Napisano
12.05.2012 - 00:06

Wartościowy Post
Ech, siadłem do pisania, ale coś mi po tym wywczasie wena padła… teraz jeszcze się napatoczył jakiś konkursik i myślałem co by tu napisać, myślałem i myślałem, w sumie nawet wymyśliłem i nawet zacząłem, żeby było zabawniej, ale… coś mi wena padła.
Więc może mała odskocznia. Możliwe, że takie pisanie dla samego przekazania jakiejś treści nieco mi pomoże…
Dziś historie będą dwie. Jedna związana z jak najbardziej poważnym tematem, a mianowicie – samobójcy. Druga; humorystyczna przygoda z „satanistami”, przy czym jedna i druga może stanowić świadectwo tego jak bardzo potrzebna mi jest pomoc psychiatryczna…
Może któryś z szanownych czytelników (bądź czytelniczek) ma taki swego rodzaju „dar” do zauważania pewnych zdarzeń częściej, niż inni ludzie. Ja dość późno zorientowałem się, że mam coś takiego… a to przy okazji rozmów ze znajomymi. Jedna mója znajoma co i rusz trafiała na sikających facetów. Nie byłoby w tym nic dziwnego (w końcu w Polsce nawet najznamienitsi artyści zwykli oddawać mocz w miejscach publicznych), gdyby nie częstotliwość tychże spotkań. W pewnym momencie zaczęła nawet liczyć, szybko jednak przestała zdawszy sobie sprawę, że otaczają ją hordy sikających facetów. Jednego dnia po kilku.
Inna widziała również facetów, acz w nieco innej sytuacji. Ta bowiem miała nieprzyjemność oglądać samodzielne akty „miłości”. To już mi dało do myślenia – sam nie widziałem żadnego. A ona – we wszelkich konfiguracjach, w każdej sytuacji. A to sąsiad na balkonie, a to pod prysznicem w… jak to się nazywa… schronisku młodzieżowym. Na plaży. A to nawet jadącego niemrawo dziadka na rowerku. W jednej dłoni kierownica, w drugiej… no właśnie.
Wtedy też ja przyznałem się do swojego „fuksa”. Jak usłyszały, że widzę trupy – możecie sobie wyobrazić reakcję. Ale to prawda. W ciągu swojego nie tak znowu długiego życia widziałem około trzydziestu trupów; wypadki samochodowe, zawały, utonięcia, nawet trzech skoczków z dachu. I żeby było „zabawniej” w większości przypadków widziałem całe zajście.
Pierwszy wypadek, jestem na spacerze z ojcem. Mam sześć lat. Koło mojego domu – przy Grabiszyńskiej, jak już pisałem wcześniej – był taki mostek (Muchoborski), a co za tym idzie i rzeczka, jakiś rząd drzewek i przejazd kolejowy. Ojciec „straszył” mnie, że tam żyją potwory i powiem Wam szczerze, tak to wyglądało. Całe to brudne zielsko w wodzie. Co z tego, że ściek? Dla mnie to był jakiś przegłęboki nurt niezbadany…
No więc idziemy na spacerek, a tu na torach stoi samochód marki „Żuk”. Stoi, bo się zepsuł. Jakieś zamieszanie, ludzie z niego wyłażą, kierowca próbuje odpalić. Żeby nie budować bez sensu grozy, bo też tego jakoś dokładnie nie pamiętam – przywalił w ten samochód hamujący już pociąg. Był huk, wrzask i oczywiście trupy.
To był raz. W rok później – trzech kolejnych, tym razem na skrzyżowaniu pod moim blokiem. Dwa razy samochód, raz tramwaj. Tak można wyliczać i wydaje się, że wyliczam jakoś tak beznamiętnie i bez odpowiedniej czci… ale to nawet nie jest tak, że te rzeczy robiły na mnie jakieś wielkie wrażenie. Śmierć mnie po prostu nie rusza. Jako dzieciak nawet się dziwiłem na pogrzebie dziadka – dlaczego ta moja matka ryczy? Umarł, no stary był… czego się tu spodziewać?
To nie oznacza oczywiście, że nie było mi przykro czy smutno. Oznaczało raczej pogodzenie się z tym.
I tak zmierzamy ku opowieści właściwej. Był wieczór, ja miałem lat najwyżej siedem. Kolega podstępem zmusił mnie do wejścia na huśtawkę i zaczął bujać (a ja nienawidzę huśtawek od czasu kiedy jedna z nich zrobiła mi dziurę w wardze… w zasadzie to ząb mi zrobił tą dziurę, ale nie będziemy się kłócić o szczegóły) – rozbujał ją nieczuły na moje wrzaski i oznajmił, że jak doliczę do stu, zatrzyma się. To było najszybsze liczenie w moim życiu. Pamiętam, że wykorzystałem wtedy „technikę” liczenia zaproponowaną przez naszą nauczycielkę – zamiast mówić osiemdziesiąt osiem, mówiło się osiem osiem. Zamiast siedemnaście, siedemna i tak dalej. Opuściłem wtedy liczby od osiemdziesiąt do dziewięćdziesiąt, kolega się nie zorientował.
Zszedłem z tej huśtawki, wkurzony i wystraszony. Musiałem patrzeć w górę, żeby nie zacząć ryczeć. Dziwne, prawda – śmierć nie robi na mnie wrażenia, ale jakaś durna huśtawka łzy wyciska…
I patrzę w górę. Zachód słońca, nad okolicą górują bloki, które kiedyś wydawały mi się wysokie… okolica skrzyżowania Fiołkowej z Grabiszyńską. I nagle dostrzegam na dachu jednego z tych bloków ludzką sylwetkę. Stoi sobie facio – byłem przekonany, że to mężczyzna – na samej krawędzi. Kumpel próbuje mnie przepraszać, a ja się gapię w górę. Zanim jednak zdążyłem powiedzieć: „patrz!”, mężczyzna skoczył.
Znikł za dachem niższego budynku, kumpel spojrzał tam gdzie ja patrzyłem… może też coś zobaczył… ale na pewno usłyszał. Jakby ktoś zrzucił z dziesiątego piętra worek cementu; łup!, łoskot odbił się echem.
Lecimy więc na miejsce, ja bardzo ochoczo, a kolega już mniej. Chciał mnie zatrzymać. Nie dałem się. Biegnę więc tam gdzie ten trup miał leżeć, a tu pusto. Żadnego trupa, ani śladu. Kręcę się więc po okolicy, szukam… może gdzieś w trawie… nic. W końcu poszliśmy do domu. Podzieliłem się wrażeniami z ojcem, ale oczywiście nie dał wiary temu, co mówiłem. „Przywidziało ci się”… jasne. I przesłyszało. Zbieg okoliczności.
Aczkolwiek z tego bloku skakał kiedyś facet, dziewczyna go rzuciła, to popełnił samobójstwo. Najzabawniejsze jednak jest to, że ja podobnych historii wcale nie musiałem sobie wymyślać, bo i widziałem w życiu – choć później – dwóch lecących, a jednego tylko „rozpłaszczonego”. Jestem natomiast przekonany, że tamtego dnia obok huśtawki dokładnie widziałem tego gościa. I wszystko się zgadzało, jak leciał, nawet ten łoskot jak uderzył o ziemię…
Pora na drugą historię. To, że mogę być dość kopnięty pewnie wywnioskowaliście. Otóż jestem. Boję się różnych irracjonalnych rzeczy; jak jaskinie, mam przepotężny lęk wysokości – przy mnie nie można się nawet lekko wychylić za balkon. Ale cmentarzy po zmroku, ciemnych lasów i trupów nie boję się praktycznie wcale. Jest tylko kilka miejsc, które mi jeżą włosy na plecach.
Mieszkałem na Gądowie, to już czasy liceum. Rodzice uznali, że można mnie zostawić samego w domu, zamiast targać ze sobą na wakacje, więc miałem wolną chatę i korzystałem jak mogłem. Zawsze wolałem funkcjonować w nocy, a wtedy mogłem to robić bez żadnych ograniczeń – nie było rodziców, którzy by mi zrzędzili, że śpię do trzeciej. Nawiasem mówiąc w liceum, w ostatnich dwóch klasach, spałem po cztery godziny dziennie. O 23 zamykałem się w swoim pokoju, czytałem sobie, grałem na komputerze… i ta cisza. To nie jest tak, że cały dom śpi… śpi cały świat. Robi się cicho i słychać te odgłosy, które w dzień nam umykają przytłoczone zgiełkiem. Jest szelest trawy, skrzypienie huśtawek. Słychać sam wiatr w jego istocie (że tak sobie przygrafomanię).
Wtedy też postanowiłem „zwiedzić” sobie znajdujący się nieopodal mojego domu cmentarz żydowski przy Lotniczej. Zawsze mnie ciekawiło co tam jest. Ciekawiło mnie też jak to jest na takiej opuszczonej, zapomnianej przez świat nekropolii. Poczekałem do trzeciej i wyruszyłem. Trochę się pietrałem, muszę przyznać. Myślałem co będzie, jeśli ktoś mnie złapie siedzącego okrakiem na płocie.
W środku jednak – całkowity spokój. Żadnych lampek, żadnych głosów. Przecudnie. Do tej pory – jak mam okazję – lubię się tak przejść.
Łaziłem tak godzinę, może dłużej… na niebie pojawiła się zapowiedź świtu, ale dalej było pieruńsko ciemno. Wtedy też napatoczyłem się na grupkę młodzieńców o „satanistycznej afiliacji”. Jednego nawet znałem, tak mi się przynajmniej wydawało, z podstawówki…
Oj, jak im było śmiechowo, jak odważnie. Wiecie jak to jest, kiedy w grupie dresiarzy ktoś opowiada o tym jak to komuś przywalił, albo jak to się zna na samochodach… niby tak, ale to wszystko na pokaz, te miny, te głosy. I w głosach tych domorosłych satanistów też dało się wyczuć leciutkie drżenie. Wiecie co? Ja nawet nie pamiętam do końca jakie bzdury tam opowiadali, ale chlali to tanie winko, a imię „Lucyfer” padło przynajmniej trzy razy.
Ja nie mówię od razu, że nie ma takich typów jak Aarseth, którzy do sprawy podchodzą na poważnie (to nie znaczy mądrze)… Nie każdy satanista jest taki, ale ci młodociani… cóż. Przeważnie to wielbiciele Burzum i Mayhem’a, którzy lubią opowiadać o paleniu kościołów, sikaniu na groby i smarować w zeszycie pentagramy zamiast penisów.
Tak więc dzieciaki przyszły nocą na cmentarz… nocą, ale nie w jej środku, tylko nad ranem. Dwie dziewczyny i trzech „facetów”. Świeczkami sobie przyświecali.
Na tym cmentarzu nie było… to nie było miejsce uporządkowane. Jest główna aleja, ale większość grobów porosła chaszczami. Żadnych większych budowli. Wszedłem więc w miarę cicho w rząd nagrobków oddalony od głównej alei i zaszeleściłem. Oj, głosy umilkły. Zaszeleściłem znowu. Jeden z kolesi coś tam krzyknął, ale nie odpowiedziałem rzecz jasna, więc grupka go uspokoiła.
Wtedy chrząknąłem, tak jak się „czyści” gardło przed powiedzeniem: „ale wiesz, tutaj to nie masz racji”. Takie zdecydowane, konkretne chrząknięcie. Oj… tu było ostro. Wszyscy wstali, wyjęli te latareczki i zaczęli się wpatrywać w ciemności. Ja z kolei powolutku wycofałem się do głównej ścieżki, z braku wyobraźni chrząknąłem raz jeszcze i szybko przebiegłem na drugą stronę znowu chowając się w chaszczach.
O mało nie pękłem ze śmiechu – „sataniści” wrzasnęli, rzucili się do ucieczki, ale nie w moją stronę rzecz jasna – czyli do wyjścia. Polecieli w głąb cmentarza drąc się jak opętani! A ja za nimi. Powoli, już nie chrząkając, tylko szurając liśćmi. Krok za kroczkiem. Przeszli, oj przeszli przez ten płot. Szczęśliwie dla nich nie wszędzie był drut kolczasty.
Tym samym mogłem przyczynić się do powstania zupełnie nowej miejskiej legendy…