Z jaskini Tytana
(...)
Z odpryskiem tej kampanii, prowadzonej w Ameryce bez żadnego zahamowania przez - jak to mówią w Nowym Jorku - „Włochów z krótką szyją”, zetknąłem się przypadkowo w okolicach miejscowości Sahuarita w Arizonie, gdzie pojechałem obejrzeć wyrzutnię rakiety Tytan o mocy 9 megaton, zbudowaną w roku 1962 i funkcjonującą do roku 1986. Przewodnik - starszy pan, jak się okazało - były żołnierz szwadronu rakiet strategicznych, który w tym właśnie obiekcie pełnił służbę, najpierw pokazał nam silniki pierwszego, drugiego i trzeciego członu i różne obiekty naziemne. Następnie przez szklane wycięcie w pancernej pokrywie silosu mogliśmy obejrzeć sobie 9-megatonową głowicę na szczycie rakiety, której podstawa ginęła w mroku, aż po 52 stopniach metalowych schodów zeszliśmy na dół, gdzie za podwójnymi hermetycznymi, pancernymi drzwiami mieściły się stanowiska dowodzenia, pomieszczenia mieszkalne i tunel prowadzący do silosu z pociskiem. W tych pomieszczeniach stale przebywały cztery osoby pełniące 24-godzinne dyżury. Dwie spośród nich były uzbrojone, a dwie nie - i poza pomieszczeniami mieszkalnymi nie wolno było im przebywać pojedynczo. Zawsze jeden drugiego musiał pilnować. Do ich obowiązków należało codzienne sprawdzenie wszystkich mechanizmów, by na sygnał pocisk mógł być w każdej chwili wystrzelony na z góry określony cel, który dla załogi wyrzutni pozostawał tajemnicą.
Odpalenie następowało według ściśle określonych procedur, w których również musiały uczestniczyć jednocześnie dwie osoby, a procedura rozpoczynała się od otwarcia schowka z kluczami. Jeśli wszystko się zgadzało, następowało odpalenie, po którym załoga miała przebywać w silosie do 30 dni - bo na tyle miała żywności i wody. Przewodnik zademonstrował nam tę procedurę, do roli odpalającego wyznaczając najmłodszego członka naszej grupy, na oko siedmioletniego chłopczyka. Chłopczyk ujął w dłoń klucz i na "raz, dwa, trzy - kręć!” przekręcił go do połowy. Na pulpicie sterowniczym zapłonęły czerwone lampki, po czym chłopczyk na drugie „raz, dwa, trzy - kręć!” przekręcił klucz jeszcze raz. Gdyby to było dawniej, to w tym właśnie momencie pancerna pokrywa silosu zostałaby już otwarta przez potężne siłowniki hydrauliczne i pocisk wystartowałby w przestrzeń, by po upływie pół godziny rozpętać gdzieś na drugiej półkuli piekło, na widok którego Nergal od razu narobiłby w portki.
Kiedy po tych wszystkich emocjach wyszliśmy na powierzchnię i przewodnik zapytał, czy nie mamy jakichś pytań, zapytałem go, czy nigdy podczas służby w tym silosie nie ogarnęły go wątpliwości. Trochę zaskoczony zapytał, skąd jestem - bo pytając korzystałem z pomocy tłumacza. Odpowiedziałem, że z Polski - a on na to, że no tak; wy Polacy zawsze mieliście zwariowaną historię i słabych królów, którzy nie umieli rządzić państwem. Znaczy - tak samo jak w wieku XVIII, kiedy to opinię o naszym mniej wartościowym narodzie, na zlecenie państw rozbiorowych urabiali skorumpowani francuscy filozofowie: nie można zostawić nas samopas, tylko trzeba poddać kurateli starszych i mądrzejszych. Po tym wstępie odpowiedział, że żadnych wątpliwości nie miał, bo - po pierwsze - był przekonany, że do odpalenia pocisków nigdy nie dojdzie, a po drugie - że nie miałby ich również wtedy, gdyby jednak doszło - bo takich dwóch, którzy wątpliwości mieli, z tej służby zwolniono. Warto tedy pamiętać, że chociaż silos w pobliżu Sahuarity w Arizonie zawiera rakietę Tytan, ale już tylko z atrapą 9-megatonowej głowicy, to w innych silosach na świecie i na atomowych okrętach podwodnych jest mnóstwo jeszcze nowocześniejszych pocisków, a pozbawione wątpliwości załogi czuwają przez 24 godziny na dobę. Tymczasem słyszę, że w Polsce poważni, zdawałoby się ludzie, przejmują się Nergalem, w którym demoniczności jest tyle samo, ile w lekarstwie na białaczkę.
Stanisław Michalkiewicz
src