Skocz do zawartości




Zdjęcie

Creepypasta (Urban Legends itp.)


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
1498 odpowiedzi w tym temacie

  #1276 Shi

Shi

    Dunkelheit

  • Zasłużony
  • Postów: 960
  • Tematów: 37
  • PłećMężczyzna
  • Artykułów: 3
Reputacja znakomita
Reputacja

Napisano 29.06.2013 - 11:56

*
Popularny

Krok 1: https://maps.google.pl/

Krok 2: Copy/Paste - "8 Rue Docteur Grandjean 54000 Nancy Meurthe-et-moselle"

Krok 3: Przechodzimy w opcję "Street View"

Krok 4: Przybliżamy balkon z rowerem, który znajduje się za naszymi pleckami.

Postać na balkonie jest zamazana, prawda?

Tak wyglądała wcześniej; powstaje pytanie - kto i co chce przed nami ukryć?

I'm just going, don't mind me please...

Użytkownik Shi edytował ten post 29.06.2013 - 11:57

  • 8



  #1277 MrFrantic

MrFrantic
  • Nowicjusz
  • Postów: 9
  • Tematów: 0
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 30.06.2013 - 17:01

"Dziennik Snów" mojego autorstwa. Dla tych którzy mnie nie lubią słuchać, chociaż i tak polecam wersję, która jest dwa posty wyżej.

Często, kiedy budziłem się rano byłem pewny, że coś mi się śniło, jednakże strasznie trudno było mi sobie przypomnieć, co. Od zawsze strasznie mnie to denerwowało, próbowałem zapamiętać sny na różne sposoby, ale zazwyczaj prowadziło to donikąd. Czasami jest tak, że budzę się w nocy i dokładnie pamiętam co mi się śniło, mówię wtedy sam do siebie "No, bez problemu, rano na pewno będę pamiętał". Lecz zawsze, ale to zawsze, będąc pewnym, że będę pamiętał o czym był mój sen, rano budzę się i choć parę godzin temu znałem go od początku do końca, za nic nie mogę sobie przypomnieć co on przedstawiał. Niektórzy mówią, że jest to jakaś "blokada", która odgradza Nas od świata snów. Możliwe, jednak znalazłem prosty sposób na to aby ta blokada nie stanowiła dla mnie żadnego problemu. Wystarczy, że od razu po przebudzeniu, trzeba najprościej zobrazować lub zapisać sen na kartce papieru. Po pewnym czasie sny będą częstsze, bardziej wyraziste, więcej szczegółów będzie można w nich dostrzec, a w końcu więcej z nich zapamiętasz.
Teraz niepotrzebuję już notesów ze swoimi snami, zapamietuje je doskonale, a co noc mam sen prawie tak realny jak rzeczywistość.

Dzisiaj jest piątek, wczoraj zaczęło się robić dosyć dziwnie, każdy sen który miałem w poprzednim tygodniu wydaje mi się zamazany, jeszcze nigdy tak nie miałem.
Powoli zaczynam zapominać co mi się śniło, muszę zacząć na nowo zapisywać moje sny w dzienniku sennym.

Wpis I.

Chodzę po dachu jakiegoś budynku.
Trudno jest dostrzec cokolwiek.
Jest straszna burza, chyba ktoś przedemną stoi.
Sen się urwał lecz pamiętam krótki błysk światła.

Sobota
Zaczyna być lepiej, dzisiaj chociaż pamiętam co mi sie śniło, może nie jest to sen górnych lotów, ale po takich problemach ciesze się, że w ogóle coś mi się śniło. Dziś mój dzień nie wyglądał zbyt ciekawie, moja babcia przyjechała do mnie w odwiedziny, zawsze jak ją widzę zapominam o wszystkich troskach, w koncu to ona głównie mnie wychowała. Spać poszedłem dość późno, ale tylko dlatego, że nie mogłem zasnąć.

Wpis II.
Znów stoję na dachu tego samego budynku.
Pogoda jest coraz lepsza, lecz dalej niczego nie widać.
Widzę sylwetkę przede mną, robi się coraz bardziej wyraźna.
Tak samo jak poprzednio sen urwał się z lekkim błyskiem światła.

Niedziela
Dziwne, rzadko miewam takie same sny, ostatnio podobne miałem tuż przed moją chorobą... Straszne zapalenie płuc, leżałem bardzo zmęczony, nie śniło mi się kompletnie nic, albo poprostu zaponiałem co mi się śniło. Po chorobie ciąg tych snów ustał, a ja o tym zapomniałem, do teraz. W sumie nic strasznego, przez cztery dni miałem takie sny i nic ciekawego się nie wydarzyło. Dzisiaj poszedłem do kościoła, od dawna mam już wątpliwości co do istnienia Boga, ale chodzę z przyzwyczajenia, babcia zawsze mnie ciągała ze sobą. Po spokojnym dniu położyłem się i zasnąłem.
Wpis III
Lokacja ta sama.
Deszcz przestał padać.
Widzę przed sobą mężczyznę w długim czarnym płaszczu.
Jego twarz jest jakby w cieniu, choć w pobliżu nie ma obiektów które mogły by go stworzyć.
Błysk światła.

Poniedziałek
Trudno było się nie spodziewać, teraz tylko pozostało mi czekać, aż te sny ustaną i w końcu zacznie mi się śnić coś normalnego. Przyznam, trochę zaczęło mnie to martwić, niby to tylko sny, ale po każdym z nich zaczynam niepewnie kłaść się spać. Dzisiaj prawie jak w każdy dzień nie robiłem nic, w końcu nie mam żadnej pracy, ani zajęcia. Oczywiście oprócz snów, ktróre zawsze były moim odskokiem od rzeczywistości, można nawet powiedzieć, że cały dzień czekam na czas, kiedy to będę mógł się zanużyć w moich snach. Teraz jest 23:34 jestem bardzo ciekawy jaki bedzie mój następny sen.

Wpis IV
Stoję na dachu budynku, sam.
Przede mną nie ma nikogo.
Jestem lekko zdezorientowany.
Czuję jak ciepły oddech opływa mój kark.
Słyszę lekki szept mówiący "nie zapisuj snów"
Obracam się, nie widze niczego ani nikogo.
Szept "ostrzegam"
Zaczynam spadać.
Błysk.

Wtorek
To było już trochę dziwne, chociaż czasami moje sny były o wiele dziwniejsze.
Przecież człowiek sam sobie tworzy sny, dlaczego więc moja podświadomośc miała mi mówić żebym nie zapisywał snów, przecież robiłem to bardzo długo. Dzisiaj cały dzień siedziałem w internecie i szukałem czegoś na temat moich snów. Tak wiem, zachowuje się jak starsze babcie które czytają horoskopy i przeglądają senniki. Ale znalazłem coś ciekawego, ktoś napisał mi na forum, że błysk oznacza pojednanie (złączenie).

Wpis V
Błysk.

Środa
Naprawdę, nic mi sie nie śniło orócz tego "pojednania"?
Niby co to oznacza, cały zasrany dzień czekam żeby cos mi się przyśniło, a okazuje się, że czekam na zwykły błysk? Nie mam słów... Dzisiaj znalazłem wyrwaną kartkę z mojego notatnika, nie przypominam sobie żebym jakąś wyrywał, no bo niby po co?

Wpis VI (wyrwana kartka)
Stoję w moim domu.
Przede mną leży moja babcia.
W okół niej jest pełno krwi.
Trzymam w ręcę drewniany okrwawiony tłuczek.
Błysk.

Bez sensu, przecież ja tego nie pisałem, niby moje pismo, ale nigdy nie miałem takiego snu.
Nie wiem co się tu dzieje, ide spać, późno już.

Wpis VII
Znalazłem jakąś kartkę, której nie napisałem.
Włożyłem ją do dziennika, który był koło łóżka.
Błysk.

Czwartek
Piszę z aresztu, nie wiem co się stało. Policja znalazła mnie całego we krwi, przede mną leżała moja babcia... Ja tego nie zrobiłem, niepotrafiłbym, nigdy...Błysk
  • 1

  #1278 brother_bjorn

brother_bjorn
  • Nowicjusz
  • Postów: 1
  • Tematów: 0
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 30.06.2013 - 20:14

Magiczna Maszyna Pana Elbrowa

Sonia nigdy nie była niegrzeczną dziewczynką, zawsze słuchała się rodziców i nigdy nie wracała późno. Lubiła przesiadywać w ogrodzie i oglądać piękne motylki. Wiedziała że nie wolno jej wchodzić do jasnego tunelu jak to robiły inne dzieci. Sonia była zawsze ciekawa co jest po drugiej stronie, ale bała się kary. Jej rodzice byli bardzo surowi, tak samo jak inni rodzice w zegarku. Zegarek, tak nazywało się miasto w którym mieszkała Sonia, zawsze myślała że to śmieszna nazwa, jednak nigdy się nie śmiała. W Zegarku zazwyczaj nikomu nie było do śmiechu. Dzielił się on na cztery segmenty: Segment dla bogatych, w którym mieszkała Sonia, Segment kolejowy zwane także segmentem dla biednych, Segment kulturalny gdzie rodzice zabierali Sonie jeśli była grzeczna i Segment przemysłowy gdzie znajdowały się fabryki. Przez całe miasto przejeżdżał pociąg, Segment kolejowy zawdzięcza swoją nazwę temu że torów tam najwięcej. Czasami pociąg przejeżdżał przez Segment dla bogatych wioząc jakieś chemikalia których przeznaczenia nikt nie znał. Jednak kto wdychał unoszące się opary zaczynał chorować. Dzieci nazywały pociąg Magiczną maszyną pana Elbrowa, biedacy nazwali go pociągiem filozofów. Dzieci nazywały ją tak gdyż sposób w jaki się porusza wydawał się dla nich niezwykły, wydawało się im że musi to być wytwór jakiegoś czarnoksiężnika, Elbrow była to nazwa pociągu którą dzieci uznały za imię twórcy. Biedacy nazwali ją tak gdyż kto wdychał opary, stawał w miejscu z otwartymi oczami, wyglądał wtedy jakby głęboko rozmyślał. Był to kolejny zwykły dzień dla Sonii, musiała uważać aby nie stać się niegrzeczną dziewczynką i nie skończyć jak jej młodsza siostrzyczka. W tym pamiętnym dniu mała Elsie stłukła wazon, mamusia była bardzo zła i musiała ukarać Elsie. Dziewczynka krzyczała i płakała kiedy mamusia ciągnęła ją za rękę. Sonia patrzyła zza ściany bojąc się podejść. Sonia wracała ze szkoły gdy zobaczyła małego chłopca, wyglądał on dziwnie. W przeciwieństwie do innych dzieci był uśmiechnięty. Dzieci w Zegarku nigdy się nie uśmiechały. Stał on przy torach czekając na nadciągający pociąg. Sonia bała się do niego podejść, gdyż nie wiedziała czy jako grzeczna dziewczynka powinna z nim rozmawiać. W końcu ciekawość zwyciężyła. Podeszła ona do niego i wydusiła z siebie jedynie krótkie pytanie.
-Na co czekasz?-Wydała z siebie niezdolna powiedzieć nic innego.
-Na pociąg.-Odpowiedział krótko chłopczyk, ta ilość informacji Sonii jednak nie zaspokajała. Postanowiła pytać dalej.
-Dlaczego się uśmiechasz?-
-Bo zamierzam stąd uciec.
Ta odpowiedź zszokowała Sonie. Nikt jeszcze nie uciekł z zegarka, rodzice zawsze powstrzymywali dzieci przed zobaczeniem świata poza nim. Jedyną możliwością mógł być świetlisty tunel skąd dzieci już nie wracały. Ale mało kto próbował uciec, wszyscy wiedzieli jakie kary czekają niegrzeczne dzieci.
-Pociąg jest szybszy od rodziców, nie złapią mnie. Musi jechać aż do fabryk, tam wysiądę.-Dodał po chwili.
Plan wydawał się Sonii bardzo sensowny, nikt nie strzegł pociągu. Nikt po prostu nie odczuwał takiej potrzeby. Nie było w Zegarku żadnych niegrzecznych ludzi.
-Jestem Eric a ty?
Sonia była cicho przez chwilę.
-Sonia, Sonia Iren.-Rodzice zawsze tłumaczyli Sonii aby przedstawiać się pełnym nazwiskiem, tak więc zrobiła i teraz.
Odwrócili się oboje w stronę pociągu, czekając aż jeden z nich odezwie się pierwszy.
-Ej Sonia, może chcesz uciec ze mną?
Ta propozycja ponownie zaskoczyła Sonie. Nie wiedziała czy się zgodzić czy nie. Chciała uciec od rodziców, przestać się martwić o to czy będzie dobrą czy niegrzeczną dziewczynką. Jednak wciąż bała się kary którą mogą wymierzyć jej rodzice. Jednak taka okazja mogła się już nie zdarzyć.
-Czemu nie?- Odpowiedziała nieśmiało po chwili namysłu.
I w końcu pociąg nadjechał, chłopiec rozpoczął wspinaczkę po różnych metalowych częściach. Sonia zrobiła więc to samo. Pociąg był dość wysoki więc zanim doszli do końca minęło trochę czasu. Eric wszedł na górę i rozsiadł się wygodnie. Kiedy Sonia kończyła wspinaczkę nagle ktoś złapał ją za nogę. Wtedy sobie przypomniała, to miał być dzień w którym matka miała odebrać ją ze szkoły. Zaczęła się szarpać. Eric ciągnął ją w górę. Jednak wtedy pociąg zaczął jechać. Sonia musiała puścić. Wtedy nastała dla niej ciemność. Nie mogła poczuć jak matka ciągnie ją do piwnicy i przykuwa do ruchomego wózka. Nie może poczuć jak unieruchamia jej najmniejszy mięsień, aby musiała przyjąć wymierzoną jej kare. Wtedy budzi się. Czuje jak jedzie przez długi korytarz. Przez chwile jest zdezorientowana ale po chwili zrozumiała co się dzieje. Była niegrzeczna, musi zostać ukarana. Zaczyna płakać, nie chce skończyć tak jak siostra. Nie chce skończyć jak maleńka Elsie. Przypomina sobie jak mama przyniosła ją, kiedy ją ukarała. Zimną, nieżywą, całą zakrwawioną. Potem mamusia kazała jej siedzieć przez godzinę w pokoju z ciałem Elsie aby zrozumiała dlaczego nie wolno być niegrzeczną dziewczynką. Chciała płakać, ale nie mogła. Zaczęła przepraszać ile sił ale mamusia była nieubłagana. Zaczęła krzyczeć dopóki mamusia nie wepchnęła jej do ust kawałka waty. Nagle się zatrzymali. W dużym pokoju z różnymi ostrymi przedmiotami. W rogu leżało gnijące ciało Elsie. Mamusia ustawiła krzesło z Sonią na środku i wzięła do ręki nożyk. Nie zważała na lamenty małej dziewczynki i zaczęła jej odcinać paluszki. Powolutku przekrajała się przez skórę. Sonia krzyczała, krzyczała jak tylko mogła. Po chwili mamusia wzięła piłkę do metalu i zaczęła odcinać dłonie. Następnie wzięła duży zakrzywiony sztylet i zaczęła rozdzierać nim jej brzuszek. Sonia krzyczała, płakała i przepraszała, ale wiedziała że nic nie zmieni. Na ulicy można było usłyszeć krzyki, ale nikt się tym nie przejmował. Wszyscy wiedzieli kto krzyczę. Nikt nie przyszedł na pomoc małej Sonii.
Bo po co komu niegrzeczne dzieci?

źródło: http://www.creepypasts.pun.pl
  • 2

  #1279 Deferdus

Deferdus
  • Nowicjusz
  • Postów: 11
  • Tematów: 1
  • PłećMężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 30.06.2013 - 21:24

Rzeźnik przyciskacz.

