Skocz do zawartości





Zapraszamy do kolejnego konkursu. Tym razem literackiego. Dla wszystkich! Pora zademonstrować swoją wenę twórczą :)


Zdjęcie

Whitley Strieber - "Wspólnota"


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
30 odpowiedzi w tym temacie

#1

dj_cinex

    VRP UFO Researcher

  • Postów: 3305
  • Tematów: 412
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 20
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

WHITLEY STRIEBER
WSPÓLNOTA
PRAWDZIWA OPOWIEŚĆ


Rozdział I : NIEWIDZIALNY LAS - Pierwsze wspomnienia

Rozdział II : PODRÓŻ W GŁĄB JASKINI UMYSŁU - Hipnoza
Rozdział III : BARWY CIEMNOŚCI - Introspekcja
Rozdział IV : NIEBO POD STOPAMI - Podróż we własną przeszłość


Dołączona grafika


Dla tych, którzy przeszli przez lustro,
I dla tych, którym ten blask w oczach lśni,
Dla tych, którzy ukryć to pragną,
I dla tych, co tajemnicę utracili,
Dla tych, co nie potrafią milczeć,
I dla tych, którzy kłamstwa się nauczyli.


PODZIĘKOWANIA

Podczas pracy nad niniejszą książką swą pomocą zaszczyciło mnie wielu wybitnych przedstawicieli świata naukowego. Chciałbym podziękować doktorowi medycyny Donaldowi F. Kleinowi, dyrektorowi Oddziału Badań Naukowych New York State Psychiatrie Institute i wykładowcy psychiatrii na Uniwersytecie Columbia w College of Physicians and Surgeons, za fachowo przeprowadzone seanse hipnotyczne. Dzięki uprzejmości doktora Roberta Najmana podobne wsparcie otrzymała podczas hipnozy moja żona. Dr John Gliedman dokonał biegłej analizy naukowej moich poglądów, jak również wniósł swój istotny wkład w książkę. Dr David Webb, do niedawna członek Narodowej Komisji ds. Przestrzeni Kosmicznej, a obecnie wykładowca i przewodniczący studiów kosmicznych w Center for Aerospace Science Uniwersytetu North Dakota oraz dr Brian O'Leary, astronauta i planetolog, służyli mi radą opartą na kombinacji fachowości, zdrowego sceptycyzmu i niezłomnego trzymania się faktów, bez czego nie byłbym w stanie ukończyć mojej pracy. Dr Bruce Maccabee, fizyk i badacz w służbie Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych przeczytał rękopis niniejszej książki pod kątem zawartych w niej zagadnień fizycznych — wszelkie błędy w zakresie tej dziedziny powstały wyłącznie z mojej winy. Doktor David M. Jacobs, profesor przy katedrze historii Tempie Uniyersity był uprzejmy udzielić mi wskazówek, głównie w zakresie tła historycznego.

Moje szczególne podziękowania należą się Buddowi Hopkinsowi, który nie szczędził czasu ani wysiłku — często graniczącego z heroicznym — by pomóc zarówno mnie, jak i tym, którzy stanęli na krawędzi rzeczywistości. Obecność lekarzy i naukowców jako moich doradców nie oznacza wcale, iż przychylają się oni do moich wniosków na temat tego, co mnie spotkało. Ich
zainteresowanie wyrasta z pragnienia zbadania czegoś, co wydaje się zjawiskiem niewyjaśnionym lub niezrozumiałym. Dla środowiska naukowego natura tego zjawiska pozostaje niezgłębiona.

PRELUDIUM
Zasłona skrywająca prawdę


Rzeczywisty świat prześliznął się przez oczka sieci
zarzuconej przez naukę.
ALFRED NORTH WHITHEAD
Modcs of Thought



Jest to historia zmagań człowieka z druzgocącym spokój atakiem Nieznanego, historia na tyle prawdziwa, na ile potrafię ją zawrzeć w słowach.

Wszystko wskazuje na to, że osobiście doświadczyłem bliskiego spotkania z przedstawicielami pozaziemskiej inteligencji. Zagadką pozostaje jednak, kim właściwie byli i skąd przybywali. Czy niezidentyfikowane obiekty latające istnieją naprawdę? Czy opisywane tylekroć potworki i demony to przybysze z kosmosu? Z początku sądziłem, że popadłem w obłęd, jednakże badania
dokonywane przez trzech psychologów i tyluż psychiatrów, oparte na całej masie testów psychologicznych i neurologicznych, zakwalifikowały mnie do osobników normalnych pod każdym względem. Zostałem też poddany testom na prawdomówność przez fachowca z trzydziestoletnim stażem. Ich wyniki nie przyniosły żadnych rewelacji. Dotychczas obojętnie odnosiłem się do zagadnienia nie zidentyfikowanych obiektów latających i pozaziemskich cywilizacji; uważałem je nawet za sztucznie rozdmuchany problem, dający się łatwo
wytłumaczyć jako halucynacje i zaburzenia postrzegania. Cóż miałem zatem pomyśleć, gdy przybysze bez wahania wkroczyli w życie tak obojętnie nastawionego sceptyka jak ja?

W późniejszym czasie zetknąłem się z wieloma ludźmi, których przeżycia pod wieloma względami przypominały moje. Większość z nich była zrównoważona umysłowo. Nie wywodzili się z żadnej określonej grupy, lecz tworzyli raczej przekrój amerykańskiego społeczeństwa. Spotkałem pośród nich, między innymi, pracownika naukowego, policjanta i urzędnika federalnego.

W moim przypadku trudno byłoby zignorować zeznania świadków czy też fizyczne następstwa spotkania, zbliżone do objawów pochorobowych. Istnieją, moim zdaniem, dwa możliwe wyjaśnienia: albo przybysze z kosmosu istotnie ingerują w nasze życie, albo też ludzki umysł posiada niewiarygodną wręcz zdolność wytwarzania stanów zbliżonych do fizycznej rzeczywistości. Żadna z tych możliwości nie jest jednak w chwili obecnej wytłumaczalna za pomocą metod naukowych.
Znane jest mi uczucie obcowania z istotami pozaziemskimi, wiem, jakie dźwięki wydają, gdy mówią, jak wyglądają wnętrza, w których przebywają i jakie unoszą się tam zapachy. Wiem także jak się zachowują i w jaki sposób się pojawiają. Niewykluczone, że znam również powód ich wizyt oraz ich oczekiwania względem nas, ludzi.

Rzekome spotkania z istotami z kosmosu nie są żadną nowością; ich historia sięga tysięcy lat wstecz. Jednakże w drugiej połowie dwudziestego wieku spotkania te nabrały częstotliwości nigdy dotąd nie notowanej przez rodzaj ludzki. To, co zdarzyło się w moim przypadku, było wprost paraliżujące w swej realności. Przebłyski z tych wydarzeń pojawiły się w mej
pamięci jeszcze przed zastosowaniem hipnozy, na którą zdecydowałem się, by dokonać pełnej rekonstrukcji. Dotychczas relacje ludzi nawiedzanych przez przybyszów z kosmosu spotykały się z drwinami i niedowierzaniem. Twierdzono niesłusznie, że ich wspomnienia są ubocznym efektem hipnozy. To akurat nieprawda — większość z tych ludzi zdecydowała się na hipnozę pod wpływem własnych, niewymuszonych przebłysków pamięci.

Wyśmiewanie się z nich jest równie niestosowne jak żartowanie z ofiar gwałtu. Nie wiemy dokładnie, co dzieje się w ich umysłach, ale — cokolwiek to jest — wywołuje u nich reakcję podobną do szoku pourazowego. A społeczeństwo odwraca się do nich plecami, sterowane przez zawodowych demaskatorów i krzykaczy, którym utajone kompleksy zawężają horyzonty i zaciemniają umysł. Inni zaś, nieco bardziej odpowiedzialni naukowcy, żywią obawy, iż oficjalne dążenie do rozwikłania enigmatycznego zagadnienia nie zidentyfikowanych obiektów latających może sprowadzić naukę na manowce. Z punktu widzenia studium ludzkiego zachowania, takie niebezpieczeństwo nauce nie grozi. Ludzie rozwinięci intelektualnie nie powinni przymykać oczu na fakt, że w czyimś życiu zachodzą niewytłumaczalne procesy. Przeciwnie, powinni stawić czoło Nieznanemu z czystą i jawną ciekawością. Wtedy bowiem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, następuje gruntowna przemiana. Z zagadkowego istnienia w zakamarkach umysłu wyłaniają się zręby poznania, dążącego do rzetelnego i dogłębnego zrozumienia zjawiska.

Osobiście doświadczyłem tego uczucia, innym też się to przytrafiło i przytrafia się nadal. Istotne jest więc, aby wszystkim tym ludziom zapewnić konkretną i efektywną pomoc, a nie szydzić z nich. Zewstydem przyznaję, że w przeszłości zdarzyło się to w demaskatorskim zapale również mnie. Jeżeli chodzi o UFO, i tu trzymałem stronę sceptyków.

Kiedy w nocy wznoszę wzrok ku niebu, widocznemu poprzez wysokie haki sklepienia nad oknem mojego biura, widzę chmury rozświetlone poświatą bijącą z Manhattanu. Ciemność na wysokości zwieńczenia łuku przykuwa mój wzrok. Odczuwam wtedy nie tylko niepokój i strach, szczerze mówiąc, ogarnia mnie także ciekawość. Chciałbym wiedzieć co dzieje się tam wysoko. Kiedy tak patrzę, czerń nieba jeszcze się potęguje.

Ludzie, którzy zetknęli się z przybyszami, opisują ich jako niewysokie, energiczne postaci o wzroku przenikającym do najgłębszych pokładów istnienia. W tym wzroku ukryta jest prośba, może nawet żądanie. Czego? Na razie nie wiadomo. Cokolwiek by to było, z pewnością nie chodzi tylko o zwykłą informację. Nie wydaje mi się też, by celem była prosta i otwarta wymiana, jakiej moglibyśmy się spodziewać. Cel ten wykracza poza postrzegalne działania, z jakimi się stykamy. Sądzę, że przybysze pragną dotrzeć do najgłębszych pokładów duszy, że pragną duchowego zjednoczenia.

C.D.N.


Użytkownik Eurycide edytował ten post 22.11.2006 - 19:59

  • 1



#2

dj_cinex

    VRP UFO Researcher

  • Postów: 3305
  • Tematów: 412
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 20
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

NIEWIDZIALNY LAS
Pierwsze wspomnienia


W życia wędrówce, na połowie czasu,
Straciwszy z oczu szlak nieomylnej drogi,
W głębi ciemnego znalazłem się lasu.
Jak ciężko słowem opisać ten srogi
Bór, owe stromych puszcz pustynne dzicze,
Co mię dziś jeszcze nabawiają trwogi.
Gorzko — śmierć chyba większe zna gorycze;
Lecz dla korzyści, dobytych z przeprawy,
Opowiem lasu rzeczy tajemnicze.

DANTE
Boska komedia, Pieklą, Pieśń I
przekład Edwarda Porębowicza


26 grudnia 1985


W odludnym zakątku północnej części stanu Nowy Jork mamy z żoną drewniany domek. Właśnie tam zaczęły się nasze niesamowite przeżycia. Zajmę się najpierw wydarzeniami z 26 grudnia 1985, by następnie przejść do późniejszych wspomnień dotyczących chronologicznie wcześniejszego dnia 4 października. Zanim zwróciłem się o pomoc do lekarzy, pamiętałem tylko, że 4 października mój spokój został w niewytłumaczalny sposób zakłócony. Po przeżyciach grudniowych, zapytany przez przeprowadzającego wywiad lekarza specjalistę o inne nadzwyczajne wydarzenia z mojej przeszłości, wymieniłem właśnie ową noc 4 października, jednakże dopiero rozmowy z ludźmi, którzy przebywali wówczas w naszym domku przyczyniły się do odtworzenia przebiegu wypadków. Poniższa relacja z 26 grudnia pochodzi z mojego dziennika, który prowadziłem, zanim jeszcze poddałem się hipnozie, czy nawet zwierzyłem się komukolwiek z moich przeżyć. Oto, co zdołałem samodzielnie odtworzyć. Domek nasz, głęboko ukryty i zaciszny, jest jedną z kilku podobnych chatek rozproszonych na zalesionym obszarze. Dojeżdża się tam prywatną błotnistą drogą, odchodzącą od rzadko używanej wiejskiej szosy, która prowadzi do pobliskiego miasteczka. Na wielu mapach nie jest ono nawet zaznaczone. W tej głuszy spędzamy ponad połowę roku, ponieważ właśnie tam wykonuję większość mojej pracy. Poza tym mamy jeszcze mieszkanie w Nowym Jorku. Prowadzimy bardzo stateczny tryb życia. Nieczęsto gdzieś wychodzimy, rzadko pijemy coś mocniejszego od wina, żadne z nas nie używało też nigdy narkotyków. W latach 1977—1983 napisałem kilka horrorów, lecz ostatnio skupiłem się na pracy nad poważniejszymi powieściami na temat środowiska i pokoju na świecie, w dużej mierze opartymi na faktach. Podsumowując, w omawianym okresie nie zajmowałem się pisaniem horrorów, a ponadto nigdy w życiu nie groziły mi halucynacje wywołane tworzeniem niesamowitych historii.

Święta Bożego Narodzenia w 1985 były wspaniałe. W Wigilię zaczął padać śnieg, który ustał dopiero dwa dni później. Mój synek z zachwytem odkrył, że jeśli postoi chwilę z wyciągniętą ręką, śnieg osiądzie mu na rękawicy w formie doskonale krystalicznych płatków.

26 grudnia przez cały ranek rozbijaliśmy się jego nowymi sankami, a po południu, założyliśmy narty, by pobuszować trochę po okolicy. Na kolację dokończyliśmy gęś, pozostałą z Wigilii, z sosem żurawinowym i zimnymi ziemniakami na słodko. Popijaliśmy je wodą sodową ze świeżą cytryną. Kiedy nasz synek poszedł spać, siedzieliśmy z Anną, wertując książki przy muzyce. Około dwudziestej trzydzieści włączyłem system alarmowy, którym objęte są wszystkie drzwi oraz każde okno dostępne z zewnątrz. Ostatniej jesieni, nie wiem dlaczego, wpadłem w dziwny nawyk sprawdzania wszystkich zakamarków. Po kryjomu obszedłem cały dom, w poszukiwaniu ukrytych intruzów zaglądając do szaf, a nawet pod łóżko w pokoju gościnnym. Uczyniłem to natychmiast po włączeniu alarmu. O dziesiątej leżeliśmy już w łóżku, a o jedenastej oboje byliśmy głęboko pogrążeni we śnie. Noc dwudziestego szóstego grudnia była chłodna i pochmurna. Pokrywa śniegu mogła wynosić około dwudziestu centymetrów i ciągle grubiała w miarę, jak płatki delikatnie okrywały ziemię. Nie pamiętam, by coś zakłóciło mój sen ani też by śniło mi się coś szczególnego. Podobno mniej więcej w tym samym czasie w pobliżu zaobserwowano nieznany obiekt dużych rozmiarów, lecz wzmianka o tym miała się ukazać dopiero po tygodniu. Jednakże nawet po przeczytaniu artykułu na ten temat nie powiązałem go w żaden sposób z moimi przeżyciami. Nie miałem do tego podstaw, artykuł bowiem
sprowadzał całą sensację do rangi dowcipu. Znacznie później, badając tę sprawę osobiście, odkryłem, jak niepoważne było to podejście. Nigdy przedtem nie widziałem UFO. Wydawało mi się, że cały ten problem został już naukowo wyjaśniony. Powiązanie moich doświadczeń z możliwością odwiedzin z kosmosu zajęło mi dobre kilka miesięcy — tak bardzo wydawało mi się to nieprawdopodobne. W środku nocy z 26 na 27 grudnia — nie wiem dokładnie o której godzinie — zostałem gwałtownie wyrwany ze snu. Przyczyną tego były osobliwe odgłosy: krzątanie się i szuranie dochodzące z pokoju na parterze. Nie było to raptowne skrzypnięcie wywołane osiadaniem budynku, lecz wrzawa wywołana myszkowaniem wielu osób jednocześnie po całym domu.

Wytężyłem słuch. To, co słyszałem, nie miało najmniejszego sensu.

Usiadłem w łóżku, zaskoczony i ogromnie zaintrygowany. Znajdowałem się na krawędzi strachu. Noc była niesamowicie głucha, bezwietrzna. Mój wzrok padł natychmiast na tablicę kontrolną alarmu znajdującą się obok łóżka. System był włączony i działał bez zarzutu.
Żadne z okien ani drzwi nie zostały otwarte i nikt nie wdarł się do środka — tak przynajmniej wynikało z rzędu jarzących się światełek kontrolnych. To, co następnie uczyniłem, może się wydać niezrozumiałe: ułożyłem się z powrotem na łóżku. Z jakiegoś powodu wyjątkowo niesamowity charakter hałasów, które mnie dobiegły, nie zaniepokoił mnie na tyle, bym podjął jakieś działania. Ten rodzaj reakcji, całkowicie nieadekwatnej do sytuacji, będzie się wielokrotnie przewijał w dalszej części opisu wydarzeń. Jeżeli zostanie przekroczony próg niesamowitości, reakcja odbiega daleko od naszych oczekiwań, zupełnie jakby umysł wykluczał pewne możliwości automatycznie, kierowany instynktem. Gdy tylko opadłem z powrotem na poduszkę, spostrzegłem, że jedno skrzydło drzwi naszej sypialni powoli się zamyka. Ponieważ drzwi te otwierają się do środka, przy zamykaniu oznaczało to, że szczelina pomiędzy skrzydłami zwężała się, zmniejszając pole widzenia poza nimi. Ponownie usiadłem na łóżku. Mój umysł pracował jasno, nie spałem, ani też nie znajdowałem się w letargicznym zawieszeniu pomiędzy snem a jawą. Pragnę wyjaśnić, że w tym momencie czułem się całkowicie rozbudzony i w pełni wszelkich władz. Mógłbym równie dobrze wstać z łóżka, poczytać książkę, posłuchać radia czy wyjść na nocny spacer po śniegu. Mój niepokój wywołany był faktem, że w żaden sposób nie potrafiłem znaleźć wytłumaczenia dla zjawisk, które mnie otaczały. Serce zaczęło bić mi mocniej. Już nie leżałem spokojnie w pościeli — siedziałem sztywno na łóżku, a w moim umyśle kiełkowało pytanie: co lub kto porusza nasze drzwi? Wtedy właśnie ujrzałem wyraźnie wyłaniającą się spoza nich postać. Jej pojawienie się było tak absolutnie i niemożliwie zaskakujące, że w pierwszej chwili nie dotarło do mojej świadomości.

Siedziałem jak porażony, z wytrzeszczonymi oczami, niezdolny się poruszyć. Wiele miesięcy później rozmawiałem z osobą, której spotkanie z przybyszami również rozpoczęło się od zetknięcia z identyczną postacią poruszającą się w ten sam sposób, w jaki ta widziana teraz przeze mnie ruszyła w stronę mojego łóżka. Zanim jednak zdam relację z następnych kilku sekund, pragnę możliwie dokładnie opisać wygląd owej postaci. Najpierw przedstawię warunki, w jakich ją ujrzałem: w pokoju nie panowała absolutna ciemność, ale półmrok, w którym można było rozróżnić kształty dzięki światłu rzucanemu przez tablicę kontrolną systemu alarmowego. Na dodatek śnieg leżący za oknami rozjaśniał pokój poświatą rozproszonego światła. Gdyby to człowiek zaglądał do sypialni, bez trudu dostrzegłbym rysy jego twarzy. Opisywana postać była zbyt niska jak na człowieka, chyba że byłoby to dziecko. Opierając się na zapamiętanym przeze mnie położeniu jej głowy względem drzwi i podłogi, wyliczyłem, że miała około 115 cm wzrostu i budowę ciała drobniejszą nawet od mojego synka. Mój wzrok obejmował może jedną trzecią postaci, to znaczy jej górną część wychylającą się zza drzwi. Na głowie miała gładki,
cylindryczny kapelusz z osobliwym ostrym rondem, wystającym z mojej strony na ponad dziesięć centymetrów. Poniżej nie potrafiłem nic dostrzec. Twarz była niewidoczna, a może nawet wcale jej nie było. W chwilę później, gdy znalazła się przy moim łóżku, ujrzałem dwa
ciemne oczodoły i czarną linię ust wygiętą ku dołowi, która za moment przybrała kształt litery O. Od ramion do okolic brzucha rozciągała się widoczna część kwadratowej płyty z wyrytymi na niej koncentrycznymi kręgami. Płyta ta sięgała od podbródka do bioder. Pomyślałem wówczas, że wygląda jak swego rodzaju gorset albo nawet kamizelka kuloodporna. Poniżej podobna płyta w kształcie prostokąta osłaniała okolice od bioder do kolan. Kąt pochylenia postaci nie pozwalał dostrzec nóg schowanych za drzwiami.

Pomimo przyspieszonego bicia serca, jakie odczułem, widok ten wydał mi się tak niesamowity, że niejako z góry założyłem, iż śnię. Być może dlatego nadal tkwiłem jak skamieniały w łóżku. A może mój umysł był już w jakiś sposób kontrolowany przez obce istoty?

W każdym razie siedziałem przerażony i niezdolny, a może niechętny, do jakiejkolwiek reakcji na to, co rozgrywało się na moich oczach. Wytłumaczyłem to sobie następująco: pomimo faktu, że jestem przytomny, to halucynacja. Tego rodzaju zjawiska zdarzają się czasami na krawędzi snu i jawy. Założyłem, że jakiś hałas wyrwał mnie ze snu, co wywołało oglądane właśnie obrazy. Świadomie pominąłem fakt, że byłem całkowicie rozbudzony. Ponieważ domek nasz położony jest na odludziu, alarm nie był naszym jedynym zabezpieczeniem przed intruzami. Mieliśmy również strzelbę, która w opisywanej chwili stała nie opodal łóżka.

Czyżby właśnie z tego powodu stworzenie za drzwiami nosiło kuloodporną kamizelkę, jeśli rzeczywiście była to kamizelka? Zastanawiałem się później, czy przypadkiem uprzedni rekonesans naszego domu nie ujawnił przybyszom obecności broni. W czerwcu zeszłego roku wydarzyło się coś, o czym chciałbym tu wspomnieć. Około wpół do dwunastej w nocy, kiedy siedziałem na piętrze, pogrążony w lekturze, wyraźnie usłyszałem kroki na werandzie — normalne, ludzkie kroki — zbliżające się ukradkiem do miejsca, w którym zainstalowane są reflektory włączane przez detektory ruchu. Zastanowiło mnie, że odgłos kroków dobiegał z okolic basenu, zmierzając w stronę drogi, czyli w kierunku przeciwnym do tego jaki obrałby potencjalny intruz. Pomyślałem wtedy, że jeśli zapalą się reflektory, zejdę na dół z bronią. Nie zdążyłem nawet dokończyć tej myśli, gdy na werandzie rozbłysły światła. Ruszyłem po schodach, lecz na dole nie spostrzegłem nikogo, pomimo że światła nadal się paliły. Było to bardzo dziwne, ponieważ wyłącznik czasowy odcina dopływ prądu
po piętnastu sekundach, a ja znalazłem się na werandzie w nie więcej niż dziesięć sekund. Pomiędzy domem a drogą nie było żadnego miejsca, w którym można by się ukryć, przynajmniej w tak krótkim czasie. Staranna inspekcja terenu wokół domu, z bronią w ręku, nie przyniosła efektów. Byłem przekonany, że gdyby ktoś uciekał, musiałbym go zauważyć. Rozważałem nawet możliwość, że ów ktoś zaczaił się na dachu, lecz nikogo tam nie znalazłem.

Po tym wydarzeniu światła często się psuły, choć przedtem nigdy im się to nie zdarzało. We wrześniu wymieniłem żarówki, a późną jesienią zamontowałem nowy zestaw.
Potem postać zza drzwi znalazła się w naszej sypialni. Na jakiś czas ogarnęła mnie ciemność. Nie pamiętam, czy zapadłem w sen, czy byłem przytomny, natomiast moje kolejne przebłyski pamięci są daleko bardziej niepokojące: znajdowałem się w ruchu. Nago, z wyciągniętymi nogami i rozłożonymi rękami, niczym skamieniały w połowie skoku, płynąłem w kierunku drzwi. Pozbawiony wszelkich doznań fizycznych, nie odczuwałem chłodu ani ciepła, nie czułem też, by ktoś mnie dotykał czy niósł. Swoją osobę postrzegałem w kategoriach masy i kształtu, a nie wrażeń. Pomimo desperackich wysiłków, by się poruszyć, ciało nie słuchało mnie, zupełnie jakbym został dotknięty całkowitym paraliżem. Z tego też powodu obawiam się, że nie mogę autorytatywnie stwierdzić, iż płynąłem w powietrzu na jakiejś magicznej palecie czy latającym dywanie — równie dobrze mogłem być po prostu niesiony. Natomiast bezsprzeczną prawdą jest, że wpadłem w panikę. Prysnęły moje przypuszczenia o halucynacjach i sennych majakach. Makabryczność sytuacji sprawiła, że mój umysł automatycznie włączył się. Formułowanie myśli przekraczało moje możliwości. Nawet gdybym był w stanie wydobyć jakiś dźwięk, w co zresztą wątpię, nie odważyłbym się otworzyć ust. Prawdopodobnie ponownie straciłem przytomność, gdyż nie pamiętam dalszego ciągu tej osobliwej podróży. Następny obraz, który zarejestrowała moja pamięć, przedstawia zagłębienie terenu w lesie, gdzie mnie położono. Było dość ciemno, a oszronione pnącza wiły się ciasno wokół mnie. Zaskoczony byłem brakiem śniegu na bladoszarej ziemi. Siedziałem z lekko podkurczonymi nogami, rękami obejmując kolana. Nie jestem pewien, ale chyba opierałem się o coś plecami. Nadal nie odbierałem żadnych wrażeń czuciowych. Z lewej strony kątem oka widziałem niewielką postać ubraną w szarobrązowy kombinezon. Siedziała na ziemi w podobny sposób co ja, otaczając rękami podciągnięte wysoko kolana. Dwa duże i ciemne oczodoły oraz okrągły otwór ust nadawały twarzy wygląd maski. Miałem wrażenie, że znajduję się pod dokładną kontrolą.

Głowa, ręce i inne części mojego ciała — z wyjątkiem oczu — były unieruchomione. Może dlatego nie byłem związany. Po prawej stronie, tuż obok mnie, pojawiła się nowa postać, ta jednak pozostawała zupełnie niewidoczna, z wyjątkiem sporadycznych przejawów ruchu. Ubrana była w granatowy kombinezon i pracując nad prawą stroną mojej głowy, poruszała się niezmiernie szybko. Zagłębienie, w którym się znajdowałem, mogło mieć średnicę około metra trzydzieści, chociaż moje oczy nie funkcjonowały normalnie (być może wyłącznie z braku okularów, mam bowiem nieznaczną wadę wzroku). Podczas gdy pozostałe postaci rysują się w mojej pamięci dość mgliście, obraz tej siedzącej po lewej stronie jest dość wyraźny i szczegółowy. Nie wiem dlaczego, ale byłem przeświadczony, że to kobieta, stąd też będę używał wobec niej rodzaju żeńskiego. Wzrostem nie odbiegała od pozostałych. Wydawała mi się znudzona lub też obojętna. Czułem też, że próbuje mi coś wyjaśnić, ale umknęło to z mojej pamięci. Następnie przed oczami mignęły mi gałęzie, a potem wierzchołki drzew. Spojrzałem w dół i zobaczyłem, jak las pode mną wykonuje łagodny łuk w prawo. Nie miałem szans zapytać, jakim cudem uniosłem się ponad drzewa, byłem tylko biernym obserwatorem, skazanym na rejestrowanie zdarzeń. W chwilę później pole widzenia zasłoniła mi szara podłoga, wysuwająca się spod moich stóp ruchem zamykającej się źrenicy. Znalazłem się w zagraconym, owalnym pomieszczeniu. Odnoszę wrażenie, że dano mi ochłonąć przed czekającymi mnie przeżyciami. Na skutek nagłego przejścia do nieznanego otoczenia, w warunkach daleko odbiegających od dotychczasowych norm, opuściły mnie resztki opanowania i zdrowego rozsądku. Jeśli dotąd udawało mi się w jakiś sposób zachować kontrolę i, w miarę możliwości, świadomie
kierować moim postępowaniem, to w tej chwili owładnął mną porażający strach. Pod wpływem tak intensywnego przerażenia moja osobowość wyparowała ze mnie; nie w znaczeniu teoretycznym, czy psychicznym, ale dojmująco cielesnym. Ktoś taki jak „Whitley" przestał istnieć.

