Skocz do zawartości




Zdjęcie

Kontakty ze zmarłymi są faktem


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
Brak odpowiedzi do tego tematu

  #1 kamilus

kamilus
  • Użytkownik+
  • Postów: 1220
  • Tematów: 106
  • PłećMężczyzna
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano 21.03.2011 - 12:33

*
Popularny

O transkomunikacji, chirurgach z zaświatów i stosunku Kościoła do mediumizmu z księdzem Francois Brune rozmawia Wojciech Chudziński.

Czy pamięta Ksiądz, w jakich okolicznościach zainteresował się transkomunikacją?
– Zjawisko to charakteryzują dwa typy kontaktów z zaświatami, które dość zasadniczo różnią się między sobą. Z jednej strony, mamy Transkomunikację Umysłową, obejmującą seanse z udziałem medium posiadającym zdolność widzenia i słyszenia zmarłych; pisanie automatyczne i jego pochodne; typtologię (uderzenia unoszącego się stołu) oraz planszetę ouija. Z drugiej, funkcjonuje Transkomunikacją Instrumentalna, realizowana za pomocą urządzeń elektrycznych: magnetofonu, radia, telewizora, telefonu i komputerów.
Wiadomościami z zaświatów uzyskiwanymi dzięki pisaniu automatycznemu zainteresowałem się po zapoznaniu się z Listami Pierre’a, czyli wiadomościami wysłanymi przez francuskiego oficera zabitego na froncie I wojny światowej. Przesłania te były cudowne i głęboko chrześcijańskie. Mój przyjaciel Jean Prieur miał szczęście znać matkę żołnierza, która spisała te teksty, i ręczył za ich autentyczność. Natomiast Transkomunikację Instrumentalną odkryłem we Włoszech, gdy trafiłem na dzieło Hildegard Schäfer, z którą natychmiast skontaktowałem się telefonicznie i która poleciła mnie Jules’owi i Maggy Harsch-Fishbach z Luksemburga. Tam właśnie wziąłem udział w pierwszym seansie z wykorzystaniem głośników radiowych.

Jaki stosunek do działalności Księdza ma Stolica Apostolska? W jednym z wywiadów stwierdził Ksiądz, co następuje: „Instynktowna wrogość ludzi Kościoła z pewnością odgrywa jakąś rolę w prawie powszechnym przemilczaniu tego wielkiego odkrycia (transkontaktów – przyp. W. Ch.). Wydaje im się rzeczą niedopuszczalną, aby religia nie była już konieczna do wiary w życie pozagrobowe i żeby zdominowały ją jakieś nędzne tranzystory”.
– We Francji jestem dość niepopularny w środowisku duchownych. Ale np. we Włoszech uczestniczyłem w ok. 30 kongresach dotyczących zjawisk ITC (Instrumental Trans Communication), nie napotykając w tej mierze na żadne trudności. Podczas programu nadawanego przez RAI ksiądz, wypowiadający się w imieniu Watykanu, stwierdził, że mam pełne prawo badać te zjawiska i publikować swoje wnioski, bylebym tylko za każdym razem podkreślał, że nie otrzymałem na tę działalność oficjalnego mandatu Kościoła. Natomiast w Hiszpanii kilkakrotnie zaproszono mnie na konferencje dotyczące ITC, organizowane przez jezuitów m.in. w Madrycie, Vigo i Maladze.

Kościół katolicki, który w wielu oficjalnych dokumentach neguje spirytyzm, zabraniając wiernym uczestniczenia w „seansach z talerzykiem”, jednocześnie wydaje się mieć pozytywne nastawienie do transkomunikacji. Jak to wytłumaczyć?
– Kościół był od początku wrogi spirytyzmowi, ponieważ Allan Kardec, twórca tej doktryny, negował boską naturę Chrystusa. Stolica Apostolska zachowuje tu ostrożność, i słusznie, gdyż spirytyzm stwarza przestrzeń dla nadużyć i oszustw. Ale podczas kongresów, w których uczestniczyłem, bardzo rzadko byłem jedynym biorącym w nich udział duchownym. Zwykle przyjeżdżało nas co najmniej dwóch, czasem trzech, by wygłosić referaty. Na kartach zgłoszeniowych nasze nazwiska widniały obok dziesiątek nazwisk mediów, które pozostawały do dyspozycji publiczności, pomagając chętnym w kontaktach ze zmarłymi bliskimi. Dodajmy, że wszystko to działo się za wiedzą Watykanu, bez jakichkolwiek protestów ze strony hierarchów.