Czytając to pewnie weźmiesz mnie za idiotę, ale proszę, uwierz w to, co teraz przeczytasz. Kiedyś uwielbiałem naciskać różne guziki. Jak oglądałem telewizję bawiłem się pilotem przełączając co sekundę programy i naciskając co popadnie. Pewnego dnia to się jednak zmieniło. Przyszła do mnie paczka od jakiegoś Jamesa Aleksander Colony. Nie znałem żadnej takiej osoby, ani też nic nie zamawiałem, więc postanowiłem przejść się do domów sąsiadów popytać, czy to nie jest przypadkiem paczka do nich. Nikt jednak nie przypomina sobie żadnego Jamesa, w związku z czym postanowiłem otworzyć paczkę. W środku był pilot do telewizora, wyglądał na stary a do niego przyklejona była naklejka „Naciśnij mnie”. Nie wiem czemu ale strasznie mnie korciło aby wcisnąć wielki czerwony przycisk. Skupiony byłem tylko na nim. Pomyślałem „co się może stać?” i go wcisnąłem. Zemdlałem…

Obudziłem się w starym szpitalu psychiatrycznym. Wokół było pełno krwi i brudu. Słyszałem płacz dziecka, krzyk ludzi, głośne kroki i grzechot łańcuchów. Wokół było cholernie ciemno, wydobywała się tylko strużka światła z drzwi. Po chwili zacząłem słyszeć krzyki bólu i cięcia nożem. Tak, słyszałem cięcia nożem. Wydawało mi się, że to było bardzo blisko mnie, ale jednocześnie daleko. Bardzo się bałem. Czułem, że to coś się dalej do mnie zbliża. W końcu po którymś krzyku bólu wpadło do mojej celi trochę krwi. Wtedy przeraziłem się jeszcze bardziej i zwymiotowałem. Zemdlałem znowu.

Otworzyłem oczy. Rozejrzałem się wokół. Miejsce w którym byłem wyglądało jak rzeźnia. Wstałem ciesząc się, ze nie jestem już w tamtej celi, jednak coś mnie niepokoiło. Pomieszczenie w którym byłem było pełne krwi. Słyszałem coś w stylu ostrzenia noża, a następnie krzyk pełen bólu i szybkie jego ustanie. Ktoś krzyknął „NASTĘPNY!” i drzwi otworzyły się przede mną otworem. Przeszedłem przez nie. Widziałem przed sobą rzeźnika z mojego miasta do którego często chodziłem. Trzymał tasak cały we krwi, a wokół było pełno podcinanych głów i ciał, zebranych obok wielkiego kowadła. Myślałem, ze zwymiotuję. „Mam być następny, który umrze?” pomyślałem, jednak myślałem źle. Rzeźnik przyzwał mnie do siebie, podszedłem. Dał mi tasak i powiedział „Teraz twoja kolej”. Spojrzałem na człowieka przykutego do wielkiego kowadła. Płakał, modlił się i błagał o litość jednocześnie. Powiedziałem rzeźnikowi, że tego nie zrobię, że nie mogę, ale on spojrzał na mnie ze zdziwieniem tylko i rozkazał przestać się wygłupiać i dokonać tego. Spojrzałem jeszcze raz na człowieka. W głębi serca czułem chęć żeby to zrobić. W końcu to uczucie zwyciężyło. Zabiłem go. Cały byłem we krwi. Kląkłem przy ciele i zalałem się łzami. Zemdlałem…

Szedłem przez dziwny, brudny korytarz. Wyglądał jak korytarz więzienia. Coś mnie przyciągało. Nie mogłem nad sobą zapanować. Wreszcie wokół pojawiły się drzwi do celi, a ja usłyszałem płacz dziecka i krzyki ludzi. Moje kroki były głośne, jakbym specjalnie znęcał się nad tymi ludźmi psychicznie. Na szyi miałem przewieszone łańcuchy z przyczepionymi głowami niektórych ludzi, które brzęczały przy każdym kroku. Otworzyłem pierwsze drzwi. W środku była kobieta, prawdopodobne w ciąży. Trzymałem w ręku tasak. Podszedłem do niej i ją zabiłem starając się jak najdłużej sprawiać jej ból. To było okropne… jednak czułem dziwną przyjemność. Przechodziłem od celi do celi zabijając po kolei każdą osobę w środku. Po dłuższym czasie zaczął pojawiać się na mojej twarzy uśmiech. W końcu dotarłem do dziwnej celi, z której nie dobiegał żaden odgłos. Ciągnęło mnie tam… Czułem, że muszę tam wejść. Zrobiłem to. Gdy otworzyłem drzwi zobaczyłem nieprzytomną osobą w wymiocinach. To byłem ja. Zakręciło mi się w głowie i zauważyłem, że odzyskałem już władzę na sobą. W dalszej części korytarza zobaczyłem światło. To musiało być wyjście. Podszedłem do mojego ciała i postanowiłem je podnieść. Gdy to zrobiłem zacząłem tracić znowu nad sobą panowanie, jednak zdołałem dojść do światła. Tym razem nie zemdlałem. Zasnąłem…

Obudziłem się na podłodze w moim pokoju. Obok na stole była zamknięta paczka. Słyszałem jak ktoś zamykał drzwi. „To pewnie listonosz, pomyślałem, ze znowu się upiłem i śpię na podłodze” pomyślałem. Wstałem z ziemi i zauważyłem, że jestem cały w czerwonej cieczy… w krwi. Spojrzałem na dłoń, w której trzymałem tajemniczy pilot. Już go tam nie było. Był za to zakrwawiony tasak. Słyszałem odgłos syren policji. Jechali po mnie. Otworzyłem szybko zamkniętą paczkę, a w środku był wycinek z gazety.
„Jamesa Aleksander Colony, niebezpieczny porywacz i morderca rzeźnik wciąż jest na wolności. Porwał i zabił blisko 67 osób. Jeżeli ktoś ma jakieś informacje na jego temat proszę czym prędzej zgłosić się na policję. Poszukiwany po morderstwie swojej rodziny w stanie Colorado uciekł do Polski, gdzie kontynuuje serię morderstw. Przebywał w szpitalu chory na Amnezję.”
Zakręciło mi się w głowie. „Czy to mogę być ja?”. Pod spodem był znowu ten pilot. Nie było na nim guzików, było tylko pytanie, „Dlaczego James?”.

Od 10 lat siedzę już w więzieniu. Ukradłem linę z magazynu, owinąłem ją wokół szyi i zrobiłem prosty węzeł. Zamierzam skrócić swoje życie z świadomością, że zabiłem tylu ludzi. Dziękuję, że to przeczytałeś i żegnaj.