Pozostało po mnie jedynie ciało w stanie pierwotnego strachu, tak ogromnego, że otulony nim jak grubą kurtyną z ledwością łapałem powietrze, przechodząc ze stanu paraliżu na sam skraj śmierci. Nie sądzę, by moje człowieczeństwo przetrwało nagłe przejście z ziemi do tego ciasnego pomieszczenia. Sądzę, że po drodze umarłem, a moje miejsce zajęło dzikie zwierzę. To, co ze mnie pozostało, zajęło się podstawową czynnością weryfikacji otoczenia. Rozglądałem się zatem dokoła, rejestrując wszelkie dostrzegalne szczegóły. Popielato-brązowy sufit niewielkiej kolistej komory, w której się znajdowałem, miał kształt kopuły z ożebrowaniem co jakieś trzydzieści centymetrów. Odniosłem wrażenie, że w pomieszczeniu panował bałagan. Na podłodze po prawej stronie leżały niedbale rzucone ubrania. Przyszło mi na myśl, że jest tu po prostu brudno. Czułem się uwięziony w ciasnej, zamkniętej przestrzeni, oddychając dusznym i suchym powietrzem. Powoli ustępowało odrętwienie spowodowane paniką. Maleńkie ludziki krzątały się teraz wokół mnie w wielkim pośpiechu. Ich prędkość poruszania się była niepokojąca i na swój sposób nieelegancka. Pomyślałem, że oto zabierają mnie na zawsze i przed oczami stanęła mi moja rodzina. Ogarnęło mnie przejmująco gorzkie uczucie zwierzęcia schwytanego w pułapkę. To wstrząsające wrażenie potęgowała jeszcze świadomość własnej bezradności. Mój los spoczywał w rękach tych małych, zagadkowych stworzeń. Mimo ogarniającego mnie przerażenia nadal zwracałem uwagę na otoczenie. Wiem, że siedziałem na ławce, plecami oparty o ścianę. Kolorystycznie przeważały odcienie szarości i brązu. Ławka była w kolorze ścian, z ciemnobrązowym obramowaniem. Z faktu, iż byłem w stanie rozróżnić odcienie barw wnioskuję, że pomieszczenie było oświetlone, chociaż nie zlokalizowałem źródła światła. Pamiętam, że z istnieniem świetlika w suficie wiązało się wrażenie piękna, lecz trudno mi powiedzieć coś więcej na ten temat. Być może w kopule umieszczony był jakiś wizjer, przez który można było obserwować różnokolorową scenerię? Nie mogę określić, jak długo przebywałem w tym pomieszczeniu. Wydawało mi się, że nie więcej niż kilka minut lub nawet sekund, chociaż równie dobrze mogło trwać to znacznie dłużej, gdyż miałem dość czasu, by się rozejrzeć i zanotować wiele szczegółów. Dotychczasowy całkowity paraliż ustąpił, przynajmniej częściowo, i mogłem teraz poruszać oczami oraz głową. Byłem tak przestraszony, że te moje wspomnienia zacierają się lub zupełnie nikną pod wpływem amnezji. Nawet teraz, gdy piszę te słowa, mam świadomość, że zaszło dużo, dużo więcej. Nie potrafię tego jednak odtworzyć. Powody mogą być rozmaite: amnezja pourazowa, narkotyk, hipnoza lub wszystkie trzy jednocześnie. Istnieje trucizna o nazwie tetradotoksyna, która wywołuje bardzo podobne stany.

Nieznaczna ilość wywołuje pozorny zanik pamięci, a większe dawki powodują uczucie „przebywania poza własnym ciałem", które sporadycznie jest opisywane przez ofiary kosmicznych uprowadzeń. Przedawkowanie prowadzi do zaniku wykrywalnych funkcji mózgu i, w konsekwencji, do śmierci. Ta rzadka substancja jest podstawowym składnikiem obrzędowej trucizny na Haiti. Niewiele wiemy jednak o zasadzie jej działania. Pod nazwą „fugu" jest stosowana w Japonii, gdzie uzyskuje się ją z ryb i uważa za ceniony, choć nieraz śmiertelny, afrodyzjak. Na skutek nagłego wyobcowania i niespotykanego dotąd szoku straciłem nad sobą kontrolę, zarówno w znaczeniu władz umysłowych, jak i fizycznych. Znajdowałem się nie tylko w stanie sensorycznego znieczulenia (chociaż paraliż powoli ustępował), lecz również całkowitego odseparowania od własnej osobowości, co pociągało za sobą niemożność selekcji własnych emocji czy nawet odruchów, nie mówiąc już o inicjatywie. Moje istnienie zostało zredukowane do reakcji na bodźce, zupełnie jakby odcięto moje przodomózgowie od reszty organizmu, czyniąc ze mnie prymitywne stworzenie na kształt prehistorycznej małpy, od której wszyscy się wywodzimy. Nie stałem się jednak małpą. Tkwiłem zamknięty w przodomózgowiu, odizolowany od reszty własnej osobowości. Mój umysł zamieniono w więzienie. Po obu stronach, w polu mego widzenia, nieznane istoty znów poczęły się energicznie krzątać. Następnie pokazano mi mikroskopijny przedmiot w kształcie pudełka z odsuwaną pokrywą. Jeden z brzegów był lekko zakrzywiony ku górze, by ułatwić otwieranie. Przedmiot ten znajdował się w rękach szczupłej osoby o przyjemnym, choć niejasnym wyglądzie. Nie mogę stwierdzić na pewno, czy była to opisywana już przeze mnie kobieta. Wydaje mi się, że zrobiono coś z moimi oczami, aby uniemożliwić mi zogniskowanie wzroku. Kiedy rozglądałem się po pomieszczeniu, rejestrowałem sporo szczegółów, lecz wszelkie usiłowania spojrzenia na konkretną postać powodowały natychmiastowe zamazanie obrazu. Nie wiem, czy był to efekt zamierzonego działania, czy tylko mojego własnego strachu. Następna postać, która się do mnie zbliżyła, jawi się w moich wspomnieniach jako niewysoki, przysadzisty osobnik, skulony, jakby się nad czymś pochylał. Ujął pudełko w ręce i odsunął przykrywkę, odsłaniając niezwykle połyskliwą igłę o grubości włosa, umieszczoną na jednym końcu przedmiotu. Widziana kątem oka, mieniła się silnym blaskiem, lecz oglądana na wprost stawała się praktycznie niezauważalna. Uświadomiłem sobie (sądzę, że ktoś z nich mi to powiedział), że zamierzają wprowadzić igłę do mojego mózgu. Jeśli dotychczas czułem się sparaliżowany strachem, to teraz wprost oszalałem z przerażenia. Zacząłem się z nimi kłócić.

Pamiętam, że powiedziałem:
—Tutaj jest brudno! — a potem jeszcze: — Zniszczycie piękny umysł. —Wyobraziłem sobie, jak moja rodzina budzi się rano i odkrywa, że stałem się bezmyślną rośliną. Ogarnął mnie ogromny smutek. Nie pamiętam, bym zaczął krzyczeć, ale najwyraźniej to zrobiłem, gdyż
postać, którą uważałem za kobietę odezwała się do mnie:
— Chcemy ci pomóc. Co mamy zrobić, żebyś przestał krzyczeć? — Jej głos brzmiał osobliwie, lecz bez wątpienia był postrzegalny zmysłem słuchu, ponieważ pamiętam, że rejestrowały go moje uszy, a nie inne receptory. Pobrzmiewał w nim ton elektroniczny, a intonacja była spłaszczona, podobnie jak w akcencie środkowozachodnim. Moja odpowiedź była zgoła nieoczekiwana. Usłyszałem swój głos, mówiący:
— Chciałbym was powąchać. — Zawstydziłem się;
moja dziwaczna prośba zaskoczyła mnie samego. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że nie była ona pozbawiona sensu. Postać po prawej stronie odrzekła głosem identycznym jak poprzednia, z niezwykłą szybkością wyrzucając z siebie słowa:
— Oczywiście, możesz nas powąchać — i podsunęła mi pod nos swoją dłoń, jednocześnie
drugą ręką pochylając moją głowę. Bijąca od niej wyraźna woń była tym, czego potrzebowałem, by powrócić do rzeczywistości. Pozostała ona najbardziej przekonującym aspektem całego przeżycia ze względu na to, że niczym nie odbiegała od prawdziwych zapachów. W żaden sposób nie mogę jej uznać za element snu lub halucynacji, pamiętam ją bowiem jako konkretne wrażenie zapachowe. Wyczuwałem w niej delikatny zapach tektury, jak gdyby rękaw kombinezonu, przytknięty do mej twarzy, wykonany był z jakiejś substancji podobnej do papieru. Sama zaś dłoń wydzielała lekki, lecz wyraźnie organiczny, kwaśnawy odór. Nie był to zapach człowieka, ale z całą pewnością jakiejś żywej istoty, z subtelnym aromatem przypominającym trochę cynamon. Następna rzecz jaką pamiętam, to huk i błysk. Zrozumiałem, że właśnie przeprowadzili planowaną operację na moim mózgu. Bliski płaczu opadłem w objęcia małych ramion. W tym momencie wróciło mi na chwilę czucie w mięśniach, przynajmniej na tyle, by zaszurać stopami po podłodze w desperackim wysiłku utrzymania równowagi. Potem znów znalazłem się w powietrzu i oto byłem już w innym pomieszczeniu, a może tylko wyraźniej ujrzałem swoje dotychczasowe otoczenie. Zdawało mi się, że jest to niewielkich rozmiarów sala operacyjna. Znajdowałem się w jej centrum, na stole zabiegowym, a trzy rzędy ławek zajęte były przez kilka skulonych postaci. Okrągłe oczy odróżniały je od poprzednio zauważonych przeze mnie skośnookich stworzeń. Uświadomiłem sobie, że widziałem dotąd cztery rodzaje postaci. Jako pierwszą napotkałem małą istotę podobną do robota, która wtargnęła do mojej sypialni. Następnie pojawiła się liczna grupa niskich, krępych postaci w granatowych kombinezonach. Ci z kolei mieli szerokie twarze, które w tym świetle przybierały kolor ciemnoszary lub ciemnoniebieski, z głęboko osadzonymi błyszczącymi oczami, zadartymi nosami i szerokimi ustami o pewnych cechach ludzkich. Wewnątrz pomieszczenia zetknąłem się z dwoma dalszymi rodzajami istot, w ogóle nie przypominających ludzi. Najbardziej fascynująca z nich, niezwykle wysmukła i delikatna, o wzroście około stu
sześćdziesięciu centymetrów, miała niesamowicie wyraziste i hipnotyzujące czarne, skośne oczy oraz szczątkowe pozostałości ust i nosa. Skulone postaci siedzące na sali operacyjnej były nieco mniejsze, o podobnym kształcie głowy, lecz dla odmiany o czarnych oczach,
okrągłych jak guziki. Mali i krępi towarzyszyli mi przez cały czas; najwyraźniej byli odpowiedzialni za transportowanie i pilnowanie mnie. Odniosłem wrażenie, że stanowili coś na kształt „dobrej armii". Nie mam pojęcia, skąd wzięło mi się określenie „dobra". Nie przypominam sobie, co zdarzyło się na sali operacyjnej — jeśli w ogóle coś miało tam miejsce. Najtrudniej jest mi odtworzyć fazy przenoszenia się z miejsca na miejsce, gdyż właśnie wtedy czułem się najbardziej bezradny. Strach potęgował się w momencie dotyku.

Ręce unoszące mnie były miękkie i delikatne, a nawet kojące, lecz ich liczba tak wielka, że czułem się niczym transportowany przez rzędy owadów — bardzo nieprzyjemne uczucie.
Wkrótce znów znalazłem się w innym otoczeniu. Na podłodze dostrzegłem rozrzucone ubrania. W następnej chwili dwóch krępych rozsunęło mi nogi. Pokazano mi niezmiernie odrażający przedmiot, szary i łuskowaty, zakończony układem przewodów. Miał przynajmniej trzydzieści centymetrów długości i wąski, stożkowaty kształt.

C.D.N.


Użytkownik Traper edytował ten post 21.11.2006 - 21:29

  • 0



#3

dj_cinex

    VRP UFO Researcher

  • Postów: 3305
  • Tematów: 412
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 20
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

NIEWIDZIALNY LAS
Pierwsze wspomnienia
(ciąg dalszy...)


Wsunięto mi go w odbyt i czułem, jak porusza się w moim ciele, jakby był żywym stworzeniem. Wprawdzie była to tylko sonda mająca za zadanie pobrać próbki — prawdopodobnie kału — lecz w tamtej chwili czułem się, jakbym padł ofiarą gwałtu i po raz pierwszy ogarnął mnie gniew. Dopiero gdy przedmiot opuścił moje wnętrzności, zorientowałem się, że to jakieś urządzenie. Trzymająca je postać wskazała na układ przewodów i wydawało mi się, że przed czymś mnie ostrzega. Nigdy jednak nie dowiedziałem się, przed czym. I znów wypadki potoczyły się bardzo prędko. Jedna z postaci ujęła moją prawą dłoń i nacięła wskazujący palec.

Nie poczułem najmniejszego bólu. Moje wspomnienia urwały się niespodziewanie. Nie pamiętam, bym zapadł w sen czy omdlenie. Po prostu ocknąłem się rano.
Incydent poszedł w zapomnienie. Rankiem dwudziestego siódmego grudnia obudziłem się niemal tak samo jak zwykle, chociaż nurtował mnie jakiś podświadomy niepokój wywołany wyraźnym, choć przecież nieprawdopodobnym, wspomnieniem sowy płomykówki spoglądającej na mnie przez okno w środku nocy. Pamiętam, co czułem, gdy wieczorem oglądałem dach w poszukiwaniu śladów sowy i nic tam nie znalazłem. Zrozumiałem, że to nie sowę widziałem zeszłej nocy. Zadrżałem pod wpływem nagłego chłodu, który przeszył moje ciało i odsunąłem się od okna, uciekając od nocy spadającej nagle i cicho na otaczające nas lasy.

Wbrew własnemu rozsądkowi, rozpaczliwie usiłowałem uwierzyć w ową sowę. Opowiedziałem nawet o niej żonie, która przyjęła to spokojnie, lecz zauważyła, że brak jakichkolwiek śladów na śniegu. Mimo to usilnie próbowałem ją przekonać, że mówię prawdę. Jeszcze bardziej pragnąłem przekonać samego siebie. Posunąłem się nawet do tego, że zatelefonowałem do znajomej w Kalifornii tylko po to, by opowiedzieć jej o płomykówce za oknem. Dowiedziałem się potem, że obrazy zwierząt w nieoczekiwanej scenerii są często spotykanym wytworem wyobraźni, chroniącym niebezpieczną prawdę o pozaziemskich spotkaniach. We Francji, podczas leśnego pikniku, pewna młoda kobieta opowiedziała historię o przepięknym jeleniu napotkanym po drodze. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie plamy krwi widoczne na jej bluzce i dziwna, regularna blizna na ciele, której pochodzenia nie potrafiła wytłumaczyć. Musiało minąć dziesięć lat, by jej pamięć ujawniła prawdę o spotkaniu w lesie. Prawdopodobnie umarłaby w przekonaniu, że widziała jelenia, gdyby czyjaś wzmianka o spotkaniu z przybyszami nie zmusiła jej do zrewidowania swych wspomnień. W innym przypadku mężczyzna ze swego spotkania z kosmitami, zachował w pamięci jedynie obraz stada królików obskakujących jego samochód.

Podobnie jak moja sowa, wszystkie te historie muszą sprawiać wrażenie wytworów fantazji. Stanowią one jednak parawan dla prawdziwie wstrząsających przeżyć, które okazały się tak szokujące i niemożliwe do przyjęcia, że nawet ukrywanie ich odbywa się kosztem
ogromnego wysiłku umysłu. Od opisanego dnia moja żona zauważyła poważne zmiany mojej osobowości, podobne do tych, które nastąpiły w październiku poprzedniego roku. Wówczas moje wygórowane żądania i oskarżycielskie zachowanie zgotowały nam osobiste piekło i Anna gotowa była zrobić wszystko, by historia się nie powtórzyła. Niestety, znów przechodziłem kryzys i tym razem jego oznaki nie ograniczały się wyłącznie do objawów psychicznych. Tego samego wieczora pojawił się pierwszy fizyczny symptom mojej „choroby". Po powrocie z wycieczki narciarskiej, bynajmniej nie forsownej, odczułem śmiertelne zmęczenie. Zwykle jestem pełen energii i nawet intensywny wysiłek na trasach narciarskich pozostawia mi tylko uczucie przyjemnego odprężenia. Dostałem dreszczy i położyłem się do łóżka. Skulony pod kołdrą czułem się bardzo źle. Miałem też chyba wysoką gorączkę. Byłem kompletnie wyczerpany. Odgłosy dobiegające z parteru, gdzie przebywała żona z synem, napełniały mnie dziwnymi skojarzeniami. Przebłyski pamięci — biegający ludzie, popychanie, niesienie — kłębiły się w mojej głowie. Niespodziewanie zjawili się nasi najbliżsi sąsiedzi. Zwykle nie odwiedzamy się bez zapowiedzi, bowiem nasza mała społeczność ceni sobie spokój i odosobnienie. Była to ich druga spontaniczna wizyta w ciągu dwóch lat. Poczułem się nieco lepiej, zszedłem więc na dół, by ich zobaczyć. Jednakże, gdy tylko rozpoczęliśmy rozmowę, złapałem się na tym, że uskarżam się na światła skuterów śnieżnych jeżdżących po lesie o trzeciej nad ranem i nie dających mi spać. Byłem przerażony własnym zachowaniem. Co też za głupstwa wygaduję? Przecież nic takiego sobie nie przypominałem. Sąsiedzi zaoponowali, że lasy są zbyt gęste, by manewrować w nich skuterem śnieżnym, co zresztą jest prawdą. Wobec tego, oświadczyłem, musiały to być światła ich domu. Sąsiad zapala bowiem na jego tyłach dwa silne reflektory. Wyjaśnił mi jednak, że tej nocy były wyłączone, jednocześnie obiecując na przyszłość zmienić ich położenie tak, aby nie były widoczne z naszego domu. Zdawałem sobie sprawę, że nawet w zimie, gdy drzewa zrzucały liście i wczesnym wieczorem światła te prześwitywały przez gałęzie drzew, nie przeszkadzały mi przedtem zupełnie. Wspomnienie skutera śnieżnego w lesie było równie mgliste jak sowy w oknie. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, po czym sąsiedzi poszli do domu. Byłem zdegustowany swoim zachowaniem. Trudno mi było znaleźć wytłumaczenie dla własnych słów, zwłaszcza że wymykały mi się spod kontroli, zupełnie jakbym wypowiadał je wbrew własnej woli. W opinii mojej żony przez następnych parę tygodni mój charakter uległ drastycznemu pogorszeniu. Stałem się nadwrażliwy, łatwo wpadałem w zakłopotanie i, co najgorsze, zacząłem zaniedbywać naszego syna. Dotychczas byliśmy szczęśliwą rodziną i nic nie mogło wytłumaczyć tak nagłej zmiany.

Świadomość, że wspomnienie sowy nie jest prawdziwe, stała się niezmiernie uciążliwa. Zdawałem sobie sprawę, że przytrafiło mi się coś złego, ale nie wiedziałem, co dokładnie. Żadne zdarzenie z mego życia nie mogło być tego powodem. Przyszły mi na myśl toksyczne związki w jedzeniu i wodzie, lecz nikt z rodziny poza mną nie wykazywał podobnych objawów. Poza tym nigdy nie jadaliśmy produktów, które mogłyby wywołać jakąkolwiek alergię, zatem ta hipoteza nie została potwierdzona. Nie wiedziałem, że zarówno sowa, jak i światła pośród nocy są wytworami pamięci osłonowej, ukrywającymi prawdziwie wstrząsające przeżycia. W ujęciu Freuda działanie osłonowe umysłu polega na tworzeniu symboli, które zastępują wspomnienia zbyt zatrważające, by z nimi żyć. Czułem, że moja osobowość uległa rozszczepieniu. Miałem wrażenie, że ja albo otaczający mnie świat jest nierzeczywisty. Dwudziestego ósmego grudnia depresja i konflikt wewnętrzny urosły do takich rozmiarów, iż, pragnąc zgłębić własne emocje, usiadłem do napisania opowiadania, które odzwierciedliło nie tylko mój stan emocjonalny, ale prawdopodobnie również niektóre zjawiska za nim się kryjące. Zatytułowałem je „Pain". Przez następne siedem tygodni nie byłem w stanie stworzyć niczego dłuższego, był to zatem ostatni utwór napisany zanim ukryta, a przytłaczająca prawda poczęła wyłaniać się z mroków mojej podświadomości. Nie miałem wówczas pojęcia, że cierpię na szok pourazowy i dziesiątki innych ludzi przechodziło podobne męczarnie po spotkaniach z przybyszami. Przed Bożym Narodzeniem z powodzeniem zajmowałem się obszerną, dwutomową powieścią na temat stosunków rosyjsko-amerykańskich w przededniu Rewolucji Październikowej. Teraz zaś nawet przeczytanie tego, co dotychczas napisałem, sprawiało mi trudność, nie mówiąc już o kontynuowaniu tak skomplikowanego zamierzenia. Ponieważ opowiadanie „Pain" zostało napisane jako wyraz moich stanów emocjonalnych wywołanych tłumieniem prawdziwych wspomnień, chciałbym je krótko streścić. Bohaterem jest mężczyzna spotykający zagadkową postać kobiecą o imieniu Janet, która okazuje się istotą ponadludzką w rodzaju anioła czy demona. Przetrzymując owego mężczyznę w maleńkim, magicznym salonie, doprowadza go do stanu agonii wyzwalającej w nim zdolność przeniknięcia własnej jaźni i nadającej nową duchową moc. Dla mnie najbardziej interesująca w tym opowiadaniu jest symbolika nawiązująca do moich wczesnych powieści grozy. Przybysze mogą się ukrywać w takich postaciach jak Wolfen czy Miriam Blaylock z powieści The Hunger lub wróżka Leannan i jej żołnierze w Catmagic. Temat jest zawsze ten sam: ludzkość staje wobec brutalnej, lecz jednocześnie zagadkowej siły, która, według słów Miriam Blaylock, jest „częścią sprawiedliwości tego świata". Dostęp do niej uzyskuje się poprzez doświadczenie. Podczas pracy nad opowiadaniem „Pain" mój stan psychiczny i fizyczny jeszcze się pogorszył. Na wskazującym palcu lewej ręki pojawiła się infekcja. Wyglądało to tak, jakby pod skórą tkwiła drzazga. Wprawdzie nie pamiętałem, by coś podobnego mi się przytrafiło, ale być może byłem nieostrożny, niosąc szczapy do kominka. Skaleczenie zaczęło ropieć, nie pomagała ani jodyna, ani maść z antybiotykami. Bezskutecznie usiłowałem znaleźć drzazgę, która, jak sądziłem, była przyczyną infekcji. Zauważyłem też, że kiedy siedzę, odczuwam dotkliwy ból odbytu — objaw bardzo niecodzienny i niepokojący. Miałem niejasne przeczucie, że jest to wynikiem jakichś wyczerpujących przeżyć, lecz nic więcej nie byłem w stanie sobie przypomnieć.
W następnych dniach zdarzały się nawroty choroby, objawiające się nagłymi napadami dreszczy i chłodu. Kiedy byłem już tak wyczerpany, że dalsza praca stawała się niemożliwa, wpełzałem do łóżka rozdygotany i nieszczęśliwy, przeświadczony, że złapałem grypę. Podczas jednego z takich ataków zmierzyłem sobie temperaturę. Okazało się, że miałem 37,9 na początku i 38,7 w szczytowym punkcie „gorączki", później temperatura opadła do 38 stopni. Nie miałem kłopotów ze snem w nocy, lecz rankiem budziłem się z uczuciem, jakbym przez cały czas przewracał się z boku na bok. Nic mi się nie śniło, a czasem trudność sprawiało mi zamknięcie oczu.
Czułem się obserwowany. Nocą słyszałem dziwne hałasy. Budząc się rano, czułem się jak po całonocnym czuwaniu.

Mój stan pogarszał się. Stałem się nadpobudliwy, w jednej chwili zapalałem się do nowych pomysłów, w następnej popadałem w desperację. Stałem się też podejrzliwy, a nawet otwarcie wrogi wobec przyjaciół i rodziny. Znienawidziłem telefony. Nie potrafiłem skupić uwagi nawet podczas najprzystępniejszych programów telewizyjnych. Po napisaniu opowiadania nie byłem w stanie skoncentrować się na pracy dłużej niż przez pięć minut. Usiłowałem czytać Gerald's Party Roberta Coovera, ale skończyło się to fiaskiem. Czytałem w kółko te same strony, nic nie pojmując. Sięgnąłem po ambitniejszą powieść, lecz ta również wydała mi się niezrozumiała. Musiałem porzucić też studia nad kazaniami Mistrza Eckharta, trzynastowiecznego filozofa-mistyka, które kiedyś rozpocząłem, ponieważ trudność sprawiało mi nawet podążanie za własnym tokiem myślenia, nie wspominając już o autorach z kręgu moich dawnych zainteresowań. Było to odkrycie straszne i przykre. Trzeciego stycznia po południu, podczas wycieczki narciarskiej, poczułem ostry ból za prawym uchem, zupełnie jak po wizycie u dentysty, kiedy przestają działać środki znieczulające. Ból przewiercał czaszkę, a skóra była mocno podrażniona. W centrum zaczerwienionego obszaru moja żona dostrzegła mikroskopijny ślad ukłucia. Sądzę, że moje wspomnienia wywołane zostały kombinacją wszystkich trzech objawów. Zamęt w mojej głowie ustąpił miejsca kilku sekwencjom obrazów, które, gdy dotarły do mojej świadomości, nieomal rozsadziły mi czaszkę przerażeniem i niedowierzaniem.
Pojawiały się w moim umyśle na chwilę, po czym znikały, zostawiając mnie z sercem walącym jak młot, twarzą spływającą potem i otwartymi ustami, rozpaczliwie chwytającymi powietrze.

Wydawało mi się, że oszalałem. Pół życia poświęciłem na skrupulatne i zdyscyplinowane poszukiwania wysublimowanych stanów świadomości, teraz zaś mój umysł obracał się przeciwko mnie. Być może lata pilnego studiowania wszystkich dziedzin, począwszy od filozofii aż do fizyki kwantowej, w osobliwie tragiczny sposób sprowadziły mnie na manowce duszy.

Kiedy udało mi się skupić na wspomnieniach, nagle nabrały one ostrości i wyrazistości, zupełnie jak obrazy z dzieciństwa wyciągnięte z zakamarków pamięci. Usiadłem za biurkiem, usiłując odnaleźć sens w czymś, co logicznie rzecz biorąc, nie mogło mieć sensu. Spokojnie, na zimno rozważałem: Możliwe, że popadasz w obłęd, możliwe też, że masz nowotwór mózgu. Koniecznie musisz się dowiedzieć, co to jest i podjąć wszelkie niezbędne kroki, żeby temu zapobiec. Potem złożyłem głowę na biurku i, szczerze mówiąc, rozpłakałem się.

Przez kilka kolejnych dni znosiłem cierpliwie mój stan, w nadziei, że objawy „choroby" ustąpią. Potem nagle któregoś popołudnia powrócił do mnie ten zapach. Ich zapach. Był tak wyraźny, jakbym dosłownie przed chwilą wciągnął go w nozdrza. To realistyczne wrażenie oraz późniejsze odkrycie, że nie jestem osamotniony w swoich przeżyciach, uratowały mnie od szaleństwa. W pierwszych dniach stycznia lokalna gazeta opublikowała doniesienia o zauważeniu w naszej okolicy latających obiektów. Artykuł ten ukazał się 3 stycznia 1986 roku w dzienniku „Record" wydawanym w Middletown w stanie Nowy Jork. Nagłówki mówiły o dowcipie, jednak relacje świadków zdawały się temu przeczyć. Gazeta przytaczała opowieść jednego z nich, który twierdził, że widział, jak obiekty te przelatywały nad jasno oświetlonym budynkiem więzienia i w blasku świateł rozpoznał sylwetki samolotów. Kontynuacja tego tematu w wydaniu z 12 stycznia również opierała się na hipotezie zakładającej, że cała ta historia jest tylko żartem. Moja żona pokazała mi ten artykuł ze słowami:
— Mówiłeś, że to się zdarzy. Opowiadałeś o tym w zeszłym tygodniu.
— Nie przypominałem sobie, bym coś takiego powiedział, niemniej jednak pod wpływem artykułu zabrałem się do lektury książki Science and the UFOs autorstwa Jenny Randles i astronoma Petera Warringtona, którą dostałem od brata w prezencie na Gwiazdkę. Warrington cieszy się w swoim środowisku sporym szacunkiem, a jego książka okazała się dobrze napisaną. Nie wypowiada się ona na temat prawdziwości zjawiska UFO, lecz apeluje do świata nauki
o podjęcie badań i poważne do nich podejście. Ze zdumieniem stwierdziłem, że lektura tej książki napawa mnie strachem. Po przeczytaniu pierwszych pięciu stron musiałem ją odłożyć.

