Skocz do zawartości




Zdjęcie

Specyfika środowiska naukowego


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
29 odpowiedzi w tym temacie

#1

Legalize.
  • Postów: 2723
  • Tematów: 123
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano

Specyfika środowiska naukowego



Artykuł ten nie ma na celu wykazania jakichkolwiek dowodów, służy tym, którzy pragną w drobnej części zrozumieć problematyke środowiska naukowego.
Materiał ten na podstawie określonych przykładów, wykazuje wiele paradoksów z którymi borykają się naukowcy aby zaistnieć w świecie nauki. Przybliża problematyke chierarchii jaka od zawsze panowała w środowisku naukowców. Ukazuje przykłady oszutw, wojen, wojenek, dogmatów i arogancji, które niejednokrotnie przeobrażają pozornie niewinną prace w wielką batalie świata nauki. Kto w tym wszystkim zyskuje a kto traci?? Przeczytajcie artykuł a się dowiecie...


Czy naukowcy spiskują??



Następująca relacja brzmi wprawdzie nieprawdopodobnie, lecz jest autentyczna. Podczas eksperymentu biologicznego przeprowadzonego w końcu lat osiemdziesiątych w Instytucie Biologii Molekularnej profesora Davida Baltimore (laureat Nagrody Nobla, rektor Uniwersytetu Rockefellera w Nowym Jorku) w USA a kierowanego przez profesora biologii Terezę Imanishi – Kari naukowcy pomalowali flamastrem czarne plamy na sierści białych myszy, aby na zdjęciach wyglądały na transplantację skóry. Kiey pojawiły się pierwsze wątpliwości co do tego eksperymentu, profesor Imanishi – Kari zajadle broniła swoich wyników, licząc na poparcie profesora Baltimore, który wprawdzie nie uczestniczył w wątpliwym doświadczeniu, ale wymieniony został w sporym artykule jako jego współautor. Kiedy jednak włączono do sprawy „detektywów naukowych”, fałszerstwo wyszło na jaw. Cały dowcip polega na tym, że zarówno Imanishi – Kari, jak i Baltimore nadal wykładają na wyższych uczelniach, a profesor Baltimore nadal jest rektorem uniwersytetu.
Według sprawozdania profesora H. Holzgreve’a i dr. Med. J. Aumillera opublikowanego 16 września 1989 roku w „Munchener Medizinichen Wochenscharift” „między 1970 a 1985 rokiem w samych badaniach klinicznych popełniono co najmniej sześć, a w podstawowych przedmiotach trzynaście przypadków przestępstw naukowych”. Amerykańska Komisja do spraw Leków wykryła w 1975 roku ponad dwadzieścia oszustw w badaniach klinicznych , w trzynastu przypadkach doszło do skazania winnych.
Przez prasę przewinęło się wiele znamiennych przypadków tego rodzaju. Na przykład niejaki S. Breeunig opublikował w pismach naukowych w czasie swojej kariery akademickiej około pięćdziesięciu artykułów o lekach psychotropowych. Zamieszczone w nich dane były nieprawdziwe. Nie był to przypadek odosobniony. Stale ujawniane są podobne, a dla ich zbadania zatrudnia się specjalne komisje kontroli.

Albrecht Folsing z entuzjazmem zajmuje się takimi manipulacjami w świecie naukowym. „Ścisłe pojęcie nauki oddaje oschły ton pism fachowych publikujących artykuły, z których usunięto ślady zawisłości ludzkiej duszy” zauważa we wstępie do swojej książki Der Mogelfaktor (Blagierski czynnik). Następnie przedstawia kolejne przypadki udowodnienia uznanym naukowcom świadomych machinacji. Ale Folsing nie generalizuje tej sprawy. „Jeśli wejdziemy do przybytku nauki bocznym lub tylnym wejściem, to ujrzymy bardzo interesujące rzeczy. Początkowo zaskakuje niezbyt systematyczne postępowanie badaczy z pogranicza nauki. Ogromne wrażenie sprawia ich altruizm. Wrażliwość praw natury motywują ich do najwspanialszych wyników. Jednocześnie jednak pewną rolę odgrywają ambicje – chęć zrobienia kariery i osiągnięcia pewnego statusu – a co za tym idzie podatność na wszelkie ludzkie słabości, które nie są widoczne na oficjalnym obliczu nauki”.
W rzeczywistości przypadki przestępstw naukowych zdarzają się znacznie częściej, niż przypuszczamy. Na przykład młody lekarz John Robert Darsee opublikował podczas dwunastoletniej działalności na Uniwersytecie Harvarda około stu artykułów. Zamierzano oddać mu do dyspozycji laboratorium. Flosing komentuje ten fakt w sposób lapidarny: „Przy odrobinie zdrowego rozsądku można było jednak na to wpaść, że napisanie jednego artykułu na tydzień może być możliwe tylko przy znacznym skróceniu trudnej drogi do prawdy”. Wreszcie ujawniono, że większość prac Darsee’go to plagiaty, a przełożeni musieli zwrócić narodowemu Instytutowi Zdrowia ponad 700 tyś. Dolarów ze środków przeznaczonych na badania naukowe.
Jeśli czyn Darsee’a można tłumaczyć młodym wiekiem, to ujawnienie kombinacji Sir Cyrila Bruta było o wiele bardziej skomplikowane. Długo uchodził za jednego z najznamienitszych naukowców angielskich. Za zasługi akademickie otrzymał tytuł szlachecki. Do odejścia na emeryturę w 1963 roku kierował uznaną katedrą psychologii na Uniweristy College w Londynie i wydawał jedno z najpoważniejszych pism naukowych. Kiedy entuzjasta Bruta, profesor Leslie Hearnshaw, zaczął gromadzić materiały do obszernej biografii tego znanego naukowca, natrafiał stale na jakieś nonsensy w pracach utytułowanego akademika. Hearnshaw zaczął przeczuwać coś niedobrego. Pewnego dnia znalazł w spuściźnie Burta kartoteki i dzienniki, z których wyłoniły się szeregi sfałszowanych danych. Mimo to zwolennicy Burta bronili go jeszcze przez lata. Dopiero po ukazaniu się książki Hearnshawa w 1979 roku polemika nagle ucichła.
W końcu lat osiemdziesiątych doszło do skandalu na uniwersyteckim środowisku w Zurychu. Pewien doktorant Instytutu Biologii Molekularnej fałszował w latach 1989/90 dane naukowe. Na krótko przed wykryciem oszustwa, w marcu 1991 roku, ten dyplomowany biochemik odebrał sobie życie. Wyniki swoich prac nad wyhodowaniem wirusów odry zdolnych do rozmnażania opublikował w 1990 roku w różnych periodykach naukowych i przedstawił na kongresie specjalistów. Instytut w Zurychu nawet wdrożył te metodę. Dopiero po samobójstwie naukowca wyszło na jaw, jakie niedorzeczności zawierała jego dokumentacja.
Coraz częściej periodyki naukowe poddawane są krytyce. Wymieńmy choćby przypadek Irakijczyka Eliasa Alsbatiego, który pod koniec lat siedemdziesiątych zamieścił setki prac naukowych w pismach akademickich. Prace te okazały się plagiatami. Przypadek Asbatiego ukazał, jak absurdalne bywają kryteria oceny i mechanizmy kontroli w wielu znanych pismach naukowych. Powodem tego stanu rzeczy może być ogromna liczba periodyków naukowych, której chyba nikt nie zna. Nic dziwnego, że eksperci mają coraz większe trudności w ocenie prawdziwości publikacji. Sprawą dyskusyjną jest sens istnienia tylu tytułów, tym bardziej że niskie nakłady pism naukowych pociągają za sobą z reguły dość wysokie ceny.
To nie rynkowe siły podaży i popytu kształtują ceny wielu pism naukowych”, piszą William Broad i Nicholas Wade w książce Betrug und Tauschung In der Wissenschaft (Oszustwo i kamuflaż w nauce). „Ponieważ sprzedaje się niewiele egzemplarzy, wydawnictwa zrzucają koszty na naukowców. Do większości prac złożonych u wydawcy musi być załączony czek na kilkaset dolarów. Byłoby bardziej słusznie, gdyby naukowcy ponosili te koszty z własnej kieszeni, bo opublikowanie pracy jest niekiedy jedynie wyrazem zajmowanej pozycji w świecie naukowym. Ale tego się nie praktykuje. Często publikacja finansowa jest ze środków przeznaczonych na dany program, podatnik płaci więc za stale wzrastajacą liczbę prac, powstających niejednokrotnie tylko po to, aby akademik mógł się nimi pochwalić”. Obaj autorzy dobrze znają ten temat. Broad jest reporterem i komentatorem „Science”, a Wade był wiele lat wydawcą „Nature”, najbardziej renomowanego pisma naukowego na świecie.

Równie niewłaściwe jak fałszowanie danych jest świadome zatajanie lub dyskredytowanie nowych odkryć. Pomimo że 17 grudnia 1903 roku mnóstwo osób podziwiało samolot z silnikiem spalinowym braci Wright podczas pierwszego udanego lotu, to jeszcze po latach mówiono o nich jako o fantastach. Tego samego roku jeden ze znanych matematyków „udowodnił” nawet, że człowiekowi nigdy, ale to nigdy nie uda się wzbić w powietrze. Nikt nie uwierzył pięciuset naocznym świadkom, jeszcze więc w 1906 roku sceptycy w uznanych pismach naukowych nazwali to wydarzenie kaczką dziennikarską i śmiesznymi bredniami.
Takie przypadki zdarzają się w historii ludzkości z pewną systematycznością i można chyba stwierdzić, że upór i niechęć do zaakceptowania pewnych faktów graniczą z głupotą.
Wydarzenia z ostatnich dziesięcioleci dwudziestego wieku to potwierdzają. Oto w związku z odkryciem tak zwanej zimnej reakcji termojądrowej wiele osób zaczęło całkiem otwarcie mówić o dochodzącej do głosu prawdziwej „mafii naukowców”. W marcu 1989 roku w kręgach naukowych rozeszła się sensacyjna wiadomość. Dwaj chemicy – Brytyjczyk Martin Fleischmann i jego amerykański kolega Stanley Pons – oznajmili, że udało im się połączyć jądra atomów wodoru w zwykłej szklanej kolbie, w temperaturze pokojowej, dzięki zastosowaniu akumulatora samochodowego! Dla naukowców na całym świecie oświadczenie to zabrzmiało prawie jak herezja, lecz gdyby się potwierdziło, byłoby równoznaczne ze zrewolucjonizowaniem metod zaopatrywania w energię.
Podczas zakrojonego na szeroką skalę doświadczenia Fleischmann i Pons podgrzewali przez wiele godzin ciężką wodę w probówce. (Ciężka woda ma jeden dodatkowy neutron, którgo brak zwykłej wodzie.) Podczas przeróżnych procesów elektrochemicznych i ich obserwacji aparatura wykryła nagle promieniowanie gamma. Chemicy stwierdzili też obecność trytu, radioaktywnego izotopu wodoru. Obaj naukowcy tłumaczyli to sobie tym, że podczas eksperymentu musiało dojść do połączenia jąder atomów. Ale to nie wszystko: podczas eksperymentu uwalniały się neutrony i prawie przy każdej próbie powstawało więcej energii, niż jej dostarczano.
Niemalże histeryczną reakcję wielu naukowców powodował fakt, że takie reakcje termojądrowe zachodzą zwykle dopiero w temp. 15 000 000 stopni C. Tak przynajmniej twierdzi obowiązujący dogmat. Od lat inwestuje się miliardy dolarów w badania reakcji termojądrowych, niestety mierny skutkiem. I nagle znalazło się dwóch takich akademików, którzy przypadkiem odkryli coś, co prawie zniweczyło wszystkie poprzednie wysiłki specjalistów.
To, co działo się potem, ktoś z grona fachowców określił mianem akademickiego chaosu. Wypowiadali się eksperci, laboratoria i instytuty naukowe. Niektórzy opowiadali, że uzyskali równie zdumiewające rezultaty. Inni odmawiali temu odkryciu jakichkolwiek wartości naukowych, bo przeprowadzona przez nich weryfikacja przynosiła wynik negatywny. „Już nic a nic się nie trzyma całości”, zmartwił się wtedy fizyk Robert Conn z Uniwersytetu Kalifornijskiego.
W Każdym razie w następstwie wydarzenia rozpętała się nieprawdopodobna nagonka na Fleischmanna i Ponsa, jakie i my znamy. Choć jeszcze nie zakończono całkowicie żadnego eksperymentu potwierdzającego, krytycy pisali zajadłe komentarze i robili złośliwe uwagi. Ponieważ wyniki owego eksperymentu przeciwstawiły się przyjętemu dogmatowi nauki, m u s i a ł y być nieprawdziwe. To była gra o zbyt wysoką stawkę. „Wątpliwości co do Fleischmanna i Ponsa”, „Wątpliwe dane”, „Koniec zimnej reakcji termojądrowej?” – tak brzmiały nagłówki, a tradycyjna nauka łapczywie je podchwytywała. Analizy sprawdzające wypadały co prawda w kilku przypadkach pozytywnie, lecz spowodowane to było prawdopodobnie błędami. Oficjalnie mówiono, iż badacze nie mogą powtórzyć eksperymentu. Tradycyjna nauka była uratowana – przynajmniej na jakiś czas. Pewien amerykański fizyk oświadczył dumnie na konferencji wobec 1800 kolegów, że zimna reakcja termojądrowa była wynikiem „niekompetentnej i chorej wiedzy”, co nagrodzono oklaskami. Jego koledzy posunęli się dalej twierdząc, że obydwaj badacz spreparowali wyniki. Nawet ceniony magazyn naukowy „Science” opublikował plotki na temat ich życia rodzinnego i rozpowiadał o możliwościach manipulacji. A kiedy nawet renomowany periodyk „Nature” uznał zimną reakcję termojądrową za niemożliwą, podziałało to jak wyrok.
Ale ani Fleischmann ani Ponsa nie przestraszyło obrzucenie błotem. Na przekór wszystkim złowrogim głosom ich koledzy uparcie stali po ich stronie i potwierdzili wyniki eksperymentów. W czerwcu 1991 roku w Como odbyła się sesja naukowa, na którą przybyło 200 fizyków i chemików z całego świata, aby przedstawić swoje badania zjawiska zimnej reakcji termojądrowej. Dla zamanifestowania solidarności z Fleischmannem i Ponsem przedłożyli poważne dowody naukowe. Mimo że we wszystkich laboratoriach starano się wykluczyć wszystkie źródła błędów podczas eksperymentu, to otrzymywane wyniki były wciąż zbliżone do wyników Fleischmanna i Ponsa. Dr. Heine Gerischer, uznany naukowiec z renomowanego berlińskiego Instytutu im. Maxa Plancka, początkowo sceptycznie nastawiony do sprawy, wydał ponoć obiektywny sąd o pracach przedstawionych na konferencji. Podczas zakończenia konferencji Gerischer wyraził swoje zakończenie słowami: „Istnieje wystarczająco dużo dowodów na to, że zachodzą tutaj reakcje jądrowe”.
Na konferencji wyjaśniono też pozorne różnice wyników eksperymentów sprawdzających. Wydaje się, że reakcje jądrowe zachodzą tylko wtedy, gdy „pallad (lub inny metal) >>nasyci<< się całkowicie deuterem, aby na co najmniej osiem lub dziewięć jąder deuteru było dziesięć atomów palladu”, relacjonowało fachowe pismo „Fusion” z konferencji. Opisało ono też dokładnie warunki, jakie należy spełnić podczas eksperymentu.

Nie wiemy, czy rezultaty tej reakcji jądrowej zostaną w końcu potwierdzone, czy nie. Nie jest to zresztą najistotniejsze dla naszych rozważań, bo chodzi nam bardziej o wykazanie, jak wątpliwe i przesadne są zwykle reakcje pewnych kręgów na nonkonformistyczne idee.
Lyndon La Rouche, ekonomista i teoretyk nauki, zwrócił uwagę w wywiadzie na temat zimnej reakcji jądrowej, udzielonym amerykańskiej dziennikarce Carol White, na przeróżne niedomagania dzisiejszej nauki. Twierdził, że wszystkie te ataki są częściowo spowodowane wieloma oszustwami popełnionymi w przeszłości. Jednym z przykładów może być twierdzenie, że to Isaac Newton, a nie Johannes Kepler, był odkrywcą ruchów planet i że powszechnie stosowanej teorii pola nie odkrył Maxwell. Miał on ponoć jedynie rozwinąć myśl Ampere’a i Gaussa. Podobnie mają się spraw z nagonką na takich naukowców jak Fleishmann i Pons.
Oświadczenie La Roucheąa o arogancji naukowcw trafia w sedno sprawy: „Arystoteliczny kult panujący wśród naukowców w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytani nie zniesie żadnego nowego wyzwania. Lecz zimna reakcja jądrowa jest kolejną anomalią niweczącą ich wszystkie wyobrażenia, a mogłaby stworzyć całkiem nową generację badań podstawowych. Jeśli przez pryzmat odkrycia zimnej reakcji jądrowej naukowcy spojrzą wstecz na historię nauki, będą musieli zrewidować swoje poglądy na tematy tak podstawowej jak między innymi układ pierwiastków. Oznacza to, że będą musieli zmienic poglądy na Wszechświat. Na skutek tego mnóstwo rzeczy zostanie odrzuconych, a podręczniki trzeba będzie napisać na nowo. Fleischmann i Pons doprowadzili swoim eksperymentem do zachwiania hegemoni tych, którzy uważają, że nauka dobiegła w zasadzie do swojego kresu…”

Wśród znaczących krytyków dzisiejszych nauk przyrodniczych był przed laty profesor chemii Max Thurkauf z Bazylei, który wyraził się w sposób następujący: „Bez osiągnięć technicznych o wymiarze materialnym fizyka i chemia pozostałyby naukami, którymi zajmowałyby się nieliczne grono fachowców gotowych dla nauki głodować, a nawet umierać. Gdyby na fizyce i chemii nie dało się zarobić większość tych, którzy dziś mienią się naukowcami, poszłaby całkiem inną drogą!”
Thurkauft dochodzi do wniosku, że nie istnieje poznanie ostateczne i zarzuca przyrodoznawcom, że w obawie przd utratą statusu fachowości tylko w wyjątkowych przypadkach ukazują swoje prawdziwe oblicze. „Oni grzeją się w promieniach sławy. Któż nie zna tych wielkich ludzi nauki i filozofii! Ich krytyka jest tylko wtedy uczciwa i otwarta, jeśli uczciwość i otwartość nie zagraża ich sukcesom”.
Thurkauf opowiada się stanowczo za większą otwartością i tolerancją i żąda opamiętania się w materialistycznym sposobie myslenia, postuluje dążenie ku pierwiastkowi intelektualno-spirytystycznemu. Jednocześnie podsuwa myśl, że istnieje sposób myślenia, przy którym nie posługujemy się ściśle określonymi i sformułowanymi metodami, jak czynimy to zwykle w naukach ścisłych. „Polityka, historia, społeczeństwo i życie rodzinne polegają na sposobie myślenia, na który krzywo patrzy nauka. Nie wiadomo jednak, które podejście jest właściwe. Należałoby pamiętać, że w każdej epoce panowała tendencja do przeceniania swoich sił”. I jeszcze jedna myśl: z jednej strony mysleniu narzuca się metodyczność, z drugiej zaś wymaga się od niego ograniczenia się do tych rzeczy, do których dopasowano konstrukcję metody.
Podobnykierunek myślenia obrał w opublikowanej w 1976 roku pracy „Teoria nauki a sporne dziedziny badań” znany niemiecki naukowiec profesor Leo Ferrara (pseudonim). Zajął się w niej przede wszystkim takim zagadnieniem jak „nacechowane konserwatyzmem zniekształcenie intuicyjnego przetwarzania danych”. Ferrara wysnuł następujące wnioski: „Historia nauki ujawnia szereg chybionych dzieł wypaczonych przez konserwatyzm. Wyrażają się one między innymi w niesłusznych wątpliwościach co do prawdziwości zjawisk, w niewłaściwych wnioskowaniach, w niedocenianiu nowych punktów wyjścia i w mylnych prognozach negatywnych (szczególnie zaś twierdzenie, ze pewne poznanie lub osiągnięcie techniczne z zasady jest niemożliwe)”. „Nacechowane konserwatyzmem zniekształcenie” dochodzi do głosu, bo człowiek „przetwarza dane zasadniczo w sposób konserwatywny”, a jego zdolność ogólnej oceny prawdziwie doniosłych zmian danego stanu rzeczy reaguje ze zbyt małą wrażliwością. Reffara mówi dosłownie: „Jeśli na skutek intuicyjnego osądu, szczególnie podatnego na błędy, jakiś temat zostanie zaszeregowany jako nieistotny lub bezsensowny, wtedy nie jest już traktowany metodycznie. W takim przypadku nie pomoże choćby i najwyższy stopień rozwoju nauki”. Dalej mówi o „zniekształceniu bliskości” przejawiającej się czasami w ten sposób, że człowiek ma zbyt maly dystans i wybiera wyjaśnienia znajdujące się przestrzennie lub czasowo zbyt blisko jego zasobu doświadczeń. Ponadto zarzuca kolego brak fantazji, lecz jednocześnie przestrzega, żebyśmy nie żądali od badań więcej, niż można oczekiwać, jeśli posuwamy się systematycznie naprzód.


Jaki krótki żywot mają fakty w naukach przyrodniczych, widzimy na przykładzie dyskusji na temat hipotetycznej piątej siły w przyrodzie. Od pewnego czasu otwarte głowy zupełnie otwarcie podważają obowiązujący aksjomat nauki, zakładający czterowymiarowość naszej przestrzeni, którą uznawał jeszcze sam Einstein. W Niemczech między innymi dziennik „Die Zeit” rozpoczął w 1987 roku publiczną dyskusję na ten temat artykułem, który powołał się na czasopismo naukowe „Science” i zwrócił uwagę na istniejące kontrowersje. Wniosek: „Tymczasem fizycy robią to, co zwykle podczas jakiegoś sporu – wymyślają i przeprowadzają nowe eksperymenty, a te dają – i nikogo to nie dziwi – sprzeczne wyniki”.
Rok później do dyskusji włączył się także tygodnik „Der Spiegel”, zwracając uwagę czytelników na jawne sprzeczności w wynikach badań. Pisano tam: „>>Są rzeczy – westchnął Mark Ander – których się po prostu nie robi. Który dobrze wychowany młody człowiek narzeka na szarlotkę mamusi?<< Kiedy w ubiegłym tygodniu amerykańskiego geofizyka Andera dręczyło sumienie, zganił jednym zamachem cały dorobek fizyków zaczynając od Sir Isaaca Newtona: >>Ten czasowy ojciec fizyki – oświadczył Aner wraz z grupąbadaczy z Los Alamos National Laboratory – nie zrozumiał jdnak chyba właściwie całej historii z jabłkiem i siłą ciążenia<<”. Powodem tego oświadczenia były ponoć zarejestrowane przez naukowców z Los Alamos ponowne odchylenia w pomiarach grawitacji dokonanych w lodowym klimacie Grenlandii, a które wyraźnie przeczyły Newtonowskim prawom powszechnego ciążenia. Ujawnienie tego wznowiło rozważania i spekulacje na temat istnienia „piątej sily”. W rzeczywistości za podstawę dotychczasowych przypuszczeń przyjmowano jedynie cztery znane nam siły przyrody: siłę ciążenia, siłę elektromagnetyczną oraz silne i słabe wzajemne oddziaływanie międzyatomowe.
Nadal trwa zagorzała dyskusja, czy zarejestrowane anomalie nalzezy wyjaśnić błędami w pomiarach, czy innymi źródłami błędów, jakie zauważyli krytycy. Badania tego rodzaju interesują niezmiernie tych naukowców, którzy od dziesiątek lat poszukują siły przeciwnej grawitacji – tak zwanej antygrawitacji. Przypuszcza się, że przejawiałaby się ona między innymi tym, że w przypadku różnych materiałów siła ciążenia działałaby odmiennie. Tak więc kula ołowiana i kula drewniana miałaby odmienne przyśpieszenie w polu grawitacyjnym Ziemi.
Gdyby okazała się piątą siłą przyrody, miałoby to poważne skutki dla nauki. Dziennikarz Barnabas Thwaits zwrócił w 1988 roku w swoim artykule uwagę na fakt, że „jedna z szacownych zasad fizyki byłaby zagrożona. Już Galileusz stwierdził na początku XVII wieku, że zarówno kulze ze złota, jak i z ołowiu spadają z tą samą prędkością na Ziemię. Eksperyment Galileusza nie był oczywiście precyzyjny, ale jednak właśnie prawo swobodnego spadania ciał było przez wieki najwyższym nakazem dla fizyków”.
Krytycy natomiast są zdania, że termin antygrawitacja został ukuty nieco przedwcześnie. Prawdopodobnie nowe źródło siły ma czasem działanie odpychające, a czasem przyciągające. Wskazują na to przynajmniej dotychczasowe eksperymenty. Jego istnienie miałoby rzeczywiście ogromne znaczenie zwłaszcza dla poszukiwań tak wanej formy świata (ogólnej teorii cząsteczek i pól). A w piśmie fachowym „Physical Review Letters” snuito w 1986 roku nawet przypuszczenia, że piąta siła jest być może dowodem na to, że świat nie jest cztero-, lecz pięciowymiarowy.

Dobrze, że ludzi zajmujący się tymi sprawami mają otwarte umysły, bo ludzkość znów osiągnęła stopień takiej zarozumiałości, iż wydaje jej się, ze nasz obraz świata ostatecznie odpowiada rzeczywistości. Tak samo było już przed stu laty, a jednak od tego czasu dużo zbędnych rzeczy wyrzucono na śmietnik nauki, zweryfikowano lub odnowiono. Przypomnijmy sobie historię wynalazcy z ubiegłego stulecia, który sfrustrowany i zniechęcony przeszedł w stan spoczynku, „bo nie było już nic do odkrycia”.
Jeśli ktoś myśli, że to, co jawi nam się dziś jako jednoznaczny „fakt”, jest nim naprawdę, niech pomyśli, że nauka będzie istnieć także w XXI, a nawet w XXII wieku. Dlatego wolimy takich naukowców i badaczy, którzy zadają wciąż nowe pytania i swoimi fantastycznymi pomysłami wyprzedzają naszą epokę, od tych, którzy rozsiadłszy się wygodnie w fotelach, pełni uprzedzeń, wyszydzają rzeczy, których nie chcą zrozumieć. Nowe przekonania i idee nie powstają z ignorancji, krystalizują się one w świecie ludzi kreatywnych i umacniają się, gdy nadchodzi ich czas. Bardzo potrzebni są nam fantaści XX wieku.


Fantaści XX wieku



Oni zawsze istnieli. Bez nich nie byłoby tych wszystkich przełomowych odkryć. Te odkrycia zrewolucjonizowały historię świata, a ich wynalazki – obwoływane dawniej fantasmagoriami – towarzyszą nam w życiu codziennym. Zwłaszcza w XIX wieku ich idee dały początek industrializacji i technicyzacji naszych społeczeństw, co napawa nas dziś dumą.
Gdy duchowe wzloty romantyków trzymały w napięciu elity, już konstruowano pierwsze maszyny parowe. W matematyce pojawiały się pierwsze nieeuklidesowe systemy geometryczne, które zaakceptowała astronomia. Powstała astrofizyka. Odkryto planetę Neptun- dokładnie tam, gdzie spodziewano się ją odkryć na podstawie obliczeń. Wyzbyto się starych poglądów na temat dźwięku i ciepła. Ogromne postępy poczyniły termodynamika, nauka o elektryczności i chemia. Prace nad przekształceniem energii dały rewolucyjne wyniki. Odkryto świat mikroorganizmów, powstały nowe środki transportu i komunikacji. Parowce i linie kolejowe połączyły kontynenty, pierwsze telegrafy zaczęły przekazywać wiadomości. Pojawienie się silnika spalinowego stworzyło podstawy dla przemysłu motorniczego. Wynaleziono nośnik dźwięku i sztuczne światło.
Wszystkie wynalazki i przełomowe momenty początkowo podawano w wątpliwość, bojkotowano lub wyszydzano, a ich wynalazców nazywano biednymi marzycielami. W końcu XIX wieku sądzono, że nauka osiągnęła szczyty. W 1887 roku chemik Marcelin Berhelot powiedział ze łzami w oczach: „Świat już nie ma żadnych tajemnic!” H.G. Wellsa, Juliusza Verne’a i innych pionierów nowoczesnego sposobu myślenia wyśmiewano, uznawszy ich za błaznów lub fantastów. Unikano naukowców, którzy sądzili, że człowiek wzniesie się w powietrze w latającej maszynie, a znany profesor fizyki, laureat Nagrody Nobla Gabriel Lippmann, z zachwytem oświadczył swoim studentom, że fizyka została definitywnie uporządkowana i zamknięta, można więc będzie poświęcić się innym dziedzinom wiedzy.
Ludzie byli tak oszołomieni nowymi wynalazkami, że zupełnie się nie spodziewali, jak gwałtowny okaże się dalszy rozwój nauki i techniki. Ograniczenie pola widzenia w danej chwili jeszcze przez długi czas nie pozwalało się zorientować, że przyszłość będzie znacznie bardziej fascynująca. Jednym z tych, którzy to przeczuli, był Zygmund Freud, twórca psychoanalizy, a Thomas Alva Edison, wynalazca żarówki, opowiedziałby nam niejedno gdyby żył.
Wreszcie jednak bariera wstrzymująca dostęp do rewolucji w dziedzinie techniki zaczęła trzeszczeć i ustąpiła z hukiem. Droga postępu, na którą wstąpiliśmy i którą kroczymy od początku naszego stulecia ukazała nam nowe, niezmienne wymiary. Podczas gdy technologie rozwijały się wielkimi skokami, nasz rozwój duchowy pozostał w tyle. Rozważania na ten temat znajdujemy we wspomnianej już książce „Wymarsz w trzecie tysiąclecie” Louisa Pauwelsa i Jacquesa Bergiera: „Dziś we wszystkich dziedzinach ujawniają się najróżnorodniejsze formy fantazji. We wszystkich, lecz nie w tej, która dotyczy przebiegu naszego >historycznego< życia. Tu wciąż panuje nieznośny zastój, wciąż chwytamy się kurczowo kruchych wartości z lat minionych. Żyjemy ideami, zasadami rodem z XIX wieku. Duchowo jesteśmy swoimi dziadkami. Wodzimy wzrokiem za startującymi w niebo rakietami, czujemy jak Ziemia drży od tysiąca nowych rodzajów promieni, a wciąż ssiemy jeszcze fajkę Tomasza Graindorge’a”.


Ludzkość potrzebuje koniecznie odmiany duchowej. A właśnie fantastów XX wieku cechuje kreatywność i świeżość idei. Bezpieczne dogmaty i uprzedzenia nie odwiodą ich od poszukiwania rozwiązań dawno powstałych zagadek – nawet jeśli trzeba będzie zakwestionować nowy Obra świata, pozostawiony nam w spadku przez wiek XIX. Ich sukcesy są najczęściej zwieńczeniem dość niekonwencjonalnego sposobu prowadzenia badań. Odkrycie legendarnego miasta Ubar jest tego przykładem.
Od stuleci specjaliści całego świata zastanawiali się, gdzie przed pięcioma tysiącami lat znajdowała się ta bajeczna metropolia, która wedle starych źródeł była odmianą raju. Wmienia ją nawet Koran, choć tam nazywa się Iram. Podobnie jak Sodoma i Gomora została zniszczona wyrokiem boski i pochłonięta przez ziemię. Eksperci wyjaśnili ten fakt w następujący sposób: Miasto zbudowane było przypuszczalnie nad jaskinią wapienną, która pewnego dnia się zawaliła i pochłonęła je razem z mieszkańcami. Ubar, które Lawrence z Arabii nazwał „ Atlantydą w piasku” nie zostało nigdy odnalezione. Widocznie źródła antyczne poświęciły mu zbyt mało uwagi.
Kiedy na początku lat osiemdziesiątych dwaj archeolodzy – amatorzy rozpoczęli poszukiwania Ubar w prastarych źródłach, narażali się na współczujące uśmieszki. Ale Nicholas Czapp i George Hedges gromadzili niezmordowanie wszelkie wskazówki mogące ich naprowadzić na lokalizację Ubar i byli coraz bardziej pewni, że ta metropolia znajdowała się na południu sułtanatu Oman na półwyspie Arabskim, w miejscu krzyżowania się szlaków karawan. Uwidoczniła je dopiero w 1984 roku najnowocześniejsza aparatura znajdująca się na pokładzie wahadłowca Challenge. Na zdjęciach wykonanych w podczerwieni widać było krzyżujące się linie i właśnie w tych miejscach archeolodzy rozpoczęli poszukiwania w 1991 roku wykopaliska. „Potrzebowaliśmy czterech dni, aby znaleźć igłę w stogu siana:, powiedział Hedges bez emocji. Pomimo tego ich koledzy byli nadal nastawieni sceptycznie, choć w pracy amatorów widoczne było podobieństwo do niekonwencjonalnego trybu poszukiwań Heinricha Schliemanna. Podobnie jak on, także ci dwaj nie dali się zwieść pozorom, trzymali się starych przekazów, stosowali nowoczesną technikę, i uwieńczyli swoje poszukiwania sukcesem. „Byliśmy facetami, którzy zadawali głupie pytania. To dało nam przewagę nad profesjonalistami” – powiedział dumnie Hudges.
Także Bernhard Radek, były funkcjonariusz niemieckiej policji, zadawał „głupie pytania”. Wraz z dwoma kolegami ubezpieczał w 1982 roku objazdową wystawę „7000 lat sztuki Iranu” w Nadrenii-Westfalii. „Na wystawie miał być eksponowany między innymi miecz z epoki Lurestan, ale po wypakowaniu leżał przez pewien czas na wierzchu – wspomina policjant. –Między rękojeścią a klingą zauważyłem znaki pisma klinowego, które na podstawie swojej wiedzy odczytałem jako >Dariusz<. Policjant udał się więc do kierownictwa wystawy i powiedział, że miecz prawdopodobnie nie pochodzi z okresy Lurestan, lecz znacznie późniejszego, na co wskazuje imię „Dariusz”. (Dariusz żył kilkaset lat po epoce Lurestan)
„Ależ proszę pana! – powiedziano mu. – W muzeum broni białej są eksperci, oni chyba wiedzą lepiej, z jakiego okresu pochodzi ten miecz. Pan nie jest na tyle kompetentny, aby pouczać fachowców”. Trzeba dodać, ze zdarzyło się to przed otwarciem wystawy. Właśnie ustawiono i porządkowano eksponaty. Na otwarcie wystawy przygotowano katalog, a miecz opisany był w nim jako „miecz z epoki brązu Lauristan” (pierwsza połowa I wieku przed Chrystusem).
Wystawa trwała już około czterech tygoni, gdy przyszła zwiedzić ją grupka elegancko ubranych panów. Policjant Radek pełnił właśnie dyżur. Zagraniczni goście zatrzymali się nieco dłużej przy witrynie z mieczem rzekomo z okresu Lurestan. Witrynę otwarto, dokonano dokładnych oględzin miecza i… nie odłożono go już z powrotem. Eksponat powędrował do Sali Dariusza jako „miecz Dariusza”. W katalogu trzeba było dokonać poprawki, a kierownik muzeum zmieszany spuszczał wzrok, kiedy mijał dyżurnego policjanta. Nie mógł znieść, że policjant wiedział więcej niż kustosz wystawy.

Niektórzy badacze rzeczywiście przejawiają jakby intelektualną arogancję. Upojeni fantastycznym rozwojem techniki i świadomi związanych z tym możliwości, zapominają, że cała prawda to jakby ogromna pustynia, na którą gorliwie nanosimy pojedyncze ziarnka piasku. Właśnie dziś, w erze atomowej, wobec groźby zniszczenia środowiska naturalnego potrzebujemy więcej naukowców, którzy potrafiliby porzucić dogmaty nauki, zadawaliby nowe pytania i bez obaw o stanowiska czy pozycje podawali je pod otwartą dyskusję.
Takimi badaczami są Guido Ebner i Heinz Schurch. W 1988 roku ci dwaj oryginalni bazylejczycy pokazali w szwajcarskiej telewizji prastare kolonie grzybów rosnących przed dwustu milionami lat na Ziemi, a które wydobyto ze złóż solnych pochodzących z wczesnego jej okresu.
Już wtedy obaj naukowcy rozpoczynali swoje badania w dziedzinie pól elektrostatycznych, za pomocą których zamierzali uaktywnić materiał genetyczny roślin. Eksperyment rozpoczął się w 1985 roku w ramach programu sponsorowanego przez szwajcarskiego potentata chemicznego Ciba Geigy. Schurch i Ebner poddawali ziarna kukurydzy działaniu pola elektrostatycznego przez cztery dni, a zarodniki paproci przez kilka miesięcy. Rezultaty były zaskakujące. W jednym z eksperymentów paproć nagle wykształciła prehistoryczne liście, a kukurydzy wyrosły dodatkowe kolby. Próby utwierdzały obu badaczy w przekonaniu, że może dawny materiał genetyczny da się uaktywnić przez działanie pola elektrostatycznego.
Podczas dalszych eksperymentów naukowcy działaniu pola elek. Poddali pstrągi. W jednym przypadku z jajeczka współczesnego pstrąga wyhodowano rybę zaskakująco przypominającą osobnika z gatunku ryb sprowadzonych do Europ przed około stu laty! W innym otrzymano egzemplarze do 20 procent większe. W ramach tego programu badano także kiełki pszenicy. Kiełki poddane działaniu PE wykształciły o wiele dłuższe korzenie niż reszta roślin. Korzyści w tym przypadku to o wiele szybszy wzrost roślin,
Niestety firma Ciba Geigy w 1990 roku niespodziewanie przerwała próby. Dziennik „Basler Zeitung” pisał o tym wydarzeniu : „Heine Schurch i Guido Ebner są naukowcami z pogranicza dziedzin, zajmują się zjawiskami, których naukowcy, tłumaczący zazwyczaj wszystko racjonalnie, wyjaśnić nie potrafią. Nawet jeśli obudzili śpiące geny, to jednak nie wiedzą, jak to się stało”.
Rzeczywiście – największym problem całej serii doświadczeń był chyba fakt, że wyniki nie zawsze dawały się powtórzyć. Czasem się to udawało, czasem nie. Schurch powiedział, że stwierdzono jedynie, iż PE wzmaga chyba wzrost roślin. Gdyby te fakty się sprawdziły, zrewolucjonizowały by badania w naukach przyrodniczych. Ale nie wiadomo dlaczego szefowie szwajcarskiego koncernu chemii przerwali finansowanie doświadczeń.
W 1992 roku zajęły się tą sprawą dziennikarze niemieckiej telewizji. Według nich Ciba Geigy wstrzymywał eksperymenty tylko dlatego, że zaistniała obawa, iż spadną obroty ze sprzedaży ich produktów, jeśli na rynek wejdą spreparowane rośliny. Rzecznik bazylejskiej firmy nazwał to stwierdzenie „złośliwą insynuacją”. Według niego prace nie były od strony naukowej dostatecznie udokumentowane i dlatego program przerwano. Schurch i Ebner mają jednak nadzieję, że inne instytuty badawcze będą kontynuować ich prace, dlatego że te niekonwencjonalne eksperymenty wciąż nie dają się ująć w definicję naukową.

Już w 1949 roku C.W. Ceram w swojej książce o tematyce archeologicznej „Bogowie, groby i uczeni”, która stała się swoistym bestsellerem, zastanawiał się nad oddziaływaniem niestereotypowych idei w świecie nauki. „Jeśli spojrzy się wstecz na rozwój badań naukowych choćby w najdawniejszych czasach, nietrudno stwierdzić, że bardzo wielu odkryć dokonali >dyletanci<, >outsiderzy<, a nawet >samoucy<. Natchnieni byli jakąś ideą, nie odczuwali barier ograniczających pole widzenia i pokonywali przeszkody, które piętrzyła przed nimi tradycyjna nauka akademicka”.
Ceram wylicza wielu najznakomitszych pionierów postępu, którzy dokonali wspaniałych odkryć i wynalazków w całkiem innej dyscyplinie niż ta, która była przedmiotem ich studiów. Czasem byli to ludzie bez wykształcenia naukowego. „Gdyby wszystkich tych ludzi i ich działalność usunąć z historii nauki, jej gmach by się zawalił. Ale mimo tych sukcesów narażeni byli na drwiny i szyderstwa”, reasumuje Ceram.
W tym samym duchu pisze wielki filozof Leibniz: „Częściej znajduje coś nowego ten, kto nie zna się na jakiejś sztuce, niż ten, kto się na niej zna. Również szybciej przydarzyć się to może samoukowi niż komuś innemu. Ten wstępuje na nie udeptaną przez innych ścieżkę i znajduje inny pogląd na sprawę. Podziwia i bada wszystko, co nowe, gdy tamci mijają to jak coś dobrze znanego”.

Mimo to historia nauki zachowuje się od wieków szablonowo. W naszym „nowoczesnym” zachodnim świecie nienawistnie unika się ludzi opierających się doktrynie naukowej.
Kiedy Erich von Daniken opublikował w 1968 roku swoją książkę „Wspomnienia z przyszłości”, w której argumentował, że dawni bogowie to przybysze z obcych planet, naukowcy oburzyli się. Niektórzy koryfeusze nauki jeszcze dziś kręcą nosem i najchętniej wskrzesiliby całą armię średniowiecznych inkwizytorów, gdyby tylko było to możliwe.
Kiedy w latach osiemdziesiątych profesor Joseph Davidovits z Uniwersytetu Barry na Florydzie stwierdził, że piramida Cheopsa w Egipcie nie jest zbudowana z ociosanych kamiennych bloków – jak powszechnie przyjęto – lecz z bloków wylewanych z tworzywa podobnego do betonu, koledzy po fachu grzecznie go zignorowali. Davidovits wykazał w swojej pracy, że w jednym z bloków jest zatopiony włos.
Kiedy w 1981 roku Rupert Sheldrake z Cambridge postawił tezę o „polach morfogenetycznych” (pewien nieznany dotąd rodzaj przekazywania informacji pomiędzy podobnymi organizmami), „Nature”, najpoważniejszy periodyk naukowy na świecie, natychmiast nazwał to pseudonauką i intelektualnym spaczeniem. Cytuję : „Tę książkę należałoby spalić!”. Natychmiast zmobilizowano kręgi naukowe dla obalenia tezy profesora. Do dziś się to nie udało. Przeciwnie! Niepokojąco szybko przybywa dowodów na poparcie hipotezy Sheldrake’a.
Kiedy w 1985 roku profesor Kamal Sulajman Alibi przedłożył czytelnikom swą książkę „Biblia przybyła z krainy Asir”, fachowcy poczuli się urażeni. Alibi twierdził z całą powagą, że historia biblijna nie rozegrała się na obszarze między Egiptem a Palestyną, lecz raczej na zachodnim krańcu Półwyspu Arabskiego. I choć profesorowi Alibi nie chodziło o kwestionowanie treści Biblii, lecz dzisiejszych twierdzeń dotyczących lokalizacji opisanych w niej miejsc, wśród fachowców podniosły się głosy przerażenia.
Tych wszystkich prekursorów nowych idei i twórczych pomysłów oraz wielu innych pionierów oficjalna nauka zostawiła na lodzie; nie interesuje się już ich rewelacjami. Ale przecież nie chodzi o to, która ze stron ma czy będzie mieć rację (okaże się to w przyszłości), lecz o to, aby napiętnować arogancję przejawianą wobec ludzi mających inne zdanie.

Ale nie krytykujmy nauki samej w sobie, krytykujmy doktrynę. Nikt nie ma wyłącznych praw do posiadania prawdy. Musimy wszystko uznawać za możliwe i akceptować odmienne przekonania. Mądrzy ludzie powinni mieć odwagę powiedzieć to, czego nie można było dotąd powiedzieć. Są to od dawna znane słowa, Brecht włożył je w usta Galileusza: „Nasza niewiedza jest nieskończona. Usuńmy choćby jej milimetr sześcienny. Dlaczego chcemy jeszcze wciąż być tak mądrzy, skoro wreszcie możemy być odrobinę mniej głupi”.

Luc Burgin
  • 0

#2

Indoctrine.
  • Postów: 1450
  • Tematów: 7
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja zadowalająca
Reputacja

Napisano

Wybaczcie, ale wierząc jednocześnie w przekazy channelingowe Samuela i Kasjopean, bajki Sitchina, bzdury Patricka Geryla, trochę głupio wygląda Wasze psioczenie na pomyłki nauki. Znacie przypowieść o belce i źdźble w oku?
  • 0

#3

Pit.

    pies Darwina

  • Postów: 1033
  • Tematów: 28
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 2
Reputacja bardzo dobra
Reputacja

Napisano

Nie wszyscy wierzą w channelingi (np. ja jestem w tych tematach sceptykiem) Co do "bajek" Sitchina, tworzy on teorie, które należy przyjąć do wiadomości, ale nie można wierzyć mu na słowo, tak samo jest z ewolucją, nie można w nią wierzyć na słowo...

Znacie przypowieść o belce i źdźble w oku?

My znamy, ale czy "naukowcy" znają??
  • 0



#4

Legalize.
  • Postów: 2723
  • Tematów: 123
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano

Indoctrine, nie wiem czy przeczytałeś artykuł ale problematyka środowiska naukowego jest znacznie bardziej złożona niż sugerujesz...

Żeby ułatwić ci wstep w analize problematyki przytocze ci cytat:

Artykuł ten nie ma na celu wykazania jakichkolwiek dowodów, służy tym, którzy pragną w drobnej części zrozumieć problematyke środowiska naukowego.
Materiał ten na podstawie określonych przykładów, wykazuje wiele paradoksów z którymi borykają się naukowcy aby zaistnieć w świecie nauki. Przybliża problematyke chierarchii jaka od zawsze panowała w środowisku naukowców. Ukazuje przykłady oszutw, wojen, wojenek, dogmatów i arogancji, które niejednokrotnie przeobrażają pozornie niewinną prace w wielką batalie świata nauki. Kto w tym wszystkim zyskuje a kto traci?? Przeczytajcie artykuł a się dowiecie...


Także postaraj się wycisnąć z tego owocu jak najwięcej soczku...

P.S. Przemo, u mnie w kolejce czeka (mam nadzieje) ciekawa książka do zakupu właśnie o absurdach nakowych :P
  • 0

#5

Mariush.
  • Postów: 4035
  • Tematów: 59
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 5
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

I czego ma dowodzić ten artykuł?

Kazde środowisko, także naukowe nie jest wolne od oszustów, manipulatorów i kłamców. To jednak sprawy marginalne, a ten tekst wyraźnie ma tendencję do generalizowania tych odchyleń. Co z tego ze na przestrzeni kilkunastu lat wykryto kilkanaście fałszerstw klinicznych badań leków? Moze warto wziąć pod uwagę inny fakt mówiący, że jednocześnie tysięce innych testów zostało przeprowadzonych zgodnie z wszelkimi zasadami, bez "koloryzowania" rezultatów.

Równie niewłaściwe jak fałszowanie danych jest świadome zatajanie lub dyskredytowanie nowych odkryć. Pomimo że 17 grudnia 1903 roku mnóstwo osób podziwiało samolot z silnikiem spalinowym braci Wright podczas pierwszego udanego lotu, to jeszcze po latach mówiono o nich jako o fantastach. Tego samego roku jeden ze znanych matematyków „udowodnił” nawet, że człowiekowi nigdy, ale to nigdy nie uda się wzbić w powietrze. Nikt nie uwierzył pięciuset naocznym świadkom, jeszcze więc w 1906 roku sceptycy w uznanych pismach naukowych nazwali to wydarzenie kaczką dziennikarską i śmiesznymi bredniami.


A dało by się poznać nazwisko tego "słynnego matematyka"? Bo raczej śmiesznymi bredniami jest to, co zawiera ten powyższy tekst. Kto zna przynajmniej ogólnikowo okoliczności eksperymentów z lataniem braci Wright (a w szczególności historycznego lotu) wie, że opisywane powyżej sytuacje są niemożliwe. Sam pokaz w 1903 roku oglądało wielu znakomitych fachowców owych czasów, np. inżynierowie i trudno byłoby jeszcze nawet 3 lata pózniej komukolwiek wątpić w wiarygodność wyczynu pionierów lotnictwa. Ten tekst to prawdopodobnie celowa manipulacja, mająca na celu stworzyć fałszywa analogię do braku wiary w istnienie UFO (też niby wielu świadków, a nikt nie chce wierzyć)

Z drugiej strony kim ten Luc Burgin, że tak świetnie zna środowisko naukowe i rządzące w nim zasady dotyczące m.in. metodyki badań? Burgin nie jest i nigdy nie był naukowcem, więc raczej powierzchowne ma pojęcie o tym wszystkim.

Po prostu kolejny dziennikarzyna manifestujący swoje niezadowolenie z ignorowania jego teorii przez środowiska naukowe.
  • 0



#6 Gość_muhad

Gość_muhad.
  • Tematów: 0

Napisano

Podoba mi się ten temat :smile: Jest taki! Jest taki prawdziwy! Tak jak z tymi samolotami, kiedyś nikt by nie pomyślał ,że maszyna może latać, że to niemożliwe. Twórców takich myśli( mogłoby się wydawać- fantazji) wyszydzano, a dziś?? O prosze, mamy odrzutowce, pasażerskie i w ogóle cuda na kiju. Szkoda ,że ten mechanizm wciąż działa. Nauka mogłaby pójść znacznie szybciej do przodu. No ale z czego utrzymaliby się sceptycy i urażeni naukowcy zbierający najwyższe laury?? :lol :
  • 0

#7

Mariush.
  • Postów: 4035
  • Tematów: 59
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 5
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Ha, i jeszcze jedno co do tego eksperymentu braci Wright.

Samolot ISTNIAŁ, latał jeszcze wielokrotnie i praktycznie każdy mógł go zobaczyć, a nawet dotknąć. Biorąc takie okoliczności pod uwagę stwierdzenia Burgina w tej sprawie brzmią conajmniej idiotycznie.

Jak chce, niech sobie chłop tworzy kłamliwe iluzje na temat historii. Ktoś zawsze się nabierze, a o to chyba mu w tym wszystkim chodzi. :P
  • 0



#8 Gość_muhad

Gość_muhad.
  • Tematów: 0

Napisano

mariush, Dobry jesteś, dobry :smile: A jak odniesiesz się do reszty?? :rotfl:
  • 0

#9

Mariush.
  • Postów: 4035
  • Tematów: 59
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 5
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

A jak odniesiesz się do reszty??


W sumie już powedziałem. Przedstawione w tym tekście przypadki to margines, a nie reguła.

Praca naukowa to trudne, zwykle żmudne zajęcie, które wymaga nierzadko wielkiego poświęcenia. Większość naukowców w swej pracy naukowej nie osiąga żadnych spektakularrnych sukcesów. Większość pozostaje praktycznie do końca anonimowa, a znani są tylko w wąskim gronie specjalistów ze swojej dziedziny. Ich nazwiska nie pojawiają sie na łamach prasy, czy w telewizji. Pojawiają się co najwyżej w naukowych periodykach, kiedy są autorami lub zazwyczaj współautorami publikacji przedstwiającej wyniki ich czasem wieloletnich badań. Takie niezauważalne dokładanie drobnych cegiełek do całego gmachu budowanej wiedzy. Czasem nawet przez kilkadziesiąt lat.

Tylko nieliczni osiągają znaczące sukcesy, ktore powodują, że są znani czasem i daleko poza środowiskiem naukowym. Sukces musi być duży, aby być zauważonym przez szersze masy. Żadnego dziennikarza nie zaintersują np. wyniki "Badania wydajności detekcji licznika Czerenkowa w przyprogowej produkcji hiperonów Σ i Λ w zderzeniach proton-proton w akceleratorze CoSy" (temat mojej pracy magisterskiej :smile: )

W tej sytuacji zawsze znajdą sie tacy, którzy będą dążyli do sukcesu na "skróty". Brak cierpliwości, wytrwałości czy własną przeciętność próbują nadrobić kłamstwem i manipulacją. Na szczęście naukowcy także względem siebie są bardzo sceptyczni i zwykle wiekszośc takich kantów ostatecznie wychodzi na jaw. Wtedy taki "fachowiec" ma dużo szczęścia, jeśli nie wylatuje z uczelni na zbity pysk z wilczym biletem w ręku.

Jak myślisz kto by znał Sitchina, gdyby nie pisał on historii o bogach tworzących człowieka w zamierzchłej przeszłości? Pewnie do dzisiaj byłby nieznanym praktycznie nikomu ekonomistą pracującym gdzieś tam w Stanach Zjednoczonych.

Wpadł chłop jednak na genialny pomysł zdobycia popularności i pieniędzy na ludzkiej niewiedzy. Kazdy ma jakie sposoby na życie, ale nie zawsze jest to nauką. Czasem jest to pisaniem bajek. Pisarze fantastycznych opowieści zwykle mają wieksze powodzenie niż naukowcy.
  • 0



#10

Legalize.
  • Postów: 2723
  • Tematów: 123
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano

I czego ma dowodzić ten artykuł?

Kazde środowisko, także naukowe nie jest wolne od oszustów, manipulatorów i kłamców. To jednak sprawy marginalne, a ten tekst wyraźnie ma tendencję do generalizowania tych odchyleń. Co z tego ze na przestrzeni kilkunastu lat wykryto kilkanaście fałszerstw klinicznych badań leków? Moze warto wziąć pod uwagę inny fakt mówiący, że jednocześnie tysięce innych testów zostało przeprowadzonych zgodnie z wszelkimi zasadami, bez "koloryzowania" rezultatów.

To się w głowie nie mieści jak ty masz ograniczone podejście do niektórych spraw... Czy ty nie rozumiesz, że nie każdą książkę, nie każdy artykuł czyta się tak samo?? Nie rozumiesz, że ten tekst ma nacelu wykazanie problematyki z socjologicznego punktu widzenia?? I nie dziw się że jest tylko kilka przykładów bo na tym polega tego typu praca... jakby mieli ci wymienić chronologicznie wszystkie paradoksy to by tekst nie był oparty na kilku akapitach tylko byłby zawarty w kilku tomach...
Uczyłeś się w szkole czegoś takiego jak interpretacja tekstu??
Ochłoń troche z tą zarozumiałością bo za przeproszeniem razi ona już w oczy a przedewszystkim irytuje...
Jak już wcześniej było napisane :

Artykuł ten nie ma na celu wykazania jakichkolwiek dowodów, służy tym, którzy pragną w drobnej części zrozumieć problematyke środowiska naukowego.
Materiał ten na podstawie określonych przykładów, wykazuje wiele paradoksów z którymi borykają się naukowcy aby zaistnieć w świecie nauki. Przybliża problematyke chierarchii jaka od zawsze panowała w środowisku naukowców. Ukazuje przykłady oszutw, wojen, wojenek, dogmatów i arogancji, które niejednokrotnie przeobrażają pozornie niewinną prace w wielką batalie świata nauki. Kto w tym wszystkim zyskuje a kto traci?? Przeczytajcie artykuł a się dowiecie...


W tym artykule nie są najistotniejsze dowody jak zresztą wspomina autor:

Nie wiemy, czy rezultaty tej reakcji jądrowej zostaną w końcu potwierdzone, czy nie. Nie jest to zresztą najistotniejsze dla naszych rozważań, bo chodzi nam bardziej o wykazanie, jak wątpliwe i przesadne są zwykle reakcje pewnych kręgów na nonkonformistyczne idee.


Kolejne zalosne twoje podejscie do tematu... Zachowujesz się jakbyś czytał artykuł napisany przez jakiegos amatora który nie ma co robić w domu...

Sam pokaz w 1903 roku oglądało wielu znakomitych fachowców owych czasów, np. inżynierowie i trudno byłoby jeszcze nawet 3 lata pózniej komukolwiek wątpić w wiarygodność wyczynu pionierów lotnictwa. Ten tekst to prawdopodobnie celowa manipulacja, mająca na celu stworzyć fałszywa analogię do braku wiary w istnienie UFO (też niby wielu świadków, a nikt nie chce wierzyć)

Nie wiem czy ty czytasz tekst co dwa słowa czy w całości ale autor wyraznie wspomina że było mnóstwo świadków tego lotu, jednakże musisz brac pod uwage jeszcze takie rzeczy, że było to 100 lat temu - czyli ine czasy słabszy przeplyw informacji itd...
Tu masz w łopatologiczny sposub wyjaśnione na czym polegało to niedowierzanie...
http://wwwnt.if.pwr....cja/default.htm

Z drugiej strony kim ten Luc Burgin, że tak świetnie zna środowisko naukowe i rządzące w nim zasady dotyczące m.in. metodyki badań? Burgin nie jest i nigdy nie był naukowcem, więc raczej powierzchowne ma pojęcie o tym wszystkim

To również jest żałosne... A czy on kiedykolwiek wspomniał, że zna się na metodyce badań?? Czy ty wiesz na czym polega wogóle pisarstwo?? Poza tym 70% artykułu to są przytoczone fakty a najistotniejsze w tym wszystkim są przytaczane cytaty..
Najłatwiej jest posadzic dupe przed monitorem i krytykować tylko pisarzy, którzy zajmują sie takimi rzeczami zawodowo zamiast starac sie zrozumiec przekaz.. Tak jest wygodniej prawda?? Jak się coś nie podoba to odrazu wyśmiać jednocześnie ukazując tylko swoja arogancje zarozumialstwo i głupote...

Samolot ISTNIAŁ, latał jeszcze wielokrotnie i praktycznie każdy mógł go zobaczyć, a nawet dotknąć. Biorąc takie okoliczności pod uwagę stwierdzenia Burgina w tej sprawie brzmią conajmniej idiotycznie.

Idiotycznie to ty się wypowiadasz...
Jeszcze raz
http://wwwnt.if.pwr....cja/default.htm

Jeszcze raz powtarzam nie traktuj wszystkiego ścisle bo istnieje jeszcze coś takiego jak humanistyka... Ten artykuł akurat czyta się z socjologicznego punktu widzenia a jezeli nie wiesz na czym to polega i jak się rozumie takie wykazy/wywody to się nie udzielaj niepotrzebnie.

Jakbym miał każdy oceniał czyjeś prace, czyjeś książki w taki sposób jak ty, to niebyłoby potrzeby pisarstwa gdyż nikt by nie wierzył w to co czyta...
Tak się zastanawiam czy ty czytasz wogole książki?? Jeśli tak to po co??

Ufam iż weźmiesz sobie te piękne słowa do serca:
„Nasza niewiedza jest nieskończona. Usuńmy choćby jej milimetr sześcienny. Dlaczego chcemy jeszcze wciąż być tak mądrzy, skoro wreszcie możemy być odrobinę mniej głupi” - Galileusz
  • 0

#11

Mariush.
  • Postów: 4035
  • Tematów: 59
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 5
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Nie rozumiesz, że ten tekst ma nacelu wykazanie problematyki z socjologicznego punktu widzenia??

Być może. Ale niewiele w nim obietywizmu. Jeśli już pisze sie taki artykuł to uwzględnia się całe spektrum problematyki, a nie tylko najgorszą jej stronę. Ten artykuł ma raczej na celu pokazanie tylko, jacy naukowcy są aroganccy i zarozumiali.


I nie dziw się że jest tylko kilka przykładów bo na tym polega tego typu praca... jakby mieli ci wymienić chronologicznie wszystkie paradoksy to by tekst nie był oparty na kilku akaitach tylko byłby zawarty w kilku tomach...

Tak po pierwsze, "paradoks" to inaczej pozorna sprzeczność. :-D Ale rozumiem, że użyłeś tego słowa nie znając jego znaczenia... bo w innym wypadku musiałbym się z Tobą zgodzić.

Zakładając, że jednak paradoks to dla Ciebie coś innego, niż dla mnie mogę powiedzieć, że sprzeczności (nie paradoksy) teorii pseudonaukowych wypełniłyby niejedną bibliotekę.

W tym artykule nie są najistotniejsze dowody jak zresztą wspomina autor:  
Cytat:
Nie wiemy, czy rezultaty tej reakcji jądrowej zostaną w końcu potwierdzone, czy nie. Nie jest to zresztą najistotniejsze dla naszych rozważań, bo chodzi nam bardziej o wykazanie, jak wątpliwe i przesadne są zwykle reakcje pewnych kręgów na nonkonformistyczne idee.

To jest sceptycyzm naukowy, jeden z podstawowych elementów metody naukowej. I nie musi Ci sie on podobać. Twoja sprawa. To między innymi dzięki niemu nauka rozwija się tak szybko, nie tracąc czasu na błądzenie po ślepych uliczkach.

A podany przez Burgina przykład elektrolitycznej zimnej syntezy jądrowej Ponsa i Fleischmana to jeden z najgorszych jakie mógł wybrać. Juz dosyć dawno wykazano, że ten rodzaj zimnej fuzji łamie zasadę zachowania energii. No i co najsmutniejsze, eksperymentu do tej pory nie udało się powtórzyć...


Tu masz w łopatologiczny sposub wyjaśnione na czym polegało to niedowierzanie...  
http://wwwnt.if.pwr....cja/default.htm

Jakoś to niewiele ma wspólnego z tym, co opisuje Burgin. Niedowierzanie pewnie i było, ale było raczej krótkotrwałe i raczej nie trwało 3 lata. A tak wynika z tekstu. Ale to nic. Takie małe podkolorowanie...


Najłatwiej jest posadzic dupe przed monitorem i krytykować tylko pisarzy, którzy zajmują sie takimi rzeczami zawodowo zamiast starac sie zrozumiec przekaz.. Tak jest wygodniej prawda?? Jak się coś nie podoba to odrazu wyśmiać jednocześnie ukazując tylko swoja arogancje zarozumialstwo i głupote...

Bez emocji Legalize. Opanuj się. Ja wiem, że takich reakcji uczą w tych wszystkich pseudonaukowych książkach. Ale to nie powód, żeby mnie zwymyślać.

I nie mów mi, że Luc Burgin zajmuje sie zawodowo problematyką socjologii nauki. Starczy spojrzeć na to co napisał: Ślady bogów - Nowy raport na temat UFO, Błędy nauki - Zapoznani geniusze, Nowe zagadki archeologii.
Z tego dziennikarza Burgina taki socjolog, jak z koziej dupy trąba. :lol :

Jakbym miał każdy oceniał czyjeś prace, czyjeś książki w taki sposób jak ty, to niebyłoby potrzeby pisarstwa gdyż nikt by nie wierzył w to co czyta...  
Tak się zastanawiam czy ty czytasz wogole książki?? Jeśli tak to po co??


A istnieje dla Ciebie coś innego oprócz krytyki nauki???
Co do wiary w to, co czytam... No raczej nie wierzę w Krainę Oz, Czerwonego Kapturka, no i oczywiście starozytnych astronautów .
A Ty, jeśli chcesz, to wierz sobie w kosmitów z przeszłości. Nie bronię Ci tego. Zecharia Sitchin i jego koledzy liczą na Ciebie, piszac swoje książki.

A ksiażki czytam. W sumie czytam bardzo dużo książek.
A po co?
1. Aby się zrelaksować.
2. Aby sie czegoś dowiedzieć.
To chyba dość oczywiste główne powody...
  • 0



#12

Legalize.
  • Postów: 2723
  • Tematów: 123
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano

Być może. Ale niewiele w nim obietywizmu. Jeśli już pisze sie taki artykuł to uwzględnia się całe spektrum problematyki, a nie tylko najgorszą jej stronę. Ten artykuł ma raczej na celu pokazanie tylko, jacy naukowcy są aroganccy i zarozumiali.


Wybacz ale w literaturze nie zawsze bywa równowaga.. Wszystko zależy od tematyki czyli tego o czym się pisze... Chyba nie sądzisz, że Burgin pisząć o złych stronach środowiska naukowego chciał udowodnić, że wszyscy są ble, jest źle i fatalnie?? Jeśli tak myślałeś to pozostaje mi tylko współczucie...

Jakoś to niewiele ma wspólnego z tym, co opisuje Burgin. Niedowierzanie pewnie i było, ale było raczej krótkotrwałe i raczej nie trwało 3 lata. A tak wynika z tekstu. Ale to nic. Takie małe podkolorowanie...

Ja wiem ty wiesz lepiej jak długo trwały niedowierzania :lol : Jak miałeś przyjemność się dowiedzieć to zapewne wiesz że prezentacja lotów Amerykanów miała miejsce w Europie dopiero po 5 latach?? Europa miała wystarczająco dużo czasu na wątpliwości także twój "sceptycyzm naukowy" jest w tym przypadku mało uzasadniony... Jednym słowem starasz się robić widły z igły i skupiasz się na pobocznych wartościach zamiast skupić się na sednie sprawy...

Bez emocji Legalize. Opanuj się. Ja wiem, że takich reakcji uczą w tych wszystkich pseudonaukowych książkach. Ale to nie powód, żeby mnie zwymyślać.

I nie mów mi, że Luc Burgin zajmuje sie zawodowo problematyką socjologii nauki. Starczy spojrzeć na to co napisał: Ślady bogów - Nowy raport na temat UFO, Błędy nauki - Zapoznani geniusze, Nowe zagadki archeologii.
Z tego dziennikarza Burgina taki socjolog, jak z koziej dupy trąba.

Widze, że ty wyczytujesz to co chcesz wyczytywać...
Tyle zdrowia poświeciłem żeby ci wytłumaczyć z jakiego punktu widzenia należy czytać artykuł a ty mi gadasz o tym kim jest Burgin.. Oczywiście że jest pisarzem, oczywiście że nie jest socjologiem... Ale czy tylko socjolog może wypowiada się w ten sposób?? Nie wiem czy zdajesz sobie sprawe ale każdego dnia przeciętny człowiek rozmyśla na temat życia, na temat tego co nas otacza w sposób socjologiczny...
Tłumacze ci o tym od dawna bo ty wogóle nie wiesz o co chodzi w tym artykule... Co jest najważniejsze itd..
Widzisz dla ciebie największym problemem jest to, że nie poznaleś nazwiska "matematyka" a inni dostrzegają w tym tekscie coś więcej... Coś czego ty najwyraźniej nie chcesz dostrzec....
  • 0

#13

Mariush.
  • Postów: 4035
  • Tematów: 59
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 5
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Chyba nie sądzisz, że Burgin pisząć o złych stronach środowiska naukowego chciał udowodnić, że wszyscy są ble, jest źle i fatalnie??

Myslę, że chciał zasiać lub pogłebić u swoich czytelników nieufność do środowiska naukowego. Podejrzewam jakie reakcje wywoła ten tekst u czytelnika mającego juz i tak nienajlepsze zdanie o naukowcach. Wiem to z introspekcji.

Ja wiem ty wiesz lepiej jak długo trwały niedowierzania  Jak miałeś przyjemność się dowiedzieć to zapewne wiesz że prezentacja lotów Amerykanów miała miejsce w Europie dopiero po 5 latach??

Wiem też, że już w 1904 roku w USA pojawiali się wysłannicy z Europy, aby podziwiać ten wynalazek.

Tyle zdrowia poświeciłem żeby ci wytłumaczyć z jakiego punktu widzenia należy czytać artykuł a ty mi gadasz o tym kim jest Burgin

Zdaje sobie sprawę, że niektórym zwisa to, kto jest źrodłem informacji. Czy jest to pani Lucyna, czy prof. R. Penrose to zwykle sprawa drugorzędna. Dla mnie jednak ma znaczenie, kto pisze dany tekst, a tym bardziej, jeśli traktuje on o błędach środowiska naukowego. Tym się różnimy.


Nie wiem czy zdajesz sobie sprawe ale każdego dnia przeciętny człowiek rozmyśla na temat życia, na temat tego co nas otacza w sposób socjologiczny...

No, jeśli są to tylko osobiste, dziennikarskie rozmyślania Burgina, to nie będę się już ich czepiał. Sęk w tym, czy inni też tak ten tekst postrzegają. Jak znam życie, wiele osób na tym forum potraktuję go jednak jako obiektywną prawdę, może nawet w wymiarze naukowym.
  • 0



#14

Legalize.
  • Postów: 2723
  • Tematów: 123
  • Płeć:Mężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano

Myslę, że chciał zasiać lub pogłebić u swoich czytelników nieufność do środowiska naukowego. Podejrzewam jakie reakcje wywoła ten tekst u czytelnika mającego juz i tak nienajlepsze zdanie o naukowcach.

Tak się składa, że Burgin nie jest wyjątkiem od reguły... Jest mnóstwo publikacji, książek itd na ten temat także nie traktuj tego jako jego indywidualne zagrywki.. A zresztą swoje sugestie opiera nie na byle kim tylko na opiniach ludzi którzy w tym "siedzą" i zajmują się takimi sprawami na codzień... Także, nie traktuj tego jako "nowość".

Wiem też, że już w 1904 roku w USA pojawiali się wysłannicy z Europy, aby podziwiać ten wynalazek.

A czy Burgin temu zaprzeczył?? Wręcz przeciwnie... Właśnie to ukazuje jak kiepska jest ludzka wiara w coś co przekracza ich ograniczone wyobrażenia...

Zdaje sobie sprawę, że niektórym zwisa to, kto jest źrodłem informacji. Czy jest to pani Lucyna, czy prof. R. Penrose to zwykle sprawa drugorzędna. Dla mnie jednak ma znaczenie, kto pisze dany tekst, a tym bardziej, jeśli traktuje on o błędach środowiska naukowego. Tym się różnimy.

Ja wiem, niezwykle ciężko słucha i czyta się o takich rzeczach... Mi tez jest z tym źle ale rzeczywistość nie zawsze jest opisywana w kololowych barwach...

No, jeśli są to tylko osobiste, dziennikarskie rozmyślania Burgina, to nie będę się już ich czepiał. Sęk w tym, czy inni też tak ten tekst postrzegają. Jak znam życie, wiele osób na tym forum potraktuję go jednak jako obiektywną prawdę, może nawet w wymiarze naukowym.

No i znowu mnie źle zrozumiałeś :) To nie są zwykłe rozmyślania... Zwykłe rozmyślania to my szarzy ludzie przeważnie mają... Akurat w tym przypadku są to rozmyślania poparte na dowodach i opini wprawionych ludzi z branży...
Naszczęście nie koniecznie będzie tak, że wiele osób potraktuje to wszystko jako obiektywną prawdę... Wręcz może być przeciwnie, ale ku mojej uciesze każdy ma prawo do samodzielnego myślenia i wyciągania odpowiednich wniosków tym bardziej że nie ma w tym przypadku do czynienia ze skomplikowanymi wywodami... Zrozumienie jest w zasięgu naszych sił :)
  • 0

#15

Mariush.
  • Postów: 4035
  • Tematów: 59
  • Płeć:Mężczyzna
  • Artykułów: 5
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano

Tak się składa, że Burgin nie jest wyjątkiem od reguły... Jest mnóstwo publikacji, książek itd na ten temat także nie traktuj tego jako jego indywidualne zagrywki.. A zresztą swoje sugestie opiera nie na byle kim tylko na opiniach ludzi którzy w tym "siedzą" i zajmują się takimi sprawami na codzień... Także, nie traktuj tego jako "nowość".

Przecież wiem, ze jest pełno książek w których najeżdza sie na naukę i podkreśla się jej wszystkie prawdziwie błędy. I nie zaprzeczam, że Burgin opiera sie na faktycznych zdarzeniach. Problem polega tylko na tym, że ma on ogólnie negatywny stosunek do środowiska naukowego. Wiem, bo kiedyś przeczytałem spory fragment jego książki "Błędy nauki" i łatwo było zauważyć satysfakcję w jego słowach, gdy wytykał to i owo nauce. Szkoda tylko, że tak mało wspominał o niewspółmiernie większych sukcesach nauki...

Ja wiem, niezwykle ciężko słucha i czyta się o takich rzeczach... Mi tez jest z tym źle ale rzeczywistość nie zawsze jest opisywana w kololowych barwach...

Ciężko mi sie czyta tak stronniczy tekst. Bo szwindli i kantów w środowisku naukowym jestem świadom. Jednak jak juz wspominałem, to marginalne zjawisko.

No i znowu mnie źle zrozumiałeś  To nie są zwykłe rozmyślania... Zwykłe rozmyślania to my szarzy ludzie przeważnie mają... Akurat w tym przypadku są to rozmyślania poparte na dowodach i opini wprawionych ludzi z branży...

Patrz móje powyższe komentarze. Zapytam tylko, o jaką branżę Ci chodzi: naukowców czy ufofilów?
  • 0




 

Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u