List powyżej był ściśle tajny przez 27 lat. W końcu pewien detektyw postanowił go udostępnić. Zniknął w dziwnych okolicznościach, a po tygodniu znaleziono jego ciało. Tak samo stało się z 50 osobami, które go przeczytały. Uważaj na siebie.

~~~~~~~~~~

Moja własna creepypasta, napisana z okazji reaktywowanego CreepyBufetu.
  • 3

  #1280 Andżela

Andżela
  • Użytkownik
  • Postów: 61
  • Tematów: 2
  • PłećKobieta
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 01.07.2013 - 20:07

The Sims 3

Cześć. Mam na imię Alice i jestem wielką fanką gier z serii The Sims. Mam tylko dwa dodatki więc niedawno postanowiłam dokupić jeszcze jeden za samodzielnie zarobione pieniądze. Będąc już w sklepie znalazłam ladę z grami. Przeszukiwałam dwie minuty i zauważyłam ją. Nowiutkie opakowanie, napis w jakimś niezrozumiałym dla mnie języku. Ale to nie było ważne, ważne, że był to dodatek. Zapłaciłam kasjerowi i poszłam do domu. Po włączeniu komputera i włożeniu płyty zdziwiłam się potwornie. Instalacji nie było, po prostu ikonka pojawiła się samoistnie na pulpicie. Zaskoczona kliknęłam na nią dwa razy i zaczęłam grać.
Po włączeniu się gry, wybrałam opcję 'Nowa Gra' i wybrałam miasto. Stworzyłam rodzinę i ponad dwie godziny grałam. Moi dwaj simowie - simka Amanda i jej mąż Xavier mieli już małą córeczkę, niemowlaka - Samantę. Gdy maleństwo zaczęło być głodne i zaczęło płakać chciałam nacisnąć Amandą żeby dokonała interakcji ''Daj butelkę'' lecz nie dało się. Myszka po prostu nie działała. Obserwowałam jak Amanda podchodzi do kojca, wyjmuje maleńką i z wielkim impentem rzuca ją na ziemię, Xavier w ogóle nie reagował tylko stał w kącie pokoju i nic nie robił. Zrobiło mi się niedobrze gdy usłyszałam z głośników dźwięk łamanych kości i po chwili głośny płacz dziecka. Po tym strasznym incydencie z maleńką gra po prostu się zawiesiła i odwiesiła po dwóch minutach. Zdziwiona zauważyłam, że Samanta z niemowlaka stała się już dzieckiem, które mogło być już samodzielne. Lecz ona taka nie była. Była cała powykręcana, leżała na wózku inwalidzkim. Chciało mi się płakać i chciałam wyłączyć tą grę ale w cholerę się nie dało, myszka nadal nie działała. Patrzyłam tylko jak Amanda podchodzi do swojej córki z zamiarem nakarmienia jej ( przynajmniej tak pokazywała interakcja w lewym, górnym rogu ). Zamiast nakarmić swoją córkę, wyjęła zza pleców piłę mechaniczną i zaczęła obcinać dziewczynce kończyny. Dziecko przeraźliwie krzyczało i strasznie cierpiało. Krew lała się na wszystkie strony. Wyglądało to bardzo, ale to bardzo realistycznie. Po chwili odcięła również jej głowę. Miałam już tego dość, zwymiotowałam na podłogę. Nagle, niespodziewanie moja myszka zaczęła działać a na ekranie pojawiły się napisy w niezrozumiałym mi języku. Wyłączyłam grę, usunęłam ikonkę i zrobiłam defragmentację dysku. Płytę rozwaliłam i jej szczątki wyrzuciłam do śmietnika. Do teraz boję się grać w simsy, nie wiem co znaczyły te słowa ale od niedawna czuję się nieswojo, zaczynam się bać o własne życie.
To już koniec mojej opowieści, napisałam ją tutaj bo chciałam się podzielić moimi przeżyciami z wami, jeżeli dla mnie byłoby już za późno na ucieczkę.

Użytkownik Andżela edytował ten post 01.07.2013 - 20:41

  • -2

  #1281 dark96

dark96
  • Nowicjusz
  • Postów: 1
  • Tematów: 0
  • PłećKobieta
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 02.07.2013 - 21:27

black96 poprosiła mnie, żebym dodała za nią tą pastę, gdyż ją Wam obiecywała. Została zablokowana za wulgi w creepypastach i wraca dopiero 27.07. Obiecała, że jak tylko wróci, to znowu zacznie dodawać pasty. Jutro dodam kolejną część według jej prośby ;) Jeśli znajdziecie jakieś wulgaryzmy, dajcie mi znać. Ja dodaję opowiadanie w takiej postaci, jaką otrzymałam.


Trzynaście, cz. I
autor: OpossumJunkie

(To jest historia oparta na moich prawdziwych doświadczeniach, jako że czasami cierpię na halucynacje. Trzynaście jest najczęstszą z nich, potrafi być baardzo prawdziwy.)
Mieszkam na zadupiu, w stanie Oregon. Nie usłyszysz zbyt często dziwnych historyjek z naszego małego miasteczka, bo nikt nigdy o tym nie opowiada. Z jakiego powodu - nie wiem. Po prostu jak każde inne miasto mamy swoje sekrety, ale czy to tabu czy nie, podzielę się z wami serią wydarzeń, które na stałe wpisały się w naszą historię.
Pierwszy raz zobaczyłem to jeszcze kiedy byłem w gimnazjum. Wtedy zacząłem cierpieć na ataki paniki, będących skutkiem psychicznego gnębienia połączonego z moją hipochondrią. Widzicie, byłem absolutnie przekonany, że umarłbym gdybym położył się do łóżka, nie jestem pewien dlaczego.
Ale tak właśnie było.
Zawsze szczyciłem się tym, że nie boję się nieznanego, potworów czy ciemności. Kiedy pewnego razu obudziłem się w środku nocy byłem wdzięczny, że mam tę cechę. Coś dało się wyczuć w pokoju, jakby wszystko tkwiło w kompletnym bezruchu. Przyczyną mógł być paraliż przysenny, ale szybko odrzuciłem ten pomysł gdy dotarło do mnie, że mogę się ruszać.
Właśnie wtedy zobaczyłem jak coś przesunęło się w drzwiach mojego pokoju, leciutko, jakby nie było pewne czy chce zostać zauważone. Biorąc głęboki oddech powoli odwróciłem głowę w lewo i spojrzałem w stronę drzwi. Stała tam ta wysoka, blada... RZECZ. Miała cienką, półprzezroczystą skórę; to takie oklepane. Cokolwiek to było, miało okropną przygarbioną sylwetkę, która pozwoliła mi wywnioskować, że jest znacznie wyższe niż na początku przypuszczałem.
To miało długie pazury i wielkie usta, szpiczaste uszy, wychudzoną twarz. ?Taki oklepany motyw? pomyślałem, przypominając sobie te wszystkie historie, które czytałem tutaj (na reddit - przyp. tłum.) i na innych stronach. Przypominasz sobie jakieś straszne stworzenia z opowieści i nagle przybywa przerażający stwór chcący pożreć twoją duszę.
Osobliwe wydało mi się to, że ta postać nie wydawała się groźna, nawet gdy otworzyła usta i uśmiechnęła się do mnie rzędami podobnych do igieł zębów. Nawet wtedy gdy wgapiałem się w puste oczodoły zajmujące większą część twarzy upiora. To po prostu... Było tam, obserwując mnie. Nie wiem jak ktokolwiek inny poradziłby sobie z tym, może po prostu byłem trochę w swoim własnym świecie - będziecie się z tego śmiać.
Pierwszą rzeczą, którą wykrztusiłem było ?Dobry wieczór??.
Zdawał się zaakceptować te słowa jako potwierdzenie, że mogę go zobaczyć, bez złości czy smutku, czy czegokolwiek innego. Po prostu siedział, uśmiechając się do mnie. Z tego co pamiętam to był najbardziej obezwładniający moment, ale w tamtej chwili byłem przede wszystkim zaciekawiony. Zauważyłem, że stwór był równie zaintrygowany jak ja, przecież dlatego się tu znajdował, prawda?
Miałem wrażenie, że minęły minuty, ale siedzieliśmy tak kilka godzin, gapiąc się na siebie w niemej wymianie zaciekawienia. Jego uśmiech wrył mi się w głowę na cały następny dzień. To coś wyszło z pokoju tylko Bóg wie dokąd około, jak zdołałem wywnioskować, 5 rano.
Nie widziałem go przez jakiś miesiąc, ku mojemu rozczarowaniu. Wierząc w takie rzeczy jak życie pozagrobowe doszedłem do wniosku, że to musiało być jakieś dziwaczne astralne stworzenie.
Ale on wrócił. Tym razem byłem w pełni przebudzony, uspokajałem się akurat po ataku paniki, który miałem wcześniej. Ponownie, usiadł w drzwiach i poczekał aż na niego spojrzę, a później się uśmiechnął. Co mogłem zrobić innego niż pozwolić mu zostać? Więc zaprosiłem go do środka.
Pewnie myślicie, że byłem głupi zapraszając takie coś żeby usiadło koło mnie na łóżku, ale to właśnie zrobiłem. A on przyjął zaproszenie, siadając na skraju mojego łóżka i obserwując mnie, szeroko się uśmiechając, ze śliną przeciekającą między zębami. Tak jakby to było normalne, zacząłem z nim rozmawiać. Po części po to żeby udowodnić, że się nie boję, a po części z powodu mojego własnego zainteresowania.
?Czy masz jakieś imię?? - zapytałem w pewnym momencie. Odpowiedział mi, ale w niekonwencjonalny sposób, jego usta nawet nie drgnęły. Imię ?Trzynaście? wślizgnęło się do mojego umysłu jak natarczywa myśl. Trzynaście towarzyszył mi w ciągu nocy jeszcze raz, słuchając mojego bezsensownego gadania o lękach i problemach, których doświadczałem.
Zaczął odwiedzać mnie częściej, a nawet zdarzało mu się 'odpowiadać'. Nigdy nie opowiedział mi o sobie, rzucał tylko kilka słów w odpowiedzi na moje pytania. Kiedy zapytałem skąd pochodzi, po prostu wskazał podłogę jednym ze swoich chudych palców.
?Piekło? - pomyślałem, sarkastycznie. Jednak byłem bardzo, bardzo w błędzie. W tamtym momencie myślałem, że już to zrozumiałem, Trzynaście, mój prywatny demon. Ha!
Nie działo się nic niepokojącego dopóki Trzynaście nie zaczął pojawiać się w ciągu dnia, łaknąc mojej uwagi. Chodził za mną po całym mieszkaniu kiedy wykonywałem codzienne czynności, karmiłem koty, przygotowywałem jedzenie, nawet kiedy szedłem do łazienki (w końcu się do tego przyzwyczaiłem). Na początku mi to nie przeszkadzało, Trzynaście był dość spokojny obserwując mnie w ciągu dnia. Przez pewien czas to było wszystko co robił, po prostu patrzył. A później zaczął mówić. Dużo.
Trzynaście zaczął mnie męczyć, bo kiedy byłem w towarzystwie kogoś ze znajomych albo rozmawiałem przez telefon z rodziną był w stanie zrobić wszystko żeby zwrócić moją uwagę. Pierwszą sztuczką było drażnienie moich biednych kotów, które też były w stanie go zobaczyć. Wiedziałem już, że Trzynaście jest niezadowolony, gdy wbiegały do mojego pokoju całe nastroszone i ze strachem w oczach. W końcu uznałem, że dość tego, i postanowiłem poświęcić mu trochę uwagi żeby go udobruchać.
Zamiast czekać aż Trzynaście się pojawi, zawołałem go. ?Trzynaście, chodź, możemy porozmawiać? - dokładnie tak powiedziałem. Nic się nie działo przez około godzinę, i wtedy Trzynaście wszedł do pokoju i usiadł na łóżku, wydawał się zadowolony. Nie wiem z jakiego powodu, ale zaczął mnie przerażać. Ten jego uśmiech był skierowany cały czas w moją stronę, jakby mówił mi, że jestem grzecznym zwierzątkiem, posłusznym. Dobry piesek.
Wówczas nie wiedziałem o czym z nim rozmawiać, więc po prostu patrzyłem się na niego i vice versa. Trzynaście był jak dziecko, zadowolony siebie, z pijanym uśmiechem na twarzy, wiercący się co chwilę w euforii. Wtedy zauważyłem, że mogę odbierać w pewien sposób jego emocje, co trochę mnie zaskoczyło. Moja frustracja osłabła, a w jej miejsce pojawiła się ponownie ciekawość. Spróbowałem wyciągnąć od niego znów trochę informacji.
Zaczął mi opowiadać, że jest tutaj z jakiegoś powodu i że byłem bardzo niemądry myśląc to, co myślałem. Więc on mógł 'czytać' w moich myślach? Możliwe. Albo chciał sprawić, żebym tak uważał. Udało mu się, wycofałem się odrobinę czując się głupawo.
Zapewnił mnie, że moje rozumowanie było logiczne, ale niepoprawne. Nie był mną zaciekawiony ani nie był demonem. Jedyne, co udało mi się z niego wyciągnąć to to, że czekał. Próbowałem pytać na co czekał, ale nigdy mi nie odpowiedział, tylko gapił się i uśmiechał. Zapytałem: ?Czy czekasz na moją śmierć??
Potrząsnął głową.
?Czekasz aż coś się stanie??
Ponowne zaprzeczenie.
?Więc na co, do cholery, czekasz??
Trzynaście w końcu mi odpowiedział, nigdy tego nie zapomnę. Słowa przedarły się przez mój umysł, do dzisiaj mam gęsią skórkę gdy o tym pomyślę. ?Czekam aż będę miał cię na własność.?
Od tego czasu zacząłem żałować, że do mnie przychodzi.
---
(Rysunek autora, przedstawiający Trzynaście: http://img833.images...tphoto00094.jpg )

edit Yaw
Multikonto.

  • 0

  #1282 marcin szeregowy

marcin szeregowy
  • Użytkownik
  • Postów: 63
  • Tematów: 7
  • PłećMężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 03.07.2013 - 13:10

Witajcie, to moja pierwsza creepypasta na forum, i mam nadzieję że nie ostatnia, piszcie jak wam się podoba, oczekuję krytyki :mrgreen:


Kiedy zostajesz sam w domu


Cześć, lubisz słuchać muzyki na słuchawkach? za pewne tak. Ja też lubiłem, szczególnie jak byłem sam w domu. Moi rodzice często gdzieś wyjeżdżali, a to w sprawach służbowych (razem prowadzili firmę) a to kogoś odwiedzić, czy na urlop. Ja musiałem prawie zawsze zostawać sam w domu, tylko od czasu do czasu moi rodzice pomyśleli o tym żeby zostawić mnie pod czyjąś opieką. Zawsze kiedy zostawałem to strasznie mi się nudziło, rodziców zazwyczaj nie było w domu przez 2-3 tygodnie. Mało w ogóle ze sobą rozmawialiśmy, prawie w ogóle. W czasie roku szkolnego nasze rozmowy to były tylko ,,Jak idzie ci w szkole?" , ,,Jakie oceny ostatnio dostałeś?", Miałem akurat to szczęście że rodziców nie było podczas wywiadówek, ale dobra, koniec, skończę już pierniczyć o moim marnym żywocie i przejdę do tematu. A więc lubisz słuchać muzyki? Mało kto tego nie lubi, ja też lubiłem. Zastanawiasz się dlaczego piszę w czasie przeszłym? pewnie się domyślasz ale o tym za chwilę. To był letni dzień chyba lipcowy, rodzice byli w domu, ale tylko ciałem, już w głowach planowali co będą robić podczas ich kolejnego wyjazdu, tak, znowu wyjeżdżali, teraz byli w trakcie pakowania, w ogóle nie zwracali na mnie uwagi, nawet mama raz na mnie wpadła w korytarzu tłumacząc się że ,,się zamyśliła". Jako że były wakacje i nie miałem nic do roboty to włączyłem kompa i grałem w gry oraz siedziałem w necie(wiem jestem no-lifem). Czas szybko minął do wieczora, jako że rodzice mieli za chwilę wyjeżdżać to zostawiłem na chwilę komputer i poszedłem ich pożegnać, nie wiedziałem wtedy że robię to po raz ostatni, że już ich nie zobaczę. Tata uwijał się z torbami które znosił do naszego samochodu a mama siedziała w kuchni i przygotowywała prowiant. Wszedłem do kuchni żeby coś zjeść, bo siedząc parę godzin na kompie trochę zgłodniałem. Jak już zjadłem to pożegnałem się z mamą i tatą osobno i poszedłem na komputer. Powiedzieli że jak będą wychodzić to zamkną drzwi. ,,Okej" odpowiedziałem i grałem dalej wpatrzony w ekran monitora, gra tak mnie wciągnęła że nawet nie zauważyłem kiedy wyszli. I nagle tak mniej więcej kwadrans po północy stała się najgorsza rzecz jaka mogła się stać... korki wyskoczyły. Straciłem prąd w całym mieszkaniu, wszędzie było ciemno i nie miałem co robić, hmm śmieszne, wtedy moim największym zmartwieniem było to że nie zdążyłem zapisać gry. Kiedy to się stało, wstałem od komputera i poszedłem szukać mojego telefonu ponieważ nie miałem w domu latarki. Kiedy po paru bolesnych minutach(kilka razy uderzyłem małym palcem u nogi w mebel) go znalazłem, wziąłem go i poszedłem do korków sprawdzić co się stało. Tak jak już powiedziałem, wyskoczyły. Wstawiłem je na swoje miejsce ale niestety prąd nie powrócił. Postanowiłem zadzwonić do elektryka i zasięgnąć u niego porady. Wziąłem więc telefon i poszedłem do kuchni ponieważ na lodówce była przyczepiona kartka z numerami do policji, pogotowia gazowego itp. Po drodze kiedy szedłem przez korytarz zobaczyłem że moje buty które postawiłem pod szafką były rozrzucone 2 metry dalej. ,,Pewnie potrąciłem je jak tak błądziłem po omacku"- pomyślałem i poszedłem dalej. Kiedy już dotarłem do kuchni i sprawdziłem jaki jest numer do elektryka, zadzwoniłem do niego. *pip*, *pip* *pip* ,,odbierz, no odbieraj" *pip* *pip* ,,no odbierz człowieku, nie chcę tu siedzieć w ciemności"