Kuzyn papieża Piusa XII, profesor Gebhard Frei, współzałożyciel Instytutu Junga, podjął szeroko zakrojone badania nad transgłosami i przez wiele lat współpracował z Konstantym Raudivem. Podsumowując swą pracę stwierdził: „Wszystko, co przeczytałem i usłyszałem, każe mi wierzyć, że głosy te należą do transcendentnych, pojedynczych istot. Czy mi się to podoba, czy nie, nie mam prawa wątpić w realność owych głosów”. Czy takie jest oficjalne stanowisko papieża?
– Nie znam tego świadectwa Gebharda Freia, ale wiem bezpośrednio od ojca Pellegrino Ernettiego, że on sam i profesor Agostino Gemelli, założyciel Katolickiego Uniwersytetu Sacro Cuore w Mediolanie, zademonstrowali przed papieżem Piusem XII niezwykły kontakt, jaki utrzymywali z ojcem księdza Gemellego. I Pius XII, papież przecież dość rygorystyczny, udzielił im poparcia stwierdzając, że te kontakty nie mają nic wspólnego ze spirytyzmem, bo nie można manipulować maszyną, zniekształcając przesłanie z zaświatów. To bardzo znaczące, dowodzi bowiem, że wrogość głowy Kościoła wobec spirytyzmu nie dotyczyła samej intencji nawiązania dialogu z zaświatami, ale małej wiarygodności uzyskanych w ten sposób przekazów. Pius XII oznajmił wręcz, że może to być początek badań zmierzających do potwierdzenia życia wiecznego.

Utrzymywał Ksiądz kontakty z najważniejszymi badaczami ITC. Czy ich badania są wiarygodne? Czy spełniają wymogi, jakie stawia przed tego typu doświadczeniami nauka?
– Jestem całkowicie przekonany o autentyczności komunikatów od naszych zmarłych. Ale prawdą jest też, że zjawisko to nie należy do prostych i nie można wierzyć we wszystko.

Miał Ksiądz osobiste doświadczenia związane z transkomunikacją?
- Tak, często uczestniczyłem w kontaktach nawiązywanych przez różne osoby, w różnych krajach, różnymi sposobami: od pisania automatycznego, poprzez głosy nagrywane magnetofonem, głośniki radiowe czy obrazy w telewizorze. Trzykrotnie rozmawiałem też z moim nieżyjącym starszym bratem, w tym raz poprzez pismo automatyczne w jednym pokoju i jednocześnie przez magnetofon w drugim.

Czy – zdaniem Księdza – „życie po życiu” dotyczy również zwierząt? Na niektórych zdjęciach otrzymanych w wyniku transkontaktów można oglądać konie, ptaki, psy...
– Świadectwa na ten temat są dosyć liczne. Np. ojciec Jean Martin, belgijski ksiądz, doktor filozofii uniwersytetu w Louvain i profesor wyższego seminarium, miał bezpośrednie kontakty ze swoim psem, o których opowiedział w kilku książkach.

Do kapłanów zajmujących się transkomunikacją należał też ksiądz Leo Schmid ze Szwajcarii. Zgromadził on ponad 12 tysięcy próbek głosów. Natomiast podczas poszukiwania zaginionego w okolicach Lugano turysty dzięki transkomunikacji uzyskał podobno precyzyjne wskazówki topograficzne, określające miejsce jego pobytu. Jakie inne praktyczne zastosowanie mogłyby mieć w dzisiejszym świecie transkontakty?
– W Meksyku, gdzie niestety dość częste są morderstwa dzieci, rodzice niejednokrotnie proszą, by zapytać przy pomocy ITC o nazwisko zabójcy. Ale w odpowiedzi padają na ogół stwierdzenia mówiące o konieczności przebaczenia. Głosy nie chcą wskazywać sprawców.

Czy w Watykanie prowadzi się badania nad transkomunikacją?
– Wiem, że w Stolicy Apostolskiej jest kilka osób zainteresowanych tą tematyką. Wielebny
Andréas Resch, profesor teologii i psychologii klinicznej, mówił o zjawiskach paranormalnych na wykładach wygłaszanych na Uniwersytecie Laterańskim w Rzymie.

Jakiś czas temu jeden z teologów watykańskich, ojciec Gino Concetti, stały komentator ,,Osservatore Romano’’, powiedział: „Według nowego katechizmu Bóg pozwala naszym drogim zmarłym, żyjącym w ultraziemskim wymiarze, przesyłać nam wiadomości, które kierują nami w trudnych momentach naszego życia. Kościół postanowił, że nie będzie już zakazywał dialogu ze zmarłymi, pod warunkiem, że owe kontakty nawiązywane będą w poważnych celach religijnych i naukowych”. Czy to oznacza dobrą wróżbę dla transkomunikacji na przyszłość?
– Te słowa to znak, że w Kościele trwa ewolucja.

Czy zjawisko transkomunikacji może zbliżyć ludzi do Boga?
– Ci, którzy są zrozpaczeni po śmierci ukochanej istoty, najpierw buntują się przeciw Bogu, ale potem, gdy otrzymują dowód, że ich dziecko, współmałżonek, przyjaciel nadal żyje i więź miłości nie została przerwana, podlegają znaczącej przemianie. Świadectwa w tej kwestii są niezliczone.

Czy tzw. „twórczość mediumiczna” może stanowić dowód nawiązania kontaktu z zaświatem? Znamy przypadek Rosemary Brown, która – mając opanowany fortepian tylko w podstawowym zakresie – przedstawiała „nowe” utwory znanych kompozytorów, np. Chopina.
Funkcjonują też media malujące „nowe” obrazy znanych artystów i piszące „nowe” książki nieżyjących pisarzy. W jakim celu twórcy mieliby obdarowywać nas „zza grobu” swoją twórczością?

– Myślę, że w niektórych przypadkach można rzeczywiście mówić o dowodach. Wiem, że to słowo często wywołuje protest naukowców. Według nich z dowodem mamy do czynienia wówczas, gdy dane zjawisko da się swobodnie wywołać, wychodząc od tego samego materiału i zachowując takie same warunki. Zważmy wszelako, że jeśli chodzi o obserwację zjawisk naturalnych, nie kontrolujemy okoliczności, które je powodują. Dodam, że pojęcia „dowód” używa się także w sądach. Pamiętam nadawaną we francuskiej telewizji transmisję słynnego procesu dotyczącego pewnej sprawy kryminalnej. Opinie sędziów przysięgłych diametralnie się między sobą różniły. Na podstawie tych samych faktów, tych samych dokumentów, tych samych zeznań świadków, część osób twierdziła, że wina oskarżonego nie podlega dyskusji, a inni, że nie została dowiedziona. Bo w rzeczy samej ostatecznie to ludzka świadomość nadaje faktom, dokumentom, świadectwom, jakiekolwiek by one były, rangę „dowodu”. Naukowcy pewnie odpowiedzą, że w nauce jest inaczej. Bo kiedy scjentyści uzyskują „dowód”, nie jest to kwestia osobistego odczucia. On zostaje uznany przez wszystkich naukowców. W gruncie rzeczy problem jednak pozostaje, bo dowód zaakceptowany przez wszystkich w tym konkretnym momencie, za 10, 20 lat może zostać uznany za niewystarczający. Więc w nauce, tak samo jak w sądzie, to ludzka świadomość rozstrzyga, czy konkretne fakty, dokumenty i świadectwa zyskują rangę „dowodu”. Moim zdaniem przypadek Rosemary Brown stanowił bardzo silną przesłankę przemawiającą za życiem po śmierci. Jej egzystencja nie zawierała żadnej tajemnicy. Żyła w domu, w którym się urodziła, i nigdy nie opuściła go na czas wystarczający, by otrzymać solidne muzyczne wykształcenie. Z całą pewnością nie była w stanie grać na pianinie partytur, które dyktowano jej z zaświatów. Zapisała zresztą utwory autorów o bardzo odmiennych stylach, od Monteverdiego z XVI wieku po Francisa Poulenca z XX stulecia. Najlepsi specjaliści, zajmujący się twórczością tych kompozytorów, rozpoznali ich styl w utworach odtworzonych przez panią Brown. To samo można powiedzieć o obrazach namalowanych przez media, szczególnie w Brazylii. Niektóre przekonały mnie co do ich autentyczności. Jednak w tym samym kraju oglądałem inne płótna, które uważam za zręczne imitacje. Właśnie dlatego nowe kontakty, do jakich dochodzi za pomocą urządzeń technicznych, mogą nam dostarczyć w tej mierze większej pewności. Myślę, że w niektórych przypadkach, jak na przykład głosów nagranych w Bolonii we Włoszech, naprawdę można mówić o „dowodzie naukowym”. Chodzi przecież o pracę wykonaną bezpośrednio przez komputer, bez żadnego subiektywnego wpływu. Zdarza się, że – porównując nagrania z okresu za życia danej osoby z głosem zarejestrowanym po jej śmierci – stwierdzamy, iż pokrywają się one w 99 procentach! Można również przytoczyć analogiczne przykłady dotyczące obrazów. Mam tu na myśli zagięcia na papierze aluminiowym, w których pewna matka rozpoznała twarz swojej, zmarłej wiele lat wcześniej córki. Zdjęcie tego skrawka aluminium zostało wysłane razem z fotografią wykonaną za życia dziewczynki do tego samego laboratorium w Bolonii. Komputer z odpowiednim oprogramowaniem przeanalizował 3 tysiące fotografii innych dziewczynek i, wyeliminowawszy wszystkie po kolei, zostawił tę właściwą. Pozostała więc tylko twarz na papierze z aluminium i zdjęcie zmarłego dziecka. Myślę, że w tym przypadku możemy mówić o dowodzie.

Błyskotliwy wynalazca z XVIII stulecia, Emmanuel Swedenborg, porzucił karierę uniwersytecką dla konwersacji z duchami. Ruch, który narodził się po jego śmierci wśród europejskich i amerykańskich intelektualistów, przetrwał do czasów współczesnych. Czy Swedenborga uznalibyśmy dzisiaj za prekursora „transkontaktów”?
– Swedenborg, syn biskupa luterańskiego, był naukowcem znanym i cenionym w całej Europie. W wieku 56 lat, w następstwie wizji, którą uznał za obraz Chrystusa, zaczął wykazywać niezwykłe zdolności paranormalne. Opisał na odległość pożar Sztokholmu, precyzując, że ogień zatrzymał się na domu poprzedzającym jego własny. Z powodu naukowej reputacji Archimedesa Północy, jak go nazywano, nowina rozeszła się po Europie lotem błyskawicy. Od tego czasu twierdził on, że może swobodnie opuszczać swoje ciało i odwiedzać Niebo, Czyściec oraz Piekło. Wydaje się przy tym, że chodzi tu raczej o wizje niż
autentyczne kontakty ze zmarłymi. Dzieła Swedenborga roją się od ciekawych idei, ale także poważnych błędów. Opowiadał na przykład, że katolicy przybywając do Nieba byli zdumieni, iż nie należy czcić papieża, lecz Jezusa Chrystusa. Niewątpliwie w jego wizjach, jak to czasem bywa, znajdowała odbicie gwałtowna wrogość wobec Kościoła katolickiego. Istnieje też możliwość, że naprawdę kontaktował się z niektórymi strefami zaświatów, gdzie przebywają, nieco odosobnieni, zmarli, którzy wspólnie przeżywają swoje fantazje. Podobne elementy występują także w nieco „szalonych” tekstach Heleny Bławackiej oraz w przekazach, które otrzymała grupa Wernera Schiebera. W gruncie rzeczy zawsze istniały osoby o mniejszych lub większych zdolnościach paranormalnych, które utrzymywały, że nawiązały kontakt z innym wymiarem egzystencji i dostarczały opisów, czasem bardzo szczegółowych, ale za każdym razem odmiennych. W ramach chrześcijańskiej i pogańskiej gnozy pojawiła się cała literatura dotycząca tego fenomenu. Wydaje się, że osłabnięcie wpływu wielkich Kościołów sprzyja obecnemu rozkwitowi dzieł o podobnej tematyce. Tego typu wyznania znajdujemy dziś w prawie wszystkich językach. Nawiasem mówiąc, nie są one pozbawione wartości i często opierają się na zjawiskach paranormalnych, których autentyczność nie podlega dyskusji. Przyczyniają się do powstawania grup wiernych rozsianych po wielu krajach, jak funkcjonujące do dziś kościoły swedenborgiańskie. Pamiętam, że we Francji spotkałem jednego z wiernych, który nie był zadowolony z moich tekstów na temat jego mistrza. Sądzę jednak, że pogłębiona znajomość tej literatury i wspomnianych ruchów nieuchronnie prowadzi do pewnego dystansu.

Powstała przed siedemdziesięciu laty mechanika kwantowa wydaje się stwarzać nowe możliwości, jeśli chodzi o teoretyczne wyjaśnienie zjawisk duchowych. Za jej przyczyną trzeba było zweryfikować wiele fundamentalnych pojęć opisujących rzeczywistość. Zbliżyły się też do siebie dwa stanowiska, dwa sposoby opisu rzeczywistości: naukowy (reprezentowany przez fizyków) i mistyczny, przedkładający „ducha” nad materię. Czy zdaniem Księdza możliwe będzie kiedykolwiek naukowe przedstawienie mechanizmów, dzięki którym nawiązuje się kontakty z zaświatami?
– Większość cywilizacji spontanicznie wytwarzała magiczną wizję Wszechświata. Wszystkie działające w nim siły zdawały się rządzone przez duchy, bogów, demony, zmarłych, strażników wód, wiatru, ognia... Aby oddziaływać na te materialne siły, należało wpłynąć na „duchowych panów”, udobruchać ich, gdy się gniewali, przekonać, by użyli swej mocy zgodnie z naszymi zamysłami. Przy takiej wizji świata postęp naukowy okazywał się niemożliwy. Wysiłki podejmowane dla polepszenia warunków życia mogły mieć jedynie charakter religijny. Tylko rytuały i modlitwy były w stanie okiełznać wulkany i burze, powstrzymać epidemie itp. Nauka mogła powstać w oparciu o diametralnie odmienną wizję rzeczywistości, której punkt wyjścia zasadzał się na przekonaniu, iż świat materialny, który nas otacza, pozostaje niezależny od woli bogów. Ludzkie wysiłki powinny zatem zmierzać do poznania mechanizmów rządzących funkcjonowaniem tego świata, abyśmy mogli go zmieniać, poprawiać, ulepszać. Stałe następstwa pewnych zjawisk nabierają charakteru fizycznych praw naturalnych. To na Zachodzie, począwszy od filozofii greckiej, zebrano gros wiedzy naukowej i technicznej, która kształtuje dzisiejszą rzeczywistość. Stąd miażdżąca przewaga Zachodu nad innymi cywilizacjami, które mogą jedynie starać się z trudem nas dogonić. Taka wizja świata nie pozostawia jednak miejsca ani dla duchów, ani dla Stwórcy. Kiedy francuski uczony Laplace opisał ją Napoleonowi, cesarz zapytał: – A jaka jest w tym wszystkim rola Boga? – Sir – odpowiedział naukowiec – nie potrzebujemy tej hipotezy.
Ale ta koncepcja Wszechświata jest nie tylko materialistyczna, ale i mechanistyczna. Wszystkie prawa fizyczne zdają się funkcjonować jak mechanizm zegara, składający się z elementów o określonych kształtach, o stałej odporności, oddzielonych i oddziałujących na siebie. Otóż nauka coraz częściej stawała w obliczu zjawisk, które nie pasowały do takiej wizji. Był to nowy wstrząs, który obalił nasze wyobrażenia o Wszechświecie. W tym nowym świecie materia nie składa się już z cząsteczek o charakterze ciała stałego, lecz jedynie z fal, wibracji. Rzeczy nie są tak naprawdę oddzielone. Oddziałują na siebie w tajemniczy sposób, ale – co jeszcze dziwniejsze – wchodzą też w interakcje z nami, z naszym umysłem. – Struktura materii nie może być niezależna od świadomości – twierdzi fizyk Jack Sarfatti. Otóż na pewnym poziomie rzeczywistości czas i przestrzeń nie istnieją. Rozumiemy zatem, że nasza świadomość tworzyła materię od początku świata, co nadaje nowy sens pojęciu „grzechu pierworodnego”. Zaczynamy także rozumieć, że świat opisany przez mistyków nie jest niemożliwy ani „absurdalny”. Zjawiska paranormalne i mistyczne, jak telepatia, lewitacja, bilokacja, cudowne uzdrowienia – wszystko to zdaje się pasować do tego aspektu Wszechświata, który dopiero zaczynamy dostrzegać. Jak więc widzimy, nauka dociera do „ducha”, do świata Boga, zupełnie inną drogą.