Znacznie później, gdy już zaczęliśmy poważnie traktować tę sprawę, przeprowadziliśmy z Anną własny wywiad na temat przypadków obserwacji UFO w naszej okolicy. Odkryliśmy wtedy, że na tym terenie aż roi się od takich przypadków, notowanych na przestrzeni
ostatniego półwiecza. Któregoś dnia pod koniec grudnia, około dziewiątej trzydzieści
wieczorem, osiemnastoletni syn jednego z naszych sąsiadów zauważył jakiś obiekt unoszący się nad drogą, niecałe siedem kilometrów od naszego domku. Kiedy mi go opisywał, użył typowego sformułowania „wielki i upstrzony światłami". Powiedział też, że obserwował go przez pewien czas. Jako syn byłego pilota sił powietrznych nie twierdził wcale, że było to UFO, lecz odważnie przyznał, iż nie potrafi nazwać owego obiektu, który wydawał się mieć zwartą konstrukcję i na pewno nie był złudzeniem wywołanym przez lecące w szyku samoloty, gdyż trwał nieruchomo zawieszony nad drogą przez ponad kwadrans. Od korporacji Goodyear dowiedziałem się telefonicznie, że ich sterowiec reklamowy nie znajdował się wówczas nad tym obszarem. Mógł to być wprawdzie inny, nieznany sterowiec czy balon, ale w świetle nowych informacji, które zdobyłem, stawało się to coraz mniej prawdopodobne. Z przypadkowej rozmowy z przyjaciółmi w kwietniu moja żona dowiedziała się o zaobserwowaniu UFO w naszym sąsiedztwie na początku lat pięćdziesiątych. Jedna z jej najlepszych przyjaciółek, artystka i żona znanego kompozytora, jeździła jako dziecko na letnie obozy zlokalizowane niecałe dwadzieścia kilometrów od miejsca, gdzie dziś stoi nasz domek. Nie mieliśmy o tym pojęcia, kiedy Anna zadała jej uprzednio przygotowane pytanie, przeznaczone dla jak największej liczby osób w ramach naszych prywatnych badań. Aby od razu uzyskać istotne informacje, nie wzbudzając podejrzeń, wymyśliliśmy następujące pytanie: „Jakie było najdziwniejsze wydarzenie w twoim życiu?" Warto zaznaczyć, że żaden z zapytanych nie wiedział, co nam się przytrafiło. Odpowiedź przyjaciółki Anny była pouczająca. Twierdziła ona, że w 1953 roku, mając dziewięć lat, widziała latający talerz. Opisane przez nią zjawisko podobne było do tego, jakie zaobserwowano w grudniu 1985. Tak jak inni świadkowie, scharakteryzowała widziany pojazd jako wielki, pełen świateł obiekt zawieszony nad który po pewnym czasie oddalił się majestatycznie. Gdyby wszystkie te zjawiska miały być dziełem dowcipnisiów, musieliby oni działać nieprzerwanie przez ponad trzydzieści lat, nie mówiąc już o niewiarygodnej jak na owe czasy technice tłumienia dźwięków, jaką musieliby dysponować, by uzyskać efekt bezszelestnie poruszających się maszyn powietrznych.

Dalsze badania wykazały, że na północnym obszarze stanu Nowy Jork, z grubsza obejmującym okręgi: Westchester, Orange, Putnam, Rockland i Ulster, począwszy od 1983 roku miały miejsce liczne przypadki obserwacji obiektów o znacznych rozmiarach i kształtach trójkąta lub bumeranga. Lista obserwatorów obejmowała tysiące ludzi, od meteorologów i pracowników Federalnej Administracji Lotnictwa, do przedstawicieli lokalnej społeczności. Policjanci, szeryfowie, żołnierze, a raz nawet wszyscy członkowie rady miejskiej zgromadzeni na posiedzeniu, widzieli obiekty wielkością dorównujące lotniskowcom.

Oficjalne wyjaśnienie zamieszczone w czasopiśmie „Discover" w listopadzie 1984 roku stwierdzało, że zjawiska były wywoływane przez grupę pilotów lekkich samolotów lecących nocą z wyłączonymi silnikami w formacji tak ciasnej, że końce skrzydeł oddalone były od siebie zaledwie o centymetry. Ponieważ domniemane samoloty nigdy nie utrzymywały łączności radiowej, lokalne gazety dodały od siebie, że podczas tak skomplikowanych manewrów nocnych obowiązywała cisza w eterze. Znajomy pilot powiedział mi, że wszystko to jest mocno naciągane, a utrzymanie takiego szyku jest niemożliwe nawet w przypadku cięższych maszyn. Kawalarze i ćwiczenia lotnictwa mogą być wyjaśnieniem części obserwowanych zjawisk, ale z pewnością nie są odpowiedzią na wszystkie pytania. 17 kwietnia 1983 roku w dzienniku „The New York Times" ukazał się artykuł opisujący przypadek zawodowego meteorologa, który zaobserwował na niebie bezgłośny obiekt o średnicy kilometra, zawieszony na wysokości trzydziestu metrów nad ziemią. „Times” cytował jego wypowiedź, że miał wrażenie jakby go „pilnie obserwowano, lecz w końcu nie zaakceptowano". Nie sądzę, aby zawodowy meteorolog mógł pomylić obiekt szeroki na kilometr z formacją samolotów, przynajmniej nie na tej wysokości.

Philip J. Klass, znany demaskator zagadkowych obserwacji UFO twierdził, że najczęściej sprawcami sensacji bywają „samoloty ciągnące wstęgi reklamowe". Swego czasu był on wydawcą „Aviation Week And Space Technology" — publikacji znanej z niewiarygodnych zdolności wyłapywania przecieków z Departamentu Obrony na temat tajnych projektów kosmicznych. Pisywał również dla czasopisma, które niegdyś podziwiałem, „The Skeptical Inquirer", jednakże w obliczu własnych przeżyć zaczynam podejrzewać, że w jego przypadku sceptycyzm przekroczył już granice rozsądku, nie mówiąc już o mądrości. Zarówno oficjalne wyjaśnienia, jak i interpretacja Klassa nie pasują do setek relacji zebranych przez miejscowego nauczyciela nauk przyrodniczych, Philipa J. Imbrogno, którego nazwano w „Timesie" „jedynym człowiekiem ciężko pracującym nad racjonalnym wyjaśnieniem problemu". W rozmowie z panem Imbrogno dowiedziałem się, że od roku 1983 zebrał on ponad dwieście relacji ludzi będących uważnymi obserwatorami, którzy widzieli olbrzymie latające urządzenia o wyraźnej strukturze. Dodał, że pewnej nocy, gdyż wielu punktów jednocześnie dostrzeżono obiekt wiszący nieruchomo nad miejscowym parkingiem, prędkość wiatru przekraczała sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Cokolwiek widziano tamtej nocy, nie były to samoloty lekkie czy ciężkie, lecące nisko w zwartej formacji. Nikt również nie był w stanie wyjaśnić mi, kto porwał mnie grudniowej nocy, by wstrzyknąć coś do mojego mózgu.

Kiedy w styczniu wróciliśmy do Nowego Jorku, nadal nie wiedzieliśmy prawie nic na temat UFO, a już zupełnie nic o przypadkach opisanych powyżej. Nasze życie nie powróciło do normy. Mimo iż nic nie stało już na przeszkodzie, bym wrócił do pisania, nie potrafiłem jakoś zebrać się i zasiąść do pracy. Fizycznie czułem się nieco lepiej, byłem jednak
strasznie rozdrażniony. Rodzina nadal przeżywała kryzys. W końcu przebrnąłem przez Science and the UFOs. Pod ko- niec książki ze zdumieniem natknąłem się na opis zdarzenia do złudzenia przypominającego moje przeżycia. Leżąc na łóżku, czytałem komentarz autora na temat archetypu kosmicznego porwania, nie mogąc oderwać oczu od wydrukowanych wyrazów. Przecież ja także siedziałem w leśnym parowie, a potem zachowałem w pamięci jedynie obraz zwierzęcia. Z trzaskiem zamknąłem książkę, jakby w środku czaił się zwinięty w kłębek wąż. Była tam mowa o ludziach, którzy sądzili, że zostali wzięci przez kosmitów na pokład nieznanych statków. Wszystko wskazywało, że jestem jednym z nich. Krew ścięła mi się w żyłach. Nikt nie może się o tym dowiedzieć, nawet Anna. Postanowiłem zamknąć moją tajemnicę na klucz w swoim umyśle. Kilka dni później, około dziesiątej rano, kiedy siedziałem przy biurku, mój świat nagle legł w gruzach. Jedna za drugą nawiedzały mnie fale smutku.

Tęsknie wyjrzałem za okno. Pragnąłem wyskoczyć, pragnąłem umrzeć. Nie mogłem znieść ciężaru tego wspomnienia i nie mogłem się go pozbyć. Kim, u licha, były te istoty? Co ze mną uczyniły? Czy istnieją w rzeczywistości, czy stałem się ofiarą nieznanego dotąd stanu umysłowego? Przypomniałem sobie, że w książce Science and the UFOs zostało kilkakrotnie wymienione nazwisko niejakiego Budda Hopkinsa jako eksperta w tej dziedzinie. Nazwisko to wydało mi się znajome: oboje z Anną interesujemy się sztuką, a Hopkins jest znanym abstrakcjonistą; jego prace znajdują się w zbiorach takich muzeów jak Guggenheim i Whitney.
Odnalazłem go w książce telefonicznej. Ale co miałem mu powiedzieć? Czułem się bardzo głupio: maleńkie ludziki, latające talerze. Idiotyzmy. Z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że przy kolejnym nawrocie tak intensywnej desperacji naprawdę mogę wyskoczyć przez okno. Bez wątpienia byłem to winny mojej kochającej i polegającej na mnie rodzinie. Musiałem chociaż spróbować pomóc sobie samemu. Zadzwoniłem do Budda Hopkinsa. Odebrał telefon i przez chwilę słuchał mojego opowiadania. Myślałem, że mówiąc spalę się ze wstydu, ale on wkrótce przerwał mi w pół słowa. Czy mógłbym przyjść do niego, na przykład zaraz?

Okazało się, że mieszkał o dziesięć minut drogi od naszego domu. Był silnym, zwalistym mężczyzną o najłagodniejszej twarzy, jaką widziałem. Później stwierdziłem, że potrafi być bystry i ostrożny, z początku przyjął jednak otwartą i szczerą postawę. Zaraz na wstępie naszej rozmowy Hopkins wyjaśnił, że nie jest terapeutą, lecz może mnie z kimś takim skontaktować, jeśli wyrażę życzenie. Po czym wydobył ze mnie wszystkie fakty, które już tu opisałem.
Siedziałem tam, w jego pokoju, słuchając, jak tłumaczy mi, że nie jestem jedyny, że inni przeszli przez to samo, i łzy płynęły mi po policzkach. Już nie pragnąłem ukryć moich doświadczeń, pragnąłem je zrozumieć. Właśnie podczas tego pierwszego spotkania Hopkins zapytał
mnie, czy coś równie niezwykłego zdarzyło mi się w przeszłości. W pierwszym odruchu zaprzeczyłem. Jedno takie absurdalne i straszliwe przeżycie wydało mi się aż nadto wystarczające. Ale pytanie poruszyło we mnie jakąś strunę. Po chwili zastanowienia wyrzuciłem z siebie:

— Pamiętam noc, kiedy spłonął dom. Tylko on wcale nie spłonął. Którejś nocy na początku października w naszym domu rozpętało się piekło. Wybuch obudził wszystkich domowników. Z jakichś nieznanych przyczyn wymazaliśmy z pamięci dziwne zdarzenia tamtej nocy, nigdy też o nich nie rozmawialiśmy. Ale w tamtym wypadku nie przydarzyło się to wyłącznie mnie. Mieliśmy wtedy gości. Jeśli rzeczywiście coś zaszło, powinni to pamiętać. Nadarzała się szansa weryfikacji — jeżeli nikt nic nie pamięta, dam sobie raz na zawsze spokój z tą żenującą sprawą kosmitów. Opuszczałem dom Hopkinsa jako szczęśliwy człowiek. Na podstawie swojego doświadczenia założył on, że w wydarzeniach październikowych i grudniowych działała ta sama siła. Wspaniale. Skontaktuję się ze świadkami. Oczywiście nie będą nic pamiętać. Potem pozostanie mi tylko bolesny, lecz nieunikniony proces pogodzenia się z faktem, że uległem chwilowym zaburzeniom umysłu. Poddam się terapii i postaram się zapomnieć o tajemniczych przybyszach. Żadne inne wyjście nie wchodziło w rachubę. Oczywiście, że nie. Właśnie rozwiązałem swój problem.

C.D.N.


Użytkownik Traper edytował ten post 21.11.2006 - 21:29

  • 0



#4

Sekhmet
  • Postów: 54
  • Tematów: 0
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Nieźle. Zaczynam czytać :P
  • 0

#5

dj_cinex

    VRP UFO Researcher

  • Postów: 3305
  • Tematów: 412
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 20
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

NIEWIDZIALNY LAS
Pierwsze wspomnienia
(ciąg dalszy...)


4 października 1985


Kiedy szedłem Szóstą Aleją w kierunku mojej części Greenwich Yillage, obraz wypadków z czwartego października stawał się coraz bardziej klarowny. Dlaczego wcześniej nie przyszło mi to do głowy? Dlaczego z nikim na ten temat nie rozmawiałem? Odpowiedź wydaje się prosta: mieściłem ten epizod w przegródce z pytaniami bez odpowiedzi i zwyczajnie puściłem go w niepamięć. Jedyną przyczyną, dla której mogłem to zrobić, była niechęć przyznania, że wypadki tamtej nocy daleko wykraczały poza pojęcie normalności. Dopiero przy bliższej nalizie nabrały cech tajemniczości, a nawet grozy. Często reagujemy na strach, nie przyjmując do wiadomości jego przyczyny. W tym przypadku, jak się zaraz okaże, powody do strachu yły bardziej niż wystarczające. Opisując wypadki października, nie poddałem się jeszcze hipnozie i nie myślałem nad tym, co kryje mój umysł. Niniejsza relacja powstawała przez dwa dni po pierwszej wizycie u Hopkinsa, zanim jeszcze spotkałem doktora Donalda Kleina, który został moim hipnotyzerem po stwierdzeniu luk w mojej pamięci. 4 października 1985 roku, w towarzystwie dwojga bliskich przyjaciół, Jacquesa Sandulescu i Annie Gottlieb, udaliśmy się z żoną i synem do naszego domku. Z Annie i Jacquesem znamy się od przeszło pięciu lat. W ich wyglądzie najbardziej rzuca się w oczy fizyczne przeciwieństwo: on jest olbrzymi, a ona maleńka. Jacques waży prawie sto pięćdziesiąt kilogramów, posiada czarny pas w karate i robi sto pompek za jednym zamachem. Annie również ma czarny pas, ale waży niecałe sześćdziesiąt kilogramów. Jest intelektualistką, podczas gdy u niego pierwszoplanową rolę odgrywają muskuły. Oboje są przy tym pisarzami. On przybył do Stanów w końcu lat czterdziestych jako uciekinier z radzieckiego obozu pracy. Będąc narodowości rumuńskiej, został przesiedlony do górniczego zagłębia Donbasu, gdzie, według planu, miał zaharować się na śmierć w tamtejszych kopalniach. Jego książka pod tytułem Donbas opowiada o długiej drodze po ucieczce i wiernie przedstawia go jako człowieka o wyjątkowej tężyźnie fizycznej.

Liczyłem na to, że będzie doskonałym świadkiem właśnie ze względu
na silne poczucie rzeczywistości. Annie Gottlieb jest raczej typem intelektualistki, autorką ostatnio wydanej książki Do You Believe in Magie: The Second Corning of the Sixties Generation (Times Books, 1987).

Wieczór czwartego października był w okręgu Ulster bardzo mglisty. Zjadłszy kolację w pobliskiej restauracji, wróciliśmy do domu około dwudziestej pierwszej. Włączyłem podgrzewanie wody w basenie, aby można było skorzystać z niego następnego dnia (czyli w sobotę). Potem rozpaliłem w piecu. Wszyscy byliśmy tak śpiący, że prawie natychmiast poszliśmy do łóżek. Udaliśmy się z żoną do naszej sypialni na piętrze. Jacques i Annie zamknęli za sobą drzwi pokoju gościnnego, a mój syn poszedł do swojego narożnego pokoju sąsiadującego z gościnnym. Drzwi zostawił uchylone, podobnie jak my. Widziałem przez nie fragment łukowego sklepienia salonu, aż po sześciokątne okna w szczycie dachu.

Przez następną godzinę mgła nadal gęstniała. Kiedy zgasiłem moją nocną lampkę, otuliła mnie absolutna ciemność i cisza. Księżyc znajdował się w pełni pięć dni temu, dwudziestego dziewiątego września, i teraz na niebie, za mgłą, majaczyła prawdopodobnie jego połówka. Powinien był wzejść o dwudziestej drugiej trzydzieści, ale gruba pokrywa chmur czyniła go całkowicie niewidocznym. Nie pamiętam, jaką książkę czytałem tamtego wieczora, ale
z pewnością nie były to żadne straszne historie. Na kolację także nie jadłem żadnych potraw, które mogłyby później wywołać sensacje żołądkowe. Jeżeli zaś chodzi o alkohol, to każde z nas wypiło zaledwie po kieliszku wina i jednym drinku.

Przez pewien czas — może jakieś dwie, trzy godziny — byłem pogrążony we śnie, z którego nagle zostałem brutalnie wyrwany. Ku swemu przerażeniu dostrzegłem na suficie wyraźny niebieskawy blask. Moje przerażenie wypływało z faktu, że żadne światło nie miało prawa tam padać. Światła przejeżdżających drogą samochodów nie sięgały tak wysoko; nasz sąsiad bawił w Japonii i jego dom był nie tylko nieoświetlony, ale wręcz niewidoczny za liściastymi koronami drzew; automatyczny reflektor na werandzie, który od pewnego czasu sprawiał tylko same kłopoty, straszył wykręconymi żarówkami. Wykluczyłem też latarkę ze względu na jednorodność i wielkość snopu światła oraz jego wyraźny, błękitny kolor. Usiłowaliśmy potem powtórzyć ten sam efekt za pomocą kempingowej latarni jarzeniowej zarówno w jasną noc, jak i w podobnie mglistą, ale nawet niezwykle silne jarzeniówki nie mogły imitować tamtego zjawiska, nie mówiąc już o ręcznych latarkach. Przebiegłem w myślach wszystkie możliwości, obserwując błękitny snop leniwie pełzający po suficie, zupełnie jakby jego źródło powoli obniżało się nad placem przed domem. W końcu natrafiłem na myśl, która wydała mi się sensowna: to płonący komin wyrzuca snopy iskier na dziedziniec! Muszę natychmiast coś zrobić, inaczej wszyscy spłoniemy. Następnie zapadłem w głęboki sen! Tuż przed zaśnięciem z sercem bijącym niczym młot, pomyślałem o płomieniach ogarniających dach.

Była to pierwsza, lecz wcale nie ostatnia tej nocy nieoczekiwana i zaskakująca reakcja na wydarzenia. Nie potrafię dokładnie określić, o której godzinie się to działo, ale
musiało już być dobrze po północy. Po pewnym czasie znów zostałem gwałtownie obudzony, tym razem przez głośny wybuch, zupełnie jakby rozżarzona iskra spadła mi na twarz. Moja żona krzyknęła, a na dole syn zaczął głośno wołać. Otworzyłem oczy i ujrzałem cały dom spowity niesamowitym blaskiem, obejmującym także mgłę dokoła. W duchu skarciłem się: — Przeklęty głupcze, zasnąłeś i teraz ogień rozszerzył się! — Udało mi się w końcu podnieść z łóżka. W pośpiechu rzuciłem Annie: — Dach się pali. Zabiorę syna i obudzę resztę. — Ruszyłem na dół.

W połowie drogi blask nagle zniknął. Poczułem się głupio. Nie pozostało mi nic innego jak tylko powiedzieć Annie, że coś mi się przywidziało i zejść na dół, by uspokoić synka. Po drodze natknąłem się na Jacquesa. Jego nagłe pojawienie się tak mnie przestraszyło, że odskoczyłem jak oparzony. Musiałem go przeprosić i zapewnić, że wszystko w porządku i może spokojnie wracać do łóżka. Wszedłem do sypialni synka i utuliłem go do snu. Kilka minut później leżałem już we własnym łóżku. Cały dom z powrotem pogrążył się we śnie. Następnego ranka prawie nie rozmawialiśmy o tym incydencie. Armie wspomniała tylko, że Jacques nie mógł zasnąć w powodu jakiegoś światła w nocy. Było to dla mnie niezrozumiałe, ponieważ drzwi ich sypialni były cały czas zamknięte i światło w łazience, które zostawiamy dla naszego syna, nie mogło im przeszkadzać. Z zamieszania spowodowanego domniemanym pożarem nie pamiętałem zupełnie
nic. Światło mogło przeszkadzać Jacquesowi, lecz na pewno nie mnie.

W ciągu następnego tygodnia narastało we mnie nieuzasadnione podniecenie. Prześladowało mnie wspomnienie blasku bijącego prosto w oczy oraz głuchy odgłos nocnej eksplozji. W następny weekend pamięć ukazała mi wyraźny i dramatyczny obraz ogromnego kryształu zawieszonego nad naszym domem, wspaniałego i wyniosłego, wysokiego na kilkadziesiąt metrów i emanującego nieziemskim, błękitnym blaskiem. Powiedziałem o tym Annie i z miejsca ogarnęło mnie uczucie pustki. Wiedziałem, że mi nie uwierzyła. Nie mogła tego zrobić, skoro
ja nie wierzyłem sam sobie.
— Mówiłeś przedtem, że były jakieś kłopoty z piecem — przypomniała, wprawiając mnie w zakłopotanie. Nigdy więcej nie wspomniałem już o krysztale, na zawsze wymazując go z pamięci.

6 lutego 1986, po wizycie u Hopkinsa, wracałem do domu pełen energii i chęci działania. Przekonany byłem, że zadając wyważone i ostrożne pytania, raz na zawsze zakończę całą sprawę. Jacques i Annie faktycznie widzieli światło w łazience. Drzwi ich sypialni musiały być otwarte, skoro Jacąues znalazł się potem w korytarzu. Powodem krzyku Anny nie był wcale żaden wybuch, lecz moje stwierdzenie, że dom się pali — w ogóle nie było żadnego wybuchu. A jeśli chodzi o błękitną poświatę na suficie, to kombinacja niekonwencjonalnego źródła światła z gęstą mgłą może dać zaskakujące rezultaty. Żona była pierwszą osobą, którą poprosiłem o cofnięcie się myślami do czwartego października ubiegłego roku. Nie było to zbyt trudne, ponieważ właśnie wtedy Annie i Jacques po raz ostatni byli u nas z wizytą, a ponadto gęstość mgły była tamtej nocy niespotykana. Zaniepokoiło mnie to, że Anna natychmiast skojarzyła swe nagłe przebudzenie z wybuchem. Nie widziała błękitnego światła, a moje ostrzeżenie o pożarze najwyraźniej nie dotarło do niej przez sen, ponieważ pamiętała jedynie, jak zapewniałem ją, że nic się już nie pali.

Zapytałem syna:
— Czy pamiętasz, jak ostatni raz byli u nas
Jacques i Annie?
— Tak — odpowiedział. — Coś wtedy wybuchło w nocy.
A więc on również słyszał eksplozję.
— Jacyś ludzie powiedzieli mi, że wszystko w porządku, że to ty
rzuciłeś butem w muchę.
— Jacy ludzie?
— Po prostu ludzie. Przyszli do mnie.
Muszę przyznać, że byłem zaszokowany tą odpowiedzią. Zrezygnowałem z dalszego indagowania syna i zadzwoniłem do Budda Hopkinsa, który poradził mi, bym zamiast o wspomnienia pytał o sny. Idąc za jego radą zapytałem syna, co mu się wówczas śniło. Oto
jego natychmiastowa i spontaniczna odpowiedź:
— Śniło mi się, że kilku małych doktorów wyniosło mnie na werandę i położyło na noszach. Bardzo się przestraszyłem, więc zaczęli mi w kółko powtarzać: „Nie chcemy cię skrzywdzić, nie chcemy cię skrzywdzić". To był bardzo dziwny sen, bo wszystko działo się jakby naprawdę. Zresztą zdarzył się on w trakcie innego snu, w którym płynąłem łódką razem z Ezrą. — Ezra to jego przyjaciel. Nie potrafił określić, czy ten sen miał miejsce czwartego października, wiedział jedynie, że było to podczas naszego pobytu w domku.

Ta relacja rozwiała moje złudzenia i nadzieje na rozwiązanie problemu w sposób choć trochę przypominający metody konwencjonalne. Co mogło się zdarzyć mojemu synkowi? Jego niewinna opowieść niezmiernie mnie zaniepokoiła. W kontekście moich własnych przeżyć jego sen sugerował, że albo istnieje między nami bardzo osobliwa więź emocjonalna, albo też w tym samym czasie byliśmy świadkami podobnego zjawiska. Następnie rozmawiałem z Jacquesem Sandulescu. Poniżej przytaczam zapis naszej rozmowy telefonicznej.

Ja: Czy zauważyłeś coś szczególnego podczas waszego ostatniego
pobytu u nas?
Jacąues: Światło! Spałem i nagle coś mnie zbudziło. Zobaczyłem, że pokój jest cały zalany światłem. Było jasno jak w dzień i nie był to księżyc. Pomyślałem, że zaspaliśmy. Spojrzałem na zegarek — była czwarta trzydzieści. Potem usłyszałem przez drzwi, jak mówisz, że
wszystko w porządku. Światło też zniknęło, więc wróciłem do łóżka.
Ja: Co to było za światło?
Jacąues: Światło, po prostu światło. Padało na krzaki i pnie drzew. Wydawało mi się, że jest dziesiąta rano. Uczyniłem wszystko, co leżało w mojej mocy, by skopiować takie światło. Pokój gościnny ma maleńkie okienko wychodzące na zadaszoną werandę głębokości dwóch metrów. Za nią teren wznosi się stopniowo tak, że nawet światło reflektorów przejeżdżających drogą samochodów nie wpada do pokoju, nie mówiąc już o blasku słońca czy księżyca. Nawet w zimie, kiedy drzewa pozbawione są liści, światła domu sąsiada nie są widoczne z tego okna. Nasz reflektor z detektorem ruchu nie świeci bezpośrednio na werandę, lecz wzdłuż niej. Gdyby jakimś cudem — mimo wykręconych żarówek — włączył się, Jacques zobaczyłby nie krzaki i drzewa, lecz zarys werandy, poza którym panowałaby ciemność, snop światła mija bowiem okno i pada na całą powierzchnię werandy. Ten sam efekt następuje przy włączeniu normalnej lampy zewnętrznej. Nawet przy jednocześnie włączonych światłach w domu sąsiada, na werandzie i podwórzu, gdzie ustawiliśmy samochód, nie udało nam się skopiować efektu tamtej nocy. Ani moja wiedza, ani dotychczasowe doświadczenie nie znajdują wytłumaczenia dla tego zjawiska. Można by na upartego wyjaśnić pochodzenie niebieskiej poświaty na suficie, którą dostrzegłem początkowo, ale nie silnego strumienia światła, jaki spłynął w chwilę potem z góry. Ja wyobraziłem sobie wtedy cały dach ogarnięty płomieniami, Jacques sądził, że to już ranek. Z powodu mgły nie wchodził w grę ani helikopter, ani żadna inna maszyna. Opinia pilota była jednoznaczna: to wykluczone. O czwartej trzydzieści księżyc znajdował się jeszcze na niebie, lecz już poniżej linii drzew. Czy to możliwe, aby mgła tak spotęgowała jego blask, by przywykłe do ciemności oczy mogły go wziąć za światło dnia? Być może tak, ale tamtej nocy księżyc widniał daleko na zachodzie, a źródło światła znajdowało się dokładnie nad naszymi głowami. A tajemnicza eksplozja? Mógł być to grzmot, lecz przecież nie notowano żadnej burzy na naszym obszarze. Przypadkowy piorun z jakiejś niezwykłej miniburzy mógł wprawdzie spowodować huk, który wszyscy słyszeliśmy, z drugiej jednak strony błysk o intensywności zbliżonej do światła dziennego trwał kilkadziesiąt sekund i, według wszystkich świadków, zniknął dopiero po eksplozji. Normalnie grzmot następuje po błyskawicy, nigdy odwrotnie.
Cokolwiek wywołało ten efekt, było to zjawisko nadzwyczajne i istnieje znikome prawdopodobieństwo, byśmy mogli je zidentyfikować.