- Ha.. Halo? - odezwał się gruby zaspany głos.
- Dzień dob.. dobry wieczór, dzwonię ponieważ u mnie w domu wyskoczyły korki, włożyłem je na swoje miejsce ale prądu nadal nie ma, jak długo potrwa jeszcze awaria?
- Jaka awaria? Nie ma żadnej awarii, w innych domach wszystko działa, u ciebie musiało się cos popsuć.
- Ale ja nic nie ruszałem, czy to przez to napięcie, coś się stopiło?
- Nie możliwe, przewody są specjalnie tak robione żeby wytrzymywać takie wypadki, przewody musiały zostać przerwane ludzką ręką
- A.. a ale, ja jestem sam w domu- odparłem ze ściśniętym gardłem, te słowa totalnie mnie zmroziły, ktoś był w moim domu! pewnie jakiś psychol który teraz na mnie poluje- proszę jak najszybciej zadzwonić po policję, oto mój adres- podałem mu go i rozłączyłem się.
Szczęśliwym trafem byłem w kuchni, wziąłem więc duży nóż do chleba i tak uzbrojony poszedłem do piwnicy by sprawdzić czy przewody faktycznie są przerwane. Poruszałem się powoli i ostrożnie, odwracając się za siebie wiele razy, cały czas byłem czujny. Trafiłem, sprawdziłem przewody ale okazało się że nie były przerwane. Ufff, odetchnąłem z ulgą ocierając pot ze swojej twarzy, ale i tak na wszelki wypadek sprawdzę mieszkanie bo nigdy nic nie wiadomo, i nagle zaczęła się burza. Zagrzmiało, błysnęło, i lunęło. ,,Super" pomyślałem, nie ma to jak taki mroczny klimat podczas sprawdzania własnego mieszkania czy nie ma w nim mordercy. Ehhh- westchnąłem i poszedłem. Najpierw sprawdziłem parter a potem piętro swojego domu. Patrzyłem w każdy zakamarek, i może to głupie, najmniejszą szafkę, za każdym razem nadstawiając nóż kiedy otwierałem jakieś drzwi. Sprawdziłem dwa razy, kiedy już się upewniłem dostatecznie że mam pusty dom, odłożyłem nóż i udałem się do swojego domu. Jako że trochę się bałem, a burza jeszcze potęgowała ten strach to włożyłem na uszy słuchawki i zacząłem słuchać muzyki, położyłem się na łóżku na brzuchu i słuchałem soundtracków z filmów Gladiatora, Piratów z Karaibów i inne, ponieważ strasznie lubiłem muzykę filmową. I kiedy tak słuchałem muzyki zapominając o świecie, on wszedł do mojego mieszkania, kiedy zachwycałem się utworem ,,Now we are free" on zmierzał bezszelestnie do mojego pokoju, kiedy moje drzwi skrzypnęły i on z nożem i psychopatycznym uśmiechem na brudnej twarzy z dwiema bliznami, z czego jedną przechodzącą przez oko zmierzał ku mojemu łóżku ja tego nie słyszałem. Zrobiłem straszne głupstwo nakładając te słuchawki. Wbił mi nóż głęboko w plecy aż po samą rączkę, zacząłem się dusić zdąłem słuchawki, nie mogłem wstać, z trudem łapałem powietrze, wyjął nóż z moich pleców i trzymał go zakrwawionego w lewej ręce, odwróciłem się na plecy i spojrzałem na niego, moja pościel była już prawie cała we krwi. Miał na rękach rękawiczki. Patrzył się na mnie z tym swoim okropnym psychopatycznym uśmiechem na twarzy. Wiedziałem że to już moje ostatnie chwile, zacząłem się dusić, nie mogłem złapać powietrza, z trudem ale spytałem się go:

- Kim*ciężki oddech* kim ty jesteś?
- Nie oglądasz wiadomości?- odparł cały czas się uśmiechając
- *ciężko oddycham* Nie ma... *wdech* nie mam prądu,*wydech* kim jesteś?
- Nie wiem po co chcesz to wiedzieć, ale skoro chcesz to powiem ci że uciekłem z więzienia, w wiadomościach kazali wszystkim zamknąć drzwi, ale szczęśliwym trafem twoje były otwarte, czyżbyś zapomniał je zamknąć?- powiedział szyderczo, cały czas się śmiejąc
- Ro.. ro *ciężki oddech* rodzice, mówili że *ciężki oddech* je zamkną jak będą *oddech* wychodzić, *ciężki oddech coraz krótszy* to ty pozbawiłeś mnie prądu?
- Nie-uśmiechnął się jeszcze szerzej- po prostu miałeś pecha
,,no co ty"- pomyślałem a on ciągnął dalej
- Naprawdę nie umiesz naprawiać korków?
milczałem, lecz po chwili powiedziałem- *ciężko oddycha* A.. ale sprawdziłem przecież dom*3 szybkie krótkie oddechy* nie znalazłem cię, gdzie ty do cholery byłeś?
Nagle usłyszałem syreny policji, ,,trochę za późno"- pomyślałem
On zbliżył się do mnie, nachylił się i przystawił nóż do mojego gardła, poczułem okropny odór z jego ust, śmierdziało alkoholem i papierosami oraz zgnilizną, nachylił mi się do ucha i rzekł- cały czas stałem przed twoim domem, przed drzwiami których nie zamknąłeś
I poderżnął mi gardło, a nóż wcisnął mi do lewej dłoni i zbiegł szybko na dół, a ja umierałem.
Policjanci nikogo nie znaleźli oprócz mnie kiedy weszli do domu, uznano że popełniłem samobójstwo, ponieważ znaleziono mnie z podciętym gardłem i nożem w ręku. Zadzwoniono po moich rodziców którzy natychmiast wrócili do domu. Opłakiwali mnie gdy tylko przyjechali i mnie zobaczyli. Już więcej nie podróżowali, siedzieli cały czas w domu, z nikim nie utrzymywali kontaktów, ich jedyny syn którego tak naprawdę nie znali popełnił samobójstwo i to prawdopodobnie przez nich. Zakończono śledztwo, uznano że popełniłem samobójstwo, lecz pewnie odkrycie mojej mamy, rozpoczęło śledztwo na nowo. Otóż moja mama znalazła karteczkę z napisem ,,Następnym razem nie zapomnijcie zamknąć drzwi"


Śledztwo zakończono, ale mordercy nie znaleziono, zawsze pamiętaj żeby zamykać drzwi, nikt nie wie gdzie teraz jest ten morderca, zostajesz sam w domu? Uważaj



I jak? trochę długa, ale mam nadzieję że komuś się spodoba, jak już pisałem oczekuję krytyki, jeśli komuś się spodoba to napiszę jakąś jeszcze.
  • 2

  #1283 Eriko

Eriko
  • Nowicjusz
  • Postów: 1
  • Tematów: 0
  • PłećKobieta
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 03.07.2013 - 15:07

black96 poprosiła mnie, żebym dodała za nią tą pastę, gdyż ją Wam obiecywała. Została zablokowana za wulgi w opowiadaniach i wraca dopiero 27.07. Obiecała, że jak tylko wróci, to znowu zacznie dodawać creepypasty.
___

Trzynaście, cz. I
autor: OpossumJunkie

(To jest historia oparta na moich prawdziwych doświadczeniach, jako że czasami cierpię na halucynacje. Trzynaście jest najczęstszą z nich, potrafi być baardzo prawdziwy.)
Mieszkam na zadupiu, w stanie Oregon. Nie usłyszysz zbyt często dziwnych historyjek z naszego małego miasteczka, bo nikt nigdy o tym nie opowiada. Z jakiego powodu - nie wiem. Po prostu jak każde inne miasto mamy swoje sekrety, ale czy to tabu czy nie, podzielę się z wami serią wydarzeń, które na stałe wpisały się w naszą historię.
Pierwszy raz zobaczyłem to jeszcze kiedy byłem w gimnazjum. Wtedy zacząłem cierpieć na ataki paniki, będących skutkiem psychicznego gnębienia połączonego z moją hipochondrią. Widzicie, byłem absolutnie przekonany, że umarłbym gdybym położył się do łóżka, nie jestem pewien dlaczego.
Ale tak właśnie było.
Zawsze szczyciłem się tym, że nie boję się nieznanego, potworów czy ciemności. Kiedy pewnego razu obudziłem się w środku nocy byłem wdzięczny, że mam tę cechę. Coś dało się wyczuć w pokoju, jakby wszystko tkwiło w kompletnym bezruchu. Przyczyną mógł być paraliż przysenny, ale szybko odrzuciłem ten pomysł gdy dotarło do mnie, że mogę się ruszać.
Właśnie wtedy zobaczyłem jak coś przesunęło się w drzwiach mojego pokoju, leciutko, jakby nie było pewne czy chce zostać zauważone. Biorąc głęboki oddech powoli odwróciłem głowę w lewo i spojrzałem w stronę drzwi. Stała tam ta wysoka, blada... RZECZ. Miała cienką, półprzezroczystą skórę; to takie oklepane. Cokolwiek to było, miało okropną przygarbioną sylwetkę, która pozwoliła mi wywnioskować, że jest znacznie wyższe niż na początku przypuszczałem.
To miało długie pazury i wielkie usta, szpiczaste uszy, wychudzoną twarz. ?Taki oklepany motyw? pomyślałem, przypominając sobie te wszystkie historie, które czytałem tutaj (na reddit - przyp. tłum.) i na innych stronach. Przypominasz sobie jakieś straszne stworzenia z opowieści i nagle przybywa przerażający stwór chcący pożreć twoją duszę.
Osobliwe wydało mi się to, że ta postać nie wydawała się groźna, nawet gdy otworzyła usta i uśmiechnęła się do mnie rzędami podobnych do igieł zębów. Nawet wtedy gdy wgapiałem się w puste oczodoły zajmujące większą część twarzy upiora. To po prostu... Było tam, obserwując mnie. Nie wiem jak ktokolwiek inny poradziłby sobie z tym, może po prostu byłem trochę w swoim własnym świecie - będziecie się z tego śmiać.
Pierwszą rzeczą, którą wykrztusiłem było Dobry wieczór.
Zdawał się zaakceptować te słowa jako potwierdzenie, że mogę go zobaczyć, bez złości czy smutku, czy czegokolwiek innego. Po prostu siedział, uśmiechając się do mnie. Z tego co pamiętam to był najbardziej obezwładniający moment, ale w tamtej chwili byłem przede wszystkim zaciekawiony. Zauważyłem, że stwór był równie zaintrygowany jak ja, przecież dlatego się tu znajdował, prawda?
Miałem wrażenie, że minęły minuty, ale siedzieliśmy tak kilka godzin, gapiąc się na siebie w niemej wymianie zaciekawienia. Jego uśmiech wrył mi się w głowę na cały następny dzień. To coś wyszło z pokoju tylko Bóg wie dokąd około, jak zdołałem wywnioskować, 5 rano.
Nie widziałem go przez jakiś miesiąc, ku mojemu rozczarowaniu. Wierząc w takie rzeczy jak życie pozagrobowe doszedłem do wniosku, że to musiało być jakieś dziwaczne astralne stworzenie.
Ale on wrócił. Tym razem byłem w pełni przebudzony, uspokajałem się akurat po ataku paniki, który miałem wcześniej. Ponownie, usiadł w drzwiach i poczekał aż na niego spojrzę, a później się uśmiechnął. Co mogłem zrobić innego niż pozwolić mu zostać? Więc zaprosiłem go do środka.
Pewnie myślicie, że byłem głupi zapraszając takie coś żeby usiadło koło mnie na łóżku, ale to właśnie zrobiłem. A on przyjął zaproszenie, siadając na skraju mojego łóżka i obserwując mnie, szeroko się uśmiechając, ze śliną przeciekającą między zębami. Tak jakby to było normalne, zacząłem z nim rozmawiać. Po części po to żeby udowodnić, że się nie boję, a po części z powodu mojego własnego zainteresowania.
- Czy masz jakieś imię? - zapytałem w pewnym momencie. Odpowiedział mi, ale w niekonwencjonalny sposób, jego usta nawet nie drgnęły. Imię ?Trzynaście? wślizgnęło się do mojego umysłu jak natarczywa myśl. Trzynaście towarzyszył mi w ciągu nocy jeszcze raz, słuchając mojego bezsensownego gadania o lękach i problemach, których doświadczałem.
Zaczął odwiedzać mnie częściej, a nawet zdarzało mu się 'odpowiadać'. Nigdy nie opowiedział mi o sobie, rzucał tylko kilka słów w odpowiedzi na moje pytania. Kiedy zapytałem skąd pochodzi, po prostu wskazał podłogę jednym ze swoich chudych palców.
Piekło - pomyślałem, sarkastycznie. Jednak byłem bardzo, bardzo w błędzie. W tamtym momencie myślałem, że już to zrozumiałem, Trzynaście, mój prywatny demon. Ha!
Nie działo się nic niepokojącego dopóki Trzynaście nie zaczął pojawiać się w ciągu dnia, łaknąc mojej uwagi. Chodził za mną po całym mieszkaniu kiedy wykonywałem codzienne czynności, karmiłem koty, przygotowywałem jedzenie, nawet kiedy szedłem do łazienki (w końcu się do tego przyzwyczaiłem). Na początku mi to nie przeszkadzało, Trzynaście był dość spokojny obserwując mnie w ciągu dnia. Przez pewien czas to było wszystko co robił, po prostu patrzył. A później zaczął mówić. Dużo.
Trzynaście zaczął mnie męczyć, bo kiedy byłem w towarzystwie kogoś ze znajomych albo rozmawiałem przez telefon z rodziną był w stanie zrobić wszystko żeby zwrócić moją uwagę. Pierwszą sztuczką było drażnienie moich biednych kotów, które też były w stanie go zobaczyć. Wiedziałem już, że Trzynaście jest niezadowolony, gdy wbiegały do mojego pokoju całe nastroszone i ze strachem w oczach. W końcu uznałem, że dość tego, i postanowiłem poświęcić mu trochę uwagi żeby go udobruchać.
Zamiast czekać aż Trzynaście się pojawi, zawołałem go. ?Trzynaście, chodź, możemy porozmawiać? - dokładnie tak powiedziałem. Nic się nie działo przez około godzinę, i wtedy Trzynaście wszedł do pokoju i usiadł na łóżku, wydawał się zadowolony. Nie wiem z jakiego powodu, ale zaczął mnie przerażać. Ten jego uśmiech był skierowany cały czas w moją stronę, jakby mówił mi, że jestem grzecznym zwierzątkiem, posłusznym. Dobry piesek.
Wówczas nie wiedziałem o czym z nim rozmawiać, więc po prostu patrzyłem się na niego i vice versa. Trzynaście był jak dziecko, zadowolony siebie, z pijanym uśmiechem na twarzy, wiercący się co chwilę w euforii. Wtedy zauważyłem, że mogę odbierać w pewien sposób jego emocje, co trochę mnie zaskoczyło. Moja frustracja osłabła, a w jej miejsce pojawiła się ponownie ciekawość. Spróbowałem wyciągnąć od niego znów trochę informacji.
Zaczął mi opowiadać, że jest tutaj z jakiegoś powodu i że byłem bardzo niemądry myśląc to, co myślałem. Więc on mógł 'czytać' w moich myślach? Możliwe. Albo chciał sprawić, żebym tak uważał. Udało mu się, wycofałem się odrobinę czując się głupawo.
Zapewnił mnie, że moje rozumowanie było logiczne, ale niepoprawne. Nie był mną zaciekawiony ani nie był demonem. Jedyne, co udało mi się z niego wyciągnąć to to, że czekał. Próbowałem pytać na co czekał, ale nigdy mi nie odpowiedział, tylko gapił się i uśmiechał. Zapytałem: Czy czekasz na moją śmierć??
Potrząsnął głową.
- Czekasz aż coś się stanie?
Ponowne zaprzeczenie.
- Więc na co, do cholery, czekasz?
Trzynaście w końcu mi odpowiedział, nigdy tego nie zapomnę. Słowa przedarły się przez mój umysł, do dzisiaj mam gęsią skórkę gdy o tym pomyślę. - Czekam aż będę miał cię na własność.
Od tego czasu zacząłem żałować, że do mnie przychodzi.
---
(Rysunek autora, przedstawiający Trzynaście: http://img833.images...tphoto00094.jpg )

Użytkownik Eriko edytował ten post 03.07.2013 - 15:09

  • 0

  #1284 Rajden204

Rajden204
  • Nowicjusz
  • Postów: 16
  • Tematów: 0
Reputacja Kiepska
Reputacja

Napisano 04.07.2013 - 12:05

Ostatni raz próbuję z Łowcą
BTW Bardzo wszystkich przepraszam za moje ostatnie zachowanie, obiecuję poprawę


Łowca Vi - Raiden

