszeli.

„Założę się, że to była jakaś kryjówka szalonych Nazistów,” powiedziała jedna dziewczyna.

„Myślę, że to były duchy dzieci, które zabił pies,” powiedział ktoś inny.

Nie umiałem snuć żadnych teorii; ciągle byłem zaszokowany historią. Sposób w jaki pan Mays ją opowiedział, z tymi wszystkimi szczegółami, zostawił mnie z wrażeniem, że nie zrozumieliśmy całej historii.

Parę dni później, zostałem po lekcjach i zapytałem go o to, jak naprawdę zakończyła się ta historia i co stało się z jego przyjacielem. Zaśmiał się i powiedział że z jego przyjacielem jest wszystko w porządku i powiedział mi w zaufaniu (tą część wyszeptał), „To prawdopodobnie było przez te dragi, na których wtedy byli.” Pan Mays puścił do mnie oko jakby mówił, „nie mów nikomu o tych dragach”, uśmiechnął się i wyszedł.

Żyłem w tamtym miasteczku przez kilka miesięcy i wtedy szybko przeprowadziliśmy do Milwaukee, Wisconsin przez połowę kraju.

Opowiadałem tę historię w okolicy przy ogniskach, za każdym razem lekko ją zmieniając, a kiedy stałem się starszy, co zawsze kończyło się sukcesem, zmieniałem zakończenie i przyjaciel ginął z utraty krwi, lub był on wciągany przez dzieci.

Aż do studiów, nie miałem szansy, by pogadać z panem Maysem.

Poszedłem na studia na północy Nowego Jorku, lecz nie z powodu tej historii. Studia były dla mnie miłym czasem; kontynuowałem bycie takim samym kawalarzem, jakim zawsze byłem. Na trzecim roku studiów, spotkałem się z panem Maysem, w barze, w którym byłem stałym bywalcem.

Na początku, nie mogłem być pewien, że ta osobą, którą widziałem z głową leżącą w ramionach w barze, był pan Mays. Jedyną rzeczą, która zwróciła moją uwagę, była koszulka, którą ubierał do szkoły, gdy miał urodziny. Na koszulce widniał prosty napis: „Jestem solenizantem!”

Powiedziałem grupie moich przyjaciół, aby chwilę poczekała, a ja zaraz do nich dołączę, wtedy podszedłem do człowieka przy ladzie baru. „Panie Mays?” powiedziałem, a mężczyzna spojrzał na mnie.

Zajęło mu sekundę, aby spojrzał na moja twarz i uśmiechnął się, położył rękę na moim ramieniu i powiedział, „Witaj synu! Co tam u ciebie?” Mogłem wyczuć mocny zapach whiskey z jego ust, a jego twarz była zaczerwieniona. Po jego oczach, można było zauważyć, że jest pijany i nie ma pojęcia kim ja w ogóle jestem.

„Panie Mays, jestem Jack. Byłem pańskim uczniem przez kilka semestrów, jakieś 6 lat temu.” Jego wyraz twarzy zmienił się lekko i przyjazne spojrzenie, które zawsze znałem, wstąpiło na jego twarz.

Jego twarz przyjęła łagodny wyraz, uśmiechnął się i powiedział „Co tam u ciebie, Jack?”

Rozmawialiśmy przez ponad 20 minut. Powiedziałem mu co robiłem przez ostatnie kilka lat, on tak samo. Najwyraźniej ciągle uczył w tej samej szkole, używając „tych samych, starych sztuczek” jak to nazwał. Zapytałem go czy wszystko w porządku i odpowiedział, że jest tak jak zawsze.

Zajęło mi chwilę, aby zdać sobie sprawę z tego, że tak właściwie, rozmawiam z nim jak z innym dorosłym. Za każdym poprzednim razem, kiedy rozmawiałem z panem Maysem, była to rozmowa ucznia z nauczycielem; lecz teraz, byłem gościem który siedzi ze swoim znajomym w barze.

Niektórzy z moich przyjaciół już wyszli, a ja dalej piłem z panem Maysem. Powiedział mi wszystko o swoim rozwodzie i dzieciach. Były to rzeczy, o które wcześniej bym nie pytał, lub się nimi nie interesował. Lecz teraz, obchodziło mnie to; był dla mnie jak jeden z moich przyjaciół, a już nie jak idol. Był człowiekiem, który tak jak każdy ma problemy, a nie nieomylnym nauczycielem, tak jak kiedyś o nim myślałem.

Po kilku godzinach, wspomniałem o historię związaną z „Prysznicami”. Opowiedziałem mu całą moja historię, związaną z miejskimi legendami i strasznymi historiami, a on po prostu się zaśmiał. Kiedy wspomniałem o tej historii, którą opowiedział nam lata temu, wyglądało na to, że czuł się niezręcznie. Skończył swoje whiskey, poprosił barmana o następne i odwrócił się do mnie. Stał się bardzo poważny.

„Słuchaj Jack, nie wiem czemu opowiadałem tę historię co roku.” Jego słowa były niewyraźne, albo coś było nie tak z moim słuchem; byliśmy wtedy oboje dość pijani. „Mój terapeuta powiedział mi, abym to robił, kiedy byłem młodszy. Musiałem ją opowiadać ludziom, aby się z tym zmierzyć, czy coś takiego.” Pociągnął spory łyk swojego napoju.

„Chwila, twój terapeuta?” Powiedziałem.

Pan Mays zaśmiał się szczerze i spojrzał na mnie. „Oczywiście Jack. Myślisz, że coś takiego nie namieszałoby w psychice?”

Byłem oszołomiony, lecz uśmiechnąłem się nieznacznie. Zaczęło się robić bardzo dziwnie.

„Ale chyba powiedziałeś, że wszyscy byliście na prochach? Nikt się poważnie nie zranił. Wszystko było z wami okej?” Przez kilka następnych sekund, jego smutek był niemal przesadzony. „Oczywiście, że nic nam się nie stało Jack. Myślisz że czemu tutaj jestem?”

Byłem lekko zdziwiony. W głowie roiły mi się tysiące pytań, które chciałem mu zadać, lecz pozwoliłem mu kontynuować. „Niestety, Timowi się nie udało, Jack,” zaśmiał się; jego śmiech, zmienił się nagle w łzy. „Cholera, zabrały go, zabrały. Chociaż, nie jestem pewien. Gliny powiedziały nam, że byliśmy po prostu pijani. Gdy to zrobili odeszli i zniknęli nam z oczu. Nie wiedział. Nie widział ich, Jack”

W tym momencie, jego twarz była jak z kamienia. Pan Mays kontynuował, tak jakbym znał prawdziwą historię, lecz nie znałem. Jego przyjaciel zniknął. Tego nie wiedziałem.

„Chciałbym, aby chociaż znaleźli ciało. Wtedy moglibyśmy im pokazać,” pociągnął nosem. „To jest złe miejsce Jack. Nie wiem co mogę jeszcze powiedzieć. To jest złe miejsce.”

Przez kilka minut mówił jeszcze o jego przyjacielu i o tym jak dobrze się bawili, zanim pojechali na tą wycieczkę i pozwoliłem mu mówić. Po kilku minutach, zadzwonił jego telefon.

„Cześć skarbie,” wyszeptał do telefonu. „Za sekundę wychodzę. Ja J-„ Zająknął się „-ocham cię,” Osoba z którą rozmawiał, przerwała połączenie, a pan Mays musiał wyjść.

„Miło było się z tobą spotkać Jackie. Masz łeb na karku chłopie. Pamiętaj, żeby go używać” Zmierzał do wyjścia z baru.

