Skocz do zawartości




Zdjęcie

Zasady postępowania na wypadek zagrożenia


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
19 odpowiedzi w tym temacie

#16

Glowa3.
  • Postów: 111
  • Tematów: 7
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

I łuk (do polowania lub rozpalania ognia) :D
  • 0

#17

blackmichal.
  • Postów: 24
  • Tematów: 2
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano

a tak na poważnie to po pierwsze krzesiwo
  • 0

#18

rolpiek.
  • Postów: 574
  • Tematów: 3
Reputacja dobra
Reputacja

Napisano

a w piwnicy piecyk typu KOZA który można podłąćzyć do byle przeowdu kominowego ipalić prawie wszystkim aby się ogrzać
  • 0

#19 Gość_Sentinel

Gość_Sentinel.
  • Tematów: 0

Napisano

Edwin Bendyk - 2 kwietnia 2011

Jak nie bać się katastrof

To tylko zwykłe wypadki

XXI w. rozpoczął się 11 września 2001 r. Samoloty pasażerskie wbijające się w nowojorskie wieże World Trade Center obok zniszczeń niosły ze sobą komunikat: możliwe jest to, co niemożliwe. Żyjemy w czasach, kiedy rzeczywistość wyprzedza najbardziej szalone nawet pomysły scenarzystów z Hollywood. Nie potrzebujemy już ich horrorów, żeby się bać – straszymy się nieustannie sami, za nic mając opinie ekspertów przekonujących, że jeszcze nigdy w historii nie żyło się tak długo, bezpiecznie i komfortowo.

Amerykanie i Australijczycy lubią się bać rekinów. Temat ataku śmiercionośnych szczęk powraca każdego lata i wywołuje emocje wśród wylegujących się na plażach. Tymczasem statystyki donoszą, że w okresie od 1580 do 2003 r. zliczono na całym świecie 1909 napaści rekinów na ludzi, a ofiar śmiertelnych było zaledwie kilkadziesiąt. Wniosek – przeciętny Amerykanin z o wiele większym prawdopodobieństwem zginie w wyniku kontaktu ze świnią niż morskim drapieżcą. Czy to znaczy, że gdyby Steven Spielberg zrealizował film „Ryj”, odniósłby kasowy sukces?

Strach przed lataniem

Prywatne strachy przestają być zabawne, gdy zaczynają wpływać na bieg świata. W wyniku ataku terrorystycznego 11 września 2001 r. zginęło blisko 3 tys. osób. Podróżnych na całym świecie opanował strach przed lataniem samolotami, najbezpieczniejszym środkiem transportu, panika trwała niemal rok. Jednak obawa przed lataniem nie oznaczała strachu przed podróżami, po prostu zmieniły się środki transportu. Nic za darmo – na skutek zwiększonego ruchu samochodowego po 11 września zaczęło ginąć więcej osób na drogach niż przed zamachem.

Czy zatem warto uprzykrzać podróże lotnicze, wprowadzając na lotniskach kolejne systemy bezpieczeństwa? Gdyby zawierzyć statystyce, należałoby czynić wprost przeciwnie. Dan Gardner w książce „Risk. Science and Politics of Fear” (Ryzyko. Nauka i polityka strachu) pokazuje rachunek: gdyby terroryści porywali i rozbijali jeden amerykański samolot pasażerski tygodniowo, zagrożenie śmiercią dla podróżnego latającego raz w miesiącu byłoby jak jeden do 135 tys. Prawdopodobieństwo śmierci w wypadku samochodowym jest 20-krotnie większe. Żadne jednak odpowiedzialne władze nie złagodzą polityki bezpieczeństwa antyterrorystycznego na lotniczych trasach, co nie oznacza, że nie znają się na rachunku prawdopodobieństwa.

Amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Lotów (FAA) zezwala, by dzieci do lat dwóch latały bez biletu, siedząc w trakcie podróży na kolanach rodziców. Z punktu widzenia statystyk bezpieczeństwa lotów to skrajna nieodpowiedzialność – w razie wypadku dziecko na kolanach (i jego opiekun) ma znacznie mniejsze szanse na przeżycie niż przypięte samodzielnie do siedzenia. FAA wyliczyła jednak, że zaostrzenie przepisów oznaczałoby podniesienie kosztów podróży średnio o 185 dol. na rodzinę, w rezultacie jedna piąta z nich zrezygnowałaby z samolotu, wybierając znacznie mniej bezpieczny samochód.

Podobny rachunek, różne decyzje regulacyjne i osobiste. I tak we wszystkich sferach życia. W Europie liczba telefonów komórkowych już dawno przekroczyła liczbę mieszkańców, co nie przeszkadza, że ponad połowa Europejczyków żywi przekonanie o szkodliwym wpływie komórek na zdrowie. Operatorom coraz trudniej zdobywać zgody na budowę nowych stacji bazowych, niezbędnych, by sprostać rosnącemu popytowi, bo klienci oczekujący nowych, lepszych usług boją się anten w sąsiedztwie.

Rachunek za wypadki

Przemysł energetyczny liczy sobie nieco ponad 100 lat, blisko połowę tej historii wypełnia przygoda z elektrowniami jądrowymi. W tym czasie udowodniły one, że są najbezpieczniejszą formą wytwarzania elektryczności, licząc miernikiem najbardziej brutalnym – liczbą trupów na jednostkę wyprodukowanej energii. Do rachunku za prąd z elektrowni węglowych należy doliczyć ofiary wypadków górniczych oraz samochodowych i kolejowych związanych z transportem. Entuzjaści biomasy powinni pamiętać, że rolnictwo ciągle jest głównym źródłem najgroźniejszych wypadków przy pracy. A kto woli, jak Don Kiszot, wiatraki, mógłby zwrócić uwagę, że 95 proc. wydobycia metali ziem rzadkich, potrzebnych m.in. do wytwarzania turbin, pochodzi z Chin, głównie z Tybetu.

Podobne dylematy dotyczą kwestii rozwoju innych obszarów techniki: nanotechnologii, wytwarzania żywności, nowych technologii medycznych i terapii, a także sposobów przeciwdziałania zmianom klimatu. Każda z obiecujących wizji u jednych wywołuje entuzjazm, u innych strach i opór.

Zaledwie pół wieku temu, w 1954 r., Lewis L. Strauss, szef amerykańskiej Komisji Energii Atomowej (AEC), przekonywał w przemówieniu dla Stowarzyszenia Pisarzy Naukowych, że dzięki energetyce jądrowej „nasze dzieci będą miały w domach elektryczność zbyt tanią, by mierzyć jej zużycie”, a także „będą podróżować ponad morzami i w ich głębinach z wielkimi prędkościami, bez wysiłku i bez zagrożeń”. Głód zaś znać będą jedynie z podręczników historii. Dziś podobne wystąpienie skończyłoby się dla Straussa skierowaniem do psychiatry. Niezależnie od racjonalnych i uspokajających statystyk, wiara w postęp wyczerpała się pod wpływem tak spektakularnych katastrof jak sprawa thalidomidu (lek podawany pod koniec lat 50. XX w. matkom w ciąży wywołał głębokie wady rozwojowe u tysięcy płodów), katastrofa fabryki chemicznej w Bhopalu, Czarnobyl, dziura ozonowa, eksterminacja gatunków i malejąca bioróżnorodność.

Niemiecki filozof Hans Jonas już w latach 70. zaczął przekonywać, by porzucić utopijną zasadę nadziei zakładającą, że możliwy jest lepszy świat, na rzecz zasady, że możliwe jest najgorsze. Efektem takiego podejścia jest postulat stosowania w polityce ryzyka Vorsorgeprinzip, zasady ostrożności: jeśli nie jesteśmy w pełni pewni bezpieczeństwa proponowanych rozwiązań, powstrzymajmy prometejskie zapędy, poczekajmy, aż posiądziemy głębszą wiedzę.

Zasada ostrożności od czasu traktatu z Maastricht (1992 r.) obowiązuje w Unii Europejskiej, to na jej mocy Komisja Europejska wprowadziła moratorium na organizmy modyfikowane genetycznie, uznając, że wiedza ekspercka jest zbyt słaba, by w pełni ocenić ryzyko. W niektórych krajach, jak Francja, zasada ostrożności zyskała rangę normy konstytucyjnej.

Sami Francuzi są jednak podzieleni – filozof Jean Pierre Dupuy, twórca koncepcji katastrofizmu oświeconego, uważa zasadę ostrożności za idiotyczną i irracjonalną. Jego zdaniem, rację ma Jonas, postulując, by raczej zakładać najgorszy możliwy rozwój sytuacji, niż żywić utopijny optymizm. Fakt, że dziś „możliwe jest to, co niemożliwe”, nie oznacza jednak, że skazani jesteśmy na strach. Przeciwnie, tym bardziej potrzebujemy rozumu, by wobec potencjalnej katastrofy, zamiast ulegać histerii, proponować realne rozwiązania.

Zwykłe wypadki

Nie bez kozery od półwiecza coraz dynamiczniej rozwijają się metody zarządzania ryzykiem – określania zagrożeń, szacowania ryzyka i planowania działań na wypadek katastrofy. Najlepszym przykładem są prace Hermana Kahna, analityka z amerykańskiej RAND Corp., zajmującego się analizą zagrożeń, wynikających z potencjalnego wybuchu wojny termojądrowej. Kahn pokazał, że irracjonalny strach przed jądrową apokalipsą można zamienić na racjonalną refleksję, potrzebną do odpowiedzi na konkretne pytania: jak przygotować infrastrukturę państwa na wypadek, gdy zamiast zagłady okaże się, że nuklearny atak przeżyje dwie trzecie społeczeństwa? Jednym z praktycznych skutków takich intelektualnych ćwiczeń jest sieć Internetu.

Kahn musiał walczyć zarówno z arogancją technokratów i generałów uważających, że wiedzą wszystko, i histerią tłumu, który wszystkiego się boi. O tym doświadczeniu należy pamiętać także i dziś. Charles Perrow, socjolog z Yale University, napisał w 1984 r. głośną książkę „Normal Accidents: Living with High-Risk Technologies” (Zwykłe wypadki. Życie z technologiami wysokiego ryzyka). Dowodzi w niej, że współczesne technologie, np. energetyka jądrowa, są tak złożone, że w naturalny niejako sposób obarczone są ryzykiem katastrofy. Złożoność powoduje, że może dojść do „zwykłego wypadku” nawet mimo przeprowadzonej przez ekspertów analizy ryzyka technicznego i opracowanych na jej podstawie zabezpieczeń. Wystarczy, że w jednym czasie wystąpi kilka niezależnych zdarzeń, których skumulowany efekt doprowadzi do wypadku. Tak właśnie stało się w Fukuszimie.

Perrow przypomina także w późniejszych publikacjach, że systemy techniczne nie są neutralne, lecz stanowią część systemu społecznego – o ich działaniu decydują nie tylko prawa fizyki, lecz także ludzkie decyzje. Te zaś są wypadkową ludzkich predyspozycji psychicznych, kompetencji i gry interesów. Cała sztuka polega na tym, żeby złożony system techniczny, sam już ze względu na swą złożoność podatny na „zwykłe wypadki”, w połączeniu z ludzkim, z natury niedoskonałym, systemem obsługi zamienić na system obdarzony odpornością zarówno na przeciwności natury, jak i ludzką głupotę.

To jest jednak możliwe, czego najlepszym dowodem rozwój lotnictwa pasażerskiego, o którym wspomina Karl Blix (wywiad na s. 20). Utrzymywanie takiego systemu w ciągłej gotowości nie jest łatwe, o czym przekonaliśmy się 10 kwietnia ub.r.

To właśnie z tych powodów, że nie istnieją w pełni bezpieczne i autonomiczne systemy techniczne, a cywilizacja w coraz większym stopniu od techniki zależy, pogodzić się musimy z egzystencjalną świadomością globalnego ryzyka. Gdy ludzie przestają to ryzyko rozumieć i tracą wpływ na podejmowane decyzje o potencjalnie globalnych konsekwencjach, zaczynają ryzyko traktować jak fatum i ulegać irracjonalnemu lękowi. To właśnie dlatego ludzie bardziej boją się energetyki jądrowej niż podróży samochodami. O przekręceniu kluczyka w stacyjce każdy decyduje samodzielnie, o tym, co się dzieje we wnętrzu elektrowni, nie wiemy nic.

Źródło: www.polityka.pl


Użytkownik Sentinel edytował ten post 09.04.2011 - 12:39

  • 0

#20 Gość_Sentinel

Gość_Sentinel.
  • Tematów: 0

Napisano

Juliusz Ćwieluch28 marca 2009

Jak przeżyć porwanie?


Wdech/wydech/wdech...

Autor dziękuje firmie CUSHIMA za to, że w ramach szkolenia antykidnaperskiego został profesjonalnie porwany i przez 4 godz. przetrzymywany w złych warunkach, co pomogło mu napisać ten artykuł.

Dusisz się. Twoje płuca są szalone, tak jak ci ludzie, którzy przed chwilą założyli ci worek na głowę. Wdech. Błyskawicznie mokry od twojego potu worek przykleja się do twarzy. Mimowolnie wciągasz go do ust. I znów się dusisz. Wydech. Worek napełnia się jak balon. Łapiesz kolejny haust powietrza. Tyle że tego samego, które przed chwilą wyrzuciłeś z płuc. Dusisz się kompletnie, więc jest ci wszystko jedno, że na twoich rękach zaciskają się plastikowe kajdanki. Jest ci wszystko jedno, że wloką cię do samochodu i wrzucają tam jak worek ziemniaków. Marzysz tylko o tym, żeby złapać choć trochę powietrza.

Jak będziesz miał szczęście, to samochód będzie dostawczy i wtedy twój koszmar rozpocznie się w miarę komfortowo. No, chyba że źle trafisz. Wtedy zaczną cię bić już w samochodzie. Porwanie samochodem osobowym jest łatwiejsze. Dla ciebie oznacza jazdę w bagażniku albo na tylnym siedzeniu. Tyle że jeden albo dwóch porywaczy usiądzie na tobie. Jeśli będziesz się stawiał, siądą ci na głowie. Zaczyna boleć już po kilku minutach. A przecież podróż będzie trwała minimum godzinę. Nawet jeżeli zamierzają cię przetrzymywać w miarę blisko miejsca porwania, nie będą jeździć krócej. Oni też oglądają filmy sensacyjne i wiedzą, że trzeba kluczyć, żeby porwany stracił orientację. Specjaliści doradzają więc, żeby się nie stawiać.

To, co się wydarzy, gdy dotrzecie do celu, w systematyce porwań nazywa się kulminacją pierwszego kluczowego momentu. Systematyka przewiduje takie momenty. Pierwszy się zaczął, kiedy porywacze wysiedli z samochodu i zaczęli biec w twoją stronę. Zakończy się, gdy dowiozą cię do miejsca przetrzymania i dojdą do wniosku, że jesteś całkowicie przez nich zdominowany. Pracowali nad tobą cały czas. To dlatego bez przerwy krzyczeli, rzucając kurwami. Z tego samego powodu założyli ci worek na głowę. Bili, kiedy próbowałeś się odezwać, i przeklinali, gdy zobaczyli, że posikałeś się ze strachu i zabrudziłeś im siedzenia. Muszą tak robić, żebyś szybko zdał sobie sprawę, że to oni są autorami scenariusza. Oni rozdają karty i oni decydują. Choć często to nieprawda, bo do niektórych porwań wynajmuje się ludzi – tak jak ty sam wynajmowałeś ekipę malarską czy glazurników. Dostają pieniądze za konkretną robotę. Jedni za porwanie, drudzy za przetrzymywanie. Jeszcze ktoś inny będzie negocjował z rodziną okup. Ale tak się dzieje, jeśli porwali cię profesjonaliści. Amatorzy muszą to wszystko wymyślać i robić sami, dlatego częściej popełniają błędy. Również twoim kosztem.

Miłosierdzie

Przyjechanie do miejsca przetrzymania może oznaczać chwilę odpoczynku. Nie traktuj tego jako aktu miłosierdzia, bo porywacze go nie znają. Dla nich jesteś elementem wymiany towarowej. My wam oddamy porwanego, a wy nam za to zapłacicie. To taka gra, w której ty jesteś towarem. Przywyknij do tej myśli, a to, co cię spotka, będzie bardziej przewidywalne.

Odpoczynek po porwaniu potrzebny jest porywaczom. Większą część dnia spędzili w silnym stresie. Mogli nie spać ostatniej nocy. Co prawda, zanim cię porwali, poznali twoje przyzwyczajenia. Wiedzieli, o której wychodzisz z pracy. Ale może tego dnia posiedziałeś tam dłużej, może wyszedłeś, ale po coś wróciłeś. A oni już myśleli, że coś ich zdradziło. Tak czy siak, znacznie dłużej niż ty byli w nerwach. Teraz muszą sobie odpocząć. Przynajmniej amatorzy. Profesjonaliści nie dadzą ci wytchnienia, bo będą musieli cię przesłuchać. Skonfrontują to, co wiedzą, z tym, co im powiesz. Spieszą się, żeby zadzwonić do rodziny, zanim ktoś z domowników zaniepokoi się twoim zniknięciem i zgłosi je na policji.

Po pierwszej rozmowie z porywaczami zorientujesz się, kto za tym stoi. Oczywiście, nie dosłownie. Profesjonaliści będą spokojni, pewni siebie, rzeczowi. Nie straszą od razu śmiercią, bo chodzi im przecież o pieniądze, a nie o zabijanie. Gdyby chcieli zabić, po prostu by to zrobili. Czasem puszczą kilka słów pospiesznie nagranych na dyktafon. Historie z podawaniem ofierze słuchawki śmieszą już nawet na filmach. Amatorzy to co innego. Będą agresywni, żeby maskować swój strach i brak pewności siebie. Przecież dopiero się uczą porywania, więc skąd mogą wiedzieć, że jak przesadzą, to rodzina może się psychicznie załamać i zrobi się problem ze zgromadzeniem pieniędzy na okup.

Kiedy rodzina martwi się o okup, ty dalej egzystujesz na poziomie wegetatywnym. Twoim całym światem są najprostsze czynności życiowe. Oddech już ci się ustabilizował, ale na pewno będzie ci się chciało pić. Stres wysusza organizm jak pożar. Tak naprawdę to jest pożar – tyle że systemu nerwowego. Po tym, czy dostaniesz wody, zorientujesz się, jak będziesz traktowany. Jeśli zamiast wody dostaniesz kopniaka, nie wróży to dobrze.

Twoim kolejnym problemem wcale nie będzie jedzenie, ale pozbycie się go. Wielu porwanych reaguje rozstrojem żołądka. Jeśli powiesz, że musisz do toalety, masz szansę, że zostaniesz wysłuchany. Nikt nie chce siedzieć kilka dni obok kogoś, kto śmierdzi kałem. Załatwianie się z rękoma skrępowanymi do tyłu nie jest łatwe. A użycie papieru toaletowego – niemożliwe. Po kilku dniach będzie ci to uwierać jak kamień. Na świeże ubranie nie licz. Amerykański kodeks karny przewiduje dodatkową karę za niedostarczenie porwanemu środków czystości. Polski nie. Ale to chyba nie jest główna przyczyna, dla której porywacze nie dbają o te sprawy. Mimo że były i takie lata, w których zdarzało się nawet 170 porwań dla okupu rocznie, specjaliści nie przypominają sobie, żeby w którymś z nich porwany dostawał czystą bieliznę. Natężenie własnego smrodu od tej pory będzie dla ciebie jedynym miernikiem upływu czasu. Jeśli byłeś na tyle oryginalny, że miałeś nie tylko komórkę, ale i zegarek, raczej na pewno ci go zabiorą. Na pytania o godzinę nie zareagują. Okno, nawet jeśli będzie, to szczelnie zasłonięte.

Po posiłkach też się dużo nie zorientujesz. Jeśli w ogóle będziesz dostawał jakieś posiłki. Porwaną na Wybrzeżu dziewczynkę karmiono trzy razy dziennie. Czasem otrzymywała nawet coś ciepłego z McDonalds’a. Zachowanie tak niezwykłe, że ciągle przywoływane w tematycznych lekturach. Normalnie będą cię karmić tylko na tyle, żebyś przeżył. Czasem tym co sami jedzą. Czasem resztką tego, co sami zjedli. Zdarzali się i tacy, którzy nie dostawali jeść przez cztery dni. Twierdzą, że nawet specjalnie nie cierpieli. To nie jest sytuacja, w której głód jest najważniejszy. Z czasem zaczyna jednak nabierać wagi. Porwany i przetrzymywany przez 24 dni 10-latek stracił w niewoli prawie 20 kg. Był tak wyniszczony, że matka zemdlała na jego widok. Na szczęście liczba porwań dzieci maleje. Tak samo jak porwań w ogóle. Przez ostatnich kilka lat porywano około 20 osób rocznie.

Poznanie

Biorąc pod uwagę mentalność i poziom intelektualny porywaczy, brak rozrywek jest błogosławieństwem. Telewizja, radio – proszę bardzo. Pod warunkiem, że będziesz swoim własnym radiem. Za każdym razem, kiedy tylko poczujesz, że można, zaczniesz nadawać program pod tytułem: poznajmy się. Będziesz próbował nawiązać rozmowę. Twoje pytania pozostaną raczej bez odpowiedzi, więc sam będziesz opowiadał. Może nie masz pojęcia o psychologii, ale coś każe ci mówić. Opowiadać. Nie być tylko skrępowanym kawałkiem mięsa na łańcuchu. Jeśli przetrzymujący zacznie odpowiadać, to znaczy, że właśnie dodałeś jedną gwiazdkę hotelowi, do którego rzucił cię los. Nadal będziesz na łańcuchu, ale może dostaniesz ciepłej herbaty, a może nawet poluzują ci więzy. A jeśli cokolwiek liznąłeś z psychologii, to tym bardziej nie miej oporów przed próbami nawiązania kontaktów z porywaczami. Syndrom sztokholmski? To bajki. Ile musiałbyś siedzieć w tej piwnicy, żeby zacząć myśleć, że fajnie byłoby mieć takiego przyjaciela? Przeciętne porwanie w Polsce trwa od kilku do kilkudziesięciu dni. Za krótko na takie historie.

Przez pierwsze godziny dużo będziesz myślał o ratunku. Wiele porwań odbywa się w biały dzień, na oczach ludzi. Jesteś pewien, że ktoś zapamiętał twarze, numer rejestracyjny. Z porwania może być nawet film, wszędzie jest coraz więcej kamer. Na jednym z takich krótkich filmów widać porwanie. Jest samochód porywaczy. Widać nawet, jak wrzucają do bagażnika ofiarę. To nic nie znaczy. Film jest. Porwanej dziewczyny nie odnaleziono do dziś. Ale ty tego nie wiesz. Oczyma wyobraźni widzisz za to, jak superpolicjanci wertują przepastne wnętrza swoich komputerów i typują sprawców. Superpolicjanci, na szczęście, się zdarzają, ale superkomputery już nie.

Żeby cokolwiek ruszyło się w twojej sprawie, trzeba się przebić przez mur biurokracji. Wypełnić papierki, złożyć dokumenty. Porwanie to przestępstwo. A przestępstwo, wiadomo – trzeba zgłosić na policji. Od 2000 r. są nowe wytyczne. Policja po zgłoszeniu ma sama przyjechać w cywilnym ubraniu. Z tego, co mówią rodziny ofiar, nie wszędzie te wytyczne jeszcze dotarły. I tak jest już lepiej. W 1996 r. zwlekano z zapłaceniem okupu, bo zgodę na użycie helikoptera komenda główna opiniowała kilka dni. Policjanci też nie mają łatwo. Założyć podsłuch – proszę bardzo, ale musi być zgoda rodziny porwanego. Przygotować fałszywe pieniądze – broń cię Panie Boże. Pójdziesz siedzieć. To nic, że na okup – fałszerstwo pieniędzy jest zbrodnią i dają za to 25 lat. Jeżeli porywacze zabiją ofiarę i uda się ich złapać, dostaną 12 lat. Państwo ma jasne priorytety.

Wolność

Po kilku dniach powoli tracisz wiarę w ratunek. Jeśli jesteś twardy, kombinujesz, jak się uwolnić. 17-letni Paweł specjalnie ranił nadgarstki o kajdanki. Prosił o ich poluzowanie. Im bardziej poluzowywano, tym bardziej je ranił. Półtora dnia później udało mu się zdjąć kajdanki i, wykorzystując nieobecność strażników, uciec. Porwany na Wybrzeżu jubiler nie mógł uciec, bo bandyci roztrzaskali mu nogę metalowym prętem. Całą drogę wyrywał sobie włosy, maczał we krwi z rozwalonej nogi i zostawiał ślady. Przed domkiem, gdzie miał być więziony, symulował nagłą potrzebę oddania moczu. Oddawał go tak, żeby strumień leciał na domek. Porywacze jeszcze nie wiedzieli, że właśnie szykował przeciw nim materiał dowodowy. Zaznaczył to miejsce jak pies. Później leżał i liczył samochody. O jakiej porze dnia jeździły, w którym miejscu hamowały, jakie miały silniki. Po uwolnieniu, wraz z policją, odnalazł miejsce, w którym go przetrzymywano.

Czasem się udaje przechytrzyć porywaczy. Karm się tą myślą. Ta myśl jest pozytywna. A ty dryfujesz właśnie po morzu beznadziei, więc przyda ci się wszystko, co jest choćby promykiem optymizmu. Myśl logicznie. Psychiatrzy po II wojnie światowej rzucili się na ofiary obozów koncentracyjnych. Można było się pławić w zaburzeniach i lękach. Aaron Antonovsky skupił się na tych, którzy tych lęków i psychoz nie mieli. Przeżyli, bo otaczający świat, nawet ten koszmarny, potrafili przełożyć na język logiki. Tak ich wychowano. Ludzi, którzy cię pilnują, w ogóle nie wychowano. Albo popełniono przy tym sporo błędów. Nie staraj się im niczego udowadniać. Biznesmen spod Olsztyna, który nie zaakceptował tych zasad, przez cztery dni bez przerwy wisiał podwieszony na łańcuchach do belki stropowej. Pilnujący go porywacze zmieniali się, żeby każdy z nich mógł zasiąść przy świątecznym stole.

Czas jest kluczowy dla obu stron. Im dłużej trwa porwanie, tym więcej jest okazji do popełnienia błędów. Po dwóch miesiącach przetrzymywania ryzyko wykrycia miejsca przetrzymania jest już ogromne. Policja analizuje połączenia, sprawdza, gdzie logował się telefon. Kogoś może zastanowić, dlaczego ci obcy mężczyźni wychodzą z domu tylko nocą? Trzeba zmienić miejsce przetrzymywania, a to – powracając do systematyki porwań – jest drugi kluczowy moment porwania. Kluczowy, bo łatwo wpaść. W zasadzie wszystko trzeba zaczynać od nowa. Trzeba wynająć nowy lokal. Najlepiej na kradziony dowód osobisty. Dobrze byłoby ukraść jeszcze samochód albo tablice. Zatrzeć ślady. A jak będzie stłuczka, to jak się wytłumaczyć z człowieka w bagażniku? Trzeba przodem puścić inny samochód, który w razie kontroli weźmie na siebie policję. Mnóstwo kłopotów.

Jednak najbardziej kluczowy moment to przejęcie okupu. Łatwo poznasz ten dzień, bo porywacze będą podnieceni, raczej w dobrych nastrojach. To ich najważniejszy dzień – wypłata. Pieniądze, na które długo czekali. Dwóch bezrobotnych porywaczy zeznało, że chcieli spłacić długi i trochę się zabawić. Niedoszły student prawa i porywacz w jednej osobie potrzebował pieniędzy na kupno motoru. Gang mokotowski porywał, żeby zapłacić Kolumbijczykom za transport kokainy.

Jacy bandyci, takie i żądania. Najniższa kwota to 200 zł. Takiego okupu zażądali trzej mężczyźni w wieku od 21 do 23 lat za uwolnienie w sierpniu 2007 r. porwanego przez nich 16-latka. Z kolei za uwolnienie poznańskiego biznesmena zażądano 8 mln zł. W latach 90. popularną walutą wśród porywaczy były marki. Później dolary. Ostatnio coraz częściej euro. Dobrze jest nie mylić walut. Rodzina jednego z porwanych (pod wpływem sugestii prywatnego detektywa) zamiast 100 tys. w obcej walucie przywiozła 100 tys. zł. W dodatku na przekazanie okupu udała się samochodem wartym znacznie więcej. Porywacze poczuli się zlekceważeni i zamordowali porwanego.

Techniki przekazywania okupu są różne. Ale ciebie nie będzie to bardzo obchodziło. Nim odzyskasz wolność, czeka cię jeszcze jedna podróż z porywaczami. Raczej nocą. Znów będą kluczyć. Tym razem chyba nie siądą ci już na głowie. Wywiozą gdzieś do lasu. Jak będą mili, zostawią 50 zł na bilet do domu. Stojąc w tym lesie, znów będziesz się dusił. Tym razem świeżym powietrzem. Przy każdym wdechu i wydechu będziesz dziękował Bogu, że żyjesz.

Materiał nie powstałby bez pomocy: porwanego w 1999 r. pana M.; spotkania z członkami Warmińsko-Mazurskiego Stowarzyszenia na rzecz Bezpieczeństwa, które jako pierwsze zorganizowało się przeciw fali porwań; rozmów z psychologiem policyjnym dr. Jackiem Dolińskim; byłym negocjatorem policyjnym Dariuszem Lorantym; Krzysztofem Liedelem, szefem Centrum Badań nad Terroryzmem w Collegium Civitas i współautorem książki „Porwania dla okupu” Januszem Kaczmarkiem. Wszystkim serdecznie dziękuję.

Źródło: www.polityka.pl


Użytkownik Sentinel edytował ten post 14.04.2011 - 17:01

  • 2


 

Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u