Kariera tabliczki ouija trwa nieprzerwanie od roku 1898, kiedy rozpoczęto jej masową produkcję. Popyt na to „urządzenie” wzrósł w okresie obydwu wojen światowych: kupowały je kobiety pragnące nawiązać kontakt z synami i mężami poległymi na froncie. Czym, zdaniem Księdza, jest tabliczka ouija? Zwykłą grą towarzyską, podobną do Monopolu czy chińskich warcabów? A może niebezpiecznym urządzeniem otwierającym ludzkie umysły na kontakt z duchami?
– Każdy kontakt z zaświatami może okazać się niebezpieczny. Są to drzwi otwarte na nieznane i nie wiadomo z góry, kto przez nie wejdzie, albo zostanie pochłonięty. Dlatego za każdym razem trzeba chronić się modlitwą i prosić o pomoc aniołów stróżów albo naszych przewodników, jeśli wolicie tak ich nazywać. Lecz modlitwa to nie jakaś magiczna formuła. Trzeba być szczerym i dbać o to, by towarzyszyło jej szlachetne i uczciwe życie. Nie wiadomo jednak, dlaczego niektóre z narzędzi komunikowania się ze zmarłymi zdają się groźniejsze od innych. Tabliczka ouija pozwala niekiedy na otrzymanie wspaniałych przekazów, ale wiele wskazuje na to, że często zwabia duchy słabo rozwinięte. Mogą one wtedy oszukiwać nas dla zabawy. Są to „duchy kawalarze”, z którymi Kościół ma do czynienia od tysięcy lat. Istoty te sieją niezgodę w rodzinie, doprowadzają tych, którzy im zaufają, do ruiny, albo, co jeszcze gorsze, opętania, czyli zawładnięcia naszymi myślami.
Dawać te tabliczki dzieciom w prezencie bożonarodzeniowym, zgodnie z zachętą niektórych firm amerykańskich, to prawdziwa zbrodnia.

Idea reinkarnacji jest jakoby wroga chrześcijaństwu. Takie przekonanie żywi większość wyznawców Chrystusa. Geddes MacGregor, teolog i filozof z Uniwersytetu Południowej Karoliny, w swej pracy „Reincarnation in Christianity” polemizuje z tym stwierdzeniem. Pisze on m.in.: „Naturalnie powszechność jakiejś idei nie jest jeszcze dowodem jej prawdziwości. Jeśli podjąłem próbę wykazania, iż idea reinkarnacji nie jest sprzeczna z przesłaniem Ewangelii, to nie dlatego, że wędrówka dusz stanowi element większości religii. Pozwolę sobie jednakże sformułować moją własną, osobistą hipotezę: dlaczego chrześcijański czyściec nie miałby być serią wcieleń, które systematycznie prowadziłyby człowieka ku uwolnieniu się od jego największych przywar? W ten sposób dusza uzyskiwałaby stopniowo dojrzałość potrzebną dla słuchania muzyki niebiańskiej. Cóż więc bardziej naturalnego, niż gdyby chrześcijanin mógł uwierzyć w wędrówkę dusz, nazywaną jeszcze inaczej metempsychozą, skoro ufa on, że śmierć nie jest końcem istnienia? Pojawia się tyle podobieństw pomiędzy ideą reinkarnacji a pojęciem czyśćca, że można by dojść do wniosku, iż chodzi o tę samą myśl, tyle że wyrażoną inaczej...” Co Ksiądz na to?
– Różne koncepcje reinkarnacji wywołują zwykle namiętne reakcje, a zacietrzewienie zwolenników i przeciwników tej teorii uniemożliwia często rzeczową dyskusję. Sądzę, że dla chrześcijanina nie ma tu żadnej teologicznej trudności. Czy wznoszenie się ku Bogu odbywa się poprzez jeden, czy też dwa, trzy lub cztery etapy, nie zmienia w gruncie rzeczy najważniejszego schematu. Tę opinię podziela pewna liczba teologów katolickich i protestanckich, choć pozostają oni w mniejszości. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś, jak na przykład Léon Denis, wyobraża sobie nieskończone pasmo coraz to nowych wcieleń. Oznacza to, że zjednoczenie z Bogiem nie jest ich celem, że pragniemy jedynie nieco mniej gęstej materialności. Ale, jakiekolwiek by były czyjejś osobiste wybory, żałuję, gdy w dyskusji używa się fałszywych argumentów. Muszę tu ograniczyć się jedynie do pobieżnych uwag. W żadnym miejscu Pisma Świętego nie mówi się o tych teoriach – ani dla ich potwierdzenia, ani zaprzeczenia. Gdy Żydzi oświadczają, że Jezus zdaje im się wskrzeszonym prorokiem, wymieniają między innymi Jana Chrzciciela, który żył jednocześnie z Jezusem i nawet go ochrzcił. Nie chodzi więc o reinkarnację w sensie, jaki temu pojęciu nadaje się dziś na Zachodzie. Kiedy Izraelici pytają Chrystusa, dlaczego człowiek ślepy od urodzenia jest ślepy, ten ma doskonałą okazję, aby stwierdzić, że to z powodu grzechów popełnionych w poprzednim życiu. Ale on tego nie czyni. Nie jest również prawdą, że Kościół pierwotnie nauczał reinkarnacji, a potem się z tego wycofał. Nie jest prawdą, że odpowiednie fragmenty zostały usunięte z Pisma Świętego. Żydzi nie wprowadzali do niego najmniejszych zmian, wszystkie najdawniejsze rękopisy Nowego Testamentu są identyczne. Potępienie Orygenesa nie dotyczyło reinkarnacji – przyznają to nawet teologowie wrodzy tej doktrynie. Ponadto nie miało ono nic wspólnego z soborem w Konstantynopolu (553 r. n.e.), nie miało zatem żadnej mocy prawnej. Mówię często o teoriach reinkarnacji w liczbie mnogiej. Bo zafałszowują prawdę ci, którzy mieszają różne teorie reinkarnacji i twierdzą, że jest to wierzenie podzielane przez prawie wszystkie ludy na świecie. Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy koncepcją hinduizmu i buddyzmu (buddyzm tybetański łączy elementy obu prądów na bazie lokalnej tradycji). W hinduizmie ta sama osoba wraca na Ziemię w innym ciele. W buddyzmie, który jest wierny naukom Buddy, na Ziemię powracają jedynie fragmenty osobowości, a różne jej elementy mogą wcielić się w różne osoby. Dalaj Lama objaśnia reinkarnację przywołując obraz Księżyca, który – pozostając na niebie – odbija się jednocześnie w morzu, jeziorze, rzece i kałuży. W tradycji zachodniej istnieje wielka różnorodność interpretacji. Dla Léona Denis, następcy Allana Kardeca, najpierw jesteśmy rośliną, potem zwierzęciem, a w końcu człowiekiem, zaś nasze wcielenia są niezliczone. Według Kardeca na Ziemię wracają tylko ci, których życie było wyjątkowo nieuczciwe, albo ci, którzy bardzo chcą dokończyć wyznaczone sobie zadanie. Nasze wcielenia odbywają się w większości nie na Ziemi, lecz w innych światach, coraz bardziej duchowych. W tym momencie znaleźliśmy się więc niezmiernie blisko teorii czyśćca. Jeśli przyglądamy się szczegółom, różne warianty wspomnianych teorii okazują się niezliczone i nie do pogodzenia ze sobą. Nie miejsce tu jednak, by omawiać te różnice. Nie będę się również rozwodził nad wątpliwościami, jakie budzą wspomniane hipotezy. Większość ludzi nie zdaje sobie z nich sprawy i przyjmuje schemat: mały Michał umarł trzy lata temu, a wówczas urodziła się Iza. Taki uproszczony model jawi mi się mało prawdopodobny. Ale inne ślady wiodą ku koncepcjom znacznie bardziej subtelnym, które wydają się interesujące. Mam tu na myśli doświadczenia trojga świadków, których poznałem osobiście. Kiedy Ned Dougherty przeżywa NDE (Doświadczenie na Granicy Śmierci), znajduje się w innej przestrzeni, w czymś w rodzaju amfiteatru, gdzie tysiące ludzi pozdrawiają go i obiecują pomoc, mówiąc: Stanowisz część nas, jak my stanowimy część Ciebie. Kiedy powróci do życia na Ziemi, ta wizja się powtórzy.
Podobnie Gloria de Andrade, obcująca od najwcześniejszego dzieciństwa ze zjawiskami paranormalnymi, miała pewnego dnia wizję, w której Jezus pokazał jej, niczym na filmie, życie pewnej liczby osób z różnych krajów i epok. Jednocześnie głos Chrystusa rozbrzmiewał w jej głowie: Niektórzy spośród ludzi, których właśnie zobaczyłaś, są Tobą, łączy Was więź. - To bardzo ciekawe – komentuje sama bohaterka – bo rzeczywiście czułam się tak, jakby osoby, które oglądałam, były częścią mnie i jakby łączyło nas coś specjalnego! Alain Guillo urodził się w Haďphong w Wietnamie. Jego matka była córką pewnego Francuza katolika i Japonki buddystki. Po swojej śmierci za pomocą pewnej odmiany telepatii opowiedziała synowi, który pozostał na Ziemi, z jakim zaskoczeniem odkryła, że była „reinkarnacją” swoich rodziców, wielu przyjaciół, a nawet obcych osób, które żyły przed nią. Wyjaśnia, że żywi i martwi tworzą pewnego rodzaju „super-ja” (nie w sensie freudowskim), czyli grupy jednostek realizujące duchowy rozwój w bardzo bliskiej symbiozie. Wyrażenia, których używa, są bardzo silne: Byłam nimi, oni byli mną, nie wiedziałam o tym. W moich książkach cytuję wiele innych świadectw o podobnej wymowie. Rozumiemy zatem, jak to się dzieje, że w hipnozie czy poza ciałem nasza świadomość może przeżywać życie innych osób. Nie były one nami, ale uczestniczyliśmy w ich życiu, jak one uczestniczyły w naszym. Na tym poziomie czas nie ma znaczenia. Wszystko to kojarzy się bardzo ściśle z „obcowaniem świętych”. Ale to już inna historia.

W latach 50. XX wieku w mediach na całym świecie zaczęły ukazywać się informacje o niezwykłych zabiegach dokonywanych przez filipińskich i brazylijskich znachorów. Ich nazwiska – Agpaoa, Terte, Flores, Sizan, Arigo – trafiły na czołówki gazet, a przeprowadzane operacje fotografowano i filmowano. Pomimo takich dowodów, jak też bezpośrednich badań naukowców mogących z bliska obserwować działania uzdrowicieli, ta dziwna odmiana chirurgii nie zyskała aprobaty medycyny akademickiej. Dziś, po przeszło 50 latach, nadal bardziej kojarzy się ją z magią iluzjonisty Davida Copperfielda, niż ze skutecznym przywracaniem zdrowia. Czy to możliwe, by w osoby „psychicznych chirurgów” wcielały się duchy nieżyjących lekarzy? Jeden z nich, nazywający siebie „doktorem Fritzem”, zyskał sporą popularność w Brazylii...
– Problem uzdrowicieli filipińskich i brazylijskich jest bardzo złożony. Uzdrowiciele występują we wszystkich kulturach i epokach. Nie stanowią naprawdę problemu. Ale w tych dwóch ludach istnieje tradycja operacji dokonywanych gołą ręką. Zapoznałem się z tym zjawiskiem trzema różnymi drogami. Kilka razy spotkałem się z doktor Janine Fontaine, niezwykłą kobietą, która prowadzi badania poza obszarem medycyny oficjalnej. Otóż po kilku wizytach u Agpaoa uzyskała ona absolutne przekonanie o jego szczerości i autentyczności prezentowanych talentów. Potwierdziła także skuteczność interwencji, przy czym jej zdaniem nie chodziło o operacje, jakich dokonuje się w szpitalach, lecz raczej o „manipulowanie energią”. Widziałem w telewizji program poświęcony uzdrowicielom i chirurgom operującym gołą ręką. Dokument ten był znakomity. Autorzy sfilmowali pacjentów przed uzgodnionym z ich lekarzami zabiegiem. Podczas operacji poprosili tych lekarzy, by podeszli bliżej i przyglądali się poczynaniom uzdrowicieli. Ci sami pacjenci zostali później sfilmowani, gdy z lekarzami omawiali wyniki zabiegu. Były tam przypadki prawdziwych operacji, przeprowadzonych kuchennym nożem, bez środków dezynfekujących i znieczulenia. Można było zobaczyć usuwanie wrzodu czy otwartą ranę i jej zasklepianie przy pomocy zwykłego plastra. Kilka miesięcy później lekarz stwierdzał, że rana goi się znakomicie i że nie ma żadnej infekcji (film, o jakim mówi Ksiądz Brune, to dokument znakomitego włoskiego dziennikarza telewizyjnego, Guido Ferrariego Zobaczyć, aby uwierzyć, który wielokrotnie pokazywaliśmy na spotkaniach z czytelnikami Nieznanego Świata, zaś z jego autorem rozmawialiśmy osobiście na Kongresie w Bazylei w 1992 r. – przyp. red.). Wreszcie poznałem osobiście angielskiego strażaka George`a Chapmana, który użyczał swojego ciała chirurgowi Williamowi Langowi, zmarłemu w 1937 roku. Ów chirurg, specjalizujący się w operacjach oka, po śmierci przeprowadzał zabiegi przy pomocy wspomnianego strażaka wprawionego w trans. Jedna z osób, które operował i uzdrowił, postanowiła zebrać świadectwa ludzi uratowanych przez chirurga z zaświatów. Ograniczyła się do przypadków pacjentów, którzy zgodzili się udostępnić dokumentację choroby, gdyby ktoś chciał przeprowadzić własne dochodzenie. Trzeba niestety dodać, że obok autentycznych uzdrawiaczy istnieje wielu szarlatanów i są oni znacznie liczniejsi. Fałszywe dokonania rzucają cień na prawdziwe, fałszywe cuda dyskredytują autentyczne, fałszywi mistycy prawdziwych. Cóż, tak często bywa.

Zapoznając się z żywotami świętych odnosi się wrażenie, że wiele zjawisk paranormalnych występowało w ich życiu jako coś zupełnie naturalnego. Lewitacje, bilokacje, materializacje, inedia (nie przyjmowanie pokarmów) – to najczęstsze z nich. Kościół, jak się zdaje, wychodzi jednak z założenia, że podobne efekty może wywoływać również szatan. Jak zatem oddzielić „ziarno od plew”?
– Jak odróżnić zjawiska paranormalne pochodzące od Boga, siły Dobra, od sił zła? Na nieszczęście, zewnętrzne przejawy są takie same. Można je zidentyfikować tylko po owocach i nie zawsze jest to łatwe. Tam, gdzie występuje Dobro, natychmiast pojawia się zło, by popsuć co tylko się da. Na szczęście tam, gdzie działa zło, z pomocą spieszy Dobro, aby ograniczyć szkody. Dwukrotnie spotkałem Giorgio Bongiovanniego, włoskiego stygmatyka, który ma rany na rękach, stopach, w boku, a nawet grecki krzyż na czole. Wszystkie one krwawią przynajmniej raz dziennie. Jego stygmaty są autentyczne, wiele razy zresztą były badane przez lekarzy. Nie ma tu żadnej sztuczki, Giorgio nie zrobił ich sobie sam. Mamy więc charakterystyczne, trudne do podważenia elementy: ran nic nie jest w stanie zagoić, nie ulegają one zakażeniu, nawet jeśli nie są osłonięte i dezynfekowane. Płynąca z nich krew krzepnie bardzo szybko, w ciągu zaledwie 30 sekund – w normalnych warunkach następuje to w czasie 5-7 minut. Giorgio otrzymał stygmaty podczas wizji „Świętej Dziewicy”. Kiedy go poznałem, uważał się za chrześcijanina, nie należał do konkretnego kościoła, ale uznawał boską naturę Chrystusa, jak w Credo. Kilka lat później nieoczekiwanie ogłosił się jednak „ambasadorem istot pozaziemskich” i stał się namiętnym antychrześcijaninem. Podam też inny przykład. W drugiej połowie XIX wieku w pobliżu słynnego Opactwa Solesmes istniał klasztor żeński, którego przeoryszą była ciesząca się powszechnym szacunkiem Pani Bruvere.
Napisała ona pewną liczbę dzieł przesiąkniętych duchowością. Na nieszczęście, wkrótce popadła w mistyczne szaleństwo. Jak twierdziła, święta Dziewica włączyła ją w swoje macierzyństwo. W Boże Narodzenie wydała na świat dziecko, o którym nikt nic nie wiedział, ale które pokazała mniszkom prosząc, by je karmiły. Jej wpływ był tak silny, że większość zakonnic i mnichów uwierzyła w głoszone przez Bruyère słowa, a w każdym razie nie ośmieliło się na nią donieść. Łatwo sobie wyobrazić, jaką krzywdę takie dewiacje wyrządzają Wierze i Kościołowi! Najważniejsze jednak, by nie wrzucać wszystkich zjawisk, o jakich mówimy, do jednego worka. Bo to byłoby niesłuszne i krzywdzące.

Tłumaczenie z języka francuskiego: Dorota Rybicka

Źródło: Nieznany Świat 12/2008 (216), artykuł pt. "Kontakty ze zmarłymi są faktem"
  • 5





Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u