„Panie Mays!” Krzyknąłem.

„Tak, Jack?” Odwrócił się w moją stronę.

„Powiedziałeś, że gdzie działa się ta akcja z prysznicami?”

„Gdzie? Cholera, naprawdę o tym nie powiedziałem? Jest gdzieś za Zniszczonym Łukiem w Nebrasce. Pieprzone piekło na Ziemi, jeśli spytasz mnie o zdanie.”

Pan Mays wyszedł z baru machając do mnie, uderzając w ścianę, ponieważ nie trafił w drzwi.

To był prawdopodobnie ostatni raz, kiedy go widziałem. Nie będę w stanie powiedzieć mu, jaki miał wpływ na moje życie lub raczej, jaki ta historia miała wpływ na mnie. Nie będę w stanie opowiedzieć mu o wyprawie, na którą wybrałem się po tym jak ukończyłem 3 rok studiów, praktycznie powtarzając jeden do jednego wyprawę pana Maysa, na której był ze swoimi przyjaciółmi. Nigdy nie będzie wiedzieć o rzeczach, które widzieliśmy w tym miejscu. Czemu? Cóż, umarł około miesiąc później, Jego wątroba go zawiodła. Nie było aż tak źle, ponieważ jego rodzina była przy nim, gdy umierał. Umarł przy ludziach, którzy się o niego troszczyli i to jest wszystko, co chciałem by stało się takiemu człowiekowi jak on.

Byłem w tym samym miejscu co on, kilka lat później. Właśnie tu rozpoczyna się moja historia.

Już wstałem, jestem na wpół trzeźwy i gotowy, aby opowiedzieć resztę tej historii dla was, Internetu i innych ludzi, których to obchodzi.

Nie wiedziałem o tym, że pan Mays umarł, aż do kilku miesięcy po tym, jak odbył się jego pogrzeb. Na początku, chciałem znaleźć jego rodzinę, aby złożyć im kondolencje, ale nie byłem dobrym przyjacielem pana Maysa, ani nikim takim, więc ostatecznie tego nie zrobiłem. Dalej byłem na studiach, a po roku od naszego spotkania ukończyłem je.

Ukończenie studiów w kierunku języka angielskiego, jako główny kierunek, nie było błędem, lecz nie było tym, co dałoby mi pewną posadę, zaraz po tym jak ukończyłem studia. Zaoszczędziłem znaczną ilość pieniędzy, kiedy byłem młodszy i zdecydowałem, że zasługuję na odrobinę wakacji. Zabrałem moje oszczędności, spotkałem się z moim przyjacielem Steve'em, spakowałem się i razem ze Steve’em wyjechaliśmy w podróż, chcąc jechać gdzieś w okolice Gór Skalistych. Żyłem blisko Littleton w Collorado, gdy byłem młodszy i pamiętałem, jak bardzo uwielbiałem to miejsce, więc wydawało mi się ono idealne.

Wyprawa okazała się świetna. Dojechaliśmy gdzieś w okolice Parku Estes w Colorado, znaleźliśmy tani domek i wynajęliśmy go na około miesiąc. Dni były wypełnione odpoczywaniem, wycieczkami i rzeczach które akurat przyszły nam do głowy. Kiedy skończył się nam czas wynajmu, spakowaliśmy się ponownie i wyruszyliśmy z powrotem na wschód.

Czasami podczas tej wyprawy, spotykaliśmy rdzennych mieszkańców z Parku Estes, w pobliskich barach. Nigdy z nimi nie wychodziliśmy, ani nic takiego; po prostu z nimi rozmawialiśmy, napiliśmy się z nimi, lub coś z nimi zjedliśmy. Jednej nocy, ci goście zapłacili rachunek i wyszli bardzo wcześnie; zazwyczaj zostawali tutaj do około drugiej nad ranem. Kiedy zapytaliśmy ich, czemu to zrobili, powiedzieli nam, że są umówieni ze swoimi kumplami i zapytali, czy do nich dołączymy. Że nie mieliśmy nic innego do roboty, wsiedliśmy z nimi do samochodu i pojechaliśmy z nimi na imprezę.

Impreza była bardzo cicha i mało znacząca dla tej historii; mimo to, ważną rzeczą którą powinniście wiedzieć, jest to, że po jakimś czasie, wszyscy siedzieliśmy wokół ogniska i opowiadaliśmy sobie historie o duchach. W tym czasie, nie miałem już takiego poczucie humoru, jak wtedy, gdy byłem młodszy. Będąc lekko zestresowanym, zacząłem opowiadać historie, które pamiętałem z mojego dzieciństwa. Później opowiedziałem historię o „Prysznicach”, którą opowiedział nam pan Mays. Za każdym razem, kiedy opowiadałem tę historię, dodawałem coś od siebie. Ale jakaś część mojej podświadomości, która dalej szanowała mojego nauczyciela, kazała mi opowiedzieć tę wersję historii, którą opowiedział nam pan Mays. Większość moich opowieści podobała się ludziom, lecz „Prysznice” były ulubioną opowieścią wszystkich imprezowiczów.

Steve i ja wróciliśmy do domu około 5 nad ranem. Kiedy jechaliśmy, spytał mnie o tą historię. Powiedziałem mu wszystko o panie Mays’ie, tej lekcji i moim zamiłowaniu do wszystkiego, co było związane z horrorami i im podobnym. Wtedy zasugerował, abyśmy spróbowali znaleźć to miejsce, kiedy będziemy jechać z powrotem do Nowego Yorku. Z początku byłem niechętny, dlatego, gdyż uważałem, że krążenie po Nebrasce przez wiele dni, szukając jakiejś starej farmy, która prawdopodobnie już nie istnieje, jest bezcelowe. Lecz mimo to, kilka dni zanim wyjechaliśmy z Colorado, powiedziałem Steve’owi, że to niezły pomysł. W najbliższym czasie, nie będziemy w stanie wyjechać na tak długi czas, więc stwierdziłem że możemy to zrobić, aby wykorzystać tyle ile możemy. Gdzieś w głębi serca, myślałem o tym jako o małej ofierze dla pana Maysa, człowieka, dzięki któremu, po dłuższym zastanowieniu, wiedziałem że chcę zostać pisarzem.

W każdym bądź razie, opuściliśmy Colorado i pokonaliśmy długą i monotonną drogę do Zniszczonego Łuku w Nebrasce lub, jak to nazwał pan Mays, „Piekła na Ziemi”. Znaleźliśmy motel w mieście i chodziliśmy po okolicę przez kilka dni, przeszukując około kilku setek kilometrów, podążając za jakimikolwiek znakami, dzień po dniu. Pamiętałem, że pan Mays powiedział nam, że było to gdzieś w pobliżu Zniszczonego Łuku, ale nie wydaje mi się, aby podał jakieś szczegóły. Próbowaliśmy pytać miejscowych, czy wiedzą coś o „Prysznicach”, ale zazwyczaj, ludzie wpatrywali się w nas nic nie rozumiejącym wzrokiem lub przewracali oczami, gdy powiedzieliśmy gdzie dokładnie to miejsce jest. Jedyną osobą, która cokolwiek o tym wiedziała, była starsza pani, która pracowała w stacji paliw, na obrzeżach miasta. Nie pamiętam jej imienia, lecz ta kobieta, była jednym z tych wesołych, starszych ludzi, bardzo pomocnych, którzy wysłuchają czegokolwiek co masz do powiedzenia. Steve rozmawiał z nią przy kasie, a ta zapytała o naszą tablicę rejestracyjną, z uwagi na to, że byliśmy dość daleko od domu. Nie mieliśmy nic konkretnego do roboty, więc Steve i ja skończyliśmy rozmawiając z tą kobietą przez jakieś 15 minut, aż w końcu powiedzieliśmy o naszych poszukiwaniach miejsca znanego jako „Prysznice”. Na początku, kobieta nic nie mogła sobie przypomnieć, co miało sens, biorąc pod uwagę, że pan Mays nazwał tak to miejsce po jego wizycie w tym miejscu. Ale, kiedy zacząłem mówić o szczegółach, które zapamiętałem z historii, starsza pani wtrąciła się. Jej ton nie był pogardliwy ani nic takiego, ale mówiła bardzo zwięźle, a każde jej zdanie było przemyślane, od tego momentu.

„Ludzie nie zajmują się już niczym związanym z tego typu rzeczami w tej okolicy,” powiedziała. „Wszystko to, stało się bardzo dawno temu.” Po tym zdaniu, znów spróbowała być pogodna jak poprzednio, lecz przeprosiła nas i wyszła do toalety, życząc nam szerokiej drogi.

Steve i ja, wróciliśmy do auta bez słowa. Oboje myśleliśmy o tym, co powiedziała ta kobieta. Nie wyglądało na to że była zła, po prostu nie chciała już nic o tym słyszeć. Jechaliśmy z powrotem do hotelu, kiedy Steve coś powiedział. „Znaczy, jeśli miałbym żyć w miejscu, które kojarzy się z miejską legendą lub czymś takim, denerwowali by cię ludzie, którzy o nią pytają,” powiedział. „Ostatecznie zmęczył byś się ludźmi pytającymi o to, więc po prostu starałbyś się ich wystraszyć, aby się w końcu zamknęli, prawda?”

Zgodziłem się ze Steve'em i ciągle jechałem, ale myślałem raczej o czym innym. Jeśli to była jakaś dobrze znana miejska legenda w tej okolicy, to czemu nikt inny, w całym mieście nic o niej nie wiedział? Ale udało mi się to zignorować. Żadne z nas nie było przerażone znalezieniem Pryszniców; ta mała wycieczka w naszej podróży była raczej jak polowanie padlinożerców, zwieńczeniem całych wakacji. Steve i ja byliśmy jak zwykli turyści, szukający miejsca w którym nakręcono film, lub coś takiego. Wplątaliśmy się w całą tą sytuację, z małymi oczekiwaniami i nikłą nadzieją, że będziemy w stanie odnaleźć to miejsce.

Spędziliśmy kolejny dzień w Zniszczonym Łuku, a potem podjęliśmy kolejną próbę znalezienia Pryszniców. Nebraska nie jest tak strasznym miejscem jak się mówi, ale to naprawdę nie jest pocieszające. Znaleźliśmy tam bar i spędziliśmy w nim trochę czasu i to wkrótce rozciągnęło nasz „dzień wolny”.

Kiedy wróciliśmy na drogę, zdecydowaliśmy, że będziemy omijać główne drogi, tak długo jak możemy. Wiedziałem, że to miejsce nie będzie gdzieś blisko autostrady i pamiętałem kilka szczegółów o gruntowej drodze, z historii którą opowiedział nam pan Mays, więc zaczęliśmy takich szukać. Był to dość daremny wysiłek; większość dróg w Nebrasce, ma gruntową nawierzchnię.

Była siódma wieczorem, kiedy minęliśmy mały, ale gęsty las. Użyłem tego wyrażenia ot tak, ale las w Nebrasce, to jak oaza na pustyni. Drzewa były pełne i gęste. Słońce zachodziło i wjechaliśmy pomiędzy kilka tych drzew. Zgodziliśmy się, że to dawało więcej nadziei, niż cokolwiek innego. Nie było tu tak naprawdę drogi, ale wyglądało na to, że kiedyś mogła tu być gruntowa ścieżka, więc jechaliśmy mniej więcej tam, gdzie była. Jeżeli ten samochód, dał sobie radę w Górach Skalistych, gruntowa ścieżka w Nebrasce nie była żadnym problemem.

Powoli poruszaliśmy się wzdłuż ścieżki, upewniając się, że nie ma tam żadnych zwalonych drzew albo skał, które uczyniłyby samochód bezużyteczny. Wtedy słońce zaszło. Było tam już dość ciemno za dnia, ale gdy nadeszła noc, to było coś całkiem innego. Miałem wtedy niejasne przeczucie, że znaleźliśmy miejsce, którego szukaliśmy, ale nie chciałem zapeszać, więc dalej jechaliśmy przez siebie. Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale pojedynczym promieniom światła, udało się przedostać przez korony drzew, przez co sprawiały wrażenie, jakby gałęzie próbowały złapać samochód, tak jak Pan Mays wspomniał w swojej historii. Ciągle jestem przekonany, że sam wymyślił tę część o oczach zwierząt, bo najbardziej agresywnym zwierzęciem, jakie spotkaliśmy w tym lesie był martwy królik, leżący obok ścieżki. Nie miał żadnych oczywistych znaków śmierci; wyglądał, jakby po prostu położył się i nie zadręczał się wstawaniem. Jechaliśmy przez ciemność jakiś czas, aż znaleźliśmy polanę. Musieliśmy przesunąć przedtem kilka mniejszych gałęzi z naszej drogi, ale na wprost przed naszym zjazdem, było wielkie, martwe drzewo o bardzo dziwnym kształcie. Nie było opcji, żebyśmy je przesunęli, więc wysiedliśmy i włączyliśmy reflektory, w nadziei, że oświetli to naszą drogę. Poczuliśmy ekscytację, dziwnie połączoną ze strachem, kiedy zobaczyłem, co leży jakieś 15 metrów za polaną. Tam, w świetle reflektorów i księżyca, można było dostrzec coś, co przypominało stodołę. Nie była ona całkowicie normalna. Była dużo większa niż jakakolwiek stodoła, nawet taka z filmów; nie miała także żadnego zwieńczenia. Wyglądała jak mały magazyn. Nie byłem wtedy pewien tego, czy jest to miejsce którego szukamy, ale na pewno najbardziej je przypominało.

Szedłem przez krzaki, aż znalazłem się jakieś 6 metrów od wejścia, przy którym nie rosła żadna roślinność. Nie wiem co właściciel zrobił z ziemią, ale na całej granicy, między budynkiem a roślinnością, nie było żadnego śladu po roślinach. Podszedłem do wejścia budynku, które stanowiły wielkie rozsuwane drzwi, a Steve podszedł do mnie z dwiema latarkami. „Więc chcesz tam od tak wkroczyć, bez żadnego światła?” zaśmiał się.

Cicho się zaśmiałem i wziąłem od Steve’a jedną z latarek. Moja była mała, lecz dawała silne światło; była to taka latarka, którą turyści przymocowaliby do swoich plecaków, na wypadek gdyby wyszli sami na noc. Zadziałała dość dobrze. Złapałem metalowe drzwi obiema rękami, trzymając latarkę w ustach i szarpnąłem je. Poruszały się wolno, trochę skrzypiały, ale nie było opcji, abym dał sobie radę sam. Steve podszedł od tyłu, postawił latarkę na ziemi, chwycił drzwi i powiedział „Raz, dwa… Trzy!”

Pociągnęliśmy drzwi z największą siłą jaką mogliśmy. Kiedy udało nam się przesunąć je o kilka centymetrów, musiały wrócić na swoje tory, ponieważ przesuwały się już wtedy bardzo łatwo, zatrzymując się z głośnym i głuchym łoskotem, kiedy się otwarły. Steve wziął swoją latarkę i ruszył za mną; ja byłem już w środku.

Wnętrze pomieszczenia byłe wyjątkowo puste. Nie byłem całkowicie pewien, jak daleko jesteśmy od najbliższego domu lub miasteczka, lecz nie było tam żadnych śladów, które wskazywały by na to, że ktoś tu był w przeciągu kilku ostatnich lat. Nie było tam żadnych rozbitych butelek albo pustych paczek po chipsach; nie było tam nawet żadnych zwierzęcych odchodów lub roślin. Pokój był rozległy, dużo większy niż przeciętna ferma, ale nie szkaradzieństwo o rozmiarach magazynu, o którym mówił pan Mays opisał w swojej historii. Byłem pewien, że to po prostu jakaś szopa na narzędzia lub coś w tym stylu.

Rozczarowany, pokręciłem się w pobliżu wejścia, kiedy Steve odważył się wejść w nieprzeniknioną ciemność. Kiedy przypominałem sobie kolejne szczegóły historii opowiedzianej przez pana Maysa, coś uderzyło we mnie jak worek cegieł; w historii pana Maysa, w pobliżu stodoły był silos. Wybiegłem na zewnątrz, moje oczy szybko przystosowały się ciemności, gdyż na zewnątrz było jaśniej niż w budynku. Rozejrzałem się dookoła biegając przy granicy budynku. Na pewno, jeśli kiedyś był tutaj silos, będą jakieś poszlaki. Ale, pomimo moich nadziei, nie było tam nic z wyjątkiem skupiska grubych krzaków po jednej stronie, krzaki, ziemia i las, z którego przybyliśmy.

Wróciłem do budynku, sfrustrowany i zmęczony. Steve był podekscytowany, biegając z entuzjazmem po wnętrzu budynku. „Nawet jeśli znaleźlibyśmy głowicę prysznica lub rurę,” powiedział. „Wtedy wiedzielibyśmy, że to prawda. Po prostu pomóż mi szukać.” Nie chciałem psuć mu humoru; musiałem opowiedzieć historię kilka razy, ale on oczywiście nie zdawał sobie sprawy z tego, że to nie jest właściwe miejsce. Nie mogłem zaprzeczyć, że budynek był dziwny. Był on jakby nie na miejscu i zbyt czysty, ale to nie było miejsce, w którym znajdowały się Prysznice. Pozwoliłem mu jeszcze trochę się rozejrzeć, po czym go zawołałem.

„To prawdopodobnie najlepsze co znajdziemy,” powiedziałem „Ale to nie jest to. Pamiętasz silos?” Jego twarz zmieniła wyraz z podekscytowanego na zawiedziony w jedną chwilę, jak u dziecka które nie dostało swojego wymarzonego prezentu na urodziny. Poklepałem go po ramieniu. „To i tak jest dość spoko. Chodzi o to, że dalej możemy mówić ludziom o tym co znaleźliśmy.” Szybko powróciłem do moich starych nawyków.

Steve zaśmiał się. „Ta, chyba możemy. Na pewno jest dość straszne. Powinniśmy zrobić kilka zdjęć jako dowód, co nie? Zgodziłem się z nim. „Skoczę szybko po aparat,” powiedział i zerwał się do wyjścia. Zostałem sam.

Kiedy byłem tam samemu, było bardzo cicho. Mogłem usłyszeć jedynie cichy dźwięk Steve’a biegnącego przez krzaki do auta, ale kiedy był już wystarczająco daleko, wszystko ucichło. Nie pamiętam nawet, abym słyszał dźwięk wiatru, lub cykania świerszczy, kiedy szedłem dalej w ciemność z latarką w dłoni. Byłem przekonany, że tam musi coś być. Kiedy podszedłem do kąta, dźwięk mojej stopy ocierającej się o ziemię, został zakłócony przez głuchy łoskot. Zatrzymałem się i próbowałem domyślić się, co to mogło być. Gdy postawiłem mocniej stopę na ziemi, usłyszałem go ponownie. Nadepnąłem raz jeszcze i zdałem sobie sprawę, że podłoga na której stoję, zakrywała jakąś dziurę.

Podszedłem do ściany patrząc uważnie na podłogę, próbując znaleźć jakieś dziury bądź szpary. O ile było mi wiadomo, podłoga pokrywająca tą dziurę była dość solidna, więc byłem przekonany, że znalazłem jakąś klapę lub właz. Słyszałem, że Steve wracał do budynku przez krzaki, kiedy krzyknąłem „Steve! Chodź tutaj, tu jest jakaś dziu-„ Kiedy miałem powiedzieć „dziura” skoczyłem odrobinę, licząc, że zdołam stworzyć dźwięk, który usłyszałby po wejściu do budynki. W momencie w którym moja stopa zetknęła się z podłogą, poczułem, że podłoga się zarwała.

Nie pamiętam dobrze upadku, ale przypominam sobie rozłupywanie się drewna. Pamiętam światło z latarki Steve’a, oświetlające całkowitą ciemność. Nie spadłem z dużej wysokości, ale musiałem upaść w jakiejś dziwnej pozycji, gdyż jestem pewien tego, że straciłem przytomność na przynajmniej kilka sekund.

Kiedy się obudziłem, patrzyłem na jasne światło. Od razy naszły mnie myśli o słynnym „chodzeniem w stronę światła”. Byłem wściekły na samego siebie. „Umarłeś w Nebrasce, Jack? Naprawdę wiesz jak skopać sprawę”.” Moje potępianie siebie samego w zaświatach, zostało przerwane przez dźwięk brzmiący jak głos Steve’a.

„Jezus, Jack! Jack słyszysz mnie? Stary, obudź się. Obudź się do cholery!” krzyczał.

Udało mi się oderwać głowę od podłogi na tyle, aby Steve’owi ulżyło. Ból w mojej głowie był okropny, ale w porównaniu z bólem, który przeszywał moje kolano, był niczym. Wiem, że miałem wstrząs, ale ból w kolanie był dużo bardziej dokuczliwy. Rozejrzałem się dookoła, aż znalazłem moja małą latarkę. Wtedy usiadłem i zapewniłem Steve’a. „Wszystko w porządku, po prostu coś stało mi się z kolanem. No i dosyć mocno walnąłem się w głowę.”

„Bogu dzięki. Myślałem, że nie żyjesz. Wyobraź sobie, umieranie w pieprzonej Nebrasce. To byłoby żałosne.” Jego słowa trochę mnie rozbawiły, ale powstrzymałem się; najmniejszy ruch głową, bolał w cholerę i dostawałem zawrotów głowy. „Może lina?” powiedział Steve.

„Co?” Zapytałem się cicho.

„Mam iść po linę, czy widzisz tu jakąś drabinkę?” Obejrzałem ściany które mnie otaczały; były z gładkiego cementu. Nie było mowy, żeby udało mi się po nich wspiąć. „Ta, skocz po linę,” powiedziałem. „Jest zakopana pod całym naszym sprzętem. Chyba jest w czerwonym plecaku, ale nie jestem pewien. Steve skinął głową, powiedział mi żebym się trzymał i wróci za chwilę, a następnie odbiegł.

Cisza która potem mi towarzyszyła była niepokojąca. Kiedy przestałem słyszeć odgłos kroków Steve’a nade mną, byłem w stanie usłyszeć tylko buczenie, które słyszy się podczas całkowitej ciszy połączonej z pulsowaniem w mojej głowie. Doczołgałem się do najbliższej cementowej ściany i oparłem się o nią, odpoczywając i oddychając głęboko by się uspokoić. Cement za moimi plecami był nienaturalnie zimny. Było lato, więc miałem na sobie tylko cienki t-shirt, ale mimo to, czułem się, choćbym opierał się o lód.

Siedziałem w piwnicy czekając na Steve’a, i zacząłem się czuć zaniepokojenie. Czułem się jak idiota, przez to, że tu spadłem; czułem też ból ze wszystkich moich ran. To wszystko zniknęło i poczułem jedno uczucie, kiedy usłyszałem coś, co brzmiało jak oddech, gdzieś po mojej lewej. Usiłowałem się przekonać, że to tylko moja głowa płata mi figle, na kilka chwil przed tym, jak przypomniałem sobie całą historię pana Maysa. Kiedy usłyszałem ją w klasie po raz pierwszy, kilka lat temu, czułem raczej podziw niż strach. Ale teraz, siedząc w ciemnej piwnicy, znajdującej się w środku Nebraski, poczułem coś, czego nie czułem od dawna; nie można tego opisać nawet słowem „strach”. Kiedy tam siedziałem, poczułem wszechogarniający lęk.

Skierowałem światło mojej latarki na lewo, czyli w kierunku z którego pochodziły dźwięki. Światło nie dotarło na drugą ścianę; była za daleko. Ale pocieszyło mnie to, że nic tam nie było.

Oddychałem głęboko przez kilka sekund, po czym usłyszałem kolejny hałas w ciemności. Był on bardzo krótki i nie mogę być pewny, czy to moje ciało ruszyło się i tego nie zauważyłem. Myślałem, że słyszałem dźwięk drapania, jakieś 3 metry ode mnie. Brzmiało to jak hałas, który wydaje twoja stopa, gdy chodzi się przez gruntową drogę. Zanim mogłem zareagować, usłyszałem kolejny oddech po mojej lewej, tym razem bliżej. Nie było opcji, aby było to prawdziwe. Nie widziałem w tym budynku nawet pajęczyny, a teraz przekonywałem się, że słyszę oddech po mojej lewej?

Byłem zły na samego siebie, że denerwowałem się czymś takim. Mówiłem sobie, że to tylko mój mózg płata mi figle i mam halucynacje. Powiedziałem sobie, że podczas ciszy w ciemności, ludzki mózg sam wytwarza sobie dźwięki, aby zapełnić pustkę lub sprawia, że wydaje ci się, że widzisz rzeczy których nie ma. Nakazałem swojemu wewnętrznemu sceptykowi się uspokoić; zadziałało. A właściwie działało, dopóki nie zauważyłem dziwnego błysku przede mną. Nie mogę być całkowicie pewien co to było, ale słyszałem dźwięki stóp drapiących podłogę i zacząłem czuć narastający lęk. Zdecydowałem, że najlepszym wyjściem będzie wyłączenie mojej latarki, zakładając, że jeśli nie mogą mnie zobaczyć, nie mogą do mnie przyjść, czymkolwiek mogą „one” być.

Wyłączyłem moją latarkę i ogarnęła mnie nieprzenikniona ciemność. Żarówka w latarce powoli gasła, kiedy się ochładzała i wsadziłem ją do mojej kieszeni, jednocześnie przyciskając plecy, w kierunku zimnej ściany z cementu w próbie wstania. Udało mi się wstać na nogi, a właściwie stopy i odkryłem, że nie mogę obciążyć w żaden sposób mojego zranionego kolana. Dokuśtykałem do kąta pomrukując, aby pozbyć się niepokojącej ciszy. Zawołałem Steve’a tak głośno jak umiałem, ale nie usłyszałem odpowiedzi. Prawdopodobnie grzebał w bagażniku szukając liny. Gdzieś tutaj musiała być drabina czy coś. Cały czas coś pomrukiwałem, a moje tętno, które waliło mi przedtem jak młotem, zwolniło do odpowiedniego rytmu. Poruszałem się obok ściany, opierając o nią całe ciało, próbując odciążyć moje ranne kolano. Przeszedłem jakieś 30 metrów, kiedy uderzyłem głową w coś znajdującego się przede mną. Przewróciłem się na ziemię. Mój wstrząs musiał wzmocnić ból, bo był wręcz oślepiający. Wyciągnąłem moje obie ręce do mojego czoła, kiedy poczułem coś ciepłego i mokrego na moich palcach. Szukałem przecięcia na moim czole, ale żadnego nie znalazłem. Zacząłem desperacko szukać mojej latarki, kiedy siadłem i próbowałem cofnąć się do ściany.

Złapałem latarkę w moją prawą dłoń, a drugą opierałem się o ścianę. Włączyłem ją i nakierowałem na miejsce w ciemności, gdzie przed chwilą leżałem. Podłoga była mokra, ale ziemia zmieniła kolor, którego była ciecz. Próbowałem skupić mój wzrok na kałuży, próbując przekonać siebie, że to była moja krew, kiedy zobaczyłem kolejną kroplę wpadającą do kałuży. Słowa nie mogą opisać jak czułem się wtedy, kiedy ponownie usłyszałem dźwięk kapania i zobaczyłem kolejną kroplę wpadającą do kałuży. Wydaje mi się, że widziałem skąd ten dźwięk pochodzi, ale bez końca próbowałem się przekonać, że się mylę. Podniosłem latarkę i skierowałem ją na źródło cieczy. Tym co przyciągnęło moją odwagę, była rura odstająca od ściany przynajmniej na 30 centymetrów. Metal był zardzewiały i pęknięty; mała ilość cieczy wydostawała się przez pęknięcie. Na końcu rury była zwykła głowica prysznicowa, skierowana w dół.

Znasz to uczucie, kiedy serce podchodzi wam do gardła? Tak się czułem, i natychmiastowo zwymiotowałem. Wymiociny wylądowały na całych moich butach, ale to było w tym momencie najmniej istotne. Zignorowałem ból w moim kolanie i ruszyłem powoli wzdłuż ściany tak szybko jak mogłem. Słyszałem jakiś hałas, ale nie mogę być pewien, czy to nie były dźwięki mojego ruchu, lub czegoś obok mnie. Udało mi się kucnąć pod następną głowicą prysznica. Wisiała wyżej niż poprzednia, ale wyglądało na to, że przecieka tą samą cieczą co poprzednia. Co rusz musiałbym schylać się lub wchodzić pod kolejny metalową rurę, kolejną głowicę prysznica. Zaczęły przeciekać bardziej obficie, ale ciecz była zbyt gęsta, by wylecieć tak łatwo.

Pokój zaczął śmierdzieć. Natychmiastowo przypomniałem sobie sposób, w jaki pan Mays go opisał. Złapałem moją koszulkę i przyłożyłem ją do nosa idąc dalej, lecz nie zatrzymało to natychmiastowo smrodu. Śmierdziało jak wymiociny; śmierdziało jak odchody; śmierdziało jak spalone włosy; śmierdziało jak zgnilizna.

Ciągle poruszałem się podpierając się o ścianę, kiedy wpadłem na jakieś wyjście. Uderzyłem twardo w ziemię, adrenalina płynęła w moich żyłach; niestety dalej czułem ból. Wciąż miałem latarkę w dłoni; z jej pomocą obejrzałem moje otoczenie. Przede mną było jakieś wyjście. Były tam drzwi, lecz wyglądały na bardzo stare. Były one dosyć ładne, klamka i kołatka były stylizowane na opryskliwego demona. Czerwona farba powoli od nich odchodziła, wręcz odrywała się płatami i spadała na ziemię przede mną. Niezdarnie wstałem i wyłamałem drzwi, ledwo mijając kawał metalu, znajdującego się przede mną. Teraz się czołgałem; nie było opcji, abym mógł biec. Ściany i sufit były pokryte metalem, takim jaki była na dachówkach tej farmy. Wielkie kawałki drewna usztywniały kawałki metalu, trzymając cały prowizoryczny tunel. Nie mogłem normalnie iść, gdyż ryzykowałbym przecięcie się na metalu lub walnięcia się o drewno, co spowodowałoby spory ból lub nawet wstrząs.

Przeszedłem przez kilka mil, wpadając na ściany co rusz, ponieważ ścieżka wydawała się wić jak wąż. Nie miałem pojęcia gdzie byłem, przez tą dziurę którą wpadłem, ale powiedziałem sobie, że na końcu jest wyjście. Gdyby nie to, że się czołgałem, na pewno skończyłbym dużo gorzej. Były miejsca w tunelu, w których obniżał się do niecałego metra. Nie zawalił się, ponieważ sufit był wyłożony metalem. Patrząc z perspektywy czasu, ktoś musiał go tak zbudować. Wtedy miałem to gdzieś. Ciągle sobie powtarzałem, że nic za mną nie ma, lecz przysięgam, że słyszałem odgłosy drapania ziemi kilkanaście centymetrów za mną.

Moje jeansy co rusz ocierały się o nogi, przez co czułem jakby coś mnie dotykało i nawet teraz ciągle nie jestem całkowicie pewien, czy było tak jak myślałem. Czołgałem się i czołgałem, aż dotarłem do wzniesienia. Spojrzałem z radością przede mnie; były tam drzwi do piwnicy. Były one zrobione z drewna; wiedziałem to ponieważ widziałem, że prześwituje przez nie światło. Nie mogłem być pewien, ale pomyślałem, że to światło może pochodzić ze świateł samochodu. Poza tym wszystkim, byłem niezmiernie szczęśliwy, że znalazłem wyjście.

Przeczołgałem się do drzwi i spróbowałem je wyważyć. Drgnęły, lecz nie otworzyły się. Zacząłem krzyczeć, lecz moje gardło paliło z bólu. Udało mi się wydobyć z siebie tylko dźwięk brzmiący jak przenikliwy płacz; brzmiało to jak umierające zwierzę. Upadłem z wyczerpania i bólu, moje oczy wpatrzone były w szpary w drzwiach, przez które wpadało światło. Byłem tak blisko wyjścia; praktycznie je czułem.

W tym momencie mojej cichej porażki, usłyszałem dźwięk, który bez wątpienia wydawało coś, poruszającego się przez tunel. Brzmiało to, jakby coś było ciągnięcie po podłodze. Poruszało się przez chwilę, zamierało i znów ruszało. W moim brzuchu nie pozostało nic, co mogłoby ze mnie wyjść, lecz zaczęło zbierać mi się na wymioty. Zebrałem się lekko do kupy i spróbowałem podnieść moją rękę wystarczająco, by skupić światło na tunelu.

Ciągle nie mogę wytłumaczyć tego, co zobaczyłem. Wiem co tam widziałem, lecz nie umiem przekonać sam siebie, że to coś było tam naprawdę. Nie mogę przestać sobie mówić, że miałem halucynacje. Widziałem dziecko w brudnej piżamie. Była ona poplamiona czymś ciemnym i brązowym, z kilkoma plamami w kolorze głębokiej czerwieni. Dziecko było bardzo wątłe, jak na obrazkach, które przedstawiają ofiary obozu śmierci. Widziałem tylko jedno oko, prześwitujące przez brudne kępki włosów, gdyż odbijało ono światło mojej latarki. Były one tak długie, że sięgały aż do palców u rąk, które były oblepione ziemią. Chłopiec, lub dziewczyna, nie jestem całkowicie pewien jakiej było ono płci, poruszało się powoli w moim kierunku z wyraźną trudnością. Nie oddychało ono ciężko, ale wyglądało na to, że każdy ruch wysysał z dziecka całą jego energię. Jedną z najstraszniejszych rzeczy było jego oko, które wręcz mnie zmroziło. Widziałem je tylko dlatego, że odbijało się od niego światło mojej latarki, lecz mimo to, mogłem zobaczyć w nich gniew lub głęboką nienawiść, czy coś takiego. W tym momencie, nawet moja Angielszczyzna nie może wyrazić całej tej sytuacji. Byłem pewien, że to dziecko chciało mnie skrzywdzić. Czy to była halucynacja czy nie, to coś się zbliżało. Zacząłem płakać. Podchodziło bliżej i bliżej, kiedy usłyszałem dźwięk za mną. „Hej, Jack,” wyszeptał głos. Byłem pewien, że był to Steve.

Próbowałem coś odpowiedzieć, w pełni planując powiedzieć, „Otwórz to i pomóż mi stąd wyjść.” Mimo to, w moim obecnym stanie, jestem pewien, że brzmiało to jak zniekształcony nonsens. Drapałem drzwi, pchając je ze wszystkich sił i w końcu straciłem kontakt wzrokowy z dzieckiem. Kiedy to się stało, latarka stoczyła się po wzniesieniu gdzieś do stóp dziecka.

„Co widzisz?” zapytał mnie głos.

„O czym ty gadasz?” Zamknąłem moje oczy.

Pamiętam, że słyszałem odpowiedź pomiędzy słowami „Po prostu na to spójrz. Powiedz mi co widzisz,” ale moje własne krzyki frustracji zagłuszyły je.

Paplałem coś niezrozumiale jak maniak, kiedy głos powiedział do mnie spokojnie, „Odpocznij przez chwilę. Zajmę się tym.” To oświadczenie dotarło do mnie po chwili, kiedy mocno zacisnąłem moje oczy.

„Steve, po prostu to zrób. Po prostu je otwórz, proszę,” Zachlipałem. „Po prostu pomóż mi się stąd wydostać.” Mój głos zaczynał być głośniejszy, „Steve, jasna cholera, otwórz te pieprzone drzwi.” Otworzyłem moje oczy na ułamek sekundy, lecz zobaczyłem tylko czarne włosy, zwisające przed moją twarzą oraz małą iskrę światła ukrytą w plątaninie włosów. Zamknąłem moje oczy i krzyknąłem z całych sił, „Otwórz te pieprzone drz-„ Drzwi za mną otworzyły się i wpadłem na ziemię, biorąc oddech świeżego powietrza. Moje oczy były ciągle zamknięte, ale pierwszą rzeczą którą zrobiłem, było rozpaczliwe szukani drzwi do piwnicy i zamknięcie ich. Kiedy to zrobiłem, wziąłem głęboki wdech i otworzyłem moje oczy. Zobaczyłem stodołę przede mną, oświetloną przez światła samochodu. Moja głowa pulsowała bólem. Byłem pokryty ziemią i cieczami, których pochodzenie mnie nie obchodziło. Moje kolano było, w najlepszym wypadku zwichnięte. Lecz pomimo to, wyszedłem z tunelu. Wziąłem głęboki wdech, schowałem głowę w rękach i powiedziałem „Steve, czemu po prostu nie otworzyłeś tych cholernych drzwi?”

Czekałem na odpowiedź, lecz żadnej nie usłyszałem. „Steve serio,” zacząłem „Do cholery, drapałem, krzyczałem drżąc o własne życie,” Powiedziałem i spojrzałem za siebie. Mój żołądek znowu był na krawędzi, gdyż znowu się podniósł. Jedyną rzeczą znajdującą się za mną, była wielka kępa krzaków, które widziałem kiedy badałem granice budynku. Byłem wściekły. „Steve, to nie pora na takie rzeczy. Wyjdź z tych pieprzonych krzaków.” Przygotowywałem się do tego żeby wstać, gdy usłyszałem krzyk z przodu budynku.

Latarka podskakiwała w ciemności. Steve biegł do otwartych drzwi budynku, wykrzykując moje imię i mówiąc mi, abym się nie martwił. W tym momencie musiałem stracić przytomność. Kiedy się obudziłem, Steve stał obok mnie, desperacko próbując mnie obudzić. Jego słowa praktycznie nie miały sensu, przynajmniej dla mnie.

Pomógł mi wstać i odprowadził mnie do auta. Kiedy odchodziliśmy, zobaczyłem moją latarkę na zewnątrz drzwi do piwnicy, światło gasło.

Steve zabrał mnie do auta i pojechał do najbliższego szpitala. Zasnąłem, lecz powiedział mi, że jechał przez jakąś godzinę, aż znalazł główną drogę. Nie wydaje mi się, żebym opowiedział mu kiedyś całą historię. Wydaje mi się, że jest przekonany o tym, że byłem ranny od upadku. Nigdy naprawdę o to nie pytał i nie utrzymywaliśmy długo kontaktu. To nie tak, że umyślnie poszliśmy własnymi ścieżkami, po prostu jakby przestaliśmy razem wychodzić po tej wycieczce i poszliśmy swoimi ścieżkami.

Nigdy w pełni nie zrozumiałem co się stało tej nocy. Jest wiele rzeczy, które da się wyjaśnić jako zwykłe halucynacje, ale dalej pozostaje wiele rzeczy, które nie mają sensu. Głowice prysznica faktycznie tam były, i coś z nich ciekło. Drzwi były prawdziwe, tunel był prawdziwy. Większość pozostałych rzeczy może być częściowo wytłumaczona, jeśli mogę się przekonać, że to był bardzo zły wstrząs, bardzo, bardzo zły wstrząs. Ale jedyną rzeczą, której nie mogłem w żaden sposób wyjaśnić, były drzwi do piwnicy które były zamknięte, a w jednej chwili otwarte.

Jestem tak sceptyczny jak zawsze byłem, ale wierzę w to co stało mi się w Prysznicach. Nie jestem z tego powodu odludkiem, lub uważany za debila. Dużo piję, lecz wciąż funkcjonuję. Ale, nigdy nie wrócę do Nebraski; nikt mnie nigdy do tego nie przekona. Nie oglądam też horrorów; nie ma nic zabawnego w byciu całkowicie przerażonym. To tyle, naprawdę. Moja historia nie ma typowego zakończenia. To doświadczenie mnie zmieniło, to prawda. Ale nie ma opcji, abym coś zmienił lub to przezwyciężył. Nie umiem się nawet przekonać, że miałem po prostu halucynacje. Uwierzcie mi; próbowałem przez lata.

Uprzedzając to, nie ma żadnego sposobu aby znaleźć informacje o Prysznicach. Legenda nie wykracza poza klasę pana Maysa. Nikt nie opowiadał tej historii dzieciom, aby trzymać ich z dala od pewnych miejsc lub aby je nastraszyć; ona nie była po prostu znana. Wydaje mi się, że to jest sens całej tej historii. Chcę aby ludzie wiedzieli, z pierwszej ręki, jakie jest to miejsce. Albo to uzasadnienie pijaka lub dzieciaka wewnątrz mnie, który chce rozprzestrzeniać historie takie jak ta. Nie wiem; nie obchodzi mnie to. Ale, teraz już ją opowiedziałem, dla ludzi chcących kształtować i krzywić ich potrzeby. Co ważniejsze, w końcu wyszła ona z mojej głowy.

Jest już późno i idę się znów napić. Na razie.

 

tłumaczenie: Shayminite


  • 2

#1604

User6609.
  • Postów: 3
  • Tematów: 2
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Któregoś razu poszedłem na strych poszukać czegoś co mnie zainteresuje np. jakiś antyk czy coś podobnego. Znalazłem stary magnetowid i niewielką drewnianą skrzynkę okutą w łańcuchy. Zaniosłem skrzynkę do piwnicy i tam zająłem się łańcuchami. W środku była kaseta vhs. Cud, że moja młodsza siostra się nie obudziła od tych hałasów. Patrząc na skrzynkę i jednocześnie na kasetę przypomniał mi się film Ring. Poszedłem do salonu i od razu podłączyłem to ustrojstwo. Po włożeniu kasety, w całym mieszkaniu siadł prąd. Włączyłem w telefonie latarkę i poszedłem sprawdzić bezpieczniki. Zrobiłem wszystko co trzeba i w domu znów świeciło światło. Włączyłem sprzęt jeszcze raz z włożoną już wcześniej kasetą. Przez pierwsze 10 sekund był czarny ekran i wygłuszone dźwięki, jakby rozmowa. Po chwili w końcu włączył się normalny film, a bynajmniej myślałem, że będzie normalny. Na kasecie było nagrane morderstwo. Ktoś tak jak ja oglądał telewizje z czarnym ekranem gdy nagle człowiek ubrany na czarno podszedł do niego i poderżnął mu gardło. Całe mieszkanie było we krwi. Film się skończył, a magnetowid się wyłączył. Zacząłem czuć coś mokrego na dłoniach. Do była świeża krew, a obok mnie leżał zakrwawiony nóż. Byłem przerażony. Nie mogłem zadzwonić na policję, bo za żadne skarby by nie uwierzyli w moją wersję z dziwną kasetą, a krew na rękach i nóż od razu wpakowałyby mnie za kratki. Włączyłem magnetowid by wyjąć kasetę, ale nie mogłem. Wyglądało na to, że tam utknęła. Po chwili włączył się znów film. Tym razem na nagraniu byłem ja oglądający właśnie to nagranie. Nagle znów pojawiła się ta osoba ubrana na czarno z poprzedniego nagrania. Widziałem w telewizorze jak stała za mną i trzymała nóż w ręku. Bałem się odwrócić. Szukałem na ślepo noża, który leżał obok mnie, ale nie mogłem go wyczuć. Gdy chciałem lekko przekręcić głowę by zobaczyć go chociaż kątem oka zaatakował mnie. Przyłożył tył mojej głowy sobie do brzucha i zaczynał powoli rozcinać mi gardło. Z bólu mogłem jedynie zamknąć oczy. Gdy je otworzyłem, leżałem na jakimś stole, a ten sam człowiek wyciągał mi jelita z rozciętego brzucha. Zacząłem krzyczeć, ale nie mogłem wydać z siebie najmniejszego dźwięku aż w końcu zemdlałem. Nie wiem ile minęło. Nie wiem ile byłem nieprzytomny, ale ponownie otworzyłem oczy i siedziałem na kanapie przed telewizorem z włączoną kasetą. Na ekranie nie było nic prócz czarnego obrazu z tym, że wyglądało na to, że cały nagrany film na kasecie to czarny obraz. Przestałem rozróżniać to jest prawdziwe, a co nie. Bałem się, że ten morderca znów mnie zaatakuje, ale o dziwo było spokojnie. Miałem już dość tego wieczoru i chciałem iść do kuchni napić się wody, a potem położyć się spać. Wstałem z kanapy i skierowałem się do wyjścia. Przede mną była moja siostra. Wisiała na żyrandolu. Została powieszona własnymi jelitami i miała poderżnięte gardło. Straciłem panowanie nad swoim ciałem i zacząłem się cały trząść. Cały byłem mokry od łez. Pod nią leżał ten sam nóż, który znalazłem obok siebie i który trzymał morderca. Chciałem to wszystko skończyć. Podbiegłem do telewizora, wyrwałem kable od magnetowidu i rzuciłem nim o podłogę roztrzaskując go na kawałki razem z kasetą. Następnie wziąłem nóż i bez zastanowienia zaczynałem się dźgać. Wbiłem go sobie 23 razy zanim odpadłem.

 

Gdy kolejny raz otworzyłem oczy, leżałem w szpitalu. Po chwili przyszła do mnie policja. Okazało się, że gdy wysiadł u mnie prąd i poszedłem go znów włączyć, przewróciłem się i upadając uderzyłem głową o kant stołu. Moja siostra wezwała policję bo gdy się obudziła to idąc z latarką w telefonie zobaczyła jak leżę nieprzytomny na ziemi z rozciętą od stołu głową. Gdy zapytałem się ich czy widzieli coś dziwnego jak weszli do domu, odpowiedzieli, że obok telewizora na podłodze leżał zniszczony stary magnetowid.


  • 1

#1605

trebmal.
  • Postów: 178
  • Tematów: 3
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

Niepomijalna reklama

 

Cały wieczór spędziłem na Youtube, unikając jak mogłem pracy domowej z matmy czekającej na mnie w torbie. W końcu około 2 w nocy zdecydowałem się ruszyć swój tyłek, i odrobić te zadania. Odłączyłem słuchawki od laptopa, by móc jednocześnie słuchać muzyki i robić lekcje.

Nie mam nic do tych 30 sekundowych reklam, co czasami pojawiają się przed filmem, szczerze mówiąc zostawiam YT odpalone tylko po to aby coś w tle mi grało, a z tego co wiem to dają one twórcom jakieś pieniądze, więc co mi tam.

 

„Halo?”

Podskoczyłem na dźwięk kobiecego głosu. Rozejrzałem się, podejrzewając że to moja mama przyłapała mnie na siedzeniu do późna, jednak nikogo poza mną nie było w pokoju. Spojrzałem na monitor. Pierwszą rzeczą którą dostrzegłem, było to, że ekran był niemal cały czarny, a aktualnie trwająca reklama trwała już 2 i pół minuty. Na dodatek, była niepomijalna.

 

„HALO?”  Kobiecy głos zakrzyczał. Ekran wciąż był czarny.

 

Po chwili zaczęła mówić dalej:

„Słuchaj, nie wiem kim on jest, ani kto będzie tego słuchał. Zostawił mnie z kamerką, więc myślę że daje mi okazję się pożegnać. Możliwe, że próbuje wpędzić mnie w panikę, doprowadzić do krzyku. Ale się nie dam. Nie ma takiej możliwości.”

Westchnąłem. Czy to kolejna zapowiedź taniego horroru? Kto by do cholery płacił za film bez obrazu?

W tym momencie pojawił się obraz. Zobaczyłem ją.

 

Jej włosy były pierwszą rzeczą która mnie zszokowała, może raczej ich brak. Jej głowa była w całości oskalpowana. Cała była pokryta zaschniętą już krwią. Miała wydłubane oczy, na ich miejscu były dwie puste dziury, z krwią płynącą niczym łzy. Na ciele widać było liczne rany, a jej palce u rąk i nóg były powyginane w strony które nie powinny się wyginać.

Co do pokoju w którym się znajdowała - wyglądał jak pusty magazyn. Na środku pomieszczenia znajdowało się krzesło na którym siedziała kobieta, wokół były plamy krwi. Liny które ją krępowały były przesiąknięte czerwienią.

 

„Nazywam się Denise Morgan, jestem prawniczką. Posłuchaj mnie. Byłam w domu ze swoją rodziną, pracowałam do późna. Położyłam już do swoje córeczki spać, a moja siostra która mnie odwiedzała, była na dole, w salonie. Nie słyszałam żadnego szmeru, niczego. Nie pamiętam też niczego z podróży tutaj. Nie pamiętam niczego. Boże, moje dziewczynki...”

 

Denise przerwała na chwilę, zaszlochała, po czym ugryzła się w wargę, już i tak całą zakrwawioną i w bliznach. Zacząłem się niepokoić.

 

„Nie, nie złamię się.”  Mruknęła, po czym kontynuowała. „Słuchaj, nie wiem kim jesteś, ale musisz opuścić swój dom najszybciej jak potrafisz. On po ciebie idzie. Znajdziesz to w jakiś sposób w internecie, nie mam pojęcia jak, ale znajdziesz. W moim przypadku znalazłam na pulpicie wideo z facetem błagającym o życie, mimo że nigdy nie pobierałam takiego filmiku, poza tym godzinę wcześniej go tam nie było. Nie uciekłam. Ale ty możesz. I musisz.”

Otrząsnąłem się z szoku, to wszystko było porąbane, miałem dość. To nie działo się naprawdę. Zamknąłem kartę z youtubem. Cisza.

Wtedy nagle otworzyła się nowa karta, a film zaczął się znowu ładować.

 

Kobieta mówiła dalej. „Nie wiem nawet jak teraz wyglądam. Na początku chciał żebym widziała te tortury, ale wściekł się jak ciągle się na niego gapiłam. Więc, on, on... Nie wiem nawet jak wygląda. Obrazy nie pozostają w głowie na zbyt długo po tym jak cię oślepią. Na połowie twarzy nosił taką pomarańczową maskę, jak jedna z tych na halloween. Z tego co pamiętam, była ona tak jakby... była przytwierdzona bezpośrednio do jego twarzy. Próbowałam mu oferować różne rzeczy, ale on niczego nie chciał. Dawałam pieniądze, wszystko, ale...”

 

W tle było słychać coraz głośniejsze kroki. Wtedy właśnie Denise straciła panowanie. Zaczęła krzyczeć i próbować wyrwać się z więzów.

Nie widziałem zbyt wiele, jednak ujrzałem błysk pomarańczowego koloru i świeżą ranę w ciele Denise, chwilę przed tym jak całkowicie opadła.

 

Piszę to z przystanku autobusowego w Kanadzie. Podróżuję już dłuższą chwilę, ale co jakiś czas widzę imię Denise pojawiające się na moim laptopie. Wszystkie moje zakładki zmieniły nazwę na „Denise Morgan”. Wszystkie prowadzą teraz do stosunkowo nowego artykułu zaczynającego się „Policja poszukuje zaginionych...”.

Wiem że on się zbliża. Ale mimo to nie wiem co robić.

 

Mój autobus się za to spóźnia. Nie wiem jak długo mogę jeszcze czekać. Bethany, siostrzyczko, jeżeli to czytasz, wiedz że cię kocham. Nie zapomnij o swoim starszym bracie. Mamo, przepraszam cię za naszą ostatnią sprzeczkę. Jeżeli uda mi się przeżyć, będę przy was już na zawsze. Kocham was. I przepraszam.

 

tłumaczenie z reddit od AngelofDeath

 

Piękne lecz proszę omijać wulgarne słownictwo.

TheToxic


  • 1


 


Inne tematy z jednym lub większą liczbą słów kluczowych: Creepypasta, Opowiadania, Telewizja

Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u