Obudziłem się rano. Pokój był przepełniony stęchłym powietrzem. Od ścian odchodziła tapeta, a drewniana podłoga gniła. Byłem zdezorientowany, a gdzie pozostali? Wstałem. Od razu mój wzrok przykuło biurko, a na nim rzeczy. Torba, jakieś notatki i ... zegarek? To był jakiś dziwny zegarek, średniej wielkości ciężki zegarek z niewielką antenką. Założyłem go, potem zacząłem czytać notatki. "Musisz odnaleść Siebie, aby odnaleśc drogę do domu". Po przeczytaniu tego raczej nie za bardzo zrozumiałem o co chodzi. Josh! Himunaru! Jeżeli to wasz kolejny głupi kawał to leiej uważajcie - krzyknąłem. Przeczytałem następny skrawek papieru - "Odnajdź Siebie, a odnajdziesz moc" Hmmm tak jasne, niech będzie że rozumiem - szepnąłem do Siebie. Czytając trzecią notatkę zaciekawił mnie jej koniec. "Staw czoła cieniom, odnajdź prawdę.. "Odnajdź prawdę"? Pomyślałem.Założyłem torbę na plecy, notatki schowałem do kieszeni i zacząłem kierować się do drzwi. Na korytarzu to samo co w pokoju... Smród stęchlizny, odpadające tapety. Gnijąca podłoga. Zaszokowało mnie jedno - podłoga była we krwi. Ostrożnie zacząłem się kierować ku wyjściu na zewnątrz. Drzwi były otwarte. Po wyjściu znalazłem się w... Tak, to Ponyville. Wszędzie mgła. Było zimno, lecz to nie był chłod zimy. Było znacznie cieplej na tę porę roku. Zacząłem się rozglądać po okolicy - pustka, nikogo nie ma. Przechadzając się po pustym mieście prawie się zabiłem. W ostatniej chwili zauważyłem wielką przepaść bez dna. Zdezorientowany cofnąłem się. Odwróciłem się a tam... Kucyk. Nie miał paru zębów, jednej z przednich nóg też mu brakowało i miał wyrwany... kawałek pleców. Wszystko w porządku? - zapytałem. Czy potrzebujesz pomocy? jesteś poważnie ranny - dokończyłem. Kucyk zawarczał, po czym zaczął zmierzać w moją stronę powolnym krokiem. Rzucił się na mnie. Gdy odskoczyłem powiedziałem - co się tu dzieję?! Cofnij się! Nie podchodź!. Gdy To coś wyciągnęło zęby z ziemi ponownie na mnie skoczyło. Powtórka z Silent Ponyville co? - pomyślałem. Możliwości walki nie miałem. Bez mocy, nawet niczego pod ręką nie było, żeby go jakoś unieszkodliwić. Uciekłem. Nie wiedziałem gdzie mam się udać, nie znam tego miasta, błąkam się od jakiejś godziny, może dwóch. Wtedy coś znalazłem... Kącik Kostki Cukru, czy jakoś tak. Gdy Josh oglądał tylko na chwilę podpatrzyłem. Rozglądając się jeszcze chwilę po innych budynkach postanowiłem przeszukać ten cały Koncik... Drzwi frontowe jak zwykle były zamknięte. Obchodząc budynek zauważyłem balkon z przystawioną do niego drabiną. Gdy tylko chwyciłem szczebli zabrzmiał głos w mojej głowie. Paskudny, zachrypły straszny głos - Wiesz co się stanie, jesteś o pare minut za późno. Stuknąłem się dłonią w głowę, żeby się pozbyć tego głosu. Wspiąłem się po drabinie i wszedłem do pokoju. Znów to samo... Stęchlizna i zgnilizna. Na podłodze leżał... kucyk, dziecko. Było białe i miało zawiązane oczy. To była raczej tylko połowa dziecka. Wtedy zacząłem przypominać sobie Silent Ponyville. Podszedłem do klaczki, chwyciłem ją za szyję i ustawiłem przed swoją twarzą. Marne ścierwo - powiedziałem lekko zdenerwowanym tonem. Z pełnią szału wyrzuciłem truchło przez okno. Udałem się do łazienki. Krew, na kafelkach, na podłodze, w wannie, krew wszędzie!. Podeszłem do wanny. Leżał tam zmasakrowany aligator z rozwartym pyskiem. Przypomniałem sobie, że w jego pysku był klucz do szkoły. Zapewne tam się udała - pomyślałem. Bez zastanowienia zszedłem drabiną w dół i poszedłem szukać szkoły. Szczęśliwym zrządzeniem losu szkoła była niedaleko, a ja ją znalazłem po 10-ciu minutach poszukiwań. Tak jak się spodziewałem - drzwi były otwarte. Wszędzie było ciemno. Po kilku minutowej wędrówce po szkole usłyszałem krzyk, krzyk dziewczyny. Z poczuciem zdezorientowania pobiegłem w stronę źródła krzyku. Dziwny pokój. Po drugiej stornie drzwi. Otwarte drzwi. w tych drzwiach tkwiły dwa klejnoty i dwa wizerunki. To chyba Luna i Celestia - pomyślałem. Przy obrazku Celesti widniał czerwony klejnot w krztałcie balonika, przy obrazku Luny była wiolonczela. Wszedłem do pokoju, a jak, zgnilizna i dziwny brązowy sufit z brakującymi kafelkami. Dwa martwe kucyki wisiały w rogach pomieszczenia, przypięte metalowym łańcuchem. Pomiędzy nimi widniał napis napisany ich krwią : Uciekaj . To nie tutaj! - wykrzyczałem. Oczy się przyzwyczaiły do mroku. Widziałem lepiej, ale i tak widocznośc pozostawiała wiele do życzenia. Sprintem biegłem w stronę krzyków. Biegnąc przez korytarz zobaczyłem Biała Klaczkę ze zmiażdżoną głową. Lekkie obrzydzenie mnie nie powstrzymało. Biegnąć przez korytarze zobaczylem otwarte drzwi. a tam - szary kucyk w garniturze. Zawarczalem ze wściekłością. Zwolniłem i cichym krokiem podszedłem do drzwi przystając do ściany, żeby się jakoś uniewidocznić. Zegarek zaczął dzwonić. Nie interesowało mnie to wtedy. On to usłyszał. Nie widziałem co się dzieje tam w środku więc czekałem. Po chwili wyszedł. Stanął tuż przed moją twarzą. Patrzałem mu prosto w twarz, albo raczej w brak tej twarzy. Uważaj co robisz - powiedziałem, dobrze wiesz, że niedługo nadzieje cię na ostrze - dokończyłem. On mnie zignorował i poszedł. Jeszcze zdążyłem krzyknąć - Nie popełnij błędu. Wszedłem do pomieszczenia. Była to piwnica. Najzwyklejsza piwnica, rury, bojlery. Latarenka stała po środku pokoju dając delikatną pośtwiatę na moje ciało. Obok latarenki siedziała dziewczyna, klacz oczywiście. Było jeszcze trochę ciemno, a ja byłem zszokowany spotkaniem ze Slenderpony. Nie mogłem ustalić kim ona jest. I wtedy znów pojawił się ten głos. Dobrze wiesz kim ona jest, przypomnij sobię tę historię. Wtedy przypomniało mi się Silent Ponyville. Rozdział trzeci, wszystko działo się w szkole. Ale moje przerażenie było na tyle wielkie, że nie potrafłem nic powiedzieć.Nie zauważyła mnie gdy wstawała. Wzięła wielki łyk powietrza, gdy wynurzała głowę z wiadra z wodą. Potem oglądała swoje rany. na nogach, na głowie. Zrobiło mi się jej żal. Tyle przeszła... A ja, jako ktoś kto potrafi z Tym czymś walczyć chciałem jej pomóc. Zaczęła pić wodę z wiadra. Przymknąłem na chwilę oczy, chciałem trochę pomyśleć - czy kiedyś wyjdę z tego "Drugiego Świata"?, czy w ogóle wrócę do swojego świata. Usłyszałem westchnięcie, co natychmiast otworzyło moje oczy. W jednej chwili zdałem sobie sprawę że nagle jesteśmy w stołówce... Nie, pokój znowu się nie przemienił, czy ja ją śledziłem? To było dziwne, nie pamiętam tego. Po chwili Pinkie zaczęła się rozglądać po stołówce, a gdy mnie zobaczyła... Nagle na jej twarzy pojawiło się przerażenie, gwałtownie się cofnęła krzycząc COFNIJ SIĘ! Ehhh, biedaczysko, tyle przeszedła i jeszcze ja ją wystraszyłem. Spokojnie, uspokój się, wszystko jest dobrze, ja jestem tym dobrym, spokojnie. - powiedziałem głosem najłagodniejszym, jaki mogłem wydobyć z siebie. Nic ci nie grozi, spokojnie - dokończyłem. Ona wiedziała kim ja jestem, ale szok nie pozwalał jej na rozumowanie. „Wydaje mi się, że...” powiedziała biorąc głęboki wdech i przechylając głowę, „Pozostało mi tylko... otworzenie tego pudełka...” nagle powiedziała. Śmiało, zrób to - powiedziałem łagodnym tonem. Pinkie z niechęcią to robiła. Nie bój się nieznanego - powiedziałem normalnym tonem. Gdy to zrobiła... w środku pudełka był zwykły klucz. Na jego widok Pinkie najwyraźniej była zszokowana. Chodźmy, nie marnujmy czasu - powiedziałem. Wyszedliśmy ze szkoły. Śnieg delikatnie piętrzył się pod naszymi nogami. Szedłem za nią i czułem poczucie bezpieczeństwa, ona znała to miasto. Pewnie przy mnie też czuła się bezpieczniej. W oddali zauważyliśmy kilka Groanerów. Mój zegarek zaczął delikatnie dzwonić. Zdenerwowałem się na ich widok, po czym zaszarżowałem z pustymi rękoma. Hej co ty robisz - krzyknęła do mnie Pinkie. Bestie to usłyszały i skierowały głowę w naszą stronę. Walcze o lepsze jutro - odpowiedziałem ucieszonym głosem. To wszystko co tutaj się działo. Musiałem odreagować mordując to coś. Dopiero wtedy przypomniało mi się że atakuje gołą dłonią i nie wiem jak ich wykończyć. Skoczyłem na jednego z nich. Zacząłem okładać go po gębie pięściami. Gdy noga zatopiła mi się lekko w dziurze którą miał na plecach wpadłem na pomysł. Zeskoczyłem z niego. Kopem w twarz zdezorientowałem go. Chwyciłem go za szyję i prawą rękę wsadziłem w otwór. Nie wiedziałem co robię, gniew przesłaniał mój umysł. Po chwili wyczułem coś pod palcami. Zacisnąłem dłoń i z całej siły szarpnąłem. Groaner padł. Nie wiedziałem co z nego wyrwałem i nie miałem zamiaru na to patrzeć. Widząc, że dwa kolejne Groanery się zbliżają dałem susa w strone Pinkie, która na mnie czekała. Dobiegłem do niej, zegarek z potężnego dzwonienia przeszedł w delikatne szumienie. Spojrzalem na swoją rękę. Od łokcia do dłoni była cała we krwi. Na mojej twarzy zrobił się szyderczy uśmiech. Znowu w formie - powiedziałem cicho. Bez chwili czekania poszedliśmy w stronę Kącika. Drzwi tak jak wcześniej były zamknięte. Pinkie ostrożnie wyciągnęła klucz i włożyła go do dziurki. Drzwi się odblokowały. Lekko zdezorientował mnie fakt, że klucz obrócił się w popiół. W pomieszczeniu było ciemno. Pinkie wyciągnęła z torby latarenkę. O dziwo w środku wyglądał całkiem dobrze, a nawet było przygotowane na przyjęcie. Nie interesowało mnie to, ale moją uwagę przykuł transparent : Witamy Pinkie Pie. To dla mnie? - powiedziała Pinkie. „Och! Mamy gościa? Kocham gości!” dobiegł nas brzmiący nieco zbyt znajomo głos. Pinkie stanęła jak wryta, rozglądając się dookoła. Nie słyszała ŻADNEGO kucyka, odkąd znalazła się w tym okropnym miejscu, i nagle wypełniła ją nadzieja. Po chwili Pinkie i drugi kucyk zaczęły rozmawiać -

-„Tak! Tak macie gościa! To ja! Pinkie Pie!” zawołała szybko Pinkie Pie, nie ukrywając swego podniecenia, chcąc w końcu spotkać jakiegoś kucyka. -„Gdzie jesteś? Wyjdź! Obiecuję, że nie jestem jak te potwory na zewnątrz!”

-„Naprawdę?” zachichotał głos, „W te dni po prostu ciężko stwierdzić, kto czym jest, a kto czym nie jest” odpowiedział wesoło.

-„Proszę, czy mogłabyś wyjść? Naprawdę chciałabym zobaczyć twoją twarz.” powiedziała Pinkie, nie dbając o to, że głos brzmiał dziwnie znajomo; po prostu chciała zobaczyć innego kucyka.

-„Oki-doki-loki! Skoro tak ładnie prosisz!” Ciemna plama w rogu pokoju poruszyła się, przemieniając się w kształt kucyka, tuż przed oczami Pinkie. Cień otaczający kucyka ustąpił, gdy padły na niego promienie światła. Pinkie westchnęła w szoku, zakrywając sobie usta kopytkami.

Co do?! - wtrąciłem się do rozmowy. Raisen! - wykrzyknąłem, jednak ostrze się nie wyrobiło. Kiedy odzyskam tę cholerną moc?! - zapytałem sam Siebie.

-„Co się stało? Wyglądacie na zaskoczonych widząc mnie! Mówiłaś, że nazywasz się Pinkie Pie, prawda? Co za zbieg okoliczności! Ja też jestem Pinkie Pie!” Nie mogło być wątpliwości, jasnoróżowa skóra, kędzierzawa kręcona grzywa i ogon, niebieskie i żółte baloniki na jej Cutie Marku, ta pełna życia aura... to była Pinkie Pie. „Ale to byłoby bardzo mylące, gdybyśmy OBYDWIE zaczęły mówić na siebie Pinkie Pie!” wyjaśniła myśląc nad tym, gdy przestała na chwilę podskakiwać, „Musimy dać Ci przezwisko!”

-„C-co... ale ja...”Pinkie nie wiedziała co powiedzieć. Dlaczego były jej dwie? A ta Pinkie nie wyglądała na cierpiącą z powodu smutku i rozpaczy, nie była obwiązana bandażami i nie wyglądała, jakby cokolwiek ją bolało. Ta Pinkie wyglądała dokładnie, tak jak ona, zanim zaczęły ją nachodzić koszmary, doprawiając wszystko szczyptą tego miasta.

-„Och! Widzę, że Twoje włosy oklapły, czy to znaczy, że jesteś smutna? Musisz być! Moje włosy są oklapnięte tylko, gdy jestem smutna! Więc będziemy mówić na Ciebie Saddie Pie!” – szczęśliwa wersja Pinkie Pie znów zaczęła podskakiwać, „Dlaczego jesteś smutna Saddie Pie? Czy ktoś ukradł Ci słodkości? Zawsze możesz zrobić sobie więcej!” chichotała wesoło, „Och! Już wiem co odwróci ten grymas do góry nogami! Zróbmy babeczki!”

-„B-babeczki?” zapytała z niepokojem Pinkie, „Ale... ja chcę się wydostać z tego miasta...”

--„Ooooo, już chcesz iść?” powiedziała szczęśliwa Pinkie Pie kręcąc głową, „Ale dopiero co przyszłaś! No chodź! Przed nami jeszcze tyle zabawy!” pokicała w kierunku drzwi na zaplecze Kącika Kostki Cukru, prowadzących do piwnicy. Otworzyła drzwi i odwróciła się „Chodź za mną głuptasku! Będziemy się dobrze bawić! A potem upieczemy te babeczki!” Szczęśliwa Pinkie Pie pokicała w ciemność po schodach, znikając z pola widzenia.

Na chwilę uklękłem z powodu bólu, który rozsadzał mi skronie. Wszystko w porządku - zapytała Pinkie zdziwionym głosem. A co się stanie, jak tobie nie pozwolę przypomnieć tej creepypasty? PODDAJ SIĘ CIEMNOŚCI - rozebrzmiał przeraźliwy głos w mojej głowie. Nie mogłem sobie przypomnieć co się wydarzy za chwilę. Tak.. jest ok... - powiedziałem niepewnym tonem. Pinkie chyciła latarenkę i poszedliśmy tam, gdzie poszedła druga Pinkie. Schodząc do piwnicy w oddali było słychać chichot drugiej Pinkie. Gdy doszliśmy na koniec schodów spodziewaliśmy się normalnej piwnicy. Zamiast tego ciągnął się przed nami długi korytarz, z szeregiem czterech drewnianych drzwi, zwieńczony drewnianymi drzwiami na jego końcu. „No chodź no chodź! Pobawmy się już!” - rozebrzmiał głos drugiej Pinkie. Pinkie poszedłe w kierunku pierwszych drzwi. Poczekam tutaj na Ciebie - zawołałem. Pinkie skinęła głową i otworzyła drzwi. To, co tam się działo... Pamiętałem to ale przez ten głupi głos nie potrafię przypomnieć sobie tej Creepypasty. Po paru minutach Pinkie wyszedła z pokoju z zszokowaną miną. „Powiedz, nie chcesz się pobawić?” - znowu rozebrzmiał głos tamtej Pinkie. Ehhh zamknij te jape w końcu - powiedziałem to na tyle cicho, że tylko Ja i moja Pinkie to usłyszeliśmy. Pinkie po chwili wszedła do drugiego pokoju. Wyszedla z niego po kolejnych paru minutach. „Ooooch, chcesz żebym czekała, tak?” - powiedziała druga Pinkie. Głos dochodzil z drzwi na końcu korytarza. Ingorowałem to. Pinkie wszedła do trzecich drzwi. Wyszedła po 5-ciu minutach. „No choooooodż... Przygotowałam dla ciebie przyjęcie i wszystko!” - ciągle emanowała szczęściem, ale tak jakby zaczynała lekko się niecierpliwić. Zuhhhhhhhhhhhhyyyyyyyaaaaaaaaaaaaaa... - wydałem z siebie jęk. Próbowałem medytować czy coś, żeby odzyskać choć trochę energi na jeden strzał z błyskawicy. Pinkie wszedła teraz do ostatnich drzwi. Wyszedła z nich z miną jakby czegoś zapomniała. „Nie jesteś zbyt zabawowa Saddie Pie! Gdyby to mnie powiedzieli, że wyprawiają mi przyjęcie, poszłabym prosto na nie!” - głos drugiej Pinkie brzmiał, jakby jej cierpliwość się kończyła. Chodźmy - powiedziała do mnie Pinkie Pie. Wszedliśmy do pomieszczenia. „Och! Tu jesteś! Już się bałam, że gdzieś się zgubiłaś! Co byłoby trochę dziwne, bo jak można się zgubić w prostym korytarzu? To znaczy myślę, że da się znaleźć sposób i na to, ale mimo wszystko spóźniłaś się na przyjęcie!” Druga Pinkie stała na środku pokoju, oświetlona przez latarenkę zwisającą pod sufitem. Reszta pomieszczenia tonęła w czerni, poza okręgiem światła, który rozjaśniał miejsce, w którym stała. Pinkie wyłączyła latarenkę i włożyła ją do torby. Po chwili znów zaczęły rozmawiać -

-„Powiedz mi... wiesz czego dotyczyły te wizje prawda?” zapytała tak poważnie, jak tylko mogła.

Inna Pinkie zmarszczyła brwi, -„Co? Kazałaś mi czekać na to? To niezbyt ładnie z twojej strony.” powiedziała podirytowana, „Ale ci wybaczę! W końcu tu przyszłaś i będziemy się razem świetnie bawić!”- Podskakiwała szczęśliwa.

-„Proszę! Chcę się móc bawić tak samo, jak ty... ale nie mogę, dopóki nie uzyskam odpowiedzi.” - potrząsnęła głową Pinkie, -„Co stało się z Ponyville? Czemu są tu potwory? Czemu widziałam obrazy, które widziałam? Nie pragnę niczego bardziej, niż powrotu do organizowania przyjęć i spędzania czasu z przyjaciółmi...” - lekko zniżyła głowę, - „Ale nie mogę... przynajmniej dopóki będą zżerać mnie te wszystkie wątpliwości.”-

Druga Pinkie przestała kicać i zmarszczyła brwi.

„W porządku, już widzę jak to jest.” Druga Pinkie odwróciła się, „Myślę, że po prostu muszę usunąć z Ciebie ten smutek Saddie Pie.”

Nagle pokój opanował całkowity mrok. Znów dźwięk syreny rozbrzmiewał. Czułem, jak pod moimi stopami przesuwa się grunt, znowu nas gdzieś przenosi. Po chwili syrena uchichła, a pokój zmienił się w brudny i gnijący. Ztęchłe powietrze znowu opanowało całe pomieszczenie. Druga Pinkie stała tam gdzie wcześniej, ale tym razem miała na sobie dziwną suknię ze skrzydłami. Gdy Druga Pinkie zaczęła się odrwacać fonograf w torbie Pinkie i mój zegarek zaczęły jednostajnie buczeć.
-„Wiesz co...” – przemówiła druga Pinkie – „bawienie się z samą sobą może naprawdę być najlepszą zabawą, jaką kiedykolwiek miałam.” Odwracając się lekko chichotała, pozwalając Pinkie na zobaczenie jej stroju w pełnej krasie. -„W końcu będę musiała to zrobić... ale przecież nic nie trwa wiecznie”.

Jej sukienka była... 6 skrzydeł każde inngo koloru, przyszyte bardzo niezdarnie. Naszyjnik z rogów jednorożców, a sama sukienka była jakby szachownicą z tymi... Cutie Markami...

-„Och, podoba ci się moja sukienka?” Druga Pinkie zauważyła jej otwarte ze zdziwienia oczy. Druga Pinkie, wygięła ciało tak, aby lepiej wyeksponować swoje dzieło,- „Bardzo się cieszę, że tak Ci się podoba, pracowałam bardzo ciężko, aby je zrobić. Nie było łatwo uzbierać ten cały materiał, żeby pozostał tak... nienaruszony. Kucyki bardzo się wiercą wiesz?” Śmiała się, z nonszalancją bawiąc się jednym ze skrzydeł. -„Jestem dumna z tego, jak dobrze mi to wyszło. Ale muszę przyznać, widzę coś, co mogłabym dodać, aby było jeszcze lepsze!”

Latarenka zaświeciła mocniej, rozświetlając większy kawałek pomieszczenia, odsłaniając stół wcześniej ukryty w ciemności. Druga Pinkie odwróciła się i podeszła w jego stronę, sięgając do postawionej na nim medycznej torby. Z torby wycągnęła ogromny rzeźnicki nóz.
-„A teraz mogłabyś być takim dobrym kucykiem i stać w miejscu? Nie chciałabym zabrudzić twojego ślicznego Cutie Marka.”

Wiedziałem co się będzie działo. Przyjąłem postawę bitewną, po czym wykrzyknąłem Arkaplus!. W morde! Kiedy odzyskam tę moc?! KIEDY?! - krzyczałem. Już nie było nadziei. Prawdziwa Pinkie odskoczyła w samą porę, nóź był bliski do zadania głębokiej rany. No dawaj Raiden, co powinieneś zrobić? - rozebrzmiał głos w mojej głowie. Stalem zamurowany, sparaliżowany strachem. Latarenka zaświeciła mocno, oświetlając całe pomieszczenie. Na hakach rzeźnickich wisiały kucyki, Pinkie odskoczyła, niechcąc ich dotykać. Meble i ściany udekorowane czaszkami. Zagapiona Pinkie poczuła, jak nóź przeszywa jej nogę. Gdy to zobaczyłem paraliż natychmiast minął. Poczułem jak gniew rozsadza moje wnętrze. Byłem odpowiedzialny, nie chciałem, żeby coś się jeszcze raz stało prawdziwej Pinkie Pie. Nóź zanił jej drugą nogę. Druga Pinkie coś mówiła, ale ja to ignorowałem. w pewnej chwili Pinkie Pie kopnęła drugą Pinkie w szczękę. Z jej ust płynęła krew i zęby. Podbiegłem do torby i wyciągnąłem drugi nóż.
„Niewhzl... pprópb...” - Druga Pinkie próbowała przemówić, ale zdołała tylko wybełkotać coś bez sensu. Wyglądała na cierpiącą, ale powoli podniosła się na chwiejnych kopytkach. „Zarllsh... cszie... wrlykonszczee...” - Druga Pinkie coraz mocniej pluła krwią. Podczas gdy prawdziwa Pinkie stanęła na poważnie zranionych nogach ja powiedziałem - nie zdążysz, gdyż Łowca dorwie Ciebie. Druga Pinkie już szarżowała. Ja także zuchwałą szarżą wykonalem cięcie. Chciałem trafić w brzuch, ale ostrze zjechało na tylną nogę. Rzeźnicki nóż przejechał po metalowych kratach rozsiewając iskry. na szczęście druga Pinkie spudłowała, a ja ponowiłem natarcie. Udało się! Zatopiłem nóż w jej brzuchu, po czym nastawiłem twarz do jej ucha i zacząłem szeptać. Dorwałem cie, i co teraż? Co teraz zrobisz śmieciu? Nie masz już dokąd uciec, Łowca cię dorwał, z twojego ciała będzie doskonały worek treningowy - wyszeptałem lagodnym głosem, po czym psychicznie zaśmialem się. Gardzę takim ścierwem jak ty - powiedziałem glośno. Wyrzuciłem drugą Pinkie, a ta odbiła się od ściany. Ładnie się odbijasz - zaszydziłem kolejny raz. Złapałem ją za głowę i precyzyjnym cięciem odciąłem wszystkie włosy głowy z wielkim płatem skóry. Hej, łysa, lepiej nie patrz - powiedziałem gdy już wbijałem nóź w jej oko. Zakończmy to - powiedziałem. Delikatnie naciąłem szyje, po czym odrzuciłem nóź. Wsadziłem rękę najgłębiej jak tylko się dało. Chwyciłem chyba kręgosłup i z całej siły pociągnąłem. Usłyszałem chrupnięcie, a po chwili z dziury w szyji wyłonił się wyrwany kawałek kręgoslupa i masa krwi. Odrzuciłem cialo. Zginęłaś z honorem, chociaż na niego nie zasłużyłaś - powiedziałem godnym tonem. Nagle spojrzałem na moją Pinkie. Natychmiast potrzebowała pomocy medycznej. Podbieglem do medycznej tobry. Co tam było. jeszcze jeden nóź, piła do cięcia kości i strzykawki wypełnione dziwnymi płynami. Złapałem za nóź i rzuciłem nim prosto w ścierwo drugiej Pinkie, wbił się perfekcyjcie w tłów, całym ostrzem. Znalazłem w torbie bandarze. Spokojnie, jestem przy tobie - powiedziałem troskliwym tonem. Dokładnie zabandarzowałem jej ranne nogi. Przysłoniłem jej oczy ręką, żeby nie widziała tej masakry. Nie patrz na to, proszę nie patrz - powiedziałem łagodnym głosem. Powoli ruszyliśmy gnijącą podłogą Kącika Kostki Cukru, w stronę pokrytych kurzem lad sklepowych. W suchym miejscu, na ladzie stała brązowa butelka. Napis na etykiecie mówił, że jest to „Leczniczy Napój”. Pinkie z przytłumionym umysłem, zdjęła zębami korek, po czym chwyciła i opróżniła całą butelkę. Napój smakował jak mix gorzkich ziół, z posmakiem truskawek, więc był jak większość lekarstw do picia. Jej ciało było jej wdzięczne, za dostarczenie napoju. Odłożyła pustą butelkę na ladę i powoli zaczęła zmierzać na środek Kącika Kostki Cukru. Położyła się, dysząc ciężko, gdy mgła w jej głowie w końcu ustąpiła, pozwalając jej zapaść w niespokojny sen. Tak, prześpij się, ja czuwam. - powiedziałem szeptem. Siedziałem przy niej z jakaieś dwie godziny, po czym znów rozbrzmiala syrena, pokój opanowała ciemnośc. znowu poczułem smród stęchlizny, wiedziałem, że znowu wszędzie jest brud i gnijące meble. Pinkie się obudziła. Ale tym razem mnie dopadło zmęczenie, położyłem się bezradnie, jakbym dostał czymś w głowę. Raiden, wszystko w porządku? Raiden? RAIDEN! - krzyczała pinkie. Mi juz nic nie zostało, tylko popłynąc z prądem niespokojnego snu.


-------------------
No i jak? Poprawiłem się?


  • 2

  #1285 Avii

Avii
  • Nowicjusz
  • Postów: 4
  • Tematów: 0
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 05.07.2013 - 19:59

Hej, zarejestrowałem się tu, aby podzielić się z wami pewną historią z mego życia:

To wszystko, o czym opowiem zdarzyło się jakieś 6 lat temu. Miałem wtedy 9 lat. Pamiętam jak dziś, iż dostałem wtedy mój drugi komputer z kolei, jak na tamte czasy był całkiem dobry. Mam go i ulepszam do dziś. Pamiętam to uczucie, kiedy wiedziałem, że mogę w końcu odpalić lepsze gierki. Nie będę więcej rozpisywać się na ten temat, przejdźmy do sedna.
Piszę tę historię, aby was ostrzec. Wcześniej próbowałem wszystko zapomnieć, ale wiem, że forum to odwiedza wielu ludzi, mam nadzieję, że komuś pomogę, zamieszczając ten tekst. Z gówy mówię, że nie jest to lipny “łańcuszek śmierci”, jak w wielu pastach.
Cholera, czy ja zawsze muszę tak zbaczać z tematu?

Jak już mówilem, zdarzyło się to 6 lat temu. Wszystko było fajnie, byłem jeszcze bardzo młody. Pamiętam, że kiedy dostałem ten nowy komputer, zawsze wymieniałem się z kolegami grami z gazet typu CD-Action. Raz od kolegi dostałem takową płytę. Nie pamiętam, z jakiej gazety była dokładnie. CD-Action? Play? Może ktoś sobie przypomni, kiedy podam nazwę gry. A nazywała się ona, z tego co pamiętam (choć mogę się mylić) “The epic quest for Andraiel”. Pamiętam, że w mojej okolicy w grę grał każdy dzieciak, bo była po prostu fajna i ciekawa. Fabuła była oklepana (Byłeś młodym rycerzem [nie pamiętam imienia] , który miał uratować księżniczkę Andraiel, która została porwana przez bandytów, którzy uciekli przez tajemniczy portal tym samym niszcząc go. Było trzeba przemieżać świat, aby ich znaleźć). Grę przeszedłem wiele razy. Wtedy, kiedy to się stało, podchodziłem do gry chyba po raz 4. Była na tyle ciekawa i nieliniowa, że nie nudziła się tak szybko. Wszystko zaczęło się od pewnej lokacji. Dotrzeć do niej było można już po uratowaniu księżniczki. (Gra miała też 2 wątek, aby nie była zbyt krótka, niestety nie pamiętam go dokładnie). Lokacja ta to było coś podobnego do jakiejś starej świątyni. Rzecz, którą zapamiętałem najbardziej, to pomieszczenie za zawaloną kolumną, do którego nie dało się dostać normalnie. Prawda, było wiele takich miejsc podczas całej gry, ale były tylko ozdobnikami, kiedy w tamtej, jeżeli się przyjrzałeś, mogłeś zauważyć, że dalej jest korytarz. Naszczęście byłem już obeznany z grą i znałem pewien bug pozwalający na wejście tam. Było trzeba stanąć przy kącię ścianu i sprintem w nią wbiec. Zazwyczaj mało komu się to udawało, bo kiedy postać była już w połowie ściany, sprint się wyłączał. Ja jednak po wielu próbach odkryłem, że w tej chwili trzeba obrócić się do tyłu. Kiedy już dostałem się do pomieszczenie, przeszedłem korytarzem dalej. Był on całkiem krótki. lecz nie różnił się wystrojem od zwyczajnych występujących w grze. Strasznie się zawiodłem, kiedy na samym końcu napotkałem pustą ścianę... Zrezygnowany chciałem już odejść, kiedy przypadkowo nacisnąłem e i coś się stało. “Rowki” w ścianie (które z resza dopiero wtedy zauważyłem) zaczęły wypełniać się światłem, a ściana zaczęła się odsuwać. Byłem zdziwiony, bo przy ścianie nie było charakterystycznej obwódki i opisu świadczącego, że można daną rzecz użyć. Kiedy wkroczyłem do pomieszczenia, na ekranie pojawiło się okienko:

Czy chcesz poznać prawdę?
1. Tak 2.Nie

Zaciekawiony wybrałem opcje pierwszą. Pomieszczenie kilka razy obróciło się i ujrzałem portal. Zdecydowany wbiegłem do niego. Gdy go przekroczyłem, zobaczyłem bohatera gry, w epizodzie, w którym ratuje księżniczkę. Tylko tutaj było inaczej... I właśnie to jest powód, dla którego piszę to. Nie wchodźcie do tego pokoju! Wracając, zobaczyłem bohatera, walczył z bandytami, kiedy jeden zaszedł go od tyłu i uderzył maczugą. Kiedy leżał na ziemi, oni podcieli gardło księżniczce... Pixelowa krew była wtedy wszędzie. Bohater z krzykiem wstał z ziemi i rozgromił oprawców. Wziął ciało księżniczki... mówiąc do niego... jak szaleniec
“Już nic Ci nie zrobią...”
Przerażające. Później razem z nią ruszył do swojej posiadłości. Położył ją na łóżku. Zaczął do niej mówić, jakby była żywa, a jego oczy wyglądały jak oczy szaleńca. W tym czasie można było zobaczyć... nie wiem jak to nazwać... migawki. Migała ta sama scena, ale w dwóch wersjach. Na jednej szczęśliwy rycerz i szczęśliwa księżniczka, a od razu po tym ta sama scena, ale rycerz wyglądał na chorego psychicznie i mówił do zwłok księżniczki... Tak przez kolejne kilka minut. Po tym wszystkim Ujrzałem okienko:

Czy prawda ma być zapomniana?
1. Tak 2. Nie

Nie wiedziałem, co zrobić, więc wybrałem opcję nr. 2. W końcu, jak gra miałaby wymazać mi wspomnienia? To niedorzeczne... Jednak nadal jestem ciekaw, co by się stało, gdybym wcisnął tak. Muszę poszukać tej gry i spróbować zrobi ć to jeszcze raz. Jeżeli napotkam inne ciekawe rzeczy, napiszę tu o tym.
Prawda, nie jest to straszne, ale jestem zdziwiony tym, że twórcy gry mogli umieścić w produkcie takie coś... Szczególnie, że gra miała raczej cukierkową grafikę i przemoc była rzadkością.

Użytkownik Avii edytował ten post 05.07.2013 - 20:04

  • 3

  #1286 Rajden204

Rajden204
  • Nowicjusz
  • Postów: 16
  • Tematów: 0
Reputacja Kiepska
Reputacja

Napisano 06.07.2013 - 00:29

Druga część :P Łapajcie:D

Łowca - Raiden II

Moje ciało rozpierała rozpacz, moje oczy wypełniały łzy, nie wierzę, że ja to robię. Przecież miałem ich chronić a nie... boże, zaraz zwymiotuje... To jest takie ohydne ale musze! Pcham kawałki mięsa do ust garściami, czuję jak surowe krwiste mięso przechodzi przez moje gardło. Nie chcę tego, ale muszę, coś mnie przymusza. Krzyczą, błagają o litość, a ja wsadzam im język do ust, żeby ich uciszyć. Gdy krzyczą odgryzam im języki. To takie ohydne ale muszę inaczej nie wiem co ze sobą zrobię! Moja przyjaciółka, Rainbow Dash, błaga o litość, a ja się z niej śmieje, zaczynam ją gwałcić, nie wiem co ja robię, ale daje mi to satysfakcję. Ciemność zapada. Znów ten cholerny głos. Śmieje się ze mnie, szydzi ze mnie. Brawo, tak powinien się zachowywać prawdziwy łowca - rozebrzmiał głos w ciemnej hali. Muszę, po prostu muszę ale ja tego nie chcę. Krew tryska a mi się to podoba, boje się, płaczę ale to nic nie daję, nie panuję nad sobą, ktoś mnie kontroluje!. Obudziłem się w tym cholernym Kąciku. Krzyczałem, róbowałem pozbyć się krwi i organów ze swojego pocharatanego ciała, ale moje ciało było suche, pomijając rany, które zdobyłem w tym swiecie. Byłem sam. Dziwny fonografowy zegarek wskazywał 3-cią. Spałem półtora godziny? Pinkie Pie nie było przy mnie, ale po chwili przyszła. Wszystko w porządku? Usłyszałam krzyki - zapytała. Nie, nic nie jest w porządku - odparłem zrozpaczonym głosem. Odkąd tutaj jestem... Słyszę głosy w swojej głowie, gadają jakieśdurne wskazówki, przez nie tracę pamięc - dokonczyłem poprzez łzy. Nagle w kieszeni poczułem coś niewielkiego. Bandarz. Całe szczęście. Przyda się na potem. Wstałem, lecz ból przyparł mnie do ziemii spowrotem. Nie czułem nogi. Nie wiem dlaczego była cała pocharatana. Bez namysłu wyciągnąłem bandarz i dokładnie opatrzyłem zmasakrowaną łydkę. Mogliśmy iśc w drogę. Po wyściu z Kącika Kostki Cukru całe Ponyville uległo przekształcenu. Ulica przekształciła się w rozpadającą się nawierzchnię. Nagle do naszych uszu dobiegł cichy dźwięk, a ziemia lekko się zatrzęsła. Fonograf w torbie Pinkie zaczął cicho brzęczeć, mój zegarek po chwili zaczął wydawać z siebie odgłosy. „Ghhaaaarrrrgghhh...” usłyszeliśmy jęk potwora, lecz dalej go nie widzieliśmy. To był Groaner, zmierzający na nas z charakterystycznym kuśtykaniem. Nie wyglądał on, jakby miał nas zaatakować, po prostu przed czymś... uciekał? „Ruua-GHRA” - Groaner wydał z siebie ostatni okrzyk bólu, gdy z ciemności wyłoniły się masywne usta, wgryzając się stwora i biorąc go do góry w całości. Byliśmy zszokowani gigantyczną bestią, która stała przed nami. Różowa, wielka, bez głowy bestia z ustami bezpośrednio przylegającymi do ciała. Nie ma chwili do namysłu. Od razu zaczęliśmy uciekać. Coś muszę mieć przy sobie no! - wykrzyknąłem. Nożem go nie załatwie - dokończyłem rozpaczając nad naszym losem. Wtedy w od dłuższego czasu pustej torbie poczułem ciężar. Sięgnąłem ręką za polecy do torby, żeby wyciągnąć tajemniczy obiekt. To był... Miecz? Nie, za krótki. Nóź? Nie, za długi. Nie ważne co to było. Krzyknąłem do Pinkie- Biegnij, ja odwrócę uwagę tego czegoś! Co kolwiek by się dziło, co kolwiek byś usłyszała pod żadnym pozorem nie odwracaj się. Nie! Nie zostawie cię - krzyknęła do mnie zrospaczona Pinkie. Po prostu biegnij - krzyknąłem zwalniając tempa. No dobra cwaniaku, zaczynaj - powiedziałem , gdy bestia zaczęła skupiać swoją uwagę na mnie. Wgryzła się, zrobiłem unik po czym chwiciłem ją i potężnym ruchem ręki wyrzucilem siebie na grzbiet potwora. Nie myśląc wbiłem to coś co znalazłem w swojej torbie. Bestię najwyraźniej to zabolało, więc ponowiłem cios. Wierzgała i zrzuciła mnie z grzbietu. Chwyciła mnie swoimy potężnymi szczękami i zaczęła miotać we wszystkie strony. Po kilku sekundach rzucania mną jak szmatą bestia rozluźniła swe szczęki rzucając mną z potężną siłą w budynek. Upadłem. Plułem własną krwią. Nie miałem siły żeby wstać. Rzuciłem ostrzem prosto do gardła bestii, co ją natychmiast zatrzymało. Miałem kilka sekund na ucieczke. Mimo poważnych ran na całym ciele biegłem ile sił w nogach. Serce biło mi jak szalone, próbując dostarczyć krew do nóg. Dogoniłem Pinkie Pie, która była ucieszona na mój widok. Skręciliśmy w uliczkę, biegnąc dalej czasami patrząc za plecy. Nagle naszą uwagę przykuła wielka brama ze stalowymi prętami, która odcinała jedną część świata od drugiej. Spojrzałem za Siebie, stwór zaczął nas doganiać! Plując potężną masą krwi. W bramie zobaczyliśmy otwór wielkości drzwi. Ostatni raz zmuśiłem swoje ciało do sprintu na najwyższych obrotach. Bez problemu wślizgneliśmy się do otworu, po czy zamknęliśmy bramę. Bezmyślna bestia zderzyla się z bramą robiąc ogromny hałas. Dyszac patrzeliśmy jak monstrum próbuje kolejną szarżą dostać się do nas. Brama byla wystarczająco silna, aby go zatrzymać. Głośne pęknięcie rozbrzmiało, gigantyczny stwór zorientował się, że zrbił dziurę w ziemii. Ziemia po drugiej stronie bramy zaczęła się rozpadać, tworząc gigantyczną otchłań bez dna. Słychac było jego głośne krzyki zakłucane krwotokiem gdy spadał w bezdenną przepaść. O mało brakowało - powiedziałem dysząc ze zmęczenia. Powoli ruszyliśmy w kierunku zniszczonej okolicy. Spojrzałem jeszcze raz za Siebie, patrząc ze szczęściem jak tamta część się rozpada. Byłem zadowolony. Tamto miejsce przysporzyło nam tyle cierpień. Gratuluję refleksu - rozebrzmiał znów ten cholerny głos. Obszar przed nami poznaczony był kamieniami różnych rozmiarów, rozciągających się tak daleko, jak tylko wzrokiem mogliśmy uchwycić. Pośród kamieni stał domek, mały, ale orginalny. Chyba... była to farma, gdzie Pinkie dorastała. ‘Farma? Nie powinna być tak blisko Ponyville!’ myślała, ruszając w jej kierunku. Urok rodzinnego domu i sentyment do niego, wołały ją do środka. Wizja ducha-klaczki pojawiła się przed drzwiami frontowymi, zbliżając się w stronę domu. Mała klaczka wbiegła przez drzwi prosto do mieszkania. Pinkie musiała pójść za nią. Hej, zaczekaj - wykrzyknąłem lekkim tonem. Wewnątrz, w dużym pokoju znajdowała się jej młodsza siostra w postaci ducha, stojąc naprzeciwko niej. „B-Bellamina!” krzykneła, wypuszczając latarenkę z ust. Uderzyła w podłogę z brzęknięciem i potoczyła się do młodego ducha klaczki, który zatrzymał ją kopytkiem.

„Jestem... zaskoczona, że udało Ci się dotrzeć aż tutaj Pinkamino.” Bellamina postawiła latarenkę z powrotem. „Widzę, że byłam w błędzie myśląc, że nie jesteś w stanie poradzić sobie z prawdą.”

„Bellamina! T-Ty...” zaczęła Pinkie, ale zamilkła patrząc na siostrę. „Ty... Ciebie nie ma tu naprawdę, mam rację?” powiedziała, a jej wesołość rozwiała się, widząc, że jest w stanie spojrzeć przez ducha swojej siostry.

Niczego nie rozumiem - powiedziałem zdezorientowany. Dla mnie ten świat eksplodował, tak jak mój mózg - dokonczyłem lekko śmiejąc się.

„Ujrzysz tutaj prawdę.” Bellamina odwróciła się wskazując Pinkie na schody prowadzące na górne piętro, „Ten dom jest jednak twoją ostatnią, bezpieczną przystanią. Potem, nie będzie już odwrotu.” powiedziała złowrogo jej młodsza siostra.

„...Co masz na myśli?”

„Żegnaj siostrzyczko.” Ostatnie słowa Bellaminy rozbrzmiewały jeszcze echem, gdy jej wizerunek znikał z pokoju.

Usiadłem ze zmęczenia i przerażenia, wyciągając nóż z torby. Odpocząłem prezchwilę, po czym zmarnowanym tonem powiedziałem - chodźmy, będę cię chronił, możesz zawsze liczyć na moje wsparcie.

Pinkie mogła tylko obserwować miejsce, gdzie stała jeszcze przed chwilą jej siostra, nie do końca pewna, co widziała i co powinna teraz zrobić. Poczuła ukłucie smutku, ale również... lekką radość. Była krótka, niewielka, i nie trwała tak długo jak by chciała, ale...

Rozmawiała ze swoją siostrą.

Podeszła do latarenki i chwyciła ją z powrotem w usta. Nie mogła się tu zatrzymać. Nie teraz. Ostatnie słowa jej siostry dały jej zastrzyk siły, zastrzyk, którego mogła użyć by przebrnąć przez całą resztę. Spojrzała na schody, które wskazała jej siostra. Prowadziły do sypialni na drugim piętrze.

Na szczycie zobaczyliśmy drewniane drzwi. Popchnąłem je. W środku znajdował się korytarz. Po jego bokach znajdowały się cztery otwory przy którywch widniały jakies napisy. Wszedliśmy do pomieszczenia. Nagle drzwi zatrzasnęły się za nami. Z przerażenia chwyciłem nóz z całej siły. Na końcu korytarza stał Slender Pony. Zegarek nawet nie zadzwonił. Slender Pony odwrócił się, przechodząc przez drzwi po drugiej stronie korytarza. Pinkie uspokoiła się, po czym podeszła do pierwszych drzwi. Oczy błyszczą wewnątrz,Czai się na ofiarę, Ogon kiwa się w oczekiwaniu. - przeczytała na głos. Nic nie rozumiałem. Nagle w otwór wsadziła jakąś płytkę, po czym weszła do tych drzwi. Nagle narósł gigantyczny ból w mojej głowie, upadłem pod jego naporem mdlejąc. Byłem w ciemnym pokoju, przede mną stała postać w czarnej szacie w kapturze z kosą. Więc dotarliście aż tutaj co? - rozebrzmiał ten sam ohydny głos. To ty! Czego ty chcesz ode mnie?!- wykrzyknąłem trzymając się za głowę z bólu. Po chwili z drzwi wyszedła Pinkie. Nie zatrzymuj się! Idź dalej - powiedziałem to, chociaż tego nie chciałem, nie kontrolowałem siebie. Nie posłuchałeś mojej rady... oj oj,nie dobrze. odwal się ode mnie - krzyknąłem bolesnym głosem. Ostatnie drzwi po boku. Wejdź do nich po twojej marnej przyjaciółeczce. AAAAARHHHA - wydałem z Siebie bolesny jęk. Pinkie wychodziła z czwartych drzwi. Wstałem i powiedziałem - muszę tam wejść, ten głos w mojej głowie mi każe. Wszedłem do tych drzwi. Nagle gdzieś mnie przeniosło. Byłem tam biernym obserwatorem. jakiś szary, paskudny kucyk skarpelem brutalnie mordował dziecko. Druga, różowa klacz siedziała zamknięta w klatce. Niedaleko pośród drzew zauważyłem... Człowieka, bardzo znajomego człowieka. Patrzał z obojętnością, a zarazem z przerażeniem, po czym odszedł. Wizja minęła, a ja wyszedłem z pokoju, po czył przytuliłem Pinkie. Ten Ogier... on zabił twoją siostre tak? - zabytałem zmartwiony. Ona czkała i płakała, kiwając głową. Mój ojciec tam był...mógł coś zaradzić, ale stchórzył - powiedziałem przez łzy. Nie pójdę w jego ślady! - wykrzyknąłem. Puściłem ją z objęcia a w mojej głowie znów rozebrzmiał ten chatoyczny głos - Stał czoła cieniom, odnajdź prawdę. Wyciągnąłem nóż z torby, po czym wypowiedziałem to zdanie. Straszny jęk rozebrzmiał w pomieszczeniu, a z dwóch stron wyszedłem... Ja?! Patrząc z przerażena jeden"Ja" przemówił - O tak Raiden, to my. Pamiętasz nas, gdy nas zniewoliłeś? Zginiesz za to!. Szok minął, a ja przyjąłem postawę bitewną. Zaszarżowałem na jednego "mnie". Odepchnął mnie do drugiego. Rzucali mną jak szmatą, a ja nie potrafiłem zadać cięcia. Po chwili udało się. Ostrze noża zatopiło się w gardle jednego "mnie". Zamiast krwi wypłynęła cienista ciecz. Alterego - pomyślałem. Dokładnie - odparł kolejny "ja". Próbując go trafić zniszczyłem nóż o ściany. Bezbronny z pięściami rzuciłem się na niego. Lałem go przez kilka minut, po czym on wykrzyknął znajome mi słowo- Akraplus!. Z jego dłoniwystrzelił grom, o mało nie trafił Pinkie. On ma moc! - pomyślałem. Ooo tak, mam moc - odparł. Zacząłemgo dusić. uderzałem jego głową o ściany. Zamiast krwi tryskała lustrzana ciecz. Tak. Właśnie zabiłem swoje alter ega - cień i odbicie w lustrze. Wchłoń ich! Połóż dłonie na ich martwych piersiach. Stawiłeś czoła Cieniom, odnalazłeś prawdę - rozebrzmiał już przyjemny głos. Zrobiłem to, co mi kazał. Po kilku sekundowym blasku ciała "mnie" zniknęły. Czułem, jak w moich żyłach płynęła moc. Chodźmy - powiedziała Pinkie. Ja chcę poznać prawdę - dokończyła. Przeszedliśmy przez drzwi na końcu korytarza. Po drugiej stronie drzwi zobaczyliśmy cztery pochodnie rozświetlające otwarty plac. Prowadząca na niego ścieżka była również rozświetlona. Wzdłuż ścieżki i placu rozciągała się siatka, więc nie mogliśmy pójść nigdzie indziej.
Delikatnie postawiła latarenkę i ruszyła na środek placu. Czuła niewielkie wstrząsy przechodzące pod jej kopytkami, gdy powoli zmierzała do celu.
Gdy byliśmy z jednej strony placu, z ziemi po przeciwnej stronie wyłonił się Slender Pony. Stał tam, górując nad nią, a jego obecność powodowała zaciskanie szczęk.Ale... tym razem się nie bała.
„Nareszcie zrozumiałam.” powiedziała delikatnie Pinkie, kręcąc powoli głową, zanim spojrzała z uśmiechem na miejsce, gdzie stał Slender Pony. „Strach przed twoją obecnością, twoja przewaga wzrostu, samo twoje istnienie... jesteś Ogierem, prawda?” Slender Pony po prostu stał tam, niewzruszony słowami Pinkie. „To znaczy... nie jesteś dokładnie nim... ale moim wyobrażeniem o nim.” zamknęła oczy i uśmiechnęła się. „Co znaczy... że już się ciebie nie boję.”
Slender Pony zaczął zmierzać w naszym kierunku, zamieniając każde stąpnięcie w echo rozchodzące się po arenie. Pinkie otworzyła oczy i zobaczyła idącego na nią kucyka. Jej usta zaczęły drgać, widząc go zbliżającego się coraz bardziej. Poczuła mgłę, zaczynającą opadać na jej umysł, fonograf i mój zegarek wydawały swój statyczny dźwięk.
Możesz próbować, Ogierze, ale ja poznałem prawdę i nie stchórzę jak mój ojciec - powiedziałem pewnym Siebie tonem. Slender Pony się zbliżał. Raisen - z moich ust wydobył się krzyk, a z mojej dłoni wyrosła brzytwa. Patrząc z uśmiechem na broń cieszyłem się, że w końcu odzyskałem moc. Pinkie na widok broni poważnie się przeraziła. Zacząłem biec ku Slender Pony. Wyskoczyłem i próbowałem zatopić ostrzę w jego ciele. Lecz on kopnął mnie, odrzucając na drugi koniec placu. Arkaplus! - krzyknąłem, a z lewej dłoni wystrzelił grom. Trafiłem go. Slender Pony zatrzymał się na chwilę, ukazując lęk, lecz po chwili znów zaczął się kierować z moją stronę. Znowu zadał kopnięcie, lecz obroniłem się lewą ręką. Kop był na tyle potężny, że złamał mi kość. To mnie nie powstrzymalo. Pinkie Pie zamknęła oczy, zaczęła coś szeptać, po czym zaczęła się śmiać. Z każdą chwią coraz głośniej i mocniej. Jasne światło wystrzeliło z jej karku, gdy pojawił się na nim złoty naszyjnik z klejnotem w kształcie balonika. Jej śmiech trwał w najlepsze, gdy światło z naszyjnika zmusiło Slender Pony do odskoczenia i wydania przenikliwego krzyku, zupełnie jakby światło sprawiało mu ból. Wstałem i precyzyjnym ciosem zatopiłem ostrze w jego brzuchu, które wyszło mu plecami. Patrzałem prosto w jego brak twarzy. Heeheh i co teraz? Pamiętasz, jak ci mówiłem, że w końcu uda mi się ciebie nadziać na ostrze? - zapytałem chichocząc zlośliwie. Mowiłem przecież " Nie poepłnij błędu" ale ty jak na złość mnie nie posłuchałeś - dokończyłem. Wracaj tam skąd przyszedłeś! - wykrzyknąłem, kręcąc ostrzem w jego ciele. Cały plac zaczął drżeć pod wpływem gigantycznych wstrząsów, a następnie zaczął się rozpadać. Cała sceneria dookoła nas zaczęła zapadać się w bezdenną otchłań, leżącą pod nami. Cały świat pękał i kruszył się dookoła.
Slender Pony wydał z siebie jeszcze jeden ryk pełen bólu i został wciągnięty z powrotem w ziemię, znikając nam z widoku.Uspokoiła swój śmiech na tyle, że mogła teraz spokojnie mówić.
„Nie wybaczę Panu, Panie Ogierze. I nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek mogła do końca wybaczyć ci to, co zrobiłeś, ale teraz wreszcie mogę ruszyć do przodu.” Zamknęła oczy i uśmiechnęła się szeroko. Złoty naszyjnik na jej szyi błyszczał jasno, a po chwili strzelił promieniem światła w powietrze, formując drzwi utworzone ze światła. Następnie naszyjnik zniknął, czekając na czas, kiedy byłby znów potrzebny. Pinkie pie! - krzyknąłem, plując krwią. Podszedłem do niej, uklekłem, żeby moja twarz była na równi z jej twarzą. Pinkie Pie... Ohh Pinkie Pie... Ocaliłaś nas. Dzięki tobie odzyskałem moc i poznałem prawdę. Dziękuje ci. Nie możemy zapomnieć, co tutaj się wydarzyło. Jeżeli się obudzisz przy przyjaciółce opowiedz jej o tym - o mnie, że tybyłem, o tobie, o tym co się tutaj wydarzyło. Obiecaj mi to. - powiedziałem głosem poważnym. Ona ucałowała mnie w czoło i powiedziała - obiecuję. Czas do domu - powiedziałem szczęśliwy. Ona kiwnęła głową, na znak zgody. Uśmiechnąłem się. Poprzez białe zęby wyciekała krew. Wstałem i oboje przeszedliśmy przez drzwi. Cisza.


Budzę się we własnym łóżku w domu Fluttershy. Raiden! - wykrzyknęli chłopaki. Ty żyjesz! - dokończyli uściskując mnie z radości. Opowiedziałem im o wszystki, co się tam wydarzyło. Odkryłem w końcu prawdę. Moc wróciła, znowu byłem prawdziwym Łowcą. Jeszcze pod koniec przysięgłem sobie, że NIGDY nie stchórze. Będę kroczył ścieżką Łowcy aż do śmierci. Nie popełnie błędu swego ojca... Nigdy...


-------------
No i jak? :D podobało się? Poprawiłem się? BTW. Zakończenia dodam w następnej historii. Dziękuję za uwagę i jeszcze raz przepraszam


  • -3

  #1287 Descent

Descent
  • Nowicjusz
  • Postów: 9
  • Tematów: 0
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 06.07.2013 - 23:24

The Creepy Dead

Dziś jest 7 lipca 2013 roku. Wszystko było normalnie dopóki nastał ten dzień lecz zacznijmy od początku.
Mam na imię Lee. Mam 17 lat, uczę się i mieszkam w domu z moimi rodzicami. Rodzice są (właściwie byli) na wysokich stanowiskach. Miałem psa, wabił się Dawg (jestem fanem subkultury jaką jest hip-hop). Rodziców było stać na wiele.
Była niedziela, 1 lipca, w telewizji było o jakiejś chorobie, która wybuchła akurat w niewielkiej części Colorado, akurat tam gdzie mieszkam i wojskowi panują nad sytuacją. Czemu wojskowi, a nie naukowcy? Zdziwiło mnie to.
W poniedziałek w moim mieście wybuchła panika i strach. Objęli pewien obszar kwarantanną lecz im się nie udało powstrzymać ICH. Choroba rozpowszechniła się zbyt szybko. W telewizji kazali zabarykadować drzwi, okna i nie otwierać komu z zewnątrz. Już wiedzieliśmy, że nikt nam nie pomoże. Dawg uciekł z domu przed tym i dobrze. Oby uciekł stąd jak najszybciej.
Wraz z rodzicami zrobiliśmy jak nam kazano w TV. Mieliśmy dużo zapasów żywności.
Z ciekawości chciałem dokładnie zobaczyć co się dzieje na dworze. To co zobaczyłem...
widziałem małego chłopca , który uciekał przed grupą szwendaczy, przewrócił się i one dogoniły go i...
zaczęły go ROZSZARPYWAĆ, JEŚĆ! Widziałem jego wnętrzności, zwymiotowałem. Zacząłem po prostu płakać.

----------------

Wczoraj widziałem jak ONI przebili się do domu naprzeciwko nas, ludzie którzy tam byli nie zdołali uciec. Nie dziwię się, oni chcieli zrobić ''imprezkę życia''.
W telewizji mówią aby zachowywać ciszę i ostrożność, gdyż przyciąga je światło i hałas. Erghhh... Wieczorki spędzone przy The Walking Dead opłacały się.


Dziś podczas przekazywania informacji (codziennie) dźwiękowiec został zaatakowany przez szwendacza, który wdarł się do studio. Przeraziliśmy się. Ojciec postanowił pójść po lampy naftowe, protestowaliśmy z mamą lecz ojciec z natury jest uparty. Czekamy na niego od 1,5 godziny, martwimy się o niego.


Jest! Tato wrócił, i ma zapasy. Zauważyłem u niego zadrapanie, które ukrywał, ale raczej zdawało mi się.

Następny dzień nastał, ojciec czuje się coraz gorzej, ma gorączkę i zimne poty.

Sobota, tato czuje się o wiele gorzej, mama martwi się niego.

Choroba nadal mutuje, mówiono o ''szwendaczach sprinterach'', jednego nawet widzieliśmy przez firanki. Szybko biegają!

Minęło 6 dni, z mamą jesteśmy w kuchni, tato wstał, a powinien być w łóżku. Patrzył na nas w dziwny sposób. Pobiegłem na górę łapiąc mamę za rękę, ona przewróciła się i...
Ojciec ugryzł ją.
Wbiegłem do swego pokoju i zabarykadowałem się i zacząłem płakać jak najgłośniej.

Nastaję wieczór. Słysze ICH mlaski i wycie. Słyszę jak dobijają się do moich drzwi. Boże, miej mnie w opiece.

SLYSZE ICH JAK DOBIJAJA SIE DO MOICH DRZWI JEST ICH PRZYNAJMNIEJ 20 WYWAZAJA DRZWI BOZEBOZEBOZEBOZE.


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Autor tego tematu jest nieznany. Temat został usunięty przez administratora forum lecz użytkownicy, którzy widzieli ten temat i próbujący wznawiać go byli blokowani.
Niewiadomo czy ten post jest prawdziwy czy fałszywy lecz ostatnio przyjmowane telefony z USA o epidemii...

Jest to moja pierwsza pasta, proszę o wyrozumiałość

Użytkownik Descent edytował ten post 06.07.2013 - 23:28

  • 4

  #1288 Maighread_2

Maighread_2
  • Nowicjusz
  • Postów: 3
  • Tematów: 0
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 07.07.2013 - 15:46

*
Popularny

TO

Siedziałem na kanapie z puszką Dr Peppera w dłoni, kiedy zadzwonił telefon.
- Jason ? Wpadnij do mnie. Pospiesz się, proszę.
- ...Czekaj, o co chodzi ? Jest już późno, nie możemy tego załatwić jut...
- Po prostu przyjdź.

Nie zdążyłem zapytać o nic więcej, bo Louis się rozłączył. Często zdarzało mu się dzwonić po mnie o nieludzkiej porze, jednak teraz w jego głosie wyczułem napięcie. Mimo, że wszystko mówiło mi, że powinienem zostać w domu i kontynuować oglądanie bzdurnych seriali, postanowiłem pójść do Louisa. Leniwie ubrałem się i wyszedłem z domu.
Nasze domy dzielił niecały kilometr, zdecydowałem się więc pójść pieszo. Już po dziesięciu minutach stałem przed drzwiami tak dobrze mi znanego, choć świeżo odnowionego budynku. Zapukałem do drzwi. Usłyszałem ciche szuranie stóp i już po chwili szczęk przekręcanego klucza. Louis otworzył mi drzwi i bez słowa wycofał się w głąb korytarza.
Wszedłem do środka i rozejrzałem się wokół. Przedpokój wyglądał, jak gdyby nie był sprzątany od miesiąca. Ubrania były porozrzucane dosłownie wszędzie, w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach. Zdjąłem kurtkę i powiesiłem ją na wieszaku, a następnie ruszyłem w stronę pokoju gościnnego.
Louis siedział na kanapie, przed nim na stole leżały puste butelki po winie. Telewizor był włączony, spiker mówił właśnie o sytuacji w Korei Północnej. Zasłony w oknach były przysłonięte, a więc w pokoju panował półmrok. Mimo to dostrzegłem strach w oczach mojego najlepszego przyjaciela. Zastanawiałem się, co powiedzieć, kiedy to on odezwał się pierwszy.

- Jason, muszę ci o tym opowiedzieć... Myślałem, że poradzę sobie z tym sam, jednak mi się nie udało. Jest coraz gorzej... Nie wiem czy mi uwierzysz, prawdę mówiąc wcale mnie to nie obchodzi, ale po prostu mnie wysłuchaj.
Wszystko zaczęło się niecały miesiąc temu. Pewnego dnia wróciłem z pracy później niż zwykle. Musiałem zostać dłużej w firmie, bo ten dupek Tom jak zwykle zapomniał wypełnić faktury i wszystko zostawił na mojej głowie. Ale to nie jest ważne. Ważne jest, że kiedy wróciłem do domu i położyłem się spać, zacząłem mieć koszmary. Codziennie śniło mi się niemalże to samo. Akcja snu zaczynała się nad ranem, byłem w swoim domu. Tak jak zawsze, jadłem śniadanie i wychodziłem do pracy. Zaraz po przekroczeniu progu zaczynałem słyszeć szepty, śmiech, krzyki... Obracałem się w stronę mojego domu i widziałem to COŚ stojące przy drzwiach. Nie przypominało normalnego człowieka... Było wysokości kilkuletniego dziecka, miało obślizgłe, gnijące ciało; najgorsza była jednak jego twarz. Czarne, puste oczy bez wyrazu zdawały się patrzeć wprost na mnie. Nie było w nich nienawiści, strachu, gniewu... były puste, i to właśnie zdawało się być w nich najstraszniejsze. Drugą połowę ''twarzy'' zajmował rząd ostro zakończonych zębów rozciągnięty w makabrycznym uśmiechu... To coś zawsze stoi tam i obserwuje mnie, dopóki nie zniknę mu z pola widzenia. Później, najczęściej kiedy wracam do domu z pracy, pojawia się ponownie. To próbuje mnie zabić, Jason. W każdym śnie robi to inaczej, nieraz próbuje wepchnąć mnie pod nadjeżdżającą ciężarówkę, powoduje wypadki, w których biorę udział, dodaje arszeniku do mojej kawy. Za każdym razem kiedy jestem o krok od śmierci, budzę się zlany potem. Wmawiam sobie, że to tylko sen, bo tak przecież było.

Do czasu.

Kilka dni temu wróciłem do domu około północy. Byłem na dosyć mocno zakrapianej imprezie, chciałem więc od razu położyć się spać. Nie zapalając świateł ruszyłem w stronę sypialni. Kiedy byłem już przy schodach prowadzących na piętro, usłyszałem dziwny dźwięk. Coś jakby... Tupot mokrych stóp ? Poszedłem do łazienki myśląc, że być może uszczelka w kranie poluzowała się i krople kapią do umywalki. Po sprawdzeniu jednak niczego nie dostrzegłem. Uznałem te dźwięki za normalne skutki imprezy i wróciłem do swojej sypialni. Od razu zapadłem w głęboki sen.

Jak pewnie się domyślasz, śnił mi się ten sam koszmar, który prześladuje mnie od miesiąca. Pojawił się w nim jednak nowy element. Kiedy wróciłem z pracy, przed drzwiami stałeś ty. Na mój widok uśmiechnąłeś się i powiedziałeś, że czekasz na mnie od paru minut. Wydawałeś się być szczęśliwy. Gdy szukałem klucza do drzwi w mojej torbie, nagle przestałeś się uśmiechać; wpatrywałeś się w jeden punkt naprzeciwko. Kiedy i ja tam spojrzałem, zobaczyłem TO. Stało tam i patrzyło na mnie, zdawało się karmić moim strachem. Ty jednak się nie bałeś. Zacząłeś iść w jego kierunku. Krzyczałem, prosiłem, abyś się zatrzymał; wiedziałem, jakie to niebezpieczne. Mimo to szedłeś pewnie w jego kierunku. Istota zdawała się być... zaskoczona ? Chwyciłeś ją za obślizłą szyję i rzuciłeś o ziemię. TO próbowało uciec, ale uderzyłeś jego głową o kamień i istota znieruchomiała. Po wszystkim podszedłeś do mnie jak gdyby nigdy nic. ''Już nigdy nie będziesz musiał się bać'', powiedziałeś. Właśnie wtedy się obudziłem.

Było wcześnie nad ranem, około 6.00. Wstałem z łóżka i ruszyłem w stronę kuchni po szklankę wody. Wyjrzałem przez okno... i zobaczyłem TO. Stało w oddali, ledwie mogłem to dostrzec, jednak jestem pewien, że je widziałem. Przez chwilę zamarłem, a kiedy się poruszyłem, istota zniknęła. Stwierdziłem, że jeszcze nie do końca się obudziłem i zignorowałem to.

Sen się powtarzał, a ty zawsze ratowałeś mnie przed działaniem tego obślizgłego monstra. W prawdziwym świecie zacząłem jednak zauważać tę istotę częściej. Za każdym razem zdawała się być coraz bliżej mnie. Z początku stała w oddali, potem jednak mogłem coraz dokładniej jej się przyjrzeć. Boję się. Wiem, że pewnego dnia to znajdzie się wystarczająco blisko, by mnie skrzywdzić. Próbowałem brać jakieś leki, ale po nich jest tylko gorzej. Jestem pewien, że ta postać istnieje naprawdę, nie w mojej głowie.

Dzisiaj, zanim do ciebie zadzwoniłem, chciałem położyć się spać. Kiedy zgasiłem juz wszystkie światła, ktoś zapukał do drzwi. Nieco zły poszedłem otworzyć. Spojrzałem przez wizjer... Cholera, to stało kilka centymetrów ode mnie! Mogłem dokładnie dostrzec błysk w jego oczach, żadzę śmierci. Zamknąłem wszystkie okna, zakneblowałem drzwi. Musiałem do ciebie zadzwonić. W moim śnie ten potwór boi się ciebie, tylko ty możesz go pokonać. Jestem pewien, że tak samo jest w realnym świecie. Pamiętasz, dwa dni temu przyszedłeś do mnie żeby oddać mi grę. Wtedy TO stało przed ogrodzeniem. Na twój widok skuliło się i czmychnęło w bok. Tego dnia już nie wróciło pod mój dom. ''

Siedziałem tam i zastanawiałem się nad słowami Louisa. Nigdy nie wierzyłem w duchy, zjawy, zjawiska paranormalne. Ale to... to brzmiało dosyć przekonująco. Postanowiłem tej nocy zostać u mojego przyjaciela. Nawet jeśli ten potwór miałby okazać się tylko wytworem jego wyobraźni, wolałem go przypilnować. Kto wie, być może niechcący skrzywdziłby samego siebie.

Nie mogliśmy zasnąć. Siedzieliśmy w salonie i piliśmy tanie piwo. Telewizor miał wyciszony dźwięk. W pewnym momencie Louis wstał i wyszedł do kuchni po kolejne puszki piwa. Nie minęło kilkanaście sekund, gdy usłyszałem krzyk. Nie zastanawiając się, pobiegłem w stronę kuchni. TO stało przed moim najlepszym kumplem! W tym momencie uwierzyłem. Chwyciłem nóż leżący na blacie i wbiłem go w ciało monstra. Istota spojrzała na mnie z przestrachem, zawyła i uciekła w stronę przedpokoju. Spojrzałem na Louisa. Z przerażeniem patrzył na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą postać z jego koszmaru próbowała go zabić.

Tę noc spędziłem u Louisa, następnego dnia musiałem jednak iść do pracy. Nad ranem obudziłem go i zaproponowałem, żeby przeniósł się do mojego mieszkania.

-Nie, Jason. Nie ma znaczenia, gdzie będę. TO i tak mnie znajdzie. -odpowiedział

W pracy starałem się nie myśleć o dziwnych wydarzeniach zeszłej nocy. Starałem się skupić na swoich obowiązkach. Kiedy zadzwonił telefon, od razu rzuciłem się, by go odebrać.

-TO wróciło. -wyszeptał Louis do telefonu. Nie potrzebowałem niczego więcej. Chwyciłem kurtkę i wybiegłem z pracy. W kilka minut później wysiadałem z samochodu przed jego domem. Po zatrzaśnięciu auta zauważyłem istotę wybiegającą z domu mojego przyjaciela. Śmiała się. Chichocząc umknęła w stronę zabudowań. Bez chwili namysłu pobiegłem w stronę drzwi i otworzyłem je.

Krew. Dużo krwi. To co zobaczyłem po wejściu do środka na zawsze zostanie mi w pamięci. Louis leżał tuż przy schodach, pewnie próbował uciec na górę. Całe jego ciało pokrywały ślady zębów. Małych, ostrych, bez wątpienia należących do istoty. Jego skóra została niemal całkiem oderwana od ciała. Kiedy odwróciłem go na plecy, zobaczyłem puste oczodoły. Chciałem wybiec stamtąd i zapomnieć, zapomnieć o tym, co zobaczyłem, ale zauważyłem kartkę leżącą na podłodze. Schyliłem się, by ją podnieść. Tam, koślawym pismem napisane było ''DLACZEGO SIĘ SPÓŹNIŁEŚ?''
  • 13

  #1289 Teloc

Teloc
  • Użytkownik
  • Postów: 35
  • Tematów: 2
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano 07.07.2013 - 17:39

Sam pośród mroku
Część I


Deszcz uderzał w ulicę tworząc potoki i rwące strumienie. Czarne, nocne, zakryte burzowymi chmurami niebo, wyglądało jak bezkresna, ogromna otchłań, jak pustka, kompletna nicość. Ciemność nocy rozświetlały jedynie dogasające, migoczące słabym, żałosnym światłem latarnie. Błysk tych lamp odbijał się od strug deszczu spływających po ulicy. Dziki szum kropel uderzających bezwładnie o chodnik przerywały jedynie jego głośne, powolne kroki. Wciąż nie wierzył w to, co miało miejsce. Szedł powoli i niezgrabnie, sam nie wiedział dokąd. Wędrował tam, dokąd prowadziły go nogi - przed siebie. Czy to koniec, