Skocz do zawartości




Dołączona grafikaSzaraki wesoło wybiegły ze szkoły, zapaliły papierosy, wyciągnęły flasz... eee... to nie tutaj... znaczy się zapraszamy do głosowania w kolejnej edycji Złotych Szaraków!Dołączona grafika


Informacje o artykule

  • Dodany: 28.03.2014 - 12:08
  • Aktualizacja: 05.04.2014 - 12:31
  • Wyświetleń: 5662
  • Odnośnik do tematu na forum:
    http://www.paranormalne.pl/topic/35345-kennedyego-zabil-wlasny-ochroniarz/?p=592623

    Podyskutuj o tym artykule na forum
 


* * * * *
0 Ocen

Kennedy'ego zabił własny ochroniarz?

Napisane przez pishor dnia 28.03.2014 - 12:08
Wracam do tego tematu, bo wreszcie udało mi się (na Discovery Historia) oglądnąć dokument "The Smoking Gun", o którym pisałem w pierwszym poście.
Post nosi tytuł tematu, bo powinien być jego początkiem - niestety, tak się złożyło, że kiedy go pisałem, nie miałem możliwości oglądnięcia filmu, mogłem tylko przeczytać krótką wzmiankę o nim.
Teraz to naprawiam.


Film jest tak niesamowity, że aż dech zapiera - tzn. nie tyle sam film, co teoria w nim przedstawiona.
A brzmi ona, najkrócej mówiąc, tak - JFK nie zginął od kul Lee Harvey'a Oswalda.
I są w nim na to przedstawione dowody.
MOCNE dowody. Postaram się je przedstawić w tym poście.
Ale po kolei.

KENNEDY'EGO ZABIŁ WŁASNY OCHRONIARZ?

0. WSTĘP

"W piątek 22 listopada około godziny 11.50 samochody z prezydentem Kennedym, jego żoną Jacqueline, a także gubernatorem Teksasu Johnem Connallym i jego małżonką, ruszyły z lotniska Love Field. Limuzynę marki Lincoln prowadził agent Secret Service William R. Greer, a obok niego siedział jego kolega po fachu Roy H. Kellerman. Tuż za limuzyną prezydenta jechał tzw. „samochód tropiący”, w którym znajdowało się ośmiu agentów Secret Service. Za agentami ochrony jechał samochód z drugą parą i gubernatorem Ralphem Yarborough i kolejny samochód z ochroną wiceprezydenta".

źródło 

Głównym bohaterem filmu jest Howard Donahue, któremu, jako jedynemu, udało się sprostać testowi, jaki w 1967 r. zainicjowała telewizja CBS, która postanowiła sprawdzić, czy przy użyciu broni, z jakiej strzelał Oswald, w czasie, w jakim (podobno) oddał trzy strzały, jest możliwe aby trzykrotnie trafić do poruszającego się celu. Wybudowano wieżę strzelniczą odpowiadającą wysokości na jakiej znajdowało się stanowisko Oswalda, a następnie kazano 11 ochotnikom strzelać do tarczy strzelniczej, poruszającej się po torze odpowiadającym trasie przejazdu limuzyny prezydenckiej. Tylko Donahue sprostał temu zadaniu. Wprawdzie udało mu się to dopiero przy trzeciej próbie ale w czasie 5,6 sec. trzykrotnie trafił do tarczy. Wkrótce po tym teście, popularny magazyn dla mężczyzn "True Man's Magazine" (poświęcony głównie polowaniom) poprosił go o skomentowanie efektów pracy Komisji Warrena.
Tak zaczęła się (trwająca 25 lat) przygoda Howarda Donahue ze sprawą zabójstwa JFK. Film, poświęcony jest głównie jego śledztwu i jego efektom.
Drugim bohaterem jest Colin McLaren, emerytowany śledczy policji australijskiej, który po 18 latach służby zainteresował się efektami śledztwa Donahue i uzupełnił je swoimi odkryciami, w śledztwie prowadzonym po decyzji o odtajnieniu dokumentów z zamachu w Dallas przez administrację Billa Clintona. Duża część ustaleń zaprezentowanych w filmie jest efektem jego śledztwa.
Bohaterem trzecim, jest agent Secret Service, z ochrony prezydenta - George Hickey.

1. SECRET SERVICE
Agenci z bezpośredniej ochrony JFK nie popisali się tego dnia - to pewne. Ciekawe jest jednak, że w noc, poprzedzającą zamach, wykazali się jeszcze większym brakiem profesjonalizmu. Spędzili ją mianowicie na popijawie ze striptizerkami, w hotelowym barze, która trwała do piątej nad ranem (służbę rozpoczynali o 7-ej). Pytany o to przed Komisją Warrena ich szef James Rowley, nie był jakoś szczególnie zaszokowany. Jego zdaniem, sytuacja że agenci Secret Service nie wysypiają się przed służbą, nie jest niczym nadzwyczajnym. O skutkach spożywania alkoholu - nie wspominał. Chociaż przewodniczący komisji - Warren, wręcz sugerował, że mogło to mieć duży wpływ, na fakt, iż nie potrafili dostrzec Oswalda w oknie składnicy (co udało się przynajmniej kilku świadkom). Dziwne było też zachowanie agentów po zamachu. W szpitalu w Parkland, po stwierdzeniu zgonu prezydenta, agenci za wszelką cenę i jak najszybciej starali się nie dopuścić do przeprowadzenia autopsji na miejscu, wbrew przepisom federalnym, a lekarzowi, który chciał ich powstrzymać przed przewiezieniem zwłok na lotnisko, zagrozili, że zrobią to "choćby po jego trupie"

2. ZAMACH
Jak wiadomo, na podstawie śledztwa i dochodzenia Komisji Warrena, do JFK oddano trzy strzały. Wersja oficjalna mówi, że strzelał Lee Harvey Oswald, który korzystał z karabinku włoskiej produkcji Manllicher Carcano model 91/38, kaliber 6,5 mm. Oddał z niego trzy strzały, w przeciągu 5-6-ciu sec. Dwa z nich (pierwszy i trzeci) trafiły do celu, a jeden był chybiony (drugi). Zabójca strzelał z okna składnicy książek ulokowanego na 6-tym piętrze budynku.
Komisja Warrena stwierdziła, że Oswald był JEDYNYM zamachowcem i to na nim ciąży zarzut zabójstwa prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Praktycznie od samego początku, wersja oficjalna była podważana.  
Jej przeciwnicy uważali, że mało prawdopodobnym jest by strzelec o takich umiejętnościach jak Oswald, przy pomocy broni tak zawodnej jak karabin Carcano, w czasie tak krótkim (6 sec.), był w stanie:
po pierwsze - w ogóle oddać trzy strzały
po drugie - trafić, chociażby dwukrotnie, do ruchomego celu
Kwestia ilości strzałów była o tyle sporna, że karabin Carcano, nie był jakimś szczególnym cudem techniki. Była to dość przestarzała konstrukcja (produkowano go w latach 1891-1945), przeznaczona dla wojska, mająca na dodatek tendencję do zacinania się.
Został on zakupiony przez Oswalda w sklepie wysyłkowym i, co ciekawe, był on najtańszym modelem z tych, które miał do wyboru - razem (z dość prymitywnym celownikiem) kosztował niecałe 20 dolarów.
Kwestia umiejętności Oswalda była niemniej sporna. Wprawdzie służył on w U.S. Marines ale jego osiągnięcia na strzelnicy, (w trakcie służby) były dość przeciętne. Na dodatek, miejsce z którego strzelał nie było optymalne. Wprawdzie samochód, w którym jechał JFK poruszał się z niewielką prędkością (12 - 18 km/h) ale oddalał się od strzelca, a jego trasa prowadziła po lekkim łuku (co ciekawe, strzały nie padły wtedy, kiedy samochód wchodził w zakręt (mniejsza prędkość - cel dużo bliżej, bo ok 30 m) na wprost okna z którego strzelał Oswald ale wtedy kiedy z niego wychodził (i przyspieszał - cel dużo dalej, śmiertelny strzał z odległości ok 80 m). Pozycja Oswalda też nie była szczególnie komfortowa - strzały oddawał z okna składnicy tylko częściowo odsłoniętego, opierając swój karabin na tekturowych pudłach.
Liczbę strzałów (trzy) ustalono na podstawie relacji świadków i ilości łusek znalezionym w pomieszczeniu, z którego strzelał Oswald.

3. KOLEJNOŚĆ STRZAŁÓW
Komisja Warrena ustaliła, że oddano trzy strzały, przy czym celne były tylko dwa z nich.
Pierwszy, który trafił JFK w podstawę szyi, wyszedł tuż pod "jabłkiem Adama", następnie trafił gubernatora Conallego w plecy, poniżej prawej pachy, roztrzaskał mu piąte żebro, strzaskał prawy nadgarstek, by ostatecznie utkwić w jego lewym udzie. I trzeci - ten, który roztrzaskał prezydentowi głowę. Strzał drugi miał być niecelny.
Tymczasem pojawiły się pewne nieścisłości.
Gubernator Conally, zarówno zeznając przed Komisją Warrena (która nie zgodziła się z tym zeznaniem) jak i później, 23 października 1966 r.  w oficjalnym wystąpieniu, zaprzeczał, żeby został trafiony podczas pierwszego strzału. Jednocześnie zeznał, że od strzału tego ucierpiał prezydent.
Conally powiedział: cyt. "Jestem przekonany ponad wszelką wątpliwość, że nie zostałem ugodzony pierwszą kulą. Usłyszałem pierwszy strzał, obróciłem się w prawo, nic nie zobaczyłem i zacząłem obracać się w lewo, kiedy ugodziła mnie druga kula. Pierwszy pocisk sięgnął prezydenta ale nie mnie".
Zdaje się to potwierdzać agent Secret Service - Kellerman, jadący w prezydenckiej limuzynie obok kierowcy. Zeznał on, że po pierwszym strzale odwrócił się w stronę prezydenta, zobaczył, że podniósł on rękę do twarzy i usłyszał jak krzyknął  "Boże, zostałem trafiony".
Donahue twierdzi, że był to wynik niecelnego strzału, którego rykoszet (np. odprysk krawężnika) musiał trafić JFK - gdyby to był efekt strzału, który przebił szyję prezydenta, to ten nie zdołałby nic powiedzieć.

4. ŁUSKI
Na miejscu zamachu (w pomieszczeniu, z którego strzelał Oswald) znaleziono trzy łuski. Dwie, leżące obok siebie i jedną, leżącą nieco dalej. Fakt pozornie bez znaczenia ale jednak dość istotny. W przypadku gdyby Oswald faktycznie oddał trzy strzały, wszystkie łuski powinny były znajdować się mniej więcej w tym samym miejscu. W końcu po strzale następuje wyrzucenie łuski z komory, a ta upada w określonej odległości od pozycji strzelca. Dlaczego jedna leżała dalej? Wyjaśnienie tej kwestii może być banalne. Jedna z tych łusek nie była efektem oddanego strzału - stanowiła ona zabezpieczenie komory, swoistego rodzaju "zaślepkę" zapobiegająca dostawaniu się wilgoci do komory. Oswald przed rozpoczęciem ostrzału wyjął ją z komory, odrzucił (dlatego leżała dalej niż dwie pozostałe) a dopiero później załadował karabin i zaczął strzelać. Tą tezę potwierdzałyby inne zarysowania / uszkodzenia tej konkretnej łuski, różniące się od tych zaobserwowanych na dwóch pozostałych.
Wniosek?
Oswald oddał nie trzy ale tylko dwa strzały. Kto oddał trzeci?

5. KULE
Jak ustalono podczas śledztwa, Oswald używał pocisków pełno płaszczowych z ołowianym rdzeniem. Pociski te charakteryzują się tym, że pozostawiają czyste i niewielkie rany. Ich kaliber to, jak wspomniano 6,5 mm, więc otwór wlotowy powinien być nieco większy. Tymczasem, o ile rana wlotowa u podstawy szyi JFK miała średnicę ok 7 mm, o tyle rana w tylnej części głowy prezydenta (będąca efektem śmiertelnego strzału) miała średnicę tylko 6 mm. Czyli była mniejsza niż kaliber broni z jakiej strzelał Oswald. Komisja Warrena nie zwróciła na to uwagi. Co więcej, w roku 1968, okazało się, że raport z sekcji zwłok zawiera poważny błąd. A mianowicie źle zlokalizowano otwór wlotowy po trzecim (śmiertelnym) strzale. Główny patolog stanu Maryland, Russel Fisher, który na polecenie gubernatora generalnego analizował raport z sekcji zwłok, ustalił, że rana po pocisku znajdowała się aż o 10 cm wyżej niż ustalono to podczas sekcji i bliżej lewej strony jego głowy. Wykluczało to strzał z okna składnicy.
Wniosek?
Śmiertelny strzał, nie mógł być oddany z broni Oswalda i przez niego. Musiał on paść zza pleców Kennedyego, z jego lewej strony. Kto zatem oddał śmiertelny strzał?

6. RANY
Jak ustaliła Komisja Warrena, przyczyną śmierci JFK było bezpośrednie trafienie w głowę - skutek trzeciego strzału. Problem z tą raną polegał na tym, że głowa prezydenta praktycznie eksplodowała. Wskazywałoby to na użycie innego rodzaju pocisku, niż te, których używał Oswald. Pocisku rozpryskowego. Przeprowadzający autopsję patolog James Joseph Humes, stwierdził, że na zdjęciu rentgenowskim czaszki prezydenta, widać było ok. 30 - 40-tu kawałków pocisku, które utkwiły w jego mózgu.
Potwierdzałoby to tezę o innym strzelcu i innym rodzaju broni.

7. ZAPACH PROCHU
10-ciu świadków zamachu (w tym kilku agentów Secret Service) zeznało, że po trzecim (śmiertelnym) strzale, czuło zapach prochu.
Najbardziej istotnym świadkiem jest tu policjant stojący na wiadukcie pod którym przejeżdżała kolumna prezydencka po zamachu, który zeznał, że poczuł wtedy zapach prochu. Warto przypomnieć, że wiatr wiał od strony wiaduktu , w kierunku składnicy, z której strzelał Oswald - gdyby to on oddał trzeci strzał, to zapach prochu nie miałby szans na dotarcie do wiaduktu, bo musiałby się przemieszczać pod wiatr. Wskazywałoby na to, że zapach prochu ciągnął się za przejeżdżającymi samochodami, a zatem, trzeci strzał musiała oddać osoba siedząca w jednym z nich. Jedynymi uzbrojonymi osobami w kolumnie byli agenci Secret Service.

8. KARABIN
Donahue, zaskoczony tą możliwością, napisał pismo do Secret Service, w którym zapytał - jacy agenci jechali  w samochodach za limuzyną prezydencką i w jaką broń byli uzbrojeni. W odpowiedzi otrzymał zdawkową informację, że agenci z ochrony prezydenta, byli uzbrojeni tylko w broń krótką (szef Secret Service - James Rowley, pytany o to samo przed Komisją Warrena, również próbował przekonywać, że agenci nie mieli broni automatycznej, a przyciskany przez przewodniczącego komisji, zaczął udzielać wymijających odpowiedzi).
To nie była prawda.
Tuż za limuzyną prezydencką, poruszało się auto z ośmioma agentami Secret Service. Na podłodze tego samochodu, zabezpieczony ale gotowy do strzału, leżał karabin AR 15, kalibru 5,56 mm (przypomnijmy, że otwór w czaszce prezydenta miał średnicę 6 mm)
Jedenastu świadków widziało agenta z tą bronią w ręku, w tym dwóch - w momencie kiedy padł trzeci strzał. Siedmiu z tych świadków było agentami Secret Service.
Agentem, o którym mowa był George Hickey

Dołączona grafika
Jedyne zdjęcie z dnia zamachu na JFK, na którym widać agenta Hickey'a z karabinem.

George Hickey był, "świeżym nabytkiem" w ochronie prezydenta - pracował w niej zaledwie od 4 miesięcy i jego głównym zadaniem było dbanie o samochody jeżdżące w kolumnie prezydenckiej. Tego dnia, wyjątkowo zajął miejsce snajpera, w samochodzie z agentami, jadącym za limuzyna prezydencką, dlatego to on miał po ręką karabin automatyczny. W swoich zeznaniach, spisanych kilka dni po zamachu, potwierdził, że sięgnął po karabin ale twierdził, że zrobił to dopiero PO trzecim strzale.
Świadkowie twierdzą co innego.
Z ich zeznań wynika, że karabin w rekach Hickeya pojawił się już po strzale pierwszym. Jeden z nich zeznał nawet, że widział agenta z bronią automatyczną, który stał w samochodzie jadącym za limuzyną prezydencką, rozglądając się na boki i ZACHWIAŁ się, kiedy samochód przyspieszył, a następnie OPADŁ na siedzenie. Hickey twierdził również, że karabin NIE BYŁ naładowany (jego kolega, agent Kellerman zeznał coś przeciwnego - karabin był gotowy do strzału i tylko zabezpieczony).
Prawdopodobny przebieg zdarzeń wyglądał zatem tak, że Hickey słysząc pierwszy strzał, sięgnął po karabin, wstając (wtedy padł strzał drugi) odbezpieczył go, a kiedy samochód gwałtownie przyspieszył - odruchowo nacisnął na spust, przypadkowo trafiając prezydenta w głowę.
Co ciekawe, te rewelacje ukazały się w mediach trzykrotnie.
Po raz pierwszy w latach siedemdziesiątych, jako artykuł w gazecie "The Sun Magazine".
Przeszedł on bez echa i bez żadnej reakcji Hickey'a (może dlatego, że piszący go Donahue nie podał wtedy jego nazwiska - napisał tylko, że strzał został oddany przez agenta Secret Service).
Po raz drugi w latach dziewięćdziesiątych (1992 r.), kiedy to wydano książkę pt. "Mortal Error" autorstwa Bonara Menningera, opisującą ustalenia ze śledztwa Donahue.
Wtedy już nazwisko Hickey'a padło. Przed wydaniem książki, zarówno Menninger, jak i jego wydawca, próbowali skontaktować się z nim, żeby poznać jego wersję i zamieścić ją w niej. Bez skutku.
Dopiero trzy lata po pojawieniu się książki na rynku, Hickey zdecydował się na pozew sądowy. Został on oddalony, ze względu na zbyt długi odstęp czasu, który minął od pojawienia się książki na rynku.
Sytuacja zmieniła się w roku 1996 kiedy to książka pojawiła się w kolejnym wydaniu. Hickey podał jej autora i Howarda Donahue do sądu. Sprawa zakończyła się ugodą - autorzy książki chcieli uniknąć kosztownego procesu sądowego.
George HIckey zmarł w roku 2005.
Nigdy nie wypowiedział się na temat zarzutów o przypadkowe zastrzelenie prezydenta, ani nie udzielał żadnych wywiadów na temat samego zamachu.

P.S.
Miałem w planach jeszcze trzy punkty, które roboczo nazwałem:

9. SEKCJA ZWŁOK
O autopsji ciała prezydenta przeprowadzonej w skandalicznych warunkach w szpitalu marynarki wojennej w Bethesda i zastraszaniu przez agentów Secret Service lekarzy ją przeprowadzających.

10. ZACIERANIE DOWODÓW
O działaniach Secret Service, które ukryło lub zniszczyło ważne dla śledztwa dowody min. zdjęcia rentgenowskie czaszki prezydenta, jego mózg, a także dokumenty z dnia zamachu (te zniszczono akurat tydzień przed odtajnieniem przez administrację Clintona)

11. ŚWIADKOWIE
O tym ilu i jak ważnych świadków nie stanęło przed komisją Warrena, nawet wtedy, kiedy chciał ich powołać przewodniczący tej komisji.

...zorientowałem się jednak, że wychodzi z tego zbyt duży elaborat, który może zniechęcić do jego przeczytania.
Zainteresowanych odsyłam zatem do filmu.
  • 0

stat4u