Niechętnie przyznam, ale patrząc na to kiedy ją publikowano, rzeczywiście może to być tylko odzwierciedlenie przekonań popularnych w społeczeństwie. A czy ostatnia zwrotka to "bajka", jak kilka lat temu pierwszy raz to czytałem to natychmiast skojarzyła mi się natowska flaga. Chyba nie było sprawdzonej przepowiedni co do konkretnego dnia, dlatego tak, zawsze będzie to obarczone spekulacją. Także brnę dalej w temacie:
Nie do końca masz rację, bo zdarzały się przepowiednie naprawdę zaskakująco konkretne. John Monti 4 marca 1981 r. przewidział, że Reagan zostanie postrzelony z lewej strony po przemówieniu w Waszyngtonie, przed końcem marca i że przeżyje. 30 marca rzeczywiście doszło do zamachu po jego przemówieniu w Washington Hilton, pocisk wszedł pod lewą pachą, a Reagan przeżył.
Z kolei Brandon Biggs w marcu 2024 r. mówił o zamachu na Trumpa i pocisku przechodzącym przy jego uchu. Cztery miesiące później Trump został trafiony w ucho w Butler. To nadal nie jest dowód na jasnowidzenie, ale pokazuje, że czasem trafienia są dużo bardziej konkretne niż jakieś ogólne metafory czy symbole.
Z Tęgoborzą mam jednak większy problem. Gdyby istniały tylko te zwrotki, które rzeczywiście da się uznać za trafione, o Niemcach idących na Wschód i wracających pokonanych, o Mazurach i Gdańsku przypadających Polsce czy nawet o „poczwórnej jedności” północy, to można byłoby powiedzieć, że jest tu coś naprawdę ciekawego. Tyle że cały tekst ma osiemnaście zwrotek i obok tych kilku trafień jest masa rzeczy, które się po prostu nie wydarzyły: Polska nad Morzem Czarnym, Białoruś i Ukraina pod polskim wpływem, związek z Węgrami i Rumunią, odzyskanie pozycji mocarstwa itd. I wtedy obraz robi się dużo słabszy. Łatwo wyciągnąć trzy czy cztery udane fragmenty i pominąć resztę, ale uczciwie trzeba liczyć także pudła.
Podobnie z Ossowieckim. Wizja zjednoczonej Europy pod koniec XX wieku brzmi dziś ciekawie, ale w 1933 roku sama idea europejskiej federacji już istniała i była publicznie dyskutowana. Ossowiecki mógł więc po prostu dobrze wyczuć kierunek, w którym Europa może pójść. Tym bardziej że obok tego przewidywał też rzeczy, które się nie wydarzyły. Dlatego i tutaj trzeba patrzeć na całość, a nie tylko na najbardziej efektowny fragment.
Chiny od dawna mają potencjał na wojnę gospodarczą i to na tyle wysoki, że nie muszą się obawiać przegranej. Wzrost jakości ich wyrobów z byle jakościowego wskoczył na wysoki. Niestety, czasami mają wpadki typowe dla państwa władzy ludowej, brak zaangażowania pracownika. Coby nie pisać o tzw. chińszczyźnie, zalewają nas swoimi wyrobami i robią to na naszą prośbę, co skutkuje tym, że na własnym podwórku nie potrafimy już wytworzyć nic, czego by Chiny, Tajwan czy Bangladesz nie zrobiły taniej i nie piszę tutaj tylko o kosztach pracy, bo bywa, że te są niższe na terenie EU. Nasz wewnętrzny unijny rynek jest zabijany przez pośredników, gdzie każdy próbuje zarobić 100% poprzedniej ceny. Dlatego platformy typu chińszczyzna są tak popularne, a co gorsza, te wyroby później znajdujemy w sprzedaży detalicznej, gdzie cena sięga księżyca...
Niestety, dokładnie tak to wygląda. Chiny nie muszą nas wcale „załatwić” jakąś klasyczną wojną gospodarczą. Wystarczy, że dalej będą przejmować kolejne segmenty produkcji, a Europa będzie coraz bardziej uzależniona od ich fabryk i łańcuchów dostaw. Najgorsze jest to, że później takiej produkcji nie da się po prostu odtworzyć z dnia na dzień, bo razem z fabrykami znikają dostawcy, know-how i ludzie, którzy potrafią to robić.
Dobry przykład miałem rok temu przy wymianie radia w starym SX4. Na polskiej stronie samo radio z Androidem kosztowało około 1700 zł, do tego jakieś 200 zł za zestaw adaptacyjny i kolejne 100 zł za ramkę. Na Ali dokładnie to samo radio, tyle że z większą pamięcią i lepszym procesorem, kosztowało około 700 zł, a w zestawie była już ramka, kostka i wszystko potrzebne do montażu. W praktyce wystarczyło odpiąć stare i podpiąć nowe.
Do tego dochodzi cały rynek podróbek i kombinowania z aukcjami. Zdarzają się oferty, gdzie oficjalnie kupujesz przypinkę czy inny drobiazg za kilkaset złotych, a faktycznie przychodzi kopia zegarka, ubrania czy innego markowego produktu. Dzisiejsze podróbki potrafią być przy tym wykonane tak dobrze, że na pierwszy rzut oka przeciętny klient często nie jest w stanie odróżnić ich od oryginału.
I tutaj legalny sklep ma jeszcze gorzej. On bardzo często również sprzedaje towar wyprodukowany w Chinach czy na Tajwanie, tylko że musi go oficjalnie sprowadzić, zapłacić VAT, podatki, cło tam, gdzie jest należne, utrzymać działalność i ponosić odpowiedzialność wobec klienta. Tymczasem część podróbek trafia później na bazary, targowiska czy do sprzedaży poza oficjalnym obrotem. Jeżeli taki towar jest sprzedawany bez ewidencji, państwo z tej końcowej sprzedaży nie dostaje należnych podatków, a legalny sprzedawca ma z tym konkurować ceną.
I właśnie tu zaczyna się większy problem. Legalny sklep często nie konkuruje nawet z chińskim producentem, tylko z tym samym azjatyckim towarem sprzedawanym innym kanałem i bez części kosztów, które on musi ponosić. Klient oczywiście patrzy na cenę i trudno mieć do niego pretensje, ale w dłuższej perspektywie efekt jest taki, że własnej produkcji mamy coraz mniej, coraz większa część handlu opiera się na imporcie, a przewaga producentów azjatyckich jeszcze się zwiększa.
Oczywiście mocno odbiega to już od samego tematu przepowiedni, ale niestety taka jest dość smutna rzeczywistość gospodarcza.
Użytkownik pawel19903 edytował ten post 02.09.2026 - 07:51