Równie niewytłumaczalne — przynajmniej na razie — jest to, co usłyszałem od Annie Gottlieb. Przejęła ona słuchawkę bezpośrednio od Jacquesa. Z pewnością słyszała, o czym przedtem ze mną rozmawiał, nie miała jednak dość czasu, by przedyskutować z nim tę sprawę i uzgodnić wersje. Ponadto oboje są normalnymi, myślącymi logicznie, odpowiedzialnymi ludźmi, którzy nie mieli najmniejszych powodów, by mnie okłamywać i których realia życia nie są wstanie wytrącić z równowagi na tyle, by nagle wymyślać historie, które tu przytaczam. Wystarczy zajrzeć do powieści Annie Gottlieb, aby przekonać się, jak klarowny jest tok jej rozumowania.

Podobnie jak my wszyscy, Annie została obudzona przez głośny wybuch.
— Coś huknęło, po czym usłyszałam odgłosy delikatnego stąpania dobiegające z waszej sypialni na górze. Myślałam, że to koty.
— Annie, koty zostały w mieście. Nie zabieramy ich na weekendy, ponieważ źle znoszą podróż w bagażniku.
— Żartujesz! Byłam przekonana, że to koty. W każdym razie
pamiętam nie tyle światło, co te odgłosy. Parę minut potem usłyszałam, że schodzisz na dół. Powiedziałeś nam przez drzwi, że nie ma się czego obawiać. Rano oznajmiłeś, że odwiedzili nas jacyś ludzie w statku kosmicznym.
— Co? Annie, nigdy tego nie mówiłem. Nigdy bym czegoś
podobnego nie powiedział.
— Myślałam wtedy, że to jakiś dziwny sen.
— Na pewno pamiętasz, że tak powiedziałem?
— No cóż, kiedy teraz pomyślę, to nie wiem, skąd mi się to wzięło. (Kilka miesięcy później przypomniała sobie, że wcale nie opowiadałem o wizycie kosmitów, lecz opisywałem wielki kryształ. Sądzę, że moje wyjaśnienia na temat nocnych wydarzeń musiały brzmieć dość dziwacznie).

W tym momencie zacząłem niemal żałować, że zachciało mi się zadawać jakiekolwiek pytania moim świadkom. Pożegnałem się i odłożyłem słuchawkę. Nieodwołalnie i ostatecznie zdałem sobie sprawę, że działo się ze mną coś, nad czym nie panowałem. Nie mogłem już temu zaprzeczyć. Byłbym głupcem, gdybym tego nie przyznał. Wszedłem do pracowni i zamknąłem za sobą drzwi. Był wieczór i kilka gwiazd majaczyło już nad Manhattanem. Świat na zewnątrz wyglądał najzupełniej normalnie i ta normalność wydała mi się najpiękniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziałem. Przebiegłem w myślach miesiące dzielące mnie od października. Jesień okazała się dla mojego małżeństwa okropnym okresem. Mniej więcej w połowie października dalsze przebywanie w Nowym Jorku zaczęło napawać mnie taką obawą, że postanowiłem się przeprowadzić. Czy korzenie mojego strachu tkwiły w wydarzeniach z czwartego października? Jak wytłumaczyć moją nerwowość, potajemne przeszukiwanie szaf, zaglądanie pod łóżka, niczym nie uzasadnioną obawę przed włamaniem? Wydawało mi się, że napięcie wewnętrzne wzrasta z każdym miesiącem. Miewałem koszmary, które po przebudzeniu pierzchały z mej pamięci. Bezustannie budziłem się nad ranem z przeświadczeniem, że właśnie stało się coś strasznego.

W ostatnim tygodniu października, wciąż nie mając żadnych realnych podstaw, by uważać tamtą noc za niezwykłą, uznałem, że nie wytrzymam ani chwili dłużej w Nowym Jorku. Ulice tego miasta wydawały mi się przerażająco niebezpieczne. Nasz domek stał się mrocznym i strasznym miejscem, a przebywanie w nim było ponad moje siły. Czułem, że nie panuję nad sobą i że jestem zdolny do wszystkiego. Zdecydowałem, że przeprowadzimy się do Austin w stanie Teksas. Uczęszczałem tam na uniwersytet stanowy, a poza tym oboje z Anną lubimy to miasto. Mieszka tam grupa naszych najlepszych przyjaciół, między innymi mój współpracownik James Kunetka. Uparłem się, aby zarówno mieszkanie w Nowym Jorku, jak i domek wystawić na sprzedaż. Zaraz po Halloween udaliśmy się do Teksasu, gdzie załatwiliśmy prywatną szkołę dla syna i zaczęliśmy rozglądać się za stosownym domem. Dowiedzieliśmy się też, że złożono kilka ofert na nasz domek, lecz żadnej na mieszkanie.

Pewnego wieczora w Austin oglądaliśmy dom, który zdecydowani byliśmy kupić. Żona rozmawiała w środku z agentem i właścicielami, ja zaś wyszedłem na drewniany pomost przed domem. Spojrzałem na mroczny kanion rozciągający się daleko w noc, na gwiazdy lśniące na wieczornym niebie i poczułem nagły przypływ strachu, zupełnie jakby niebo było żywą istotą obserwującą mnie z góry.

Strach potęgowała jeszcze świadomość, że wrażenie to jest paranoicznym wytworem mojej wyobraźni. Pomyślałem, że moja kondycja psychiczna wymaga podjęcia energicznych kroków zmierzających do jej poprawy. W żadnym razie nie mógłbym mieszkać w tamtym domu. Nie byłem w stanie nawet powtórnie przestąpić jego progu. Moja nieoczekiwana decyzja pozostania w Nowym Jorku wprawiła moją żonę w stan zrozumiałej wściekłości. W dodatku to ja oskarżyłem ją o chęć przeniesienia się do Austin. Kryzys małżeński był oczywistym następstwem. Anna zupełnie poważnie rozważała możliwość odejścia, ponieważ życie ze mną stało się nie do zniesienia. Nasze więzy są jednak zbyt mocne i kiedy, doprowadzona do rozpaczy, zagroziła separacją, udało mi się wziąć w garść i poskromić nieco moje nieodpowiedzialne zachowanie. Dopiero Święta Bożego Narodzenia przyniosły poprawę mojego stanu. Siedziałem zatem w swoim biurze tamtego lutowego wieczora, reasumując wszystko, czego się dotychczas dowiedziałem. Obiecałem Hopkinsowi, że nie przeczytam już nic o UFO. Jak już wspomniałem, w przeszłości moje zainteresowanie tym tematem było znikome.

Owszem, czytałem pewnie kiedyś ze dwie książki z tego gatunku. Wysiliwszy pamięć stwierdziłem, że dawno temu wpadł mi w ręce numer magazynu „Look", gdzie opisywano historię niejakiego Hilla, zabranego przez przybyszów na pokład ich statku kosmicznego.
(W lipcu 1986 roku dokopałem się do obu numerów, o które mi chodziło: z 4 i 18 października 1966 roku i doszedłem do wniosku, że faktycznie nigdy ich nie czytałem. Być może widziałem wzmiankę na ten temat w innej gazecie, skąd bowiem znałbym tę historię?) Sądząc z relacji świadków, coś jednak się wydarzyło. Ale co? Nawet po rozmowie z Hopkinsem nie byłem jeszcze skłonny przypisać moich zaburzeń UFO. Szczerze mówiąc, byłem zupełnie zdezorientowany i nie miałem najmniejszego pojęcia, co stało się w naszym domku tamtej nocy. Jednak zamęt w mojej głowie i silne zaangażowanie emocjonalne stanowiły niewspółmierną reakcję na coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się drobnym zakłóceniem domowego spokoju.

C.D.N.


Użytkownik Traper edytował ten post 21.11.2006 - 21:30

  • 0



#6

dj_cinex

    VRP UFO Researcher

  • Postów: 3305
  • Tematów: 412
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 20
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

PODRÓŻ W GŁĄB JASKINI UMYSŁU
Hipnoza



O, zanurz swe ręce w wodzie,
Aż po nadgarstki je wsadź,
I wzrok swój wbij w cichą taflę,
Myśląc, co zabrał ci czas.
Lodowiec rozsadza twój kredens,
A w lóżku dmą wiatry pustyni,
Filiżanka pękając, otwiera
Szlak do umarłych krainy.

W. H. AUDEN
As I Walked Out
One Evening

Niewyraźne odbicie


Mój następny krok narzucał się sam — należało poddać się terapii. Ustanowiłem jednak pewne kryteria wyboru terapeuty. Nie mógł to być nikt o określonych poglądach na zjawiska UFO i istnienie kosmitów. Idealny byłby terapeuta o bystrym i otwartym umyśle. Mój problem mógł przecież mieć podłoże natury umysłowej, w grę mogły wchodzić czynniki nieznane nauce. Istniała też możliwość, że moje przywidzenia okażą się prawdą. Ze względu na poważne luki w mojej pamięci, graniczące niemal z amnezją, terapeuta ten musiałby jednocześnie być doświadczonym hipnotyzerem. I znowu nie chciałem się oddać w ręce pierwszego lepszego psychiatry praktykującego leczenie hipnozą. Szukałem kogoś z reputacją — prawdziwego eksperta w środowisku lekarskim. Oczekiwałem zarówno naukowego zdyscyplinowania, jak i umiejętności terapeutycznych, a obie te cechy nie zawsze idą w parze.

Zdecydowałem się nie korzystać z usług żadnego z hipnotyzerów wymienionych przez Hopkinsa, pomimo że cieszyli się oni ogólnym poważaniem. Na przykład doktor Aphrodite Clamar, która współpracowała z Hopkinsem przez dłuższy czas, miała opinię doskonałego
psychologa o profesjonalnym podejściu, lecz ja nieugięcie trwałem w postanowieniu powierzenia mojej terapii człowiekowi, który nigdy przedtem nie zajmował się podobnym przypadkiem.

Hopkins przypomniał sobie, że niejaki doktor Donald Klein z Instytutu Psychiatrycznego Stanu Nowy Jork wyraził kiedyś zainteresowanie tym tematem i sprawiał wrażenie odpowiedniego człowieka. Przejrzałem referencje doktora Kleina i uznałem, że są doskonałe.

Byłby idealnym terapeutą, gdyby tylko zgodził się zająć moim przypadkiem.
Parę tygodni później siedziałem już w jego gabinecie, odpowiadając przez trzy godziny na pytania wstępnego wywiadu. Dostarczyłem mu notatki zawierające kompletny szkic wydarzeń, które zapamiętałem. Przez jakiś czas pracowaliśmy nad uaktywnieniem mojej pamięci, niewiele jednak mogłem dodać do pierwotnej wersji. Idąc za radą doktora Kleina poświęciłem na to cały tydzień. Stwierdziwszy nieskuteczność tej metody — przyniosła mi ona wyłącznie zawroty głowy i nocne koszmary — zdecydowaliśmy się na próbny seans
hipnotyczny.

Przyznaję, że miałem wątpliwości co do skuteczności hipnozy. Czytałem onegdaj w „Science News", że pod jej wpływem każdy pacjent jest w stanie „przypomnieć sobie" kosmiczne porwanie lub spotkanie z UFO, włącznie z maleńkimi ludzikami oraz innymi
akcesoriami. Wystarczą odpowiednio sformułowane pytania i opowieści same płyną z ust pacjentów. Twierdzenie, że ludzie pod hipnozą nie potrafią kłamać, jest wysłużonym mitem. Potrafią i będą kłamać, jeśli tego pragną lub jeśli wydaje im się, że chce tego hipnotyzer.

Zagłębiwszy się we wspomniane już studium w „Science News", odkryłem, że pytania zadawane podczas eksperymentu celowo naprowadzały zahipnotyzowanych na temat porwania. Celem studium było bowiem udowodnienie, że z każdego można wyciągnąć opis spotkania z kosmitami, jeśli pytania zasugerują mu, iż tego oczekuje hipnotyzer. W przypadku doktora Kleina taka możliwość nie wchodziła w rachubę. Czytelnik może się o tym sam przekonać, czytając protokoły z sesji hipnotycznych, które są dosłownym zapisem naszych wypowiedzi. Ze swej strony mocno wierzyłem, że terapia usunie w cień wersję o przybyszach z kosmosu i dowiedzie — na przekór pozorom — że cały problem spowodowany był skomplikowaną serią zaburzeń w postrzeganiu.

Mimo wszystko, artykuł prezentował ciekawy punkt widzenia i ukazywał podstawową trudność pojawiającą się nawet w przypadku poważnych i kompetentnych przedsięwzięć naukowych wykorzystujących hipnozę do zgłębiania tajemnic takich jak moja. Nasza wiedza na temat hipnozy jest niewystarczająca, by w podobnej sytuacji traktować ją jak godne całkowitego zaufania narzędzie w rękach nauki. Pomimo że pytania Dona Kleina nie były tendencyjne, pozostaje możliwość, iż to ja sam podświadomie szukałem takiego rozwiązania, za jakim w skrytości ducha tęskniłem. Być może naprawdę pragnąłem, aby na Ziemi zjawili się przybysze z kosmosu z misją uratowania naszego świata, który, jak sądzę, jest obecnie w wielkich opałach. Pracując przez ostatnie trzy lata nad książkami poruszającymi tematy zagrożenia nuklearnego i degradacji środowiska naturalnego, doskonale zdawałem sobie sprawę, że najbliższe piećdziesiąt lat zapowiada się niespokojnie — być może więc wizja ratujących nasze głowy oddziaływała na mnie silniej niż chciałbym przyznać. Może maskowałem swą depresję po to, by w spokoju żyć i wychowywać własne dziecko.

Na plus poniższej relacji mogę zaliczyć fakt, iż zawiera ona odpowiedzi uczciwego człowieka na pytania uznanego eksperta w dziedzinie medycznej hipnozy. Jednym z największych wyzwań, jakie napotyka nauka w naszych czasach, jest zjawisko nowoczesnych przesądów, takich jak kult UFO czy wiara w tajemne przesłania od kosmicznych braci. Szarlatani wszelkiego pokroju, począwszy od magików do „metapsychicznych uzdrawiaczy", od dawna usiłują zdobyć pieniądze i władzę kosztem nauki. I tu tkwi sedno tragedii: kiedy widzi się, jak każdego roku ogromne sumy przeznaczane są na rozwój przemysłu astrologicznego i jednocześnie pomyśli się, co mogłyby zdziałać te pieniądze w rękach astronomów i astrofizyków, to frustracja jest nieuchronną reakcją.

Gdyby te fundusze trafiały w ręce naukowców, z pewnością dawno już rozwiązano by problem, z którym się obecnie borykam. Mam pewną dozę szacunku dla astrologii jako odwiecznej ludzkiej tradycji, jednak nie miałbym nic przeciwko temu, by astronomowie otrzymywali tantiemy od wydawnictw astrologicznych. Zanim przydarzyła mi się cała ta historia, nie wierzyłem w istnienie UFO. Byłem w stanie roześmiać się prosto w twarz każdemu, kto by twierdził, że zetknął się z kosmitami. Koniec, kropka. Nigdy nie uważałem się za najlepszego kandydata do nawrócenia się na nową religię, która głosi wiarę w kosmicznych braci — dobroczyńców albo nie zidentyfikowane obiekty latające, będące powietrznymi statkami intergalaktycznych świętych, a może grzeszników. A jednak ta historia zdarzyła się naprawdę i, co więcej, większa jej część zapisana jest nie w podświadomości, lecz najzwyczajniej w mojej pamięci. Jeżeli mamy tu do czynienia z nowym systemem wierzeń, który jest na najlepszej drodze do skrystalizowania się w formie religijnego dogmatu, to sposób, w jaki w moim przypadku powstaje ta religia — bezpośrednio w moim umyśle, bez żadnych cech wiernopoddańczych — sugeruje, iż prawdziwa wiara może okazać się opacznie zrozumianym procesem biologicznym, sporadycznie inicjowanym przez jakąś niezwykłą i niezbadaną formę umysłu, daleko bardziej konkretną niż zbiorowa podświadomość Junga. Zatem jeśli nawet doznania związane z przybyszami z kosmosu oparte są wyłącznie na Podłożu umysłowym, to wyśmiewanie ich i traktowanie jako dobrze gnanej formy zachowań dewiacyjnych — czym najwyraźniej nie są — jest w efekcie milczeniem w obliczu zjawisk nowych i nieznanych.

Do ich wyjaśnienia nauka powinna dołożyć wszelkich starań poprzez rzetelne studia oparte na otwartym podejściu i umiejętnie wysuwanych hipotezach. Jeśli mój incydent z kosmitami jest prawdziwy, to moja relacja zalicza się do najpełniejszych i najbardziej szczegółowych, jakie dotychczas zanotowano i mam nadzieję, że okaże się cennym materiałem, gdy pojawią się nowe przypadki. Jeśli zaś chodzi o coś innego, ostrzegam: to „coś" jest nieznaną siłą w nas samych, być może nawet centralną siłą naszej duszy i lepiej będzie, jeżeli spróbujemy ją zgłębić, zanim to ona przejmie nad nami kontrolę.

Poniżej przytaczam zapisy dwóch seansów hipnotycznych, kiedy to cofnąłem się do tych wydarzeń czwartego października i dwudziestego szóstego grudnia, których nie obejmowała moja pamięć. Wydaje się bezsporne, że są to odgrzebane wspomnienia, a nie wytwory wyobraźni powstałe w gabinecie lekarskim. Mechanizm, który spowodował ich zatajenie, jest identyczny jak w przypadku szczególnie zatrważających przeżyć, odgradzanych przez umysł murem amnezji. Od czasów Freuda zjawisko pamięci osłonowej zostało wielokrotnie opisane.

Rodzaj hipnozy, której mnie poddano, niczym nie różnił się od stosowanego przez policję wobec świadków przestępstw. Tej samej natury mogą być również obiekcje wysuwane pod adresem tej metody. Należy jednakże pamiętać, że nawet mimo moich najszczerszych chęci byłem w stanie opisać jedynie zjawiska, które postrzegałem, co nie oznacza wcale, że miały one miejsce w rzeczywistości. Bez dostatecznej wiedzy o naszych własnych reakcjach na wydarzenia wykraczające poza próg niesamowitości trudno jest określić, czy i na ile obraz tych wydarzeń w naszej pamięci zostaje zniekształcony.

Donald Klein przyjął mnie w swoim gabinecie o ścianach w kolorze delikatnego popiciu, znajdującym się przy Wschodniej Siedemdziesiątej Dziewiątej na Manhattanie. Okazał się człowiekiem o kręconych włosach i powściągliwym zachowaniu. Dwie jego cechy jako hipnotyzera rzuciły mi się natychmiast w oczy. Po pierwsze wyczułem w nim zdolność panowania nad sytuacją, którą zawdzięczał zaufaniu do własnych umiejętności. Po drugie ujrzałem w nim starannego i dokładnego fachowca o niezwykłej bystrości umysłu. Nigdy przedtem nie poddawałem się hipnozie i przyznam, że trochę się obawiałem — jak się potem okazało, bezpodstawnie. Chodziło mi o utratę kontroli nad własnym postępowaniem, która, jak sądziłem, była kluczową sprawą w moim dotychczasowym życiu. Dałem jednak wiarę słowom Kleina, kiedy zapewnił mnie, że nawet w hipnozie nie można zmusić ludzi do mówienia czegoś wbrew ich woli. Tak więc moja bezradność będzie w gruncie rzeczy tylko pozorna. Sam proces wprowadzenia mnie w stan hipnozy był całkiem przyjemny. Usiadłem wygodnie na krześle, Klein stanął przede mną i polecił obserwować swój palec uniesiony tak wysoko, że usiłując go dostrzec musiałem niemalże wywrócić gałki oczne do wewnątrz. Wodził tym palcem przed moimi oczami, jednocześnie powtarzając, bym się odprężył. Niespełna pół minuty później utrzymanie otwartych oczu zaczęło przekraczać moje siły. Wtedy zaczął mówić, że moje powieki robią się ciężkie i rzeczywiście tak się stało. Następnie oczy same mi się zamknęły.

Czułem się w tym momencie odprężony i spokojny, lecz nie uśpiony. Wiedziałem, gdzie się znajduję. Poczułem, jak wiotczeją mi mięśnie twarzy i usłyszałem, jak doktor Klein mówi, że moja prawa ręka robi się gorąca. Rzeczywiście poczułem ciepło rozchodzące się pod wpływem jego słów na ramię, a potem na całe ciało. Siedziałem teraz nad wyraz wygodnie, otulony obłokiem ciepła. Nadal czułem, że nie pozbawiono mnie własnej woli i to uczucie nigdy mnie nie opuściło. W rzeczywistości obiekt hipnozy zawsze posiada wolną wolę, choć
z drugiej strony jest też podatny na sugestię. Po kilku wstępnych pytaniach, dotyczących moich urodzin i weekendu Święta Pracy, Klein przeszedł do wydarzeń czwartego października. Pragnę tylko dodać, że Budd Hopkins był obecny na obu seansach, podczas których dokonywał nagrań. Wolno mu było również zadawać pytania, ale wyłącznie pod koniec seansu i zrozumiałe było, że nie może ich być wiele. W protokołach poprzedzone są one jego nazwiskiem. Wszystkie pozostałe pytania zadawał doktor Klein.

C.D.N.


Użytkownik Traper edytował ten post 21.11.2006 - 21:31

  • 0



#7

dj_cinex

    VRP UFO Researcher

  • Postów: 3305
  • Tematów: 412
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 20
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

PODRÓŻ W GŁĄB JASKINI UMYSŁU
Hipnoza
(ciąg dalszy...)

Wydarzenia z 4 października 1985


Data seansu: l marca 1986
PACJENT: Whitley Strieber
PSYCHIATRA: dr med. Donald Klein
(Jest to wierny zapis mojego pierwszego seansu hipnotycznego. Nie opuściłem ani słowa. Są to wyniki hipnotycznej retrospekcji, której poddano moją pamięć.)

Dr Klein rozpoczął od dnia Święta Pracy. W miarę jak coraz pewniej odpowiadałem na jego pytania, stopniowo kierował rozmowę na temat tamtej nocy.

— Przejdziemy teraz do początków października, dokładnie pierwszego października 1985. Powiedz mi, gdzie się teraz znajdujesz.
— Pracuje nad książką o Rosji.
— Nad jaką książką?
— O Rosji.
— Co to za książka?
— Powieść rozgrywająca się w Rosji. Mam niezły pomysł. Pracuję nad tą książką.
— Gdzie się znajdujesz?
— Jestem w swoim mieszkaniu, w mieście.
— Masz jakieś plany na weekend?
— Tak, mamy zamiar zabrać Jacquesa i Annie na wieś i mam problem, czy Jacques zmieści się do jeepa.
— Kim są Jacques i Annie?
— Jacques jest naszym przyjacielem. Annie to jego dziewczyna.
— Teraz jedziecie na wieś.
— Zgadza się.
— Jeepem?
— Tak, to Jeep Wagoneer. Obyło się bez kłopotów. Annie okazała się bardzo drobna, jest więc dość miejsca dla Jacquesa. Rozparł się na tylnym siedzeniu obok mojego syna, który jest tym zachwycony, ponieważ uwielbia Jacquesa. Włączyłem magnetofon, ale nikomu to nie odpowiadało, rozpocząłem więc rozmowę:
— Zapraszam wszystkich na kolację. Sklepy są już zamknięte. Pójdziemy do... Chcecie iść do „Top of the Falls"?
Długo nie mogliśmy się zdecydować, ale pamiętam, że w końcu pojechaliśmy do „Top of the Falls".
— Przejdź teraz do tamtego wieczoru.
— Dobrze.
— Jak się czujesz?
— O, bawię się doskonale.
— Jak daleko jest z restauracji do waszego domku?
— Niedaleko, jakieś piętnaście minut. Jedliśmy kolację. Anna, nasz syn, wszyscy dobrze się... ja się dobrze bawię. Jacques też jest zadowolony.
— Jesteście już z powrotem w domu.
— Tak.
— Idziesz już spać.
— Tak. Mam na nogach swoje kapcie. Mieliśmy wszyscy wziąć gorącą kąpiel, ale jestem zbyt zmęczony. (Wyobraziłem sobie, że leżę w łóżku i zwracam się do żony.) Mój Boże, kto mi kazał wydawać tyle pieniędzy w restauracji.

— Co się dzieje, kiedy już leżysz w łóżku?
Zaraz... (Długa przerwa.) Ach, budzę się w środku nocy... Nie rozumiem. Ha, czyżby coś mignęło za oknem? (Miałem na myśli ośmiokątne okienko u zwieńczenia łukowatego sklepienia w pokoju dziennym, znajdujące się około dziewięciu metrów nad podłogą. Wychodzi ono na ścianę lasu i widać je z naszego łóżka.) Co to jest, do diabła? Coś mignęło za oknem! Nic nie ma... O mój Boże. Anna, dom się... Coś...
— Coś mignęło za oknem?
Coś wielkiego. (Zaczynam krzyczeć.) Nie, to było światło!
(Nieco spokojniej.) To nie było za oknem, nie mogło być za oknem. Kładę się z powrotem spać. Myślę, że z piecem wszystko w porządku. To musiało być światło na podwórzu. Myślę teraz... Kto to jest, do cholery? (Mój wzrok padł w odległy kąt sypialni, gdzie ujrzałem niewyraźny kształt postaci mierzącej jakieś dziewięćdziesiąt centymetrów, stojącej w głębokim cieniu.) Jest tu ktoś? (Przerwa.) Czy tam ktoś stoi? To niemożliwe. Wiesz, patrzę na to coś. Chyba... chyba mi się to nie podoba. (Długa przerwa. Otwieram oczy.)
— Odpręż się. Zamknij oczy. Odpręż się. Masz się zrelaksować, nie otwieraj oczu. Odpręż się. Teraz powiedz nam, co zobaczyłeś.
— Zobaczyłem coś, co wyglądało jak zakapturzona postać, stojąca pod ścianą w narożniku naszej sypialni. (Wpadam w panikę.) Nie chcę, żeby tam stała! Nie chcę! Proszę! Boże, ona... co ona mi robi? Przestań! Och, przestań! Co ona mi robi? (Krzyk trwający dwadzieścia sekund.) (Nie przypominam sobie, by w jakimkolwiek momencie mojego życia ogarnęła mnie taka panika, jak podczas tej hipnozy. Ujrzałem jak ów kształt przemknął przez pokój i, wstrząśnięty do głębi, zdałem sobie sprawę, że jest to zupełnie mi nieznane stworzenie wbijające we mnie wzrok znad krawędzi mego własnego łóżka w środku nocy, po czym spontanicznie wyrwałem się spod hipnozy. Żadne znane mi słowa nie są... nic w ogóle nie jest w stanie
odzwierciedlić moich uczuć w tym momencie. Mogę jedynie powiedzieć, że cofnąwszy się tam myślami ponownie doświadczyłem strachu w formie tak pierwotnej, dogłębnej i przytłaczającej, że nigdy nie przypuszczałbym, iż tak intensywne doznania w ogóle są możliwe.)
— Czuję się, jakbym za chwilę miał zwymiotować. Przepraszam. O Boże. Aż do tej chwili nie miałem pojęcia, że coś takiego jest w moim domu. (Łkanie.) O Jezu. O Boże. Przestraszył mnie jak wszyscy diabli. Przepraszam, nie spodziewałem się, że będzie aż tak źle, jeśli...
Przygotowałem się na strach, ale dwudziestego szóstego. Nie wiedział, że coś dostało się do mojego domu. Już dobrze... To stało tam.
— Możesz nam o tym opowiedzieć?
— Wiesz, jest ciemno. To wygląda jak mały człowieczek z kapturem na głowie, lub czymś podobnym. Wygląda zupełnie jak ten, no wiesz, nie ma głowy... jest czymś przykryty. Podchodzi do łóżka i przykłada coś do..., nie do mojej głowy, ale — rozumiesz —jakby
prosto do mojego mózgu. To wydaje dźwięk, coś jakby głos. To straszne! (Demonstruję dźwięk: trzeszczący, piskliwy odgłos.) Coś w tym rodzaju, prosto w mój mózg. To wręcz przerażająco obrzydliwe. Stał przy mnie i tak właśnie robił.
— Co robił?
— Nie potrafię określić. Musiałbyś mnie znowu zahipnotyzować, może przypomniałbym sobie, co do mnie mówił. Słowa formowały się w moim umyśle. Zupełnie jakby miał mały przedmiot, który wydawał dźwięk przytknięty do mojej skroni. Myślę, że właśnie tak było.
— Krzyczałeś, kiedy do ciebie mówił?
— Krzyczałem. Tak, krzyczałem. (To pytanie zdezorientowało mnie, ponieważ, jak się okaże za chwilę, w rzeczywistości postać wcale do mnie nie przemawiała.) Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego pozostali... nie pamiętam, byłem zupełnie pewien, że krzyczałem.
— Czy pamiętasz, co działo się z twoją żoną?
— Nie widzę jej, jestem zwrócony twarzą do tego stworzenia. Czy nadal jestem pod hipnozą?
— Nie.
— Przysięgam na Boga, trudno mi uwierzyć, że to się działo naprawdę. Ale działo się rzeczywiście. Jakieś światło przesunęło się za oknem, a potem zobaczyłem blask jaśniejący na placu za oknem. Wydawało mi się, że wstałem z łóżka, ale teraz nie jestem tego
pewien. Zdawało mi się też, że widziałem poświatę na suficie, ale teraz w to wątpię. Sądzę, że od początku wiedziałem, że wpada on przez okno, to znaczy ten blask, ale w jakiś sposób nie chciałem się do tego przyznać. Od początku było oczywiste, że to nie pożar. A on... nie
wiem, co on robił. Będę z wami szczery... naprawdę nie potrafię... hmmm, nie mogę tego zrozumieć. Byłem przerażony. Ale on nie... Miał coś na sobie, coś jakby, no wiecie, był czymś nakryty. Jestem roztrzęsiony.
— To zrozumiałe.
— Wiesz, nie pojmuję tego. To znaczy... owszem, rozumiem, że takie przeżycie może człowieka wystraszyć. Ale czy chcesz, byśmy to kontynuowali?
— Jeśli nie masz nic przeciwko temu...
— Absolutnie nie.
— W porządku.
— Chcę powiedzieć, że prawdopodobnie przeszedłem już najgorsze, bo kiedy to zbliżyło się do mnie po raz pierwszy, dosłownie zmartwiałem ze strachu.
Odezwał się Budd Hopkms:
— Zwykle tak bywa. Pierwsze chwile są najgorsze. Potem idzie już znacznie łatwiej.
— Jak zachowywałem się pod hipnozą?
— Byłeś świetny.
— Znakomicie. Nie trwało to chyba długo? Było mi bardzo przyjemnie.
— Zawsze tak jest.
Przyznam, że zadziwiłeś mnie. Myślałem, że dopiero wyjaśniasz mi, jak to się odbędzie, a już w następnej chwili nie mogłem utrzymać otwartych oczu.
— To bardzo proste. Kiedy już zrozumiesz zasadę, możesz to robić nieomal na zawołanie. Teraz spójrz na mój palec. (Po chwili znów byłem zahipnotyzowany.) Jeżeli zobaczysz coś przerażającego, masz pozostać uśpiony. Będziesz nadal spał, ale powiesz nam, co
czujesz. Noc czwartego października, obudziłeś się. Właśnie się obudziłeś. Widzisz światło. Coś znajduje się w twojej sypialni.
— Jest ciemno.
— Powiedz mi, co widzisz.
— Widzę go. Podchodzi do łóżka. Chyba nie ma dobrych zamiarów. Jest niewysoki. Stoi nie opodal lampy. Patrzą na mnie duże oczy. Duże, skośne oczy. Nie ma włosów. Patrzy na mnie. Ma w ręce coś w rodzaju linijki ze srebrną końcówką. Dotyka mnie. Widzę obrazy. (Długa przerwa.) Widzę, jak świat rozpada się na kawałki. Widzę, jak eksploduje mój dom, kiedy on dotyka mnie tym przedmiotem. (Płaczę.) Jezu, to potężny wybuch z purpurowym jądrem ognia i białym obłokiem dymu wokół!
Zapamiętany głos: — Oto twój dom. Oto twój dom. Wiesz, dlaczego tak się stanie.
— Wiem. (Płaczę.) Dlaczego mnie nie lubisz? Dlaczego mnie nienawidzisz?
Dr Klein: — Kto tak powiedział?
— Ja. (Przerwa.) Dlaczego, kiedy przykładasz to coś do mojego ciała, cały świat wybucha? To właśnie chcę wiedzieć. O co tu chodzi? (Odczułem gwałtowne pytanie wewnątrz siebie — bez słów.) Nie wiem, o co chodzi. Kiedy nastąpi wybuch? Co wybuchnie? (Przelotny obraz niego synka.) Wiem już, co wybuchnie. Wiem już wszystko. (Ponowne dotkniecie.) O, zieleń. Pokazuje mi park. Widzę mojego syna. Co to ma z nim wspólnego? Czy to Antychryst? O co chodzi, do cholery?
Głos: — Nie chcę cię skrzywdzić.

— Wiem, że nie chcesz. Wiem, że mnie nie skrzywdzisz. Przestań! Ach! Dom się pali! Mój dom w płomieniach? Nie, chyba nie. To brzmi dość głupio. Skąd mi się to wzięło?
— Coś wyrwało cię ze snu. Co to było?
(Spontanicznie ocknąłem się z hipnozy.)
— Ekslozja. Wiedziałem; byłem na nią przygotowany. Wiedziałem nawet, kiedy nastąpi. On wyjął coś, jakby igłę i machnął mi tym przed nosem ruchem, jakim zapala się zapałkę, a to wydało odgłos podobny do wybuchu — bach! Pomyślałem wtedy, że dom się pali.
Budd Hopkins: — Czy po tym wybuchu nadal znajdował się w twoim pokoju?
— Nie wiem, nic więcej nie pamiętam. Mówiąc, że dom się pali, wyskakiwałem już z łóżka.
— To był wybuch, który Anna i twój syn...
— Myślę, że oni też go słyszeli. Tak. Zrobił to za pomocą tej igły. Machnął nią w powietrzu.
— W jakim celu pokazywał ci te obrazy?
— Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Były to przerażające wizje.
— Coś jak Warday (Nawiązanie do mojej książki o tym tytule).
— Powiem, co czuję: sądzę, że pokazał mi przyszłość naszego świata, ot co.
— A ta zieleń, o której mówiłeś?
— Tak, wielka, zielona równina. Kiedy ją ujrzałem, natychmiast się odprężyłem. Widziałem synka w tym parku. Był szczęśliwy. To właśnie zobaczyłem. Ale...
— Co cię gnębi?
— Myślę, że park symbolizuje śmierć, a on znajduje się tam, ponieważ umarł. Tak mi się wydaje.
— Dlaczego park miałby symbolizować śmierć?
— Nie wiem. Takie odniosłem wrażenie.
— A ten obraz rozlatującego się świata?
— To ciekawe. To raczej nie był koniec świata. Muszę trochę ochłonąć. Ktoś mi zasugerował, że to koniec świata. To był szkarłatny ogień, wielki, szkarłatny, szalejący płomień otoczony
kłębami dymu strzelającymi na wszystkie strony. A oni powiedzieli mi, że to koniec naszego świata. To znaczy, Chryste, chyba mamy do czynienia ze środkami halucynogennymi.
Budd Hopkins: — Bez wątpienia. Innym również zaaplikowano podobne wizje.
— Wizje, czuję teraz niewyobrażalną ulgę. Jak to dobrze wszystko sobie przypomnieć. Niełatwo z tym żyć, ale cieszę się, że mam to za sobą. Nie muszę się już przed tym bronić.

To zrozumiale.
Słuchajcie, w listopadzie śniło mi się, że całe Cleveland wyleciało w powietrze. Przypomniałem sobie tamtą eksplozję, ale było to mniej niepokojące, ponieważ chodziło tylko o jedno miasto.
Starałem się oswoić z tą wizją. Mówiłeś, że ten stwór nie miał wcale włosów.
Tak, miał łysą głowę i chyba skośne oczy. Trudno mi to stwierdzić na pewno, gdyż wciąż przykładał mi ten przedmiot do głowy. Reagował w ten sposób na prawie każdy mój ruch.
— I wtedy pojawiały się wizje?
Tak, właśnie wtedy widziałem te obrazy. Początkowo sądziłem, że przemawiał do mnie za pomocą tego przedmiotu, ale kiedy mnie zahipnotyzowałeś okazało się, że to wrażenia wzrokowe. Miał taki mały przedmiot, coś w rodzaju linijki ze srebrną końcówką. Musiało
to być srebro, gdyż pobłyskiwało w ciemności panującej w pokoju. Czy kiedy mówiłeś, że w sypialni jest jasno, zapalałeś tu jakieś światła?
— Nie.
— Bo tam było ciemno. Bardzo ciemno.
— Wydawało mi się, że mówiłeś, iż było jasno.
— Hmm... odniosłem wrażenie, że miał coś na sobie. Tak jakby... Kiedy spojrzałem... Byłem przestraszony tym, że prawdopodobnie stał już tam od pewnego czasu. Nie twierdzę, że chciał mnie zastraszyć, a chyba raczej ostrzec. Takie odniosłem wrażenie. Było to bardzo stanowcze ostrzeżenie, a może wcale nie... Może gdybym nie zaprzątał sobie głowy wojną nuklearną i żył spokojnie i szczęśliwie, zupełnie inne wizje powstałyby w moim umyśle, gdy mnie dotykał? Wiecie, o co mi chodzi?
Budd Hopkins: — Widoczne są paralele z...
— Z moimi własnymi obawami. Właśnie.
— Poświęciłeś im ogromnie dużo czasu, pracując nad Warday.
— Może ten gość przeprowadził na mnie test psychologiczny? Czy to możliwe? To znaczy, może on faktycznie badał mnie jak hipnotyzer, używając tego srebrzystego przedmiotu tak jak ty palca. Jak sądzisz?
— To jedno z możliwych wyjaśnień.
— A może wszystko było równie dobrze halucynacją? Ale w to akurat nie wierzę.
— Gdzie dokładnie cię dotykał?
— Tutaj. (Dotknąłem punktu na czole, tuż nad nasadą nosa.) Dosadnie tutaj. I za każdym razem, gdy mnie dotknął, pojawiały się obrazy. Budd Hopkins: — Nie miałeś czasu, by zebrać myśli między tymi obrazami?

— Nie, wszystko działo się zbyt prędko.
— Czy to były wrażenia wzrokowe?
— Tak, to były wizje.
— Nie słowa?
— Absolutnie nie. To były obrazy.
(Zamilkłem zbity z tropu natłokiem obrazów.)
— Whit?
— Słucham?
— Opisałeś dwie wizje. Czy były inne?
— Tak, ale pozostałe są tak pogmatwane, że nawet nie pamiętam, czego dotyczyły. Wiesz, coraz bardziej nabieram przekonania, że były to zobrazowania moich największych lęków, wydobyte z zakamarków mojego umysłu: takich jak wojna nuklearna czy śmierć syna. Jest tam coś jeszcze, być może strach tak wielki, że tracę wszelką orientację, nawet będąc pod hipnozą. Budd Hopkins: — Mówiłeś na początku, że postać, którą zauważyłeś, miała na głowie coś w rodzaju kaptura.
— Owszem, ale kiedy podeszła bliżej, ujrzałem jej twarz.
— Mówiłeś też, że ma łysą głowę.
— Tak? Naprawdę?
— Naprawdę.
— No cóż, wydawało mi się, że głowę ma nieowłosioną i dość dużą przy swoim niewielkim wzroście oraz że jej oczy są nawet bardziej skośne niż u Azjatów. I że są zupełnie... że ich spojrzenie przeszywa na wskroś. Twarz miała niemal srogi wyraz. Nie jestem pewien, ale chyba przyszło mi na myśl, że to głowa owada. Chociaż nie, przypominała raczej ludzką, pomimo wielu cech właściwych insektom. Czy wyrażam się dość jasno?
— O, tak. Czy kiedykolwiek przedtem widziałeś podobną twarz?
— Nie jestem pewien. Pamiętam jedynie, że przed laty czytałem coś na ten temat w magazynie „Look". The Incident — artykuł Johna Fullera o ludziach wziętych na pokład przez kosmitów. To wszystko. Nie wiem nawet, czy były tam jakieś ilustracje.
— Jesteś pewien, że nigdy przedtem nie widziałeś podobnego wizerunku? Może w książce, którą masz?
— Nie, tam nie ma takich ilustracji. Raczej nie.
Budd Hopkins: — A książka Hynka? Wydaje mi się, że jest tam rysunek. (Miał na myśli słynną książkę doktora J. Allena Hynka The UFO Experience, którą, jak sądził, czytałem.)
— Nie czytałem jej. Z drugiej strony, w naszej kulturze jest taki natłok informacji... Możliwe, że gdzieś to widziałem, chociaż naprawdę nie sądzę — wyglądało zbyt realistycznie. Wydaje mi się, że prawdopodobne, by był to wizerunek zobaczony gdzieś przez przypadek. Mógł być bardzo realistyczny, a mimo to mógł powstać w twojej...
— A jeśli ilustracje były zgodne z rzeczywistością? Istnieje przecież taka możliwość.
— Zgadza się. Możliwe również, że to coś niezgłębionego, co usiłujesz uchwycić poprzez nadanie mu formy czy kształtu.
— Tak, to prawdopodobne.
— Chciałbym, żebyśmy teraz wrócili do tamtej sceny i sprawdzili, czy uda nam się wydobyć na jaw pozostałe wizje.
— Dobrze.
— Zdaję sobie sprawę, że to męczące, więc jeśli pragniesz się wycofać na tym etapie...
— Nie. W ogóle nie chcę się wycofywać. Jestem zdecydowany przejść przez to od początku do końca. Dowiemy się znacznie więcej, zwłaszcza teraz, kiedy wiem, że to zdarzyło się naprawdę. Byłbym wysoce nieodpowiedzialny, gdybym teraz zrezygnował.
— Obawiam się jedynie, że tempo może okazać się zbyt wysokie. Nie chcę, abyś zdobywał się na heroiczne wyczyny.
— To nie jest sprawa heroizmu. Chodzi raczej o to, że nie
zamierzam wyjść z kina przed końcem seansu. (Ponownie zostałem zahipnotyzowany w ten sam sposób co poprzednio. Zajęło to niecałą minutę.)
— Chcę teraz, byś wrócił do punktu, w którym ukazują ci się różne obrazy. Tym razem zobaczysz je jak na zwolnionym filmie. Wszystko będzie się działo bardzo powoli, bardzo powoli i bardzo wyraźnie, bardzo wyraźnie. Powiedz mi, co widzisz.
— Świat zamienia się w czarną ognistą kulę. Zupełnie jak kropla benzyny wybuchająca na tle nieba. I wszystkie te... warkocze dymu tryskające na boki... jak ogromne dymne rogi. A my wszyscy jesteśmy tam — dokładnie w centrum szkarłatnego płomienia. Teraz ten przedmiot wchodzi w pole mego widzenia. To on odjął go od mojej głowy. Znów zaczynam się go bać. Teraz widzę... park. Mój chłopak siedzi tam na trawie... cały rozdygotany; do tego porusza się tak, jakby skrępowano mu ręce. Ma niesamowite oczy. (Wydawały się całe czarne, zupełnie pozbawione białek.) Muszę tam iść, podnieść go, pomóc mu. On umrze, jeśli mu nie pomogę. (Długa przerwa.)
(W tej chwili pojawiły się bardzo deprymujące obrazy dotyczące śmierci mego ojca. Nie odzwierciedlały one faktycznych zdarzeń, lecz mój podświadomy strach przed tym, jak scena ta mogła wyglądać.)

C.D.N.


Użytkownik Traper edytował ten post 21.11.2006 - 21:28

  • 0



#8

dj_cinex

    VRP UFO Researcher

  • Postów: 3305
  • Tematów: 412
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 20
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

PODRÓŻ W GŁĄB JASKINI UMYSŁU
Hipnoza
(ciąg dalszy...)


— Znowu przytyka tę rzecz do mojej głowy. Brakuje mi ciebie, tato. O Boże. Tato, dlaczego umarłeś? (Westchnienie.) Tato, dlaczego... dlaczego? Nie zdążyłem cię dobrze poznać, tato. Boże, biedny ojciec, miał taką ciężką śmierć. Ona nie mogła nic poradzić. Widzę, jak mój ojciec umiera, a matka czuwa przy nim, patrząc na niego jak na bezradne zwierzątko. Czy nie mogła go choć pocałować, zanim umarł, czy coś w tym rodzaju? Nie wiedziałem, że tak to wyglądało.

(Zobaczyłem wyraźnie, jak ojciec leży na tapczanie w naszej dawnej izdebce, z głową odrzuconą do tyłu, z trudem łapiąc powietrze. Obok, na krześle siedziała matka, zbyt przerażona, by się poruszyć, zdolna tylko patrzeć. Ta scena drastycznie różniła się od opisywanej przez matkę, której też należało oczekiwać od takiego kochającego i czułego małżeństwa, jakim stali się pod koniec życia ojca. Mimo to, obraz przed moimi oczami był głęboko przejmujący i przy tym tak realistyczny, że wydawało mi się, iż w każdej chwili mogę wziąć w nim udział.

Zamiast tego, ponownie wyrwałem się spod hipnozy. Jest to zjawisko bardzo rzadko spotykane, zwłaszcza przy tak głębokim transie, jaki zaaplikował mi dr Klein. Wskazywało to na niezwykle wysoki stopień zaangażowania emocjonalnego.)
— Czy to miało jakiś sens?
— A jak sam uważasz?
— Dla mnie sens był wyraźny. Wizja mojego ojca, który rzuca się na tapczanie — o, tak — i dusi się... Moja matka na krześle, wpatrzona w niego. A on umiera.
— Czy tak było rzeczywiście?
— Nie mam pojęcia. Wersja matki jest inna. Może to tylko mój lęk przed tym, co mogło się zdarzyć?
— Czy twoja matka zaniedbywała ojca?
— Skądże. Mieli wzloty i upadki, jak to w małżeństwie, ale byli ze sobą niemal przez piętnaście lat i nie uważam, by matka zaniedbywała ojca przed śmiercią.
Budd Hopkins:
— Więc uważasz, że te wizje były wytworem twojej wyobraźni?
— To moje myśli, zdecydowanie. To znaczy, no do diabła, nie był to przecież jego ojciec! Wyciągnął to ze mnie po prostu — wyciągnął mi to z głowy. Ujawnił takie rzeczy jak mój strach..., może oni są podejrzliwi. Przede wszystkim, ujrzawszy tę scenę, poczułem żal, że
nigdy nie byłem blisko z ojcem. Trzymał wszystkich na dystans. Był ojcem kochającym, lecz powściągliwym. Wszyscy Teksańczycy byli zawsze bardzo skryci. Chyba czuję się z tego powodu nieco winny. Wiecie, nie bardzo wiem, co o tym sądzić. Wyobrażacie sobie? Po
prostu nie wiem, co o tym sądzić.

— Ja też nie, ale brzmi to jakby...
— Zupełnie jakby ktoś...
— Ktoś czytał w twoich myślach...
— To takie zaskakujące, nigdy w życiu bym się tego po sobie nie spodziewał. Najdziwniejsze, że niby po co ktoś z latającego talerza olałby zadawać sobie trud wywoływania u mnie takich wrażeń? Jakie motywy mogły nim kierować?
Budd Hopkins: — Cóż, tego nie możemy stwierdzić od razu.
Wszystko to tylko spekulacje.
_ Może chcieli sprawdzić moje odruchy? Na to wygląda. Chyba że doszedłem do takiego punktu w moim życiu, kiedy muszę stawiać czoła sprawom trudnym i przerażającym, czynię to właśnie w ten sposób, a małe ludziki w sypialni to tylko wytwór umysłu. Ale, słuchajcie, mówię wam — to nieprawda. Ten człowieczek tam był. Stał przy moim łóżku. Widziałem go tak, jak was teraz widzę.
— Opowiadając o epizodzie z dwudziestego szóstego grudnia, wtedy gdy twoja dusza wyparowała z ciała, kiedy rozpłynęło się twoje ego, powiedziałeś, że gdyby zapytali cię o największy sekret, wyjawiłbyś im go natychmiast, bez wahania.
— Bez wahania, zgadza się.
— Zatem coś podejrzewałeś. Wiedziałeś, że oto twoje najgłębsze tajemnice wychodzą na jaw.
— Oczywiście, zdawałem sobie z tego sprawę, bowiem wspomnienia pozostały nietknięte i najzwyczajniej pojawiły się w mojej głowie. Mój Boże, gdybyś zapytał mnie na jawie, odpowiedziałbym, że nie mam zielonego pojęcia, co zaszło przez tamtą godzinę, jeżeli
w ogóle trwało to godzinę. Wydawało mi się, że zasnąłem zaraz po zauważeniu blasku na suficie.
— A eksplozja nastąpiła zaraz potem?
— On wyciągnął niewielkich rozmiarów przedmiot, coś w rodzaju pałeczki czy igły, na czubku którego przy najlżejszym poruszeniu przeskakiwała iskra. A on wykonał taki ruch (Gwałtowne pociągniecie ramieniem, jak przy uderzeniu) i wtedy huknęło: bum! i snop iskier obsypał mi twarz.
Budd Hopkins: — Kiedy spytałem Annie Gottlieb, w jaki sposób, jej zdaniem, można wywołać taki odgłos, powiedziała: „Gdyby prasnąć wielkimi, ciężkimi drzwiami o ścianę, trrach — coś w tym rodzaju".
— Dla mnie brzmiało to raczej jak..., nie mogę powiedzieć, ze przekłuty balon, bo to zbyt niewinny dźwięk. W tamtym odgłosie było coś ciężkiego, jakby towarzyszyło temu wyzwolenie ogromnej energii.

Budd Hopkins: — Annie Gottlieb twierdziła, że pobrzmiewało tam klaśnięcie.
— Odgłos był bardziej głuchy niż ostry, przy tym bardzo głośny, jakby klaśnięcie, ale o znacznie głębszym brzmieniu.
Budd Hopkins: — Annie powiedziała to samo. Poprosiliśmy cztery różne osoby o opisanie tego wybuchu.
— Grzmot?
— Nie, to nie przypominało grzmotu. To nie był grzmot.
— Może huk?
— No, nie, dlatego, że nie trwał długo. To było jak trzaśniecie pioruna urwane raptownie w połowie, taki głęboki ton. Ale raczej nie. „Trzask" jest tu chyba najbardziej na miejscu — tak jak głęboki trzask piorunu pozbawiony pogłosu. Po prostu pojedynczy odgłos, ale pobrzmiewał w nim głębszy ton. Było w nim coś elektrycznego. Jeśli by wywołać mikroskopijne wyładowanie komuś przed nosem, w jego uszach powstałby taki właśnie odgłos. Dokładnie tak to wyglądało.
— Sądzę, że prawie skończyliśmy.
— To dobrze. Nie chciałbym teraz przystępować do wypadków z dwudziestego szóstego grudnia.
— Może to jeszcze nie koniec wydarzeń z października?
— Ale już po strachu i całym tym zamieszaniu. Myślę, że to nie są zaburzenia psychiczne. Czuję, że masz rację. Wiesz, co muszę teraz zrobić? Muszę teraz zanalizować własne odczucia, ponieważ dłużej już nie mogę zaprzeczać istnieniu tych stworzeń. Muszę też zrozumieć, jakie powinny być moje odczucia względem istot, które przychodzą do mego domu, by czynić coś tak niesamowitego i produktywnego zarazem.
— W jakim sensie produktywnego?
— W dwojakim. Po pierwsze, sporo się o mnie dowiedzieli, jeżeli w ogóle z jakichś przyczyn się mną interesują. Dzisiejszego popołudnia ja sam dowiedziałem się o sobie wielu rzeczy, naprawdę wielu. Nurtowały mnie problemy, o których nie miałem pojęcia. Jak śmierć mego ojca.
— Inne lęki...
— Tak, strach przed wojną oczywiście... i przed śmiercią syna. Żaden dobry ojciec nie potrafi spokojnie patrzeć, jak jego synowi za chwilę stanie się krzywda. Ale pozostały materiał jest zaskakujący, również przez swoją jaskrawość. Bardzo kochałem rodziców. Nadal kocham matkę i pragnę wierzyć, że ostatni akt był tak pełen miłości i czułości, jak to zawsze opisywała.
— Nie jest to zatem obraz rzeczywistych zdarzeń?
— Bynajmniej. Nie mam powodu, by tak sądzić. Może chodzi tu o coś znacznie bardziej subtelnego? Może stworzono ten obraz, by sprawdzić moją reakcje na przenikający do głębi strach, a może tylko ktoś chciał się dowiedzieć, jakim człowiekiem jestem.

Seans zakończyliśmy ustaleniem terminu ponownego spotkania w nadchodzącym tygodniu.
Następnego wieczora (w sobotę, drugiego marca), jak co tydzień, zadzwoniłem do matki w San Antonio. Oczywiście nie wspomniałem jej o tym, co mnie spotkało. Nie przychodziło mi do głowy, w jaki sposób miałbym wyjaśnić tę sprawę siedemdziesięcioletniej kobiecie,
na dodatek przez telefon. Przez jakiś czas rozmawialiśmy o wspólnej znajomej, która leżała
w szpitalu, po czym nagle, bez żadnego wstępu, matka zaczęła opisywać śmierć ojca. Nie prosiłem o to, nawet nie miałem nadziei tego usłyszeć. Przez ostatnie dziesięć lat słyszałem opowieść jedynie raz, w dzień po jego śmierci. Opowiedziała teraz, jak siedziała tuż przy tapczanie, na którym spoczywał. Zaledwie kilka dni wcześniej lekarz oznajmił jej, że serce w każdej chwili może odmówić posłuszeństwa. Pomimo tego lata wspólnie spędzone sprawiły, że ciągle nie dopuszczała do siebie myśli o jego śmierci. W ostatnich latach małżeństwa bardzo zbliżyli się do siebie i potrafili siedzieć godzinami, trzymając się za ręce, połączeni niewidzialną nicią porozumienia, którą Bóg błogosławi pary związane ze sobą od lat. Nie potrafię sobie wyobrazić zakończenia ich związku, w którym zabrakłoby tej subtelnej atmosfery miłości i zrozumienia. Matka ponownie opowiedziała mi, jak w pewnej chwili ojciec wymówił jej imię, a ona podeszła do niego mówiąc:
— Karl? Karl, obudź się.

A on leżał już cichy i nieruchomy. Było po wszystkim. Jak to się stało, że po tylu latach usłyszałem tę historię w najbardziej pożądanym momencie? Przerażające wspomnienia tamtej nocy w połączeniu z relacją matki, zdaną jej pewnym, spokojnym głosem, ujawniły moje najskrytsze obawy i wyrzuty sumienia. Obwiniałem siebie za brak serdeczności w stosunkach z ojcem. On przezwyciężał swoją wrodzoną skrytość, ja zaś, pomimo iż go kochałem, odsunąłem się od niego. Gdy dorosłem, pozostawiłem go na pastwę starości i śmierci, pozbawiając go krzepiącej obecności jego najstarszego syna. Ale równocześnie musiałem przecież ułożyć sobie własne życie. Pojecie sumienia, oprócz sensu moralnego, zawsze miało dla mnie znaczenie aktywnego poznania własnych prawd wewnętrznych oraz pogodzenia się z ogromem poświęceń ze strony innych dla własnego rozwoju. Nadrzędnym jest tu poświęcenie rodziców wobec dzieci.

Może to zrodzić poczucie winy — jak w moim przypadku — albo złagodzić wyrzuty poprzez zaakceptowanie tego faktu i stworzenie zeń podwalin własnej dojrzałości. Tamtej nocy dotknięcie srebrnej różdżki w jednej sekundzie otworzyło przede mną niespotykane możliwości wzbogacenia mego życia.

Jeśli istotnie był to przybysz z kosmosu, udzielający mi błogosławieństwa z innego wymiaru, dlaczego ukryto je przede mną za pomocą amnezji, tak że nie miałem do niego dostępu? Może moje doznania były jedynie ubocznym efektem pewnego rodzaju badań? A może właśnie od początku wiadomo było, że w końcu posiądę ten bezcenny skarb? Może cała ta operacja, z najdrobniejszymi szczegółami została starannie zaplanowana przez wnikliwe umysły jako stadium powolnego oswajania ludzkości z ich obecnością? Prawda mogła być też jeszcze inna. Być może hipnoza ujawniła nie tylko prawdopodobieństwo spotkania z kosmitami, lecz również działanie ukrytego potencjału o niespotykanych właściwościach terapeutycznych, który, pod umiejętną kontrolą, mógł się okazać niezwykle cenny. Podczas gdy użycie różdżki w celu wniknięcia w istotę rzeczy ma długą tradycję w średniowiecznej literaturze baśniowej, a w księdze Apokalipsy znajdujemy słowa o aniele, który uderzy wybranych trzy razy między oczy, zadając im niewysłowione cierpienia, we współczesnych relacjach ze spotkań z kosmitami można odnaleźć zaledwie jedną niejasną wzmiankę na ten temat. Dla kobiety, która w latach pięćdziesiątych zetknęła się z kosmitą, zakończyło się to obłędem. W napadach choroby wbijała ona paznokcie w środek czoła — dokładnie w to miejsce, gdzie dotknięto mnie różdżką — kalecząc się do tego stopnia, że ciało miała rozdrapane nieomal do kości.

Łatwo można wysnuć stąd wniosek, że przedstawiony powyżej materiał jest dziełem umysłu wykorzystującego jakieś nocne zaburzenia w celu uzyskania wglądu w stany lękowe, które chciałby zgłębić. Podstawową trudnością, jaka wyłania się z tego założenia, jest fakt, iż cały ten proces został na kilka miesięcy objęty amnezją i pozostawał niedostępny dla umysłu. Dodatkowo należało wytłumaczyć przeżycia świadków oraz zjawisko „grzmotu poprzedzającego błyskawicę". Najprościej byłoby zignorować całą sprawę, tłumacząc ją jako procesy psychologiczne. Byłoby to jednak błędne, przynajmniej do czasu znalezienia zadowalającego i szczegółowego wyjaśnienia ubocznych efektów fizycznych.

Bez wątpienia przeżyłem coś strasznego. Być może byli w to mieszani przybysze z innych światów, a może nawet z niezbadanego królestwa ludzkiej podświadomości, dla mnie jednak najwyższy jest aspekt ludzki. Jestem bowiem człowiekiem i takie też są moje reakcje. Nawet założywszy obecność jakichś nieznanych istot, kluczem do zrozumienia znaczenia, jakie ta sprawa miała dla mnie, mogło Być wyłącznie skoncentrowanie się na ludzkiej stronie tego spotkania. Gdyby kosmici mieli okazać się tylko szumem wiatru w gałęziach drzew lub księżycowym blaskiem we mgle, nie zmieniłoby to faktu, że przybliżyłem się do zrozumienia, kim jestem we własnych oczach.

C.D.N.


Użytkownik Traper edytował ten post 21.11.2006 - 21:32

  • 0



#9

dj_cinex

    VRP UFO Researcher

  • Postów: 3305
  • Tematów: 412
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 20
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

PODRÓŻ W GŁĄB JASKINI UMYSŁU
Hipnoza
(ciąg dalszy...)

Wydarzenia z 26 grudnia 1985


Data seansu: 5 marca 1986
PACJENT: Whitley Strieber
PSYCHIATRA: Dr med. Donald Klein

Kilka dni później spotkaliśmy się ponownie. Przez ten czas wynajdywałem sobie różne zajęcia, choć było mi bardzo ciężko. Ogromnym wysiłkiem woli powstrzymałem się od wypożyczenia z biblioteki jednego tuzina książek na temat bliskich spotkań, a drugiego na temat potencjalnych psychologiczno-socjologicznych przyczyn podobnych zjawisk. Umówiliśmy się jednak z doktorem KJeinem i Buddem Hopkinsem, że do czasu zakończenia terapii powinienem wiedzieć w tej kwestii jak najmniej.

Przed oczami wciąż majaczyła mi twarz zauważona w przelocie: czarne, błyszczące oczy, przeszywające mnie na wskroś, srebrzysta różdżka migocząca w powietrzu. Trudno mi było uwierzyć, że to nie jest wytwór mojej wyobraźni. Byłem wprawdzie przygotowany na możliwość spotkania kosmitów na naszej planecie, lecz przecież nie spodziewałem się znaleźć jednego z nich u wezgłowia mego łóżka, uprawiającego psychoterapię za pomocą czarodziejskiej różdżki — z pewnością nie liczyłem na spotkanie do tego stopnia osobiste. Mogłoby to choć trochę przebiegać jednak według naszych wyobrażeń. Należy jednak zdać sobie sprawę z tego, że wkraczamy tu na głębokie wody. Jeżeli faktycznie to przybysze z kosmosu, to z pewnością zdążyli nas dobrze poznać, może nawet lepiej niż my sami siebie.
przybysze mogą też okazać się inną formą istnienia, pozostającą jeszcze poza zasięgiem naszego pojmowania.

Bez względu na stopień zaawansowania naszej wiedzy na ten temat, relacje dotyczące latających talerzy oraz niewyjaśnionych uprowadzeń wskazują bez wątpienia na to, że dzieje się tu coś niesamowitego. Możliwe, że to jedynie osobliwy rodzaj histerii, lecz w takim razie okazałby się on niesłychanie złożony — zaliczający do objawów UFO potężne światła pośród nocy, odgłosy małych stóp i naruszanie najintymniejszej sfery duszy. Budd Hopkins ostrzegł mnie, że pierwsze seanse są w stanie wywołać trwały uraz. Wspomnienia, które wychodzą na jaw podczas hipnozy, pozostawały utajone nie bez powodu — niektóre z nich mogą zjeżyć włos na głowie. Podczas ich ujawniania umysł ludzki poddawany jest doznaniom, których udało mu się dotychczas uniknąć. Mimo iż widziana przeze mnie różdżka to element całkiem nowy, dzierżąca ją postać została już wielokrotnie opisana. Właśnie podczas owego tygodnia pomiędzy seansami zrodził się we mnie związek emocjonalny z moimi wspomnieniami. Widziałem przecież żywą istotę. W grudniu widziałem ich jeszcze więcej. Pamiętałem, jak pachną, czułem, jak mnie niosą, widziałem wnętrze, w którym przebywali.

Miotały mną sprzeczne i złożone emocje — od głębokich zaburzeń równowagi wewnętrznej do uczucia, które potrafię jedynie określić jako pragnienie zgody. Pragnąłem porozumienia na własnych warunkach, znalezienia tego wszystkiego, co nas łączy. Nigdy przedtem nie czułem się taki maluczki, taki bezbronny. Prześladowały mnie słowa mojego synka: „...grupa małych doktorów, która wyniosła mnie na werandę..." Nic nie może się równać ze strachem rodziców o własne dziecko.
Po powrocie do gabinetu doktora Kleina określiłem swoje samopoczucie jako „niestabilne". On wtedy zapytał:
— Czy to wszystko?
— Nie — przyznałem. — Jestem przerażony.
— To całkiem zrozumiałe.
Gdy tylko wygodnie usadowiłem się na krześle, rozpoczęliśmy seans dotyczący 26 grudnia. Obecność Budda Hopkinsa i jego prawo do zadawania pytań podlegały tym samym zasadom, co poprzednio.
— Chcę, żebyś cofnął się myślami do dnia 26 grudnia. Wracamy do 26 grudnia. Jesz kolację. Będziesz teraz ze mną rozmawiał, ale pozostaniesz uśpiony, pogrążony w głębokim śnie. Jesz teraz kolacje. Gdzie się znajdujesz?
— W domku na wsi.
— Powiedz mi, z kim jesteś?
— Z Anną i synem.
— Jak się czujesz?
— Całkiem przyjemnie.
— Co robicie?
— Jemy kolację.
— Co macie na kolację?
— Gęś na zimno. To odgrzewana kolacja... to, co zostało ze świątecznego stołu. Sos żurawinowy. Słodkie ziemniaki.
— Jak się czujesz?
— Wyśmienicie. Jestem bardzo zadowolony.
— Czy przez ostatnie tygodnie czułeś się równie dobrze?
— (Długie milczenie.) Do świąt było mi ciężko.
— Co to znaczy, że było ci ciężko?
— (Długa przerwa.) Byłem... wystraszony. Nieszczęśliwy. Czułem się, jakby cały świat zwalił mi się na głowę. Dręczyła mnie wizja ludzi ukrywających się w szafie. Każdej nocy obchodziłem dom. Sprawdzałem.
— Szukałeś czegoś konkretnego?
— Nie, sprawdzałem cały dom.
— Czy wiedziałeś, dlaczego to robisz?
— Na wypadek gdyby ktoś ukrywał się w domu.
— Kto mógłby się ukrywać?
— Oni. Ludzie. Tamci Ludzie.
— Czy wiedziałeś już o nich wtedy?
— Tak.
— Co o nich wiedziałeś?
— Że mogą znajdować się gdzieś w domu.
— Czy mówiłeś o tym komuś?
— Nie. Nie miałem pewności.
— Czy twoja żona nigdy nie zapytała cię, czego szukasz w szafie?
— Nie. Ona nigdy przy tym nie była.
— Ukrywałeś to przed nią.
— Tak. Przed chłopcem też. Miałem broń.
— Jaką broń?.
— Krótki karabin.
— Kiedy go kupiłeś?
— W październiku.
— Którego października?
— Poszliśmy do sklepu z bronią. To było około... liście już opadały... Nie wiem, sądzę, że to było... w październiku..., w połowie Października... poszedłem i kupiłem go.
— Do czego była ci potrzebna broń?
— Do obrony.
— Przed czym?
— Nie jestem pewien. Czasami mam uczucie, że... w domu ukrywają się ludzie.
— Przeniosę cię teraz w czasie do nocy dwudziestego szóstego. Idziesz na górę, do sypialni.
— Tak.
— Idziesz do łóżka. Chcę, żebyś relacjonował wszystko, co się wokół dzieje. Zachowaj spokój i opowiadaj.
— Kładziemy się. Jesteśmy już w łóżku. Czytam naprawdę dobrą książkę. Całuję żonę na dobranoc. Słyszę, jak płatki śniegu delikatnie osiadają na dachu domu. Gaszę światło. Staram się zasnąć. Czy włączyłem alarm? Hmm. Zastanawiam się. Przez chwilę słucham radia — grają Our Front Porch, jazz. Późno już, wyłączam radio i pokój ogarnia cisza. Zapadam w sen. Zasypiam. (Długa przerwa.) Z całą pewnością..., zdaje mi się, że... ich słyszę. Słyszę ich. Ktoś wchodzi drzwiami — wygląda, jakby miał na sobie... tarczę. Do diabła! Naprawdę go widzę! Wygląda, jakby nosił na sobie jakieś płyty ochronne. Na piersiach ma taką dużą niebieską kartę — prostokątny kształt w samym centrum korpusu, a na głowie... okrągły kapelusz. Na twarzy maska z dwoma otworami na oczy i jednym okrągłym pośrodku. Porusza się niezwykle szybko. Pokazuje..., stoi przy moim łóżku i pokazuje na drzwi. A tam jest ich do diabła i trochę!

Wpadają do pokoju. Mówię wam, jest ich całe mnóstwo! Nie mają na sobie tych płyt, lecz niebieskie kombinezony. Widzę ich głowy — są zupełnie pozbawione włosów. Czas wstawać. Podnoszę się. Boję się. Boję się jak cholera. Zdejmuję piżamę. Boję się spojrzeć na Annę. Muszę się z nią pożegnać. Oni stoją w dwóch rzędach. Wychodzę. Przenoszą mnie. Przenoszą mnie. Przenoszą mnie. Czyżby podawali mnie sobie z rąk do rąk? Takie małe ludziki? Czuję, że mógłbym każdego z nich podnieść jedną ręką. Znalazłem się na werandzie przed domem, gdzie czekały przygotowane dla mnie czarne, żelazne nosze. Nie podoba mi się ten przedmiot. To coś w rodzaju noszy czy łóżka, ale czekają z tym na mnie. Czuję mdłości. Mdłości!

Nie, nie. Ja tylko na to patrzę. Zawsze tak jest, gdy nie jesteś pewny, czy to sen, ale tym razem to z pewnością dzieje się na jawie. Weszli dwoma długimi rzędami prosto przez drzwi. Pokój jest ich pełen. To znaczy, chcę powiedzieć, że było ich mnóstwo. Cała zgraja.
Nie wiem, gdzie się podziali w tej chwili. Leżę na noszach, mam zamęt w głowie. Pamiętam, że wydawało mi się, że siedzę na krześle elektrycznym. Odrywani się od ziemi i wiem już na pewno, że to sen, bo szybuję sobie w powietrzu. Unoszę się nad ziemią — to może być tylko sen. Chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć ten dom. Chciałbym Jeszcze zobaczyć ten dom. (Łkanie, westchnienia.) Gdzie podział się śnieg? Jesteśmy gdzieś w lesie, diabelnie głęboko. Wiesz, czegoś tu nie rozumiem. Oddaliłem się tak bardzo od Czuję na ramieniu ucisk jakichś pnączy. (Długa przerwa.) Usiłowałem wsłuchać się w głos jednego z nich, który coś mi wyjaśniał. Słowa uleciały jednak z mojej pamięci. Przestraszyłem się. Otworzyłem oczy.
— Co cię zbudziło?
— Nie potrafię odpowiedzieć. Nie jestem pewien, czy już się obudziłem. Jak sądzisz? Obraz pokoju był niewyraźny. Czułem się zupełnie odprężony.
— Trudno coś powiedzieć w tej chwili. Spróbujmy może wrócić do tego samego momentu. Uspokój się, odpręż.
— Z początku rozumiałem wszystko, dopiero potem...
— Zwolnimy trochę tempo. Przejdziemy przez to jeszcze raz, bardzo powoli.
— W porządku.
— Spokojnie. Zwalniamy tempo. Wracamy do tamtego momentu. Czy unosisz się w powietrzu?
— Nie, to oni mnie niosą, a przynajmniej krzątają się przy mnie.
Zabawne, że leżę na plecach i oglądam niebo, widzę chmury. Oni są wszędzie dokoła. Jestem rozebrany, ale nie czuję chłodu... Widzę niebo. To, na czym leżę, wygląda jak... ma zagłębienia na ramiona... nie wygląda mi to na łóżko. Ma zagłębienia na moje stopy i głowę. Leżę i spoglądam na niebo, dostrzegam coś... jakby chmury. A oni... całe ich mrowie... otaczają mnie ze wszystkich stron. Mam uczucie, jakbym... a raczej niewiele czuję. Czuję się odrętwiały. To niemal zabawne. Całkiem nieźle. Nawet przyjemnie. Jakby znieczulenie.

Następnie pamiętam, że gdzieś siedzę. Nadal coś mnie krępuje, ale teraz siedzę pośród drzew. To zupełnie tak, jakby przybyła mi nowa część ciała. Jak... Jestem w tym umieszczony i gdziekolwiek się ruszę, nie mogę się od tego uwolnić. W tej chwili nigdzie się nie wybieram — to jedno jest pewne — bo mnie związano. Siedzimy w małym... siedzimy w zagłębieniu. To jakaś jama czy rozpadlina. (Demonstruję pozycję półleżącą, z rękami złożonymi na oparciu niewidzialnego fotela.) Przedtem myślałem, że ktoś koło mnie siedzi, ale teraz nie mogę sobie tego przypomnieć. A może ich już tam nie ma. (Przerwa.) Ci ludzie mnie przerażają. Okropnie, ponieważ... wwuh! Prosto w niebo! Wystrzeliłem prosto w niebo! Spietrałem się jak cholera. Nagle ujrzałem pod sobą drzewa! Znów podłogę pod stopami.

— Uniosłeś się w powietrze?
— Tak, po prostu wystrzeliłem ponad korony drzew. W tym krześle, w tym urządzeniu. Po prostu wwuh! ponad wierzchołki drzew. (Inni świadkowie również opisywali podobną podróż powietrzną. Ja jednak nie zdołałem dostrzec, w jakim obiekcie się znalazłem.)
— Wysoko się unosiłeś?
— Jeszcze jak! Wystrzeliłem w powietrze. Pionowo w górę. To było jakieś trzydzieści metrów, może nawet więcej. Ponad korony drzew — ot tak: wwuh! A potem pod stopami poczułem podłogę. Wiem, że to nie sen. Mam tylko nadzieję, że zobaczę jeszcze kiedyś mój dom. Ulżyło mi, kiedy uwolnili mnie od tego przyrządu. Siedzę teraz na ławeczce w niewielkim pomieszczeniu. (Wciągam powietrze w nozdrza.) Dziwnie pachnie. Czuć tutaj serem. Szczerze powiedziawszy, trochę to nieprzyjemne. Na pewno nie jest tu zbyt czysto. Chwileczkę, coś do mnie mówią. Ktoś chce mi coś powiedzieć. Podchodzi i staje przede mną. To ona. Ma na sobie brązowe... ubranie. Wygląda jak mała figurka uszyta ze skóry, czy coś w tym rodzaju. Widzę wyraźnie jej głowę i... i... wiecie co, robi mi się niedobrze, wiecie, z niepewności, do czego to wszystko zmierza. (Niewielkie pomieszczenie, przeważnie o kolistym kształcie, jest niemal powszechnym zjawiskiem. Równie powszechny jest opis skóry przybyszów jako brązowego kombinezonu. Nawiasem mówiąc, to stworzenie w niczym nie przypominało człowieka. Jego wygląd odpowiadał opisom jednego z typów kosmitów, zwłaszcza jeżeli chodzi o kształt oczu.)
— Wiesz co, wydaje mi się, że jesteś stara. Mam rację? Ona odpowiada mi: — Tak, jestem stara.

Patrzy... patrzy na mnie. (Odrzuca głowę do tyłu, a potem na boki, jak gdyby ktoś trzymał ją za podbródek i uważnie oglądał.) Patrzy z bliska. Ma w ręku pudełko zapałek. Nie, to nie zapałki. (Pamiętam jej głęboki głos przypominający basso profundo. Oznajmiła mi, że przeprowadzą na mnie jakąś operację.)
— Uuu, o co chodzi? Co to znaczy — operację? Jaką operację? Jaką operację?
Znów zaczynam się bać. Całkiem poważnie się boję, bo nic nie mogę uczynić. Nawet nie chcę na to patrzeć.
— Co mamy zrobić, żebyś przestał krzyczeć? Co mamy zrobić?
— Chcę was powąchać.
Ona przysuwa swój policzek do mojej twarzy. Mój Boże, oni naprawdę tu są. Zrozumcie, oni tu są.
— Nie pozwalam wam się operować.
— Nie mamy zamiaru cię skrzywdzić.
— Nie pozwalam na operację. Nie macie najmniejszego prawa.

— Owszem, mamy.
Potem nagle stało się — bam! — i po wszystkim. Spodziewałem się, że pokroją mi głowę na kawałki, a tu tylko tyle.
Dr Klein: — Co się stało?
Nic, po prostu coś trzasnęło tuż za mną — to wszystko. Nawet niezbyt głośno — zwykły trzask. A ona siedziała cały czas naprzeciwko, wpatrując się we mnie. Wyczuwam poruszenie wokół siebie. (Czułem ich obecność, ale patrzyłem tylko na nią. Właśnie uniosła coś w ręce.) Cholera, czy to twój penis? Myślałem, że jesteś kobietą! (Wydaje głęboki, stłumiony pomruk.) Wpycha to we mnie! Wpycha to we mnie! Zaraz porzygam się prosto na nich. (Przerwa.) (Próbują rozewrzeć moje szczęki.)
— Co chcecie zrobić? Dlaczego mam otworzyć usta? Usiłują włożyć mi coś do ust. To się dzieje naprawdę. Naprawdę! Podstawiła mi swój policzek pod nos, więc istnieje naprawdę! To niewiarygodne. Ten przedmiot nadal znajduje się w moim ciele. Cieszyłbym się, gdyby już go wyciągnęli. (Przerwa. Głęboki oddech.) Zdołałem się trochę rozejrzeć. Jest tu ławka, na brzegu której leżą stare. ubrania i drzwi, okrągłe drzwi — zamknięte. Mają maleńki czarny znak w samym centrum. Są zamknięte. (Usłyszałem niewyraźny szept.) Co ona mówi, do cholery?
Głos: — Zostałeś wybrany.
— Nie wierzę w to ani przez chwilę. To śmieszne. (Zapytali, skąd mam pewność, że to śmieszne.)
— Skąd mam pewność? To śmieszne i koniec! Powtórzcie tę śpiewkę komu innemu. Ja chcę tylko wrócić do domu.
Dr Klein: — Co takiego powiedzieli?
— Że zostałem wybrany. Od razu zorientowałem się, że to gówno prawda. To zabrzmiało prawie jak żart. Ona zaprzecza teraz: — O nie, o nie. (Naśladuję melodyjną frazę.) No, wiesz — próbują mnie nabrać. A ja chcę do domu.
— A jeśli nie pozwolimy ci wrócić do domu?
— Nie jestem pewien, czy tak właśnie powiedziała. Wydaje mi się, ze tak to brzmiało. (Ponownie pokazano mi drzwi, które z niewiadomego powodu przeraziły mnie. Zapytali mnie, czy mają je otworzyć.)
— Nie otwierajcie ich! Moje miejsce jest przy mamie, żonie... przy moim synku. Tam jest moje miejsce. (Szlocham.) Nie pasuję tutaj. Nie mam pojęcia, skąd się tu wziąłem. Do diabła, co takiego uczyniłem, że przytrafiają mi się takie rzeczy? (Zapytała mnie, czy nie mogę być twardszy. Nie zrozumiałem, o co jej chodziło.) Myślę, że tak.
Głos: — Czy możesz być twardszy?
— Twardszy? O Boże. Nie sądziłem, że jestem aż tak twardy. Nie, przynajmniej dopóki tu jesteś, nie mogę być twardszy.
Głos: — Kim mam dla ciebie być?
— Kim masz być? Masz być złym snem, ot co.
Głos: — Nie mogę być snem.
— Wiem o tym. Właśnie skaleczyłaś mnie w palec. O, właśnie tak — raz, dwa i po wszystkim. Nawet nie bolało. Nic nie bolało. Nie przeraża mnie wcale ta usuwająca się spod nóg podłoga. Toczę się jak piłka. Zupełnie jak film puszczony od tyłu. To tak jakbyś był zupełnie wolny i mógł latać, z tym że poruszasz się po ustalonym torze. O, rety. (W niespełna minutę znalazłem się z powrotem w pokoju. Nie pamiętałem nawet, skąd właśnie wróciłem.) Siedzę na tapczanie.

Wydaje mi się, że zamierzałem rozpalić w kominku, z tym że nie mam na sobie kompletnie nic. Zimno mi, jestem zmęczony. Idę na górę. Stoją tam dwie postaci. Boję się, bo nie spodziewałem się ich tam ujrzeć. Nie pamiętam, żeby tam były. Idę do łazienki umyć zęby. Nie mogę się uwolnić od widoku tamtej twarzy. Oczywiście, cieszę się, że znów jestem w domu. Teraz pragnę tylko położyć się do łóżka. Dostrzegam swoją niebieską piżamę, wkładam ją, zawiązuję, zapinam, wskakuję do łóżka. Dotykam Anny i czuję jej ciepło. Boże, chciałbym żyć w więzieniu. (Siedzę z zamkniętymi oczami i mięśniami zwiotczałymi jak we śnie.)
— Odpręż się. Chcę, żebyś ponownie zobaczył tę twarz, tym razem bardzo wyraźnie. Masz zobaczyć jej twarz.
— Widzę ją.
— Dlaczego twierdzisz, że to kobieta?
— Nie wiem, tak mi się wydaje. Jest stara. Jest łysa... ma wielką głowę i wyłupiaste oczy... jej skóra ma brązowy odcień, ale nie taki jak u Murzynów — raczej jak wyprawiona skóra zwierzęca. Żółto-brązowy odcień. Kiedy otwiera usta, jej wargi... w zasadzie nie ma warg, ale kiedy otwiera usta, one opadają. Nigdy nie patrzyłem na nią, gdy do mnie mówiła. Tak naprawdę to nawet nie wiem, kim ona jest. Czy to jakiś owad, czy coś innego? Nie wiem też, czy to kobieta, czy nie. (Odzywa się wysokim, jasny głosem.) Tak właśnie mówi. Ma coś w rodzaju... (Normalny ton, jakby zwracał się do stworzenia.) Wiesz co, nie dam się nabrać. Możesz mi pokazywać do woli te twoje insygnia, a i tak nie dam się nabrać.
— Co miała na myśli pytając, czy możesz być twardszy?
— Podniósł mi się do połowy. Penis. A ona pyta: — Czy możesz jeszcze stwardnieć? A prawda jest taka, że nie mogłem. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z reakcji własnego ciała. Dopóki stała przy mnie, nie było żadnych szans.

C.D.N.


Użytkownik Traper edytował ten post 21.11.2006 - 21:33

  • 0



#10

dj_cinex

    VRP UFO Researcher

  • Postów: 3305
  • Tematów: 412
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 20
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

PODRÓŻ W GŁĄB JASKINI UMYSŁU
Hipnoza
(ciąg dalszy...)


Wydarzenia z 26 grudnia 1985
(ciąg dalszy)


— Czy była to reakcja naturalna, czy też wzbudzona?
— Nie mam pojęcia. Raczej nie. Ale wiesz, ten przedmiot tkwił w moim ciele. Nawet nie zauważyłem, kiedy go wyjęli. Miałem wrażenie, że to żywe stworzenie. Duży, szary przedmiot z maleńkim zasobnikiem na końcu i niewielkim oczkiem wielkości paznokcia. Wprowadzili go w głąb mego ciała... pokazali mi go potem, wiec musieli go wyciągnąć, ale nie pamiętam, kiedy to zrobili. To się czasami zdarza — coś umknie twojej uwadze pośród innych zdarzeń.
(Przerwa.) Mówią teraz do mnie, ale nic nie słyszę. (Długa przerwa.Westchnienie.)
— Wspomniałeś o tym, że nazwali cię wybranym.
— Zgadza się.
— Jak na to zareagowałeś?
— Powiedziałem dokładnie to, co przed chwilą. Mówili mi: „Zostałeś wybrany" a to gówno prawda. Zupełnie jakby chcieli się ze mną podrażnić.
— Czy powiedzieli, do czego zostałeś wybrany?
— Nie. Oni ich mają wielu, wierzcie mi. Widziałem ich już kiedyś. Wszyscy tam leżeli.
— Jacy wszyscy?
— Ludzie. Był ich cały rządek. Ale to było dawno. Nie wiedzieli, gdzie się znajdują ani co robią. Siedziałem w łóżku i...
— De lat miałeś wtedy?
— Dwanaście.
— Gdzie to było?
— Siedziałem w łóżku. Pozostali spali głęboko. Było tam kilkanaście łóżek. (Oznaki strapienia, głębokie westchnienie rezygnacji.) Cieszę się, że nie muszę spać. Siedzę na krześle... coś szarego majaczy przede mną. Co to jest? Ma jakieś czerwone plamy. Jestem znużony. Jestem chory.
— Czy chcesz wracać do domu?
— Nie zależy mi na tym, by kiedykolwiek zobaczyć znów dom.
— Musisz wrócić do domu.
— Kim są ci ludzie?
— To żołnierze.
— Skąd się tu wzięli?
— Byli samotni.
— Co z nimi robicie?
— Przyglądamy się im i odsyłamy do domu.
— Co z tego macie?
— Co z tego mamy... Co z tego mamy... No, cóż...
— Dlaczego tak okropnie wyglądasz?
— To nie moja wina.
— Gdzie jest moja siostra?
— Jest tam, w korytarzu.
— Patricia? E-p? E-p nie wygląda najlepiej.
— E-p wygląda gorzej niż trup.
— Nic jej nie jest. (Wtedy właśnie dostrzegłem swego ojca. Stał nie opodal, najwyraźniej zupełnie przytomny.)
— Tatusiu! Boję się. Oni... Tatusiu, nie bądź taki przerażony. Tato, nie bój się tak! Tato, nie bój się! Nie bój się. Och, tato. Już dobrze. Tato, już wszystko w porządku. Ojciec odpowiada mi: Whitty, to nie w porządku! Tu nic nie jest w porządku!
— Wiem, tato.
— Mój Boże, co to jest? — pyta ojciec.
— Nie mam pojęcia, tato. Skąd się tu wziąłeś? (Westchnienie, stłumiony krzyk, powoli zamierający. Ciężki oddech. Cisza. Budzę się.)
— Jechaliśmy pociągiem. Jechaliśmy pociągiem? (Długa przerwa.) Nie jestem już zahipnotyzowany.
— Czy pamiętasz, co potem nastąpiło?
— Czy pamiętam, co nastąpiło?
— Chodzi o ostatni fragment hipnozy.
— Ostatni fragment: jechaliśmy pociągiem. Przestraszyłem się nie na żarty. Byłem śmiertelnie przerażony. Coś stało się mojemu ojcu. Czy to... czy to prawda, czy to ja? Nie, to nie może być prawda. Wcale nie jechaliśmy pociągiem.
Budd Hopkins:
— Wspomniałeś o swojej siostrze.
— Tak, była z nami.
— Ma na imię Edie?
— E-p.
— Ebie?
— Nie, E-p. Nie mówiłem E-p? Taki miała pseudonim.
— Tak się do niej zwracasz?
— Nazywaliśmy ją tak w czasach dzieciństwa. Jakim cudem nagle znalazłem się w... Jestem trochę zdezorientowany... Pamiętam, jak w pewnym momencie powiedziałem, że mam dwanaście lat, a potem zobaczyłem to, co już przedtem...
Budd Hopkins:
— Co to było?
— To była... no, będę nadal nazywał ją kobietą. To była ona. Widziałem ją. Ale w pociągu? O co tu właściwie chodzi. Pamiętam, że ujrzałem ją w pociągu. W pociągu? Ale to... to nie zwykły pociąg, mówię ci to, Budd.

Budd Hopkins:
— Był tam twój ojciec?
— Tak, był tam. Śmiertelnie przerażony. A kiedy zobaczyłem, że się boi także zacząłem się bać. Przez chwile widziałem też siostrę, ale jej obraz nagle zgasł jak zdmuchnięta świeczka. Była tam też cała masa żołnierzy.
— Z regularnej armii?
— W mundurach.
Budd Hopkins:
— Czy oni również zniknęli?
— Byli w mundurach. Wszyscy leżeli na...
Budd Hopkins:
— Nieprzytomni?
— ...na stołach. Nie, to były łóżka, ale masywne, bez nóg. Rozchodziły się w obu kierunkach.
Budd Hopkins:
— Czy było ich wielu?
— Tak. Całe mnóstwo.
— Pozwolono ci usiąść?
— Siedziałem cały czas. Czułem się szczęśliwy i bardzo podekscytowany. Potem zobaczyłem ojca i przestraszyłem się, bo widziałem, że jest całkowicie przerażony.
Budd Hopkins:
— Czy była to wciąż ta sama scena, czy działo się to
już w innym miejscu?
— To było to samo miejsce. Może niezupełnie. Siedziałem na krześle, przede mną znajdował się szary przedmiot, coś w rodzaju szarej skrzynki — całkowicie szarej — z widocznymi krawędziami i dnem. Nie mogłem dostrzec jej górnej płaszczyzny, ponieważ nie bardzo mogłem się poruszać. Wiecie, cały czas wydaje mi się, że to było w pociągu. Tak sądzę, ale to nie może być prawdą. Opowiadani teraz o zdarzeniach, które nie miały miejsca w pociągu, prawda? Czy powiedziałem, że to było... słuchajcie, zaczynam się trochę... chyba się pogubiłem! (Śmiech.) Nie wiem, o co tu, do diabła, chodzi.
Budd Hopkins:
— Co sprawiło, że użyłeś słowa „pociąg"?
— Nie mam pojęcia.
Budd Hopkins:
— Czy widziałeś tam...?
— Nie, nie, chwileczkę — my rzeczywiście jechaliśmy pociągiem. Naprawdę jechaliśmy pociągiem! Jechaliśmy pociągiem i to zdarzyło się właśnie podczas tej jazdy. Wpakowaliśmy się w to właśnie podczas tej jazdy. Jechaliśmy wtedy w trójkę. Już wam mówię, co tam robiliśmy: wracaliśmy pociągiem z Madison w stanie Wisconsin. To było w roku 1957... tak, właśnie wtedy to się zdarzyło. Nie mam pojęcia, jakim cudem jazda pociągiem mogła się skończyć w ten
sposób.
Budd Hopkins:
— Czy nagle wydało ci się, że siedzenia uciekły do tyłu?
— Nie, nie, przecież byliśmy..., chyba żartujesz — mój ojciec nigdy nie podróżował w ten sposób. Jechaliśmy w wielkiej salonce.
Budd Hopkins:
— W porządku, jechaliście w salonce.
— Właśnie, wszyscy razem. I ni stąd, ni z owad nie ma już pociągu. Siedzę w łóżku, a wokół ci wszyscy żołnierze...
— Czy byłeś czymś przykryty?
— Nie, nie — tak — coś... Nie tak szybko, Budd. Rozumiem, że chciałbyś dowiedzieć się jak najwięcej, ale mój umysł, nieustannie..., coś powtarza mi: „Jedziesz pociągiem, jedziesz pociągiem, jedziesz pociągiem". I to zupełnie jakbym... — ciężko to wyrazić — chyba
jednak nie byłem niczym okryty. Ale coś — takie mam wrażenie — coś miękkiego leżało pode mną. W pewnym sensie nie było mi wcale niewygodnie: siedziałem na czymś, co miało solidne, dość wysokie krawędzie, najpierw w samym środku, potem na samym brzegu. W zasadzie nie pamiętam, bym się poruszał. To dziwne, jestem tu, a za chwilę tam i nie poruszam się wcale. Cholernie dziwna sprawa. Nigdy przedtem mi się to nie zdarzyło.
— Czy był przy tym twój ojciec?
— Nie, siedziałem przez chwilę na krzesełku naprzeciw tej szarej skrzynki. Nagle, zupełnie niespodziewanie, zobaczyłem moją siostrę, o tam (wskazuję ręką na prawo). Leżała nieprzytomna. Byłem zaskoczony i przerażony — teraz odczuwam to ponownie. Wtedy
zobaczyłem ojca — stał tam, bezradny i zagubiony. Widać było, że się boi, ogromnie się boi. Pochylił głowę i to, co zrobił, napełniło mnie niewyobrażalnym strachem. (Zademonstrowałem konwulsyjne wygięcie ust, naśladując ojca. Wyglądało to tak, jakby usiłował wydobyć z gardła jakiś dźwięk.) I wtedy dobiegł mnie jego krzyk, ledwie słyszalny. Widziałem go wyraźnie — znajdował się nie dalej niż wy w tej chwili (niecałe półtora metra), ale jego głos z ledwością docierał do moich uszu. W momencie, gdy otworzył usta, sparaliżował mnie potworny lęk. Pamiętam, że przeniknął całe moje ciało do szpiku kości. Było nawet gorzej niż ostatnio, w zeszłym tygodniu, z tym że na samym początku kazałeś mi zachować spokój, więc żeby przez to przejść musiałem się obudzić. Jeśli ojciec był przestraszony, to co dopiero ja miałem powiedzieć? Bałem się jak wszyscy diabli.
— Powiedziałeś, że odbyłeś jakąś podróż.
— Tak, rzeczywiście. Nie tylko odbyłem podróż, ale też coś się podczas niej wydarzyło. W drodze powrotnej rzygałem jak dziki, dopóki nie pokazała się żółć. Ojciec przechodził ze mną gehennę. Mój Boże, biedny facet — zepsułem mu całą podróż.
— Masz na myśli...
— Miał ze mną urwanie głowy z powodu moich dolegliwości.
— Twoja siostra nadal żyje?
— Owszem.
— Było tam coś, co podobno już kiedyś widziałeś.
— Wiesz, co to było? Ona, ta sama kobieta.
— Przeniesienie w czasie to dość częste zjawisko w hipnozie. Zdarza się, że pod hipnozą pojawiają się zjawiska widziane wcześniej i następują przesunięcia czasowe.
— Jeszcze przed hipnozą miałem niejasne wrażenie, że kogoś tam znam, ale wykluczyłem taką możliwość jako bezsensowną. Nie można... to znaczy, chcę powiedzieć, że co innego mieć z nimi do czynienia po raz pierwszy, a co innego stwierdzić, że jednego z nich zna
się już od dawna. (Śmiech.)
Budd Hopkins:
— A co z tą kobietą...
— To takie dziwne! Zaczekaj chwilę, Budd, już nie mogę. To znaczy, będziemy musieli porozmawiać o tym innym razem. Teraz muszę odpocząć.
— W porządku, teraz odpręż się.
— Tak, na razie mam dość

C.D.N.


Użytkownik Traper edytował ten post 21.11.2006 - 21:35

  • 0



#11

pandemia
  • Postów: 440
  • Tematów: 21
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Temat mnie wciągnał i zaintresował. Zamierzam doczytać do końca dziś wieczorem. Z czystym sumieniem daję 5 punktów.
  • 0

#12

dj_cinex

    VRP UFO Researcher

  • Postów: 3305
  • Tematów: 412
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 20
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

BARWY CIEMNOŚCI
Introspekcja


Zagubiony


Opuszczając gabinet doktora Kleina po ostatnim seansie, byłem głęboko zaniepokojony. Towarzyszyła mi świadomość, że wkraczam na niezbadane dotąd obszary mojego umysłu i, być może również, doświadczenia. Świadomość ta jedynie zdwoiła moją troskę o własne
zdrowie psychiczne. Po pierwsze, nadal dopuszczałem możliwość rzadko spotykanych zaburzeń umysłu. Po drugie, nie uśmiechała mi się perspektywa życia przebiegającego według ustalonego planu. Obie te możliwości wydawały się nie do przyjęcia — trudno byłoby nawet z nimi żyć — a jednak któraś musiała okazać się prawdziwa. Uwolniony od dręczących myśli, szedłem ulicami Nowego Jorku, chłonąc drobiazgi codziennego życia. Równocześnie opierałem się silnej pokusie, by rzucić się do ucieczki. Byłem w potrzasku: przez odrzucenie wyjaśnienia, że w moim doświadczeniu kryje się realna i konkretna przyczyna mojego obecnego stanu, przyznawałem się automatycznie do poważnych zaburzeń umysłowych. Jednakże nie czułem się ani nie zachowywałem jak człowiek chory psychicznie — nurtował mnie tylko nieuzasadniony niepokój, który mógł Być wystarczającą przyczyną mojego irracjonalnego zachowania.

Ani na chwilę nie przestałem być odpowiedzialnym mężem i ojcem. W mojej osobowości nie występowały żadne oznaki psychozy. Don Klein, będący bądź co bądź uznanym fachowcem, nawet po przeprowadzeniu ostatniego seansu hipnotycznego stwierdził, że jestem zdrowy na umyśle. Lecz w jaki sposób człowiek o dobrej kondycji psychicznej mógłby doświadczać tak fantastycznych wizji? Szedłem ulicą, rozważając swój problem. Co mam powiedzieć żonie? A co synkowi? Do jakiego stopnia zostali w to wciągnięci? Nigdy w życiu nie czułem się tak jak wówczas — uwięziony w jaskini życia, które jeszcze niedawno wydawało się proste i zrozumiałe.

Czy to możliwe, by historia z przybyszami sięgała mego dzieciństwa? A jeśli tak, to w jaki sposób? Może był to tylko wybryk mojego umysłu? Lecz w takim razie na czym polegał i czym był spowodowany? Dopiero znacznie później, gdy wysłuchałem nagrań ze wspomnieniami i zapisem sesji hipnotycznych innych osób (za ich pozwoleniem), gdy przeczytałem książkę Budda Hopkinsa Missing Time i wziąłem udział w dyskusji w gronie ludzi, którzy zetknęli się z tym samym zjawiskiem, dowiedziałem się, że wielo-epizodowe wspomnienia są u nich bardzo powszechne. Odkrywali oni te same prawidłowości, które stwierdziłem.

Dręczyło mnie przypuszczenie, że przez całe moje dotychczasowe życie bliskie spotkania wpływały na jego bieg. Swoim zachowaniem potwierdzałem to przypuszczenie, nim jeszcze w pierwszym tygodniu stycznia zacząłem powoli odtwarzać przebieg owych spotkań. Już latem 1985 roku ogarnęła mnie obsesja na punkcie obcych w domu, która popchnęła mnie do zainstalowania kosztownych systemów antywłamaniowych, a w kulminacyjnym punkcie, to znaczy w październiku — do zaopatrzenia się w broń. Próbowałem zmienić miejsce
zamieszkania, wrócić do środkowego Teksasu, gdzie się wychowałem. Ciekawe, że w rodzinnych stronach mój strach przybierał tylko na sile. Czyżby wspomnienia z tamtego okresu, tkwiące głęboko w podświadomości, dotyczyły zjawisk jeszcze straszniejszych niż te, które dopiero co mi się objawiły?

Kiedy po długim spacerze dotarłem wreszcie do domu, zastałem kolację na stole. Wystarczyło dziesięć minut pobytu w atmosferze domowego ogniska, by cienie przeszłości poszły w zapomnienie. Wkrótce po kolacji poszedł spać mój synek, a Anna zaraz po nim. Gdy pogasły światła, mieszkanie wydało mi się schronieniem wcale nie lepszym od miejsca pod gołym niebem. Tej nocy leżałem samotnie, przytłoczony ciężarem wpatrzonych we mnie sowich twarzy, zrewidowanej historii życia i obezwładniającego strachu. Modliłem się do Boga, by pozwolił mi zrzucić swoją skórę, na wzór drzewa tracącego liście, i wkroczyć w nowe życie na tym świecie. Przybysze tkwili w moim umyśle jak zadra, rozpalając go jak rozżarzone do czerwoności węgle. Wyobraźnia bezustannie przynosiła mi obraz tych bezkresnych, nieśmiertelnych oczu, świdrujących i przenikających mnie do głębi. Przybysze wydawali się czaić w każdym cieniu, przemykali po niebie jak meteoryty. Nie mogąc dłużej wytrzymać w domu, wyszedłem na puste ulice SoHo i TriBeCa.

Gdy po jakimś czasie wróciłem do mieszkania, przywitały mnie koty ocierając mi się o nogi. Moje koty. Zamknąłem się w pracowni, usiadłem po turecku na podłodze i spróbowałem zebrać myśli. Niespodziewanie spłynęło na mnie odprężenie, które otworzyło drzwi do innego świata. Mroczne postaci zakłębiły się w moim umyśle, wpełzając w moją podświadomość i chwytając ją w mocny uścisk. Nie było to żadne konkretne wspomnienie —pamięć zadziałała tu jedynie jako kanał łączności, wypełniając wszystkie poziomy istnienia, jednocześnie wprawiając mnie w stan błogości i biorąc w niewolę. Przypominało to duchowe narodziny, lecz w tym wypadku owocem nie było kwilące niemowlę, a żywa, świadoma siła wyłoniona w moim umyśle.

Nie odczuwałem z tego powodu przelotnego podniecenia, właściwego nowym stanom emocjonalnym; moje uczucie, głębokie i dojrzałe, obejmowało całą skalę emocji i pełen wymiar czasu. Musiałem pogodzić się z faktem, że przez te wszystkie lata moje życie należało do mnie tylko w części. Myśl ta wprost skręcała mi wnętrzności. Co też kryło się w zakamarkach mojego umysłu? Pomyślałem, że oto jestem na samej krawędzi własnej duszy. Pode mną rozciągała się niezbadana przepaść, której nie były w stanie zgłębić ani psychiatria, ani religia, ani też biologia. Żadna z tych dziedzin nie wyjaśnia bowiem życia wewnętrznego. Ich wiedza bazuje na tych nielicznych przypadkach, w których ono samo ujawnia swe tajemnice.

Czy jako ludzie jesteśmy takimi, za jakich się uważamy? Czy może jesteśmy stworzeni do innych celów w innym świecie? Być może nasze ziemskie życie jest tylko przelotnym cieniem, zaledwie drobnym incydentem w obliczu Prawdy, sceną, na której jesteśmy ślepymi aktorami. Aby nie utracić resztek samokontroli, postanowiłem sporządzić wykaz wszelkich możliwości. Usiadłem za biurkiem i zabrałem się do pisania. Nawet jeśli uznamy, że przybysze istnieją naprawdę, nie mamy żadnych podstaw, by twierdzić, że to stworzenia pochodzące z innych planet. Pogrążyłem się w domniemaniach: nie można wykluczyć możliwości, że przybysze pochodzą właśnie stąd — z Ziemi. Wielowiekowa tradycja wskazuje na to, że obce siły towarzyszą nam od znacznie dłuższego czasu, choć dopiero przez ostatnie czterdzieści — pięćdziesiąt lat ukazują nam się w obecnym kształcie. Jedynym słabym punktem tej teorii jest fakt, że to, co dzieje się od połowy lat czterdziestych, diametralnie odbiega od standardów baśniowych. Współczesne elementy baśniowości to próbki tkanki mózgowej, latające talerze, kosmiczne uprowadzenia i płowoszare stworzenia z pałającymi oczami — z pewnością na przestrzeni wieków ludzka psychika nie uległa wystarczająco radykalnym przekształceniom, by wytłumaczyć tak poważne zmiany. Mimo to coś się za tym kryje...

Pomyślałem sobie, że przybysze mogą używać naszej tradycji i folkloru jako parawanu dla swej działalności. Kolejna wersja zakładała, że przybysze są nowym wcieleniem naszych zmarłych. Może się okazać, że obecnie znajdujemy się w stadium larwalnym, a dojrzałe formy naszego gatunku są dla nas równie niepojęte i niewyobrażalne jak motyl dla poczwarki. Możliwe, że na tamtym świecie rewolucja techniczna pomaga zmarłym przekraczać granice ich bytu.

Może wreszcie to ludzki umysł, wykorzystując podświadomość, wytworzył nową rzeczywistość, która, przybrawszy konkretną powłokę cielesną, ukazuje się nam w pełnym wymiarze. Możliwe, że wiara tworzy własną rzeczywistość. Bogowie przeszłości czerpali moc z wiary swych wyznawców, która tchnęła w nich życie — niewykluczone, że podobnie działo się teraz. W miejsce prześwietnych mitów przeszłości tworzymy dziś płowoskórych bogów ery postindustrialnej. Zamiast Apolla, przemierzającego nieboskłon ognistym rydwanem, i bogini nocy, rozpościerającej swój gwiezdny płaszcz, powołaliśmy do życia maleńkich, stalowoszarych bożków o duszach piratów, podróżujących statkami, których wnętrza pięknem dorównują zęzom okrętów wojennych.

A jeżeli są to goście z innego wymiaru, lub wręcz z innego czasu? Być może oglądamy ludzi przenoszących się w czasie, którzy podają się za pozaziemskie istoty, aby uniknąć katastrofalnego w skutkach paradoksu czasowego, mogącego nastąpić w wyniku ujawnienia ich obecności własnym przodkom. Zastanowiło mnie, dlaczego porównałem ich do owadów. W rzeczywistości na ich wygląd składało się wiele cech ludzkich. Nie posiadali ani czułków, ani skrzydeł, ani splątanej gmatwaniny odnóży. To raczej ich sposób poruszania się — dynamiczny i zawzięty — przywiódł mi na myśl świat insektów. I te ich olbrzymie, czarne oczy. A jeśli inteligentne formy życia nie są uwieńczeniem ewolucji, lecz czymś, co wyłania się z ewolucyjnej matrycy w wielu punktach jednocześnie — na wzór skrzydeł, pazurów i oczu? Prymitywne gatunki nie wykształcają skomplikowanych organów. Załóżmy, że pewien gatunek owadów rojnych osiągnął wysoki stopień inteligencji na innej planecie, czy nawet tu — na Ziemi. Istnieje prawdopodobieństwo, że jako gatunek od nas starszy, posiadałby on umysł o strukturze znacznie bardziej uproszczonej niż nasza.

Jak miałaby wyglądać taka prymitywna forma umysłu i w czym mogłaby się przejawiać? Dopuszczałem możliwość mniejszego zróżnicowania osobniczego niż w naszym gatunku, a co za tym idzie, ograniczenia świadomości jednostkowej i niezależności. Żyjąc w skupisku na kształt roju czy też mrowiska, musieliby porozumiewać się metodami podobnymi do tych, jakie obserwujemy u owadów — skomplikowanym systemem dźwięków, ruchów, zapachów lub innymi, nieznanymi dotąd sposobami. Nasza wiedza na temat zbiorowych form życia owadów jest dość ograniczona. Inteligentny rój jako całość przedstawia potężną siłę, lecz zdolność pojmowania jednostek wchodzących w jego skład jest poważnie ograniczona.

Przybysze mogliby w istocie posiadać jeden olbrzymi umysł o doskonałej zdolności myślenia, lecz działający przy tym dość wolno. Wyjaśniałoby to wyjątkową ostrożność tych stworzeń w obchodzeniu się z nami. Indywidualnie możemy wprawdzie ustępować im mądrością, lecz za to przewyższamy ich znacznie szybkością procesów myślowych. Dlaczego zawsze z góry zakładamy, że przybysze muszą nad nami górować inteligencją? Przecież może się to okazać prawdą jedynie częściową. W kategoriach ziemskiej ewolucji człowiek pojawił się całkiem niedawno. Nie musi to wcale oznaczać, że jest on tworem niedoskonałym. Wręcz przeciwnie, może jesteśmy gatunkiem najbardziej rozwiniętym, a wtedy wszelkie starsze, wolniej myślące i gorzej przystosowujące się formy mogą w nas upatrywać poważne zagrożenie. Mogą nawet próbować uwięzić nas na naszej planecie lub uczynić coś jeszcze gorszego.

Dotychczas nie spotkałem się z oznakami wrogości wobec mojej osoby. Powiedziałbym raczej, że była to twarda stanowczość. Myślę również, że oni boją się nas w równym stopniu co my ich.
W pewnym sensie ich pojawienie się w ludzkiej świadomości miało dla mnie wymowę symboliczną i oznaczało wszechświat w akcie tworzenia. Siedząc tak i rozmyślając, w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że moje wątpliwości co do tego, czy to, co przeżyłem, jest prawdziwe, nie mają praktycznie żadnego znaczenia. To oczywiste, że są prawdziwe, wszakże sam ich doświadczyłem. Bardziej na miejscu byłoby pytanie: na czym polegały? Nie uważałem ich za zjawiska wyłącznie psychologiczne, przynajmniej nie w sensie ogólnie przyjętym. Występowanie efektów ubocznych zostało potwierdzone przez wiarygodnych świadków. Światło widziane przez Jacquesa Sandulescu 4 października, odgłosy stóp słyszane przez Annie Gottlieb oraz eksplozja, która obudziła wszystkich, włącznie z moim synem — wszystko to świadczyło o nadzwyczajnym charakterze zdarzeń tamtej nocy,
z pewnością wykraczającym poza granice pojęcia zjawiska psychologicznego. Dziesiątki podobnych historii opowiadanych przez ludzi tworzących przekrój społeczeństwa, świadczą o tym, że jeśli chcielibyśmy podtrzymać wersję psychologiczną, wymagałoby to od nas
niezmiernie radykalnych poglądów w tej dziedzinie.

Kiedy tak głuchą nocą siedziałem przy biurku, fakt istnienia tylu świadków wydał mi się pocieszający. Z drugiej jednak strony kwestionował on mój sposób widzenia rzeczywistości oraz własnej osoby. Myśli moje pobiegły nieuchronnie do wydarzeń z dzieciństwa, które ujawniły się w hipnotycznym transie. W wieku dwunastu łat nie przeżyłem niczego podobnego, a już na pewno nie w pociągu. A jednak wiele przypadków zetknięcia z przybyszami jest notowanych w najmniej prawdopodobnych miejscach, w najmniej odpowiednim czasie, na przykład w czasie jazdy samochodem. Jeżeli mamy do czynienia z hipnopochodnym transem trwającym często kilka godzin, dlaczego kierowcy samochodów nie zjeżdżają z drogi, skoro nie panują już nad
własnymi reakcjami?

W 1957 roku rzeczywiście wybraliśmy się z ojcem i siostrą w podróż do Madison w stanie Wisconsin, żeby zobaczyć się z wujostwem i kuzynami. Pamiętam, że w drodze powrotnej okropnie chorowałem. Trasa pociągu Texas Eagle, którym wówczas jechaliśmy, biegła z Chicago do San Antonio, przy czym większa część podróży odbywała się nocą.
W następnej chwili poczułem się tak, jakbym otworzył drzwi swego domu i na własnym podwórku zamiast dobrze znanych trawników, kwiatów i wysokich świerków zobaczył jedynie bezkresną, pustą połać nieba, czekającą, by na zawsze już ogarnąć mnie swym błękitem, gdy tylko przekroczę próg. Dochodziła trzecia nad ranem, kiedy dałem za wygraną i wyczerpany do tego stopnia, że oczy same mi się zamykały, udałem się na spoczynek. Nie pamiętam, by coś mi się śniło. Z nadejściem ranka opanowała mnie jedna myśl: trzeba zgłębić ten problem. Na tyle, na ile jest to wykonalne, muszę zrozumieć, co się ze mną dzieje.

Moja wewnętrzna reakcja na spotkanie z przybyszami była identyczna jak na wydarzenia z udziałem ludzi z krwi i kości. Zostałem uwikłany w paradoksalny związek z istotami, o których nawet nie wiedziałem, czy istnieją. Rozpaczliwie usiłowałem sam siebie prze- konać, że nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo, jednak, przytłoczony ciężarem stresu, nie potrafiłem w to uwierzyć. Zanim poddałem się hipnozie, sprawą najwyższej wagi wydawało mi się rozstrzygnięcie kwestii, czy w ogóle cokolwiek się wydarzyło. Innymi słowy, interesowało mnie, czy mam uważać się za ofiarę, czy za szaleńca. Pytanie to dosłownie zżerało moją duszę, stawało się nie do zniesienia.

Na dzień przed spotkaniem z Buddem Hopkinsem nieomal wyskoczyłem przez okno. Miałem szczęście —ja znalazłem Hopkinsa, a on Dona Kleina. Co stałoby się, gdybym poprosił o pomoc kogoś przekonanego o tym, że padłem ofiarą halucynacji i psychozy, a jednocześnie zbyt konserwatywnego, by dopuścić inną możliwość? Mógłbym już nie żyć. Otwartość i bezstronność, okazane przez doktora Kleina w obliczu zjawisk fantastycznych i strasznych zarazem, odegrała kluczową rolę w moim przystosowaniu do życia w niepewności.

Mądrość płynąca z takiego podejścia tchnęła we mnie nowe siły. Począwszy od kwietnia 1986 rozpocząłem dociekliwe badania. Pochłaniałem tysiące stron publikacji dotyczących tego zjawiska i jego wszelkich implikacji zarówno naukowych, jak i kulturowych. Jeśli prawdą jest, że przybysze przebywają na ziemi od dawna, to trzeba przyznać, że przygotowują naszą świadomość do uznania ich obecności z równą starannością, z jaką dyrygent wprowadza orkiestrę w nowy utwór. Sądzę, że pod koniec lat czterdziestych po raz pierwszy zjawili się na Ziemi, lub — będąc tu już od dawna — postanowili ujawnić swoją obecność. Niemal natychmiast zaczęły się mnożyć przypadki uprowadzeń ludzi do celów badawczych, które jednak odżyły w pamięci ofiar dopiero w połowie lat sześćdziesiątych. Mimo to niewykluczone, że nasze wzajemne stosunki od samego początku miały bardzo intymny charakter. Spora liczba świadków wspomina w swych relacjach o zdarzeniach z dzieciństwa, które miały miejsce jeszcze przed drugą wojną światową, na długo, zanim zanotowano pierwsze pojawienie się UFO.

Jak partyturę, ze szczególną starannością, rozpisują przybysze nie tyle wiarygodność czy realność przeżyć, lecz ich odbiór przez społeczeństwo. Początkowo, w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, widywano ich pojazdy z większej odległości. Potem dystans, z jakiego je obserwowano, stopniowo ulegał skróceniu. Na początku lat sześćdziesiątych donoszono już o obecności załogi, a także odnotowano kilka przypadków uprowadzeń. Obecnie, w połowie lat osiemdziesiątych zarówno ja, jak i inni wybrańcy — w większości zupełnie od siebie niezależnie — zaczynamy odkrywać ich obecność w naszym życiu. Chociaż nie istnieją namacalne dowody istnienia przybyszów, cały proces wyłaniania się ich w naszej świadomości nosi dla mnie znamiona starannie zaplanowanej operacji.

C.D.N.


Użytkownik Traper edytował ten post 21.11.2006 - 21:36

  • 0



#13

Serena22
  • Postów: 17
  • Tematów: 3
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

Ostatnią część przeczytałam jednym tchem. Fantastycznie napisane i skłaniające do głębokich przemyśleń. Osobiście wierze, że autorowi faktycznie się to przydażyło. Nie wiem jak ja bym się w takiej sytuacji zachowała i co bym zrobiła. Jakoś nie mam ochoty do tego typu spotkań wolę już milion razy spotkania z przyjaciółmi :wow: :mrgreen:
  • 0

#14

dj_cinex

    VRP UFO Researcher

  • Postów: 3305
  • Tematów: 412
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 20
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

BARWY CIEMNOŚCI
Introspekcja
(Ciąg dalszy...)


Mimo tego, co mi uczynili, nie czuje do nich nienawiści. Boję się, ponieważ odczułem ich potęgę, a nie poznałem motywów działania. W usilnym dążeniu do obiektywizmu skłonny byłem nawet założyć, że miast pochodzić z innej części wszechświata mogą być wytworem ludzkiego umysłu. Bezspornym wydawał mi się fakt, że uosabiają oni żywą i realną siłę — istniała wszakże możliwość, że źródło tej siły tkwi w samym człowieku.
Z pewnością wyglądem nie przypominali ludzi. Podczas hipnozy opisałem niską postać, osłoniętą dziwnymi płytami i hełmem. Kiedy stanęła przy moim łóżku, wymachując zaciśniętymi pięściami jak semafor, czułem bijącą od niej stanowczość. Posłusznie wyskoczyłem z łóżka, zrzuciłem z siebie piżamę i obnażyłem się przed nią i jej żołnierzami, których nazwałem w myśli „dobrą armią". Nie było w tej postaci nic ludzkiego oprócz tego, że posiadała dwie ręce i nogi. Na podstawie zaobserwowanej niechęci do ukazywania się nam w sposób otwarty i jednoznaczny, można wysunąć hipotezę, iż za każdym razem usiłują przejąć nad nami kontrolę i zmusić do uległości. W jakieś dwa tygodnie po moim ostatnim seansie hipnotycznym udaliśmy się całą rodziną do naszego domku, po raz pierwszy od Bożego Narodzenia. Anna nadal wiedziała bardzo niewiele, mój synek zaś — zupełnie nic.

Gdy znaleźliśmy się na miejscu, zdałem sobie sprawę, że tych dwoje najbliższych mi ludzi nie ma pojęcia, jakie następstwa mogą wyniknąć z mojego obecnego stanu. Lecz cóż miałem im powiedzieć? Że mogę okazać się niebezpieczny? Przecież nie potrafiłem przewidzieć swego zachowania. A może powinienem uzależnić decyzję od ich własnego osądu? Być może tak właśnie należało uczynić, ale wówczas tego nie zrobiłem. Później, gdy i Anna przeszła przez hipnozę, poznając całą prawdę, stwierdziła, że nigdy, przenigdy nie porzuciłaby tego domu. Jeśli chodzi o naszego synka, to — jeśli był w to w jakiś sposób zamieszany — mogliśmy jedynie zadręczać się myślami, zawieszeni w oczekiwaniu i niepewności. Podszepty instynktu mówiły mi, że ja sam wplątałem się w to od chwili narodzin. Natychmiast po przyjeździe stało się dla mnie jasne, jak bardzo pokochałem ten dom. Ktoś mógłby sądzić, że przeżycia związane z tym miejscem powinny wyzwolić we mnie uczucie paniki, a także niechęci. Owszem, początkowo myśl o powrocie do tego domu budziła we mnie pewne obawy, stopniowo jednak udało mi się pogodzić z zaistniałą sytuacją. Dużo wysiłku kosztowało mnie puszczanie tego incydentu w niepamięć. Amnezja i wspomnienia osłonowe doprowadziły mnie na skraj wyczerpania emocjonalnego.

Zakładając, że mój przypadek nie jest odosobniony, może okazać się, iż żyjemy w społeczeństwie noszącym ukryte piętno. W miarę jednak, jak coraz więcej osób usiłuje zgłębiać problem zamiast go ignorować, istnieją realne szansę na stopniowe zatarcie tego piętna. Stojąc na środku salonu, przypomniałem sobie, w jakim napięciu żyłem przez ostatni rok. Ileż to razy przemierzałem nocami ten dom, zaglądając pod łóżka i do szaf! Towarzyszące mi przy tym poczucie bezradności wywodziło się z faktu, iż nie potrafiłem wskazać racjonalnych powodów swego zachowania. Przeszukując szafy, spodziewałem się znaleźć coś lub kogoś o niewielkich rozmiarach, bacznie zwracałem zatem uwagę na ich dolne partie. Pod wpływem hipnozy powróciło uczucie, że jakaś potężna ręka uniesie mnie daleko stąd. Było to niezwykle osobliwe uczucie, w niczym nie przypominające nastroju wywołanego szmerem wiatru w koronach drzew czy smugą księżycowego blasku, padającą na rwące wody strumienia. Na zewnątrz zachowywałem się zupełnie normalnie, jednakże wewnątrz towarzyszył mi ledwie słyszalny, głuchy pomruk strachu. Czułem, że ktoś mnie obserwuje, mimo iż nic na to nie wskazywało.

Dysponowałem bronią, miałem alarm i reflektory reagujące na najlżejsze poruszenie.
Do czego miały służyć wszystkie te zabezpieczenia w tak odludnym, spokojnym i wolnym od przestępstw zakątku świata? Przed hipnozą trudno mi było sensownie uzasadnić swoje obawy. Teraz zaś stało się oczywiste, że nie chodziło o jakichś tam zwykłych złodziei czy
włamywaczy, lecz o tajemniczą siłę obecną w moim życiu, która w miarę upływu czasu nabierała coraz bardziej realnych kształtów. Gdy przekroczyłem próg sypialni, ogarnęło mnie uczucie, które określiłbym mianem poczucia rzeczywistości. Przebywając w miejscu wypadków, wiedziałem, że nie mogę ich odseparować od świata rzeczywistego. Mieściły się one w grupie wspomnień razem z innymi prawdziwymi zdarzeniami, oddzielone od snów i marzeń. Zwłaszcza pierwsze chwile incydentu grudniowego, do momentu ukazania się opancerzonej postaci w naszej sypialni, należały bez wątpienia do faktów. Nie znajdowałem się wówczas w transie, nie byłem pogrążony we śnie, w pełni przytomny, w pełni władz umysłowych.

A teraz ponownie stałem na środku tej sypialni, wpatrując się w drzwi, w podłogę, w łóżko.
Za drzwiami dostrzegłem ubytek w ścianie, spowodowany uderzeniem klamki przy gwałtownym otwarciu drzwi z wielką siłą. Kto to mógł zrobić — my czy oni? Wspomnienia z dwudziestego szóstego grudnia ponownie nabrały ostrości. Znów ujrzałem wkraczających do sypialni przybyszów, zamarłem z przerażenia, posłuszny ich wszelkim rozkazom. Przy-
pomniałem sobie ich dotyk, ich zdecydowane i precyzyjne ruchy.
Powrócił do mnie ich zapach, wygląd wnętrza ich pojazdu, a ponad wszystkim górowało uczucie obcowania z nimi. Krył się w nim strach, bogobojny podziw, a nawet coś na kształt miłości.

W domu było chłodno, zszedłem więc na dół, by rozpalić ogień. Zjedliśmy kolację, ułożyliśmy syna do snu, opowiadając mu bajkę, a sami zasiedliśmy w salonie, gdzie w ulubionym fotelu, z kieliszkiem wina w ręku, wpatrywałem się w zadumie w migotliwe płomienie. Zamierzałem podejść do mego problemu z takiego punktu widzenia, który mógł przynieść największe korzyści. Zamiast oddawać się spekulacjom na temat pochodzenia przybyszów i ich oczekiwań względem nas, starałem się raczej skupić na odczuciach, jakie we mnie budzili. Nie dysponując ani odrobiną rzetelnej wiedzy na ich temat, nie widziałem innego sensownego wyjścia.

Wpatrzony w czarną taflę panoramicznego okna dostrzegałem jedynie swoje niewyraźne odbicie. Lecz jakże wyraziście wybuchały w mej głowie wspomnienia podniebnej podróży w otoczeniu maleńkich postaci, wspomnienia z dwudziestego szóstego grudnia! Hipnoza ożywiła obraz zarejestrowany okiem umysłu: daleko w dole mój dom, ciemne okno mojej sypialni i tuż pod nim okno pokoju mojego synka, delikatnie rozświetlone blaskiem nocnej lampki sączącym się przez zasłony. Smutek, który mnie wówczas ogarnął, muszą chyba odczuwać ludzie żegnający się już z tym światem. Czy zatem można się dziwić, że amnezja litościwie okryła tak dramatyczny moment?

W następnej chwili odniosłem wrażenie, że wszystkie drzewa pode mną zatoczyły zamaszyste półkole, przecinając powietrze migoczącą masą pni i konarów. Kiedy wróciły do normalnego położenia, siedziałem już w niewielkich rozmiarów zagłębieniu, otoczony przez kilku strażników. Wydawało mi się, że ktoś do mnie przemawia, ale nie zapamiętałem słów. Mówiący do mnie głos wydawał się eksplodować dźwiękami prosto w mojej głowie. Przypomina to trochę telepatię, która nie jest dla nas zjawiskiem nowym czy abstrakcyjnym. Wiadomo, że mózg jest organem elektrycznym. Jako taki emituje słabe pole magnetyczne, ledwie wykrywalne w radiowej części widma. Mówiąc ściślej, wytwarza on fale o niezwykle niskich częstotliwościach, zwane falami ELF (extra Iow frequency) w skali od jednego do trzydziestu herców. Serce i układ mięśniowy również wytwarzają podobne pola w zakresie super niskich częstotliwości. Być może, dysponując bardziej zaawansowaną wiedzą techniczną, można w znacznym stopniu skoordynować funkcje myślowe i fizyczne, używając do tego celu nadajników i odbiorników ELF o dużej czułości. Brzmi to może bardziej prozaicznie niż granicząca z magią percepcja pozazmysłowa, lecz jednocześnie wystarczająco wiarygodnie, by utrzymywać, iż kontrolowanie umysłu z zewnątrz, a nawet wywoływanie odpowiednich procesów postrzegania (jak np. głosy pojawiające się bezpośrednio w umyśle) nie wykracza poza granice prawdopodobieństwa.

Należy dodać, że również ziemia wytwarza pokaźne ilości fal ELF o częstotliwościach od ł do 30 herców. Nie można wykluczyć istnienia naturalnych warunków, które wywoływałyby specyficzne reakcje umysłu, powodujące z kolei rzadkie i niezwykle silne doznania psychiczne. Być może nie potrafimy do końca zgłębić związków łączących nas z naszą planetą, a dawni bogowie, istoty baśniowe i — ostatnio — przybysze są wyłącznie efektem ubocznym tych związków. Przyznaję, że ta teoria jest dość naciągana, ale cóż z tego — inne nie są
wcale lepsze.

Siedząc przy kominku, wpatrzony w płomienie, nie potrafiłem się jednak dłużej skoncentrować na tworzeniu hipotez. Mój umysł konsekwentnie zwracał się ku wspomnieniom. Intelektualnie nie potrafiłem ustalić, kim lub czym byli przybysze, lecz moja emocjonalna cząstka nie podzielała tego niezdecydowania. Moja re- akcja uczuciowa dotyczyła żywych, realnych istot, aczkolwiek nie ludzi. Hipnoza sprawiła, że moje wspomnienia ożyły. Kiedy podczas seansu unosiłem się ponad wierzchołkami drzew, rzeczywiście miałem wrażenie pionowego ruchu w górę, zupełnie jakbym znajdował się w superszybkiej windzie. Pod sobą widziałem drzewa, majaczące pośród nocy migotliwym blaskiem śnieżnych czap. Patrzyłem, jak oddalały się, widoczne w przestrzeni między moimi kolanami.

Zamkniętą przestrzeń, w jakiej się znalazłem, wypełniał zapach ciepłego sera z domieszką siarki. Ten siarczany odór pojawiał się już we wcześniejszych relacjach innych świadków. Rzucony niedbale kombinezon zwisał z ławki na podłogę. Odniosłem wrażenie, że znajduję się w jakimś pokoju czy też salonie — w większości przypadków ludziom wydaje się, że są w gabinecie zabiegowym. Naprzeciw mnie usadowiła się najprzedziwniejsza istota, jaką w życiu widziałem. Wrażenie potęgowała jeszcze świadomość, że skądś ją znam. Używam tu rodzaju żeńskiego bez żadnego uzasadnionego powodu. Dla mnie jest ona kobietą, być może ze względu na pełne wdzięku ruchy, być może dlatego, że wywoływała u mnie stan
podniecenia seksualnego, choć równie dobrze mogłem tak pomyśleć,
czując dotyk jej ręki na piersi, tak delikatny, lecz tak stanowczy
zarazem.

W ciągu kilku następnych miesięcy odkryłem, że uczestnicy bliskich spotkań często uważają, iż jedna z nawiedzających ich postaci jest im dobrze znana. Przeważnie jest to osoba płci przeciwnej. Ludzie tacy zwykle szukają pomocy u psychiatrów pod wpływem jednego lub dwóch obrazów zachowanych w pamięci. Odkrycie całego ciągu wspomnień zawsze wywołuje szok, podobnie jak w moim przypadku. Literatura na temat UFO poświęca bardzo niewiele miejsca wielokrotnym spotkaniom z przybyszami na przestrzeni całego życia. Osobiście, dzięki seansowi hipnotycznemu, stanąłem oko w oko z tym właśnie zjawiskiem, które dotychczas uważałem za fantastyczne i nieprawdopodobne.

Ciekawe, że zasada wielokrotnych spotkań sprawdza się w tak wielu przypadkach, pomimo iż oficjalnie nic się o niej nie mówi. Ten aspekt zagadnienia UFO był zawsze celowo pomijany przez wszystkie publikacje, by nie przeciągnąć cienkiej struny wiarygodności, i tak już naprężonej do granic możliwości pojedynczymi przypadkami. Siedząc przy kominku, złapałem się na tym, że moje myśli opanowali przybysze, a w szczególności jedna postać, która wydawała mi się znajoma. Bezustannie wywoływałem w pamięci jej obraz, jej zdumiewające oczy, elektryzujące swym spojrzeniem..., ogromne, badające oczy zamierzchłych bogów, pozbawione wszelkich szczególnych cech, o niezauważalnej tęczówce i źrenicy. Siedziała naprzeciw mnie z podkurczonymi nogami i rękami spoczywającymi na kolanach. Jej dłonie rozpłaszczały się, gdy kładła je na jakimś przedmiocie. Gdy swobodnie zwisały po bokach, wydawały się wąskie i wysmukłe. Pod skórą niewyraźnie majaczyła jakaś struktura, prawdopodobnie kostna, jednakże pozostałe części ciała przypominały egzoszkielet , właściwy owadom. Muszę przyznać, że wrażenie, jakie na mnie wywoływała, było kolosalne. Przemknęło mi nawet przez głowę, że w pewnym sensie darzę tę istotę miłością, podobną do tej, jaką czuję w stosunku do własnej duszy. Prawdopodobnie te same uczucia fascynacji i grozy obudziłoby we mnie spojrzenie z głębi mojej podświadomości. Zupełnie inne uczucie wzbudził natomiast we mnie obecny w jej wzroku pierwiastek absolutnego nieprzejednania. Pod tym spojrzeniem ginęła moja wolność osobista. Nie mogłem wymówić słowa, wykonać ruchu, jeśli taka była jej wola.

Grzejąc się przy ogniu, zastanawiałem się, czy ta bezradność nie była mi w pewnym sensie na rękę. Powiedziałem wcześniej, że jej obecność oznaczała strach. Owszem, pamiętam uczucie lęku, ale czy aby na pewno wiernie opisałem swój stan? Gdybym miał złożyć odpowiedzialność za swój los w czyjeś ręce, z pewnością oprócz strachu doświadczyłbym również głębokiego uczucia ulgi i odprężenia. Ofiarować się komuś w ten sposób oznaczałoby uśmiercić cząstkę siebie, lecz przecież przebywając z tą postacią, czułem, że stoję właśnie na krawędzi śmierci. W uścisku delikatnych ramion czułem się bezradny jak dziecko, byłem wystraszony jak dziecko, płakałem jak dziecko.

W pewnym momencie dotarło do mnie, że ta szczegółowa analiza niezwykle intensywnych emocji może przybrać niepożądany obrót. Po pierwsze, uczucie całkowitej bezsilności mogło przejść w stany lękowe, prowadzące do ślepej uległości, a w konsekwencji do bogobojnej miłości. Po drugie zaś, spustoszenie emocjonalne wywołane działaniem strachu mogło doprowadzić do zatarcia różnic pomiędzy poszczególnymi rodzajami uczuć.
Wzrok tej istoty przeszywał mnie na wylot. Kiedy spojrzałem jej prosto w oczy, ogarnął mnie niewyjaśniony niepokój, jakby to spojrzenie obnażało każdy najbardziej wstydliwy szczegół mojej duszy. Nikt na świecie nie jest w stanie tak dobrze poznać ludzkiej natury, nikt też nie potrafi osiągnąć identycznego efektu za pomocą jednego spojrzenia. Czułem, że ta istota jest obecna we mnie, co było nie tyle niepokojące, co osobliwie zmysłowe. To właśnie te oczy opisywane są jako „bezkresne", „dręczące" i „obnażające duszę". Czy ktokolwiek może wiedzieć o nas więcej niż my sami? Owszem, dlaczego nie? Dla istot o znacznie wyższym stopniu inteligencji jesteśmy zapewne stworzeniami łatwymi do przejrzenia, podobnie jak dla nas zwierzęta, dlatego czujemy się wobec nich bezbronni i obnażeni — zupełnie jak pies, któremu jego pan spojrzał wnikliwie prosto w oczy.

Świadomość, że pod spojrzeniem tej istoty zachodziły we mnie
jakieś zmiany — że posiadała ona zdolność zajrzenia w mą duszę — napełniła mnie najbardziej dojmującą tęsknotą, jakiej kiedykolwiek doświadczyłem, a jednocześnie wzbudziła daleko posuniętą podejrzliwość.

Usiłowałem dociec, czy powodem tak jaskrawej wizji tej istoty był wyłącznie wstrząs wywołany moimi przeżyciami, czy też może w jakiś sposób osiągnąłem stan duchowego zjednoczenia. Czy była tu ze mną w tej chwili, patrząc na moją sylwetkę na tle ognia?
Przywołując jej obraz, czułem, jak rodzi się we mnie nie sformułowane jeszcze pytanie. Szukając po omacku powodów mojego zakłopotania, natknąłem się na krótką wymianę zdań, która w obecnym świetle nabierała niezwykłej ważności. Nie wiem dlaczego, ale
odniosłem wrażenie, że istota, którą spotkałem, była stara. Nie sędziwa, tak jak osoba w podeszłym wieku, ale rzeczywiście stara. Ciągle mam w pamięci jej głos, miękki, dochodzący nie wiadomo skąd, odpowiadający na moje pytanie: — Tak, jestem stara. — Kiedy jej słowa formowały się w mojej głowie, towarzyszył im swoisty rytm, natomiast gdy używała głosu, który postrzegałem zmysłem słuchu, jego ton wydawał się zaskakująco głęboki jak na tak wiotką istotę.

Brzmiał silniej niż bas —jak dudnienie wydobywające się z przepastnej jaskini.
Pamiętam swój protest w odpowiedzi na jej zapewnienie, że operując mnie, nie zrobią mi krzywdy. Świadomość własnej bezradności była wtedy nie do zniesienia. Powiedziałem wtedy: — Nie macie prawa.
— Mamy prawo — dwa słowa o ogromnej wadze. Słowa zadziwiające. Kto dał im to prawo? Jakaż to ewolucja etyki doprowadziła ich do sformułowania takiego wniosku? Byłem naprawdę ciekaw, czy wymagało to debaty, czy też prawo to wydało im się tak oczywiste, że nigdy tego nie kwestionowali. Tuż obok mnie ogień nagle trzasnął i prychnął. Otworzyłem kanał wentylacyjny w piecu i płomień ponownie posłusznie wystrzelił w górę.
Ich prawo może pochodzić z całkiem innego źródła, niż przypuszczamy. Jeśli są częścią nas samych, wtedy egzekwują jedynie prawo, które my im przyznaliśmy.

Wsłuchany w tykanie zegara przeplatane trzaskiem płomieni pomyślałem, że mile widziane byłyby jakieś wskazówki co do dalszego postępowania. Po zakończeniu pracy nad książką Naturę's End, napisanej wspólnie z Jamesem Kunetką, nabrałem głębokiego prze-
konania, że utrzymanie obecnej sytuacji na świecie przekracza ludzkie możliwości. Nie chodzi o to, by świat miał już dobiegać kresu swych dni, lecz raczej o przewidywania, że zmiany w biosferze mogą przybrać tak katastrofalny obrót, iż wiele ludzkich istnień padnie ich ofiarą. Zastanawiałem się, czy w obliczu tak makabrycznych perspektyw umysł ludzki nie tworzy przypadkiem nowych bogów, by oszczędzić sobie uczucia osamotnienia w strachu.

Natomiast jeżeli przybysze są istotami z krwi i kości, to pragnąłbym dowiedzieć się, jakiego rodzaju etyka gwarantowała im ich „prawo". Co prawda my sami rzadko poddajemy w wątpliwość nasze prawo dominacji nad innymi gatunkami. Jakże to zaskakujące znaleźć się nagle pod wpływem tej samej władzy, jaką tak łatwo przypisujemy
sobie nad zwierzętami!

Przyszły mi na myśl rozległe pastwiska Teksasu dawno, dawno temu, krowy ryczące na nich o zmierzchu przy wtórze swych dzwonków, a potem jeszcze moja kotka, zwinięta w kłębek na moich kolanach, z bezgraniczną ufnością powierzająca mi swoje maleńkie
życie w tym wielkomiejskim zgiełku. Dla mnie nasze wzajemne przywiązanie miało charakter doraźny, dla Sadie zaś stanowiło ośrodek wszechświata. Kiedyś, dawno temu, ojciec zabrał mnie do rzeźni w Fort Worth. Uderzył mnie tam w uszy paniczny łoskot pędzonego bydła. Zobaczyłem wolno kołyszące się zady wołów i kremowe białka ich oczu. Wciągałem w nozdrza odór nawozu, uryny i krwi, słyszałem chrzęst kości miażdżonych uderzeniem topora i mechaniczny jazgot pił tnących mięso. Innym razem, w instytucie badawczym w San Antonio, widziałem klatki dla małp, a w nich całe mnóstwo doświadczalnych kapucynek z różowymi, ogolonymi, pokrytymi szwami głowami, lub celowo trepanowanymi. Pamiętam bulgoczące odgłosy, gdy na życzenie studentów jednej z nich pobudzono ośrodek głosu, by łatwiej go zlokalizować. Co może pomyśleć o swych obserwatorach małpa z igłą w mózgu? Czy traktuje ich jak bogów, którym biernie się poddaje, bo i tak nie ma innego wyjścia?

Mimo analogii nie wydaje mi się, by przybysze obchodzili się z nami zgodnie z beznamiętną etyką badaczy, którą my stosujemy do zwierząt. Pewne podobieństwa jednak istniały: 26 grudnia schwytano mnie jak dzikie zwierzę, ubezwłasnowolniono i wyciągnięto z mego
schronienia w środku nocy. Nie czułem się wyłącznie obiektem badań, z całą pewnością nie.
Choć nie potrafiłem tego wyrazić, wyczuwałem jednak w sobie jakąś przemianę pod wpływem tego, co ze mną uczyniono. Potem przyszło mi na myśl, że jestem poddawany procesowi oswajania. Biorąc pod uwagę wzrost intymności w nasilających się od kilkudziesięciu lat przypadkach bliskich spotkań, pomyślałem, że może wszyscy jesteśmy oswajani.

Wracam jednak do moich przeżyć. Po wspomnianej wymianie zdań tajemnicza istota nazwała mnie wybrańcem, co ogromnie mnie rozzłościło. Uznałem to za szyderstwo i zareagowałem bardzo gwałtownie, na co ona poczęła potrząsać głową i śpiewnie powtarzać:
— O, nie. O, nie — głosem, w którym brzmiały uporczywość i rozbawienie.

C.D.N.


Użytkownik Traper edytował ten post 21.11.2006 - 21:37

  • 0



#15

dj_cinex

    VRP UFO Researcher

  • Postów: 3305
  • Tematów: 412
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 20
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

BARWY CIEMNOŚCI
Introspekcja
(Ciąg dalszy...)


Pamiętam wyraźnie, że widziałem kiedyś kobietę w kwiecistej sukni, która znalazła się w identycznej sytuacji. Ale kiedy i gdzie to było? Żadnego punktu odniesienia: tylko ta kobieta, ubrana w sukienkę z białego materiału w kwieciste wzory, stojąca przed nimi i wykrzykująca „Chwała Panu!" w odpowiedzi na ich słowa, że została wybrana. Może w ten sposób przybysze pragną dać nam do zrozumienia, że wszyscy jesteśmy wybrani i jednocześnie oswajani? Nikt nigdy nie udomowił ludzkości. Pozostajemy gatunkiem równie dzikim jak w czasach, gdy po raz pierwszy ruszyliśmy z wyciem przez sawannę. Być może zjawisko samooswajania towarzyszące procesowi powstawania cywilizowanego gatunku nie zadowala przybyszów, a jedynie nas samych..., choć może i to też niezupełnie, biorąc pod uwagę naszą burzliwą historię.

Tej pierwszej nocy po powrocie na miejsce wydarzeń, patrząc na tapczan, na którym wówczas się ocknąłem, pomyślałem, czy przypadkiem moje przeżycia nie były wynikiem naturalnych procesów. Może staruszka Ziemia, po chwilowych zaburzeniach, wróciła do równowagi dokładnie w chwili, gdy odzyskałem przytomność na tapczanie, gdzie zakończyłem nie jakiś podniebny lot do gwiazd, lecz odbywany na chwiejnych nogach nocny obchód mojego domu. Czy istniał jakiś związek pomiędzy tym, co przeżyłem a mistycznym tańcem szamana lub nocnym lotem czarownicy?

Przecież w swoim czasie cierpliwie wgryzałem się w dzieła traktujące o mitologii i mistycznych poszukiwaniach, zatem moje zdumienie wywołane dotarciem do najciemniejszej strony duszy było nieuzasadnione. Wydawało mi się, że od początku wiedziałem, co tam znajdę i że moje zaskoczenie stanowiło pewnego rodzaju iluzję. Odkryłem, że motyw uwięzienia w owalnej komnacie ma bardzo długą tradycję w naszej kulturze; podania i legendy notują wiele takich przypadków. Na przykład, historia zatytułowana Connla and the Fairy Maiden zamieszczona w zbiorze Josepha Jacobsa Celtic Fairy Taies (Bodley Head, 1894, 1985) mogłaby z pewnymi zmianami służyć jako współczesna opowieść o przybyszach. Wskazanie historycznych korzeni zjawiska, jakkolwiek całkiem sugestywne, nie przyczynia się jednak w najmniejszym stopniu do zdefiniowania jego pochodzenia. Może istnieje naprawdę gatunek czarodziejów, a jego przedstawiciele szybują w powietrzu w nie zidentyfikowanych obiektach latających, uzbrojeni w przenikające duszę różdżki, w które wyposażyła ich rewolucja techniczna?

Zauważyłem, że za każdym razem, gdy skłaniam się ku jednemu z wyjaśnień, uznając moje doświadczenie za zjawisko rzeczywiste, bądź też psychiczne, natychmiast pojawia się nowa teoria, która z dużą mocą przedstawia argumenty w obronie tezy odrzuconej.
Najbardziej problematyczną partią materiału pochodzącego z hipnozy był nagły nawrót do roku 1957. Nawet zakładając istnienie przybyszów, nie potrafiłem tego wyjaśnić. Zmuszony byłem zrewidować poglądy na swoje dotychczasowe życie. Na początku tego rozdziału opisałem swoje głębokie zaniepokojenie, jakie wywołał ten nieoczekiwany zwrot w czasie. Wkrótce jednak okazało się to fraszką w porównaniu z szokiem, jakiego doznałem po sporządzeniu skrupulatnego remanentu swej przeszłości.

C.D.N.
(NIEBO POD STOPAMI - Podróż we własną przeszłość)


Użytkownik Traper edytował ten post 21.11.2006 - 21:38

  • 0




 

Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u