Skocz do zawartości




Zdjęcie

Rodzinna klątwa?


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
1 odpowiedź w tym temacie

#1

Agnieszka81
  • Postów: 298
  • Tematów: 27
  • Płeć:Kobieta
Reputacja dobra
Reputacja

Napisano

Na początku marca 1998 roku samobójstwo popełniła 19-letnia dziewczyna o imieniu Marta. Marta skoczyła do studni i zabiła się. Wydarzyło się to w miasteczku o malowniczej, egzotycznie brzmiącej dla polskiego ucha nazwie - Santeramo in Colle, położonym w okolicach Bari we Włoszech. Samobójstwo to tragiczne zajście, jednak cóż w tym dziwnego? Wszak zdarza się, że nastolatki tego rodzaju czynami demonstrują swe uczucia. Jednak z Martą rzecz miała się inaczej. Mianowicie, o czym agencje prasowe poinformowały świat, trzy lata wcześniej ,,w identyczny sposób, skacząc do tej samej studni, popełniła samobójstwo matka Marty. Przed kilkunastoma laty zaś, ciągle w tej samej studni, zakończył życie, również w sposób samobójczy, dziadek dziewczyny.'' Tyle przypadków w jednej studni i jednej rodzinie? Czy może ktoś rzucił klątwę na rodzinę Marty?

 

Remove-a-suicide-curse-with-skull.jpg

 

Trzydzieści lat wcześniej doszło do równie niepokojących zdarzeń. 17 stycznia 1968 roku nad ranem Patrycja Rush, 23-letnia mieszkanka Santa Monica w Kalifornii, w sypialni swego domu położonego tuż przy brzegu oceanu obudziła swojego męża, szarpiąc go za ramię. Po chwili wydała przeszywający okrzyk, po czym straciła przytomność. Mimo reanimacji młoda kobieta zmarła. Sekcja wykazała, że przyczyna śmierci jest nieznana. Zagadka? To jeszcze nie koniec! Pięć lat wcześniej, również z nieznanych powodów, zmarła Beverley - młodsza siostra Patrycji. Beverley miała wówczas 17 lat. Tuż przed śmiercią nastolatka zażywała kąpieli - działo się to w kalifornijskiej miejscowości Porteville. Beverley nagle wyszła z basenu i zaczęła się rozglądać, wyraźnie przestraszona. Potem krzyknęła, straciła przytomność i w chwilę później zmarła. Raport anatomopatologa donosił, że śmierć nastąpiła z naturalnych choć niewyjaśnionych powodów. Co sprawiło, że Beverley i Patrycja z Kalifornii, dwie siostry, zmarły z przerażenia - w tajemniczych okolicznościach i w identyczny, niewytłumaczalny sposób?

 

Tego rodzaju tajemnicze zdarzenia mają miejsce również w Polsce. Co na przykład sądzić o opisanej poniżej sprawie braci Sosnowskich? Wypowiedzi członków rodziny jasno prezentują przebieg wypadków. Jednak co było przyczyną serii sześciu zgonów, do których doszło w ciągu dwudziestu lat?

Nieprawdopodobny splot okoliczności dotknął w sposób tragiczny sześciu braci mieszkających w Bydgoszczy i Toruniu. W przypadku tej sprawy, na prośbę osób zainteresowanych, personalia osób zostały zmienione. 

Przed trzynastoma laty w mieszkaniu bloku jednego z toruńskich osiedli zmarł Kazimierz Sosnowski - podczas kąpieli w wannie. Lekarz orzekł, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych, że to zwykłą śmierć dla mężczyzny dobiegającego siedemdziesiątki. Nic dziwnego? Zapewne, tylko że Kazimierz był najmłodszym z sześciu braci Sosnowskich. Wszyscy oni odeszli z tego świata w różnych mieszkaniach, ale każdy z nich umarł w wannie. 

Gdy zmarł najstarszy z braci - Stanisław - wywołało to w rodzinie zwyczajowe poruszenie, jak to bywa przy śmierci krewnego. Nic w tym przecież zaskakującego, że sześćdziesięciokilkuletni mężczyzna umiera w wannie podczas kąpieli. Banalny, jak to się wówczas, w połowie lat sześćdziesiątych mówiło: ,,udar serca''. Jednak gdy trzy lata później, w identycznych okolicznościach skonał Jan, jeden z młodszych braci Sosnowskich, wywołało to wśród krewnych pewne podejrzenia. 

- Dwa lata później, po zgonie Januarego, kolejnego z moich stryjów, zarówno rodzina, jak i znajomi zaczęli przebąkiwać o tym, że ktoś musiał rzucić urok - mówi Renata Kalicka, mieszkanka Torunia. - Ludzie są strasznie przesądni. Potem, po następnych pogrzebach, coraz więcej osób nie kryło się z takimi podejrzeniami. Wszyscy okropnie plotkowali

Jak jednak, w racjonalny sposób, wytłumaczyć serię zgonów, która nie dość, że w ciągu blisko ćwierćwiecza dotknęła sześciu braci, to miała jeszcze kilka oryginalnych wyróżników? Zbliżony wiek braci, gdy umierali oraz tę samą przyczynę i miejsce śmierci: wszystkim Sosnowskim, sześciu braciom serca ,,pękły'' w wannach!

  - Ta tragiczna seria śmierci dotknęła mojego dziadka i pięciu jego braci - mówi Katarzyna Grzyńska, mieszkanka Bydgoszczy. - Na stypie, po kolejnym, trzecim już pogrzebie, było to w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, ktoś z krewnych wziął w tej sprawie na spytki matkę dotkniętych epidemią. Jednak prababcia w widoczny sposób starała się omijać ten temat. Unikała go, póki przyparto ją do muru. Wówczas po prostu milczała. Czuliśmy, że chciała coś przed nami ukryć.

 

Prababka pani Grzyńskiej, Zenobia Sosnowska, urodziła się i wychowała w rodzinie szlacheckiej uznawanej za majętną. Z tej samej sfery wywodził się jej mąż, zmarły w czasie II wojny światowej. Odziedziczył on nawet tytuł hrabiowski. Ich synowie, ofiary ,,śmierci w wannie'', rodzili się w wychowywali w dobrach rodzinnych w okolicach Grudziądza. Sosnowscy spędzali zwykle zimy w Bydgoszczy i Toruniu, w kamienicach należących do rodu i pełniących role rezydencji. Jak przypuszcza pani Grzyńska, tajemnica - czyli ,,klątwa'', jej przyczyna i ten, kto ją rzucił - musi wiązać się z jednym z tych miejsc. Według Katarzyny Grzyńskiej coś musiało się tam wydarzyć w pierwszych latach dwudziestego wieku. Sześciu braci - pięciu dziadków stryjecznych (najstarszy z nich, Stanisław, urodził się w 1905 roku) i dziadek pani Grzyńskiej (Kazimierz, najmłodszy spośród braci, urodzony w 1918 roku) - dorosło i zdobyło solidne wykształcenie. Wszyscy oni przetrwali w zdrowiu wojenną zawieruchę, a także tę powojenną, która odebrała rodzinie jej status społeczny i zasoby.

 

Suicide-curse-victim.jpg

 

- Spośród tych sześciu mężczyzn tylko mój dziadek się ożenił - z naciskiem stwierdza pani Grzyńska. - Z tego związku miał trzy córki. Może był jedynym ryzykantem między Sosnowskimi? Bo wygląda na to, że stryjeczni dziadkowie wiedzieli o klątwie i bali się, że przejdzie na następne pokolenia. Jakkolwiek by było, nazwisko rodowe nie przetrwało.

Czy własnie na tym komuś zależało? Ktoś czy coś rzuciło klątwę, aby ród wygasł?

 

- Co dwa, trzy lata mieliśmy w rodzinie pogrzeb. Z czasem można by się do tego przyzwyczaić, gdyby nie niepewność, na kogo następnego kolej, kogo klątwa trafi - zwierza się pani Katarzyna. - Ale z tego świata schodziła kolejno tylko ta piątka zatwardziałych kawalerów. Ostatni był mój dziadek, ryzykant, który się ożenił.

Pani Katarzyna podkreśla, że całą rodzinę intrygowało, iż bracia, którzy jeszcze żyli, słysząc o klątwie nabierali wody w usta. To sformułowanie wydaje się akurat w tym przypadku nietaktowne, ale w pełni oddaje sytuację.

- Ostatni z nich, mój stryj, a dziadek Kasi, umarł trzynaście lat temu, w moim mieszkaniu, w Toruniu - mówi Renata Kalicka, ciotka pani Grzyńskiej. - Mieszkał z nami, bo tak się poukładało. Metraż był właściwy, a i stryj Kazik nie należał do osób kłopotliwych na co dzień. Myślę, że to tragedia dla rodziny te wszystkie zgony. Ale ludzie, wcześniej czy później umierają. Z tą klątwą to jakaś bzdura. To nic innego, jak zbieg nieszczęśliwych przypadków.

Kazimierz od wielu lat mieszkał w Toruniu i tam umarł, miał tam też być pochowany. Zenobia Sosnowska bardzo chciała pojechać na pogrzeb najmłodszego, a jednocześnie ostatniego z synów - wśród żywych zostało jej tylko jedno dziecko: córka - matka pani Kalickiej. 

- Prababcia dobiegała już setki, ale nadal utrzymywała się w niezłej formie, zarówno fizycznej, jak i psychicznej - wspomina Katarzyna Grzyńska. - Prababcię miał zawieźć z Bydgoszczy do Torunia jeden z kuzynów, dysponujący wtedy samochodem. 

Zenobia Sosnowska nie dotarła jednak na smutną uroczystość. Samochód wpadł w poślizg na oblodzonej jezdni. Doszło do zderzenia z innym wozem i kierowca wraz z leciwą pasażerką wylądowali w szpitalu. Kuzyn pani Grzyńskiej już po kilku dniach chodził o własnych siłach. Zenobia Sosnowska, nie odzyskawszy przytomności, zmarła dwa tygodnie później. Przyczyny klątwy - o ile ją znała - nie ujawniła. Tajemnicę zabrała ze sobą do grobu.

- Od tego czasu nikt w naszej rodzinie, bez względu na płeć, wiek i ,,odległość'' pokrewieństwa, nie zakończył życia w wannie - zapewnia Renata Kalicka. - Zbiegi okoliczności mamy już za sobą. Ja nie jestem przesądna. Nie widzę w ogóle powodu, by robić sensację z tego, że moi stryjowie poumierali.

- Mam nadzieję, że klątwa dotyczyła tylko tych krewniaków, w których już trafiła. Że w przyszłości nie dotknie nikogo z nas - mówi pani Grzyńska, jednoznacznie oceniając serię śmierci w rodzinie Sosnowskich. - My z mężem wstawiliśmy sobie do łazienki prysznic w miejsce wanny. Ale jeśli ta śmierć bierze się z wody? Człowiek nie wie już, co o tym myśleć i nawet na szklankę herbaty patrzy z podejrzliwością.

 

Zdarzeń tego rodzaju nie jest mało i aż trudno uwierzyć, że to tylko przypadki. Klątwy rodzinne, czy jak te zajścia nazywać, realizowane są nie tylko przy udziale wody: z kalifornijskiego oceanicznego wybrzeża, włoskiej studni czy polskiej wanny. Narzędziem losu (albo przekleństwa) bywają też samochody.

 

Wtorek, 28 kwietnia 1998 roku, droga na trasie Grodzisk - Sypnie, na Białostocczyźnie. Wieczorem mieszkaniec jednej z tamtejszych wsi, 62-letni mężczyzna, wyjechał swoim fiatem 126p na szosę. Człowiek ten wybrał się na poszukiwanie swojego starszego brata, zaniepokojony jego długą nieobecnością. Panowie mieszkali razem, zaś starszy z nich wybrał się tego dnia rowerem do znajomych. 

Wieczór był pogodny, młodszy z braci, tkwiący za kierownicą fiacika, pędził szosą. Mężczyzna w świetle  reflektorów nie dostrzegł przeszkody na jezdni. Nagle wozem zarzuciło: koła podskoczyły na jakimś wzniesieniu. Mężczyzna zatrzymał samochód i wysiadł. Okazało się, że przejechał człowieka. Ofiarą, która poniosła śmierć na miejscu, był...jego starszy brat.

Świadek tego zdarzenia, kierowca opla, chwilę wcześniej dostrzegł leżącego na szosie nieprzytomnego człowieka, a tuż obok porzucony rower. Kierowca ten wysiadł z samochodu i usiłował odciągnąć nieprzytomnego z asfaltu na pobocze. Jednak działania ratunkowe przerwało mu pojawienie się fiata 126p, który przejechał rowerzystę, a następnie powlókł jego ciało kilka metrów po szosie. Policja stwierdziła, że wszyscy biorący udział w tym zajściu byli trzeźwi. Nie udało się jednak ustalić, dlaczego ofiara wypadku - 64-letni mieszkaniec białostockiej wsi - stracił przytomność i spadł z roweru. Jeszcze raz należy spytać: przypadek? Może jednak czyjeś złe życzenie? Czy ktoś rzucił na braci klątwę?

W Hamilton, miejscowości na Bermudach, jadący motorowerem Erskine Lawrence Ebbin został potrącony przez taksówkę. Ten 17-letni chłopiec zginął na miejscu. Rok wcześniej, na tej samej ulicy, doszło do identycznego wypadku. Sprawcą był ten sam taksówkarz, prowadzący ten sam samochód. W obydwu przypadkach policja nie stwierdziła winy taksówkarza. Co w tym naprawdę niezwyczajne to fakt, że wcześniejszą ofiarą był chłopiec o imieniu Neville, starszy brat Erskine'a. W dniu śmierci Neville również miał 17 lat i jechał na motorowerze. Tak jak Erskine, Neville Ebbin zginął na miejscu.

 

źródło:

Na podstawie książki Wojciecha Chudzińskiego i Tadeusza Oszubskiego ,,Niewyjaśnione zjawiska w Polsce'', Katowice 2003


Użytkownik Agnieszka81 edytował ten post 08.09.2018 - 11:37

  • 1

#2

serim
  • Postów: 48
  • Tematów: 1
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano

Raczej na 50% urok klątwa reszta bardzo dziwny przypadek chyba że 24/7 siedzieli w wannnie
(nie mogłem się powstrzymać)
Częste mycie skraca życie

Wysłane z mojego D5803 przy użyciu Tapatalka
  • 0





Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u