Skocz do zawartości


Zdjęcie

Pskowska Pogost - polana śmierci.


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
1 odpowiedź w tym temacie

#1

Kronikarz Przedwiecznych.

    Ten znienawidzony

  • Postów: 2247
  • Tematów: 272
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 8
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

O tej mało zna­nej stre­fie ano­mal­nej pisał po­dróż­nik Woj­ciech Grze­lak. Prze­klę­ty ob­szar ma leżeć wokół wy­lud­nio­nej wsi Po­gost w re­jo­nie Psko­wa na za­chod­nich ru­bie­żach Rosji. Mó­wiąc do­kład­niej, cho­dzi o "Dia­bel­ską Po­la­nę" - za­gu­bio­ny w gę­stwi­nie skra­wek ziemi, który dla miej­sco­wych był sy­no­ni­mem wszyst­kie­go, co naj­gor­sze. Lu­dzie, któ­rzy się tam wy­bie­ra­li, prze­pa­da­li bez wie­ści, po­dob­nie jak zwie­rzę­ta (do­mo­we i dzi­kie), któ­rych kości bie­li­ły się w oto­cze­niu po­la­ny.
Pier­wot­nie ponoć znaj­do­wał się tam nie­zna­ne­go po­cho­dze­nia ziem­ny "lej" wiecz­nie oto­czo­ny mgłą (a może ulat­nia­ją­cym się gazem, np. me­ta­nem, który po­wo­do­wał za­tru­cia?). Z bie­giem lat po­rósł on jed­nak trawą. Jak do­da­je pan Grze­lak w książ­ce "Zie­mia sza­ma­nów" (2014), po II woj­nie miej­sce znowu zmie­ni­ło po­stać i za­czę­ło przy­po­mi­nać wy­pa­lo­ny w ziemi krąg.
"W 1965 r. w po­god­ne let­nie noce wi­dy­wa­no jasne pro­mie­nie i bły­ska­wi­ce nad fa­tal­ną po­la­ną, a dzien­ną porą po­mię­dzy drze­wa­mi po­ja­wia­ły się prze­ra­ża­ją­ce mi­ra­że wy­wo­łu­ją­ce pa­ni­kę wśród wie­śnia­ków. (…) Ano­ma­lia od­dzia­ły­wa­ła także sil­nie na psy­chi­kę miesz­kań­ców wio­ski - byli nie­zwy­kle ner­wo­wi i po­bu­dze­ni. Nie­któ­rzy z nich od­czu­wa­li cią­gły nie­wy­tłu­ma­czal­ny lęk" - pisał po­dróż­nik.

 

k3kw0.jpg

 

Obwód pskowski, zajmujący najbardziej wysuniętą na zachód część zwartego terytorium Federacji Rosyjskiej, nie cieszy się dobrą sławą, bowiem pomimo przygranicznego położenia uważany jest za tupik (po rosyjsku – ślepy zaułek, grajdołek), a jego mieszkańcy w oczach innych Rosjan uchodzą za gburowatych, nieokrzesanych prowincjuszy, od których łatwiej oberwać pałką po głowie, niż doczekać się uprzejmej i rzeczowej odpowiedzi.

 

Czy stereotyp ten odpowiada prawdzie, można przekonać się, choćby zwiedzając obfitujący w ciekawe zabytki Psków, jedno z najstarszych miast średniowiecznej Rusi. Od połowy XIV stulecia i przez cały wiek następny był on stolicą Republiki Pskowskiej, państwa całkowicie różniącego się koncepcją polityczną od ówczesnych typowych wschodnich despotii. Któż wie, czy nie popłynęłyby stąd jakieś ożywcze prądy o znaczącym wpływie na kształtowanie się rosyjskiej państwowości, jednak Rzeczpospolita Pskowska, podobnie jak sąsiednia, bardziej znana i o wiele potężniejsza średniowieczna demokracja Nowogrodu Wielkiego, pięćset lat temu uległa ostatecznie przemocy Moskwy. Kilka dekad wcześniej pskowianie i nowogrodzianie zdążyli wesprzeć Władysława Jagiełłę w sporze z Krzyżakami. Ziemia pskowska stała się również areną dwóch słynnych kampanii Stefana Batorego podczas prowadzonej przez niego „zaborczej” (według współczesnej rosyjskiej historiografii) wojny z carem Iwanem Groźnym.

W granicach obecnego obwodu pskowskiego w 1926 roku żyło blisko 1,7 miliona osób, dziś jest równo o milion mniej. Nie da się tego wytłumaczyć jedynie stratami podczas wojny pomiędzy ZSRS i Niemcami, bowiem cała ta jednostka administracyjna wciąż wyludnia się, systematycznie w tempie 1% rocznie. W rejonie łokniańskim, położonym pomiędzy Pskowem a Wielkimi Łukami, szczególnie drastyczny spadek liczby mieszkańców nie wiąże się jedynie z zapaścią ekonomiczną całego regionu, jaką oficjalnie objaśniane bywa to zjawisko demograficzne. Jego przyczyna jest o wiele bardziej mroczna.

 

Łokniańska anomalia

Odległa o kilkanaście kilometrów od miasteczka Łoknia wioska Pogost niepokoi już samą nazwą, która oznacza, między innymi, cmentarz. W jej pobliżu znajdowała się jeszcze jedna wieś, dzisiaj całkowicie opustoszała. Na pozór cała okolica wygląda sielankowo, ale...
– Ładnie tu u nas, prawda? – pyta, nie oczekując odpowiedzi, dziewięćdziesięcioletni Paweł Tołmaczew, nazywany powszechnie dziadkiem Paszą. Uśmiecha się przy tym gorzko, ironicznie. – Nie to, co na północ od Łokni, gdzie same bagna aż po jezioro Ilmen. A u nas brzózka przy polnej drodze, dalej kępa bujnych sosen na wzgórzu, wóz konny czasem przejedzie niespiesznie pośród łąk pięknie ukwieconych, obłoki na błękicie i takie tam inne rzeczy. Nic, tylko zdjęcie rób i na okładkę czasopisma dawaj...

– Podobno każdy człowiek przywiązany jest do miejsca swojego urodzenia, kocha mniej lub bardziej świadomie ziemię, na której spędził dzieciństwo, młodość – Tołmaczew mówi po chwili dalej, nagle poważniejąc. – Tę swoją małą ojczyznę. Pragnie tam powracać, jeśli nie dosłownie, to chociaż myślami. Urodziłem się tutaj i przeżyłem w tych stronach całe życie, z wyjątkiem trzech lat spędzonych na froncie, ale nienawidzę tego miejsca. Najszczęśliwszy byłem, trudno w to uwierzyć, na wojnie właśnie, oko w oko ze śmiercią. Ale była to śmierć oczywista, wiadoma i zrozumiała. A nie... – Urywa, szuka odpowiedniego słowa, jednak nie potrafi go znaleźć, milknie więc i zamyśla się głęboko. Jego starcze dłonie, które oparł o stół, drżą, ale nie jest to chyba wina sędziwego wieku, bowiem Tołmaczew trzyma się znakomicie. Wszyscy miejscowi rówieśnicy dziadka Paszy nie żyją od wielu lat. Poumierali, jak mówi się w tych stronach, „nie swoją” śmiercią.

– Niby nic takiego, wypadki przecież zdarzają się wszędzie – opowiada Marfa Iwanowna. – Ale u nas nazbyt często działy się takie rzeczy, które na zdrowy rozum nie powinny nastąpić. Przepadały gdzieś małe dzieci. Trzynastoletni synek kołchozowego brygadzisty utonął w płyciutkiej rzece, która nawet nazwy nie miała, strumieniem była raczej. Wiejski kowal z długoletnią praktyką zginął od kopnięcia podkuwanego konia. Doświadczoną dojarkę-przodownicę przebił rogami byk nigdy przedtem nieokazujący agresji. Stary dekarz spadł z dachu i skręcił kark. Kobiety i mężczyźni, dotąd cieszący się znakomitym zdrowiem, nieoczekiwanie zapadali na tajemnicze śmiertelne choroby. A wszystko przez to. – Stara kobieta prawie niedostrzegalnym ruchem głowy wskazuje majaczący w oddali las.

Tam bowiem kryje się złowieszcza tajemnica, w niedalekiej przeszłości źródło wielu nieszczęść. Większość tutejszej ludności wierzy, że kto zbyt wiele mówi czy też choćby nazbyt intensywnie myśli o pewnym miejscu schowanym w tej leśnej gęstwinie, ten niewątpliwie w krótkim czasie pożegna się z życiem.
Na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku dwóch wyrostków, pomocników wiejskiego pastucha z Pogostu, poszukiwało odłączonych od stada krów. Gdy zapuścili się w pobliski las (który znali zresztą jak własną kieszeń), zobaczyli niezwykły widok: duży krąg wypalonej ziemi. Na ich oczach krowy, które tymczasem znalazły się na środku dziwnej polany, nagle zapłonęły jasnym ogniem, a po chwili zniknęły, jakby zapadły się pod ziemię.

 

Przerażeni chłopcy pobiegli do wsi i opowiedzieli rodzicom o niezwykłym zdarzeniu. Dziadek jednego z pastuszków przypomniał sobie, że w latach młodości słyszał od swojego ojca opowieść o ogromnym leju w ziemi, który z niewiadomej przyczyny pojawił się właśnie tam, gdzie teraz znajdowało się to niezwykłe pogorzelisko. Ówcześni okoliczni chłopi bardzo bali się tego miejsca i unikali go jak ognia. Opowiadano o nim rzeczy mrożące krew w żyłach. Niektórzy uważali dziurę w lesie za pozbawioną dna, inni natomiast utrzymywali, że jest to wejście do piekła. Krążyły słuchy o podziemnych korytarzach i lochach, do których tajemnicze istoty porywały małe dzieci. Nawet w pogodne, słoneczne dni polanę spowijała mgła, w której widywano zarysy jakichś postaci – ni to ludzi-karłów, ni to niespotykanych (zmutowanych?) zwierząt. Powtarzano również z trwogą, że ten, kto w nieodpowiednim czasie znajdzie się w złowrogiej części lasu, może zniknąć bez śladu. Podobno niektórzy, co przepadli w ten właśnie sposób, po upływie kilku lat powracali w bardzo zmienionym stanie. Zachowywali się jak zahipnotyzowani, pozbawieni mowy i pamięci wcześniejszych wydarzeń, poruszający się jak automaty, przypominali bardziej zombie niż żywych ludzi.

 

2l10ug.jpg

Według legendy przed wiekami wznosił się w lesie pod Pogostem potężny zamek, ale w czasie potwornej burzy, rażony setkami piorunów, dosłownie zapadł się pod ziemię. Wokół polany w trudny do wytłumaczenia sposób uformował się rodzaj szczelnego pierścienia z uschniętych krzewów i powalonych drzew ściśle splecionych konarami (łatwo go skojarzyć, zwłaszcza w połączeniu z opowieścią o warowni, z nieprzebytym płotem kolczastych zarośli, otaczającym w znanej baśni zamek śpiącej królewny). Stopniowo lej na polanie zniknął czy też zarósł roślinnością, wyjątkowo w tym miejscu bujną i soczystą. Krąg zdawał się wabić swoje ofiary, wciągał w zastawioną pułapkę jak owadożerna rosiczka. Leśne zwierzęta tylko raz przekraczały jego obręb, nigdy bowiem nie zdołały już się stąd wydostać. Do padłych lisów, saren i dzików dołączało bydło, które nieznany zew sprowadzał do śmiertelnej zasadzki. Ciała większych zwierząt nie ulegały rozkładowi przez długie lata. Odważniejsi wieśniacy wyciągali z polany za pomocą bosaków martwe krowy i owce. Opowiadali potem, że ich mięso miało niezwykły, jaskrawoczerwony kolor. Wprawdzie w wiosce się nie przelewało, jednak nikt nie ośmielił się jeść tych padłych zwierząt, choć wydawały się, jeśli pominąć osobliwą barwę, zdatne do spożycia.

Od czasu do czasu polana żądała nie tylko daniny ze zwierząt, lecz zabijała również ludzi. Tubylcy mieli się zwykle na baczności, ale obcy wpadali niczym muchy w pajęczą sieć. Czasami udawało się wydostać z przeklętego kręgu zwłoki jakiegoś nieszczęśnika. Śmiałkowie, którzy tego dokonywali, wspominali, że na twarzach trupów zastygł wyraz nieziemskiego przerażenia. Jakim nieznanym mocom potrzebne było ich życie? A może to śmiercionośne miejsce czerpało energię ze strachu swoich ofiar?

 

W sidłach piekielnej mocy

Mniej więcej podczas I wojny światowej polana zarosła całkowicie, a las wokół jakby zgęstniał, stał się nieprzebyty. Złowroga moc wygasła. Przerażające zdarzenia z przeszłości poszły w niepamięć, zresztą burzliwe zmiany w Rosji sprawiły, że ludzi zaprzątały inne sprawy. Nastały nowe porządki, a ich funkcjonariusze starali się wyrugować wszelkie „zabobony”, rozciągając znaczenie tego terminu na wszystkie zjawiska niemieszczące się w materialistycznym światopoglądzie. W czasie II wojny światowej polana ponownie dała o sobie znać, ale tym razem pozytywnie: ludność tej części rejonu łokniańskiego do tej pory sądzi, że to za sprawą tajemniczego kręgu ominęły ich uciążliwości okupacji. Żołnierze niemieccy ani razu nie pojawili się w pobliżu Pogostu...

Śmierć w płomieniach zabłąkanych krów, której świadkami byli przestraszeni pastuszkowie, rozpoczęła nowy etap aktywności straszliwej anomalii łokniańskiej, tak bowiem określa się niezwykłą polanę. Wówczas ponownie zmieniła ona swój wygląd: nie było już śladu po bujnych zaroślach, krąg sprawiał wrażenie wypalonego ogniem o bardzo wysokiej temperaturze. Potworna tajemnicza moc objawiła się ze zdwojoną siłą. W 1965 roku w pogodne letnie noce widywano jasne promienie i błyskawice nad fatalną polaną, a we dnie pomiędzy drzewami pojawiały się przerażające miraże, wywołujące panikę wśród wieśniaków. Kołchozowi dozorcy opowiadali o świecących obiektach na niebie, z których sypał się srebrzysty deszcz, jakby wielki snop iskier, które jednak nie osiągały ziemi. Około 1970 roku wyschła przepływająca obok lasu rzeczułka. Jej łożysko natychmiast zarosło wysoką trawą o niespotykanym odcieniu zieleni, wyraźnie odstraszającym wszystkie owady. Nieco później ulewne deszcze rozmyły stary cmentarz, który znajdował się na wzgórzu położonym nieopodal straszliwej polany. Okazało się wówczas, że zwłoki pogrzebane w bardzo odległych czasach w ogóle nie uległy rozkładowi. Doskonale zachowała się nawet odzież, w jakiej pochowano zmarłych.

Przez cały ten okres anomalia, której centrum stanowiła zatrważająca polana, nadal zbierała krwawe żniwo pośród ludzi i zwierząt. Oddziaływała silnie także na psychikę mieszkańców wioski: byli oni niezwykle nerwowi i pobudzeni. Niektórzy z nich odczuwali ciągle niewytłumaczalny lęk. Codziennie wybuchały kłótnie pomiędzy sąsiadami, w częstych zażartych bójkach zazwyczaj ktoś rozstawał się z życiem. Kolejną plagą był pomór bydła, które zdychało bez zauważalnych powodów. Do tego wieś ciągle nawiedzały pożary.
Wielu próbowało opuścić te strony na zawsze, ale nie wszystkim się udawało. Byli i tacy, którzy zdecydowani na stałe porzucić tę okolicę, ruszali w drogę i, oddaliwszy się kilkadziesiąt kilometrów, nieoczekiwanie zmieniali zdanie i powracali. Nie potrafili potem racjonalnie wyjaśnić powodów swojej decyzji.

 

– Czego ja nie robiłem, żeby się stąd wyrwać! – wspomina Tołmaczew. – W wojsku chciałem zostać, na Syberię do pracy wyjechać. Nic się nie udawało. Coś mnie tu trzymało, ściągało z powrotem. I przez całe życie mam wrażenie, że coś mnie stale obserwuje, śledzi we dnie i w nocy, kontroluje moje czyny i myśli. Ile razy myślałem, że postradam zmysły z tego powodu! Od lat czekam na śmierć, modlę się tylko, żeby była normalna, godna człowieka. A nie taka, jaka dopadła tylu ludzi w tych stronach. Straszna, podstępna... Jakby igrała tutaj z nami jakaś okropna niewidzialna istota, bawiła się niczym kot z myszką, nim ją wreszcie zadusi...

Fenomen fatalnej polany próbowano kilkakrotnie zgłębić naukowo, ale bezskutecznie. Organizowane w latach 1965–1969 badania uczonych nie pozwoliły na sformułowanie jakiejkolwiek hipotezy. Uczestnicy tych wypraw skarżyli się na bardzo silne bóle głowy oraz inne uciążliwe dolegliwości.

Wszystko to sprawiło, że lokalny kołchoz coraz bardziej podupadał, osiągając wyniki produkcyjne wyjątkowo mizerne nawet jak na warunki postawionej na głowie gospodarki komunistycznej. W latach osiemdziesiątych XX wieku ponownie osłabł ponury wpływ tajemniczego kręgu, a przynajmniej sporo osób zdołało się z niego wyzwolić. Porzucano, nie bacząc na konsekwencje, pracę w kołchozie, masowo opuszczano nędzne chaty. Wkrótce wieś zupełnie opustoszała. Garstka ostatnich jej mieszkańców przeniosła się do Pogostu. Byli wśród nich również Paweł Tołmaczew i Marfa Iwanowna, którzy nadal pozostają do pewnego stopnia zakładnikami anomalii łokniańskiej. Im nie udało się stąd uciec, wydostać spod władzy niewidocznej mocy.

Dziś opuszczona wioska straszy ruinami domostw. Czasami zatrzymują się w nich amatorzy mocnych wrażeń. Próbują oni odnaleźć niepokojącą polanę. Prawdopodobnie kilku z nich zdołało tego dokonać, ale nie ma ich już wśród żywych.

 

Na dalekiej Syberii

Łokniańska polana posiada swoją bliźniaczkę – oddaloną wprawdzie o niemal pięć tysięcy kilometrów, ale również znajdującą się na terytorium Rosji. We wschodniej Syberii w pobliżu rzeki Kowy jest miejsce nazywane Diabelskim Cmentarzem. Około 1930 roku miało ono kształt kolistej polany o średnicy 250 metrów, pokrytej szczątkami różnych zwierząt. Ziemia wewnątrz kręgu była zupełnie naga, zaś gałęzie pobliskich drzew wyglądały jak zwęglone pożarem. Zachowała się relacja o buhaju, który wbiegł na tę polanę, „przewrócił się i natychmiast spłonął; bił od niego bardzo silny żar”. Mięso martwych zwierząt, które udało się wydostać z Diabelskiego Cmentarza, odznaczało się niespotykanym zabarwieniem. Iwan Jermakow z wioski Karamyszewo wspominał, że w to miejsce przyprowadził go ojciec w 1927 lub 1928 roku: „Blisko podchodzić nie pozwolił, ale widziałem z daleka, że drzewa wokół były sczerniałe, a polana cała usłana kośćmi i czaszkami zwierząt. Zdaniem ojca coś tu upadło z nieba i nadal znajduje się pod ziemią. Kiedyś była tu dziura, ale zasypały ją gałęzie, piasek naniesiony wiatrem... Zdarzyło się to podobno dziesiątki lat wcześniej”.

Według świadectwa z 1952 roku straszliwa moc Diabelskiego Cmentarza wyraźnie osłabła, a polana porosła dziwnym kolorowym mchem. W ostatnich latach istnienia Związku Sowieckiego urządzano wyprawy do tego miejsca, ale w najlepszym wypadku kończyły się one fiaskiem. Niektóre ekspedycje nigdy nie powróciły z tajgi. Interesujące, że syberyjska polana wykazywała swoją największą aktywność w czasie, kiedy jej kopia z obwodu pskowskiego pozostawała uśpiona.

 

Na Syberii jest zresztą więcej punktów o podobnym, niewyjaśnionym oddziaływaniu. Najbardziej znany z nich leży na północnym–zachodzie Jakucji, dwieście kilometrów od miasta Mirnyj (do dziś znajduje się w nim jedna z największych na świecie dziur w ziemi, ale tym razem chodzi o wykop wykonany przez człowieka – to pozostałość kopalni odkrywkowej diamentów), w pobliżu prawego dopływu potężnej rzeki Wiluj. To miejsce nazywane jest przez miejscową ludność Doliną Śmierci. W samym jej środku znajduje się tajemniczy obiekt na wpół zakopany w wiecznie zmarzniętej ziemi. Tubylczy Ewenkowie mówią o nim „żelazny dom” i utrzymują, że chroni „ciepło lata w najsroższe mrozy”. Ekspedycje do Doliny Śmierci przeprowadzone w latach1933–1949 odkryły „osiem takich kotłów”. W jednym z nich natrafiono na „dwie połówki idealnej kuli o średnicy sześciu centymetrów, wykonanej z nieznanego metalu”. Przy pomocy tych półkul można było „ciąć szkło jak masło”. W 1971 roku komisyjnie zarejestrowano zeznania starego ewenkijskiego myśliwego, który twierdził, że w rejonie międzyrzecza Niurgun Bootur i Ataradak odkrył „żelazną norę”, a w jej wnętrzu znalazł „leżących czarnych, smukłych, jednookich ludzi w żelaznej odzieży”.

 

http://www.4wymiar.p...ll=&limitstart=


  • 0



#2 Gość_c✪nvers

Gość_c✪nvers.
  • Tematów: 0

Napisano

legenda legendą a fotek ni ma ;d


  • 0



Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości oraz 0 użytkowników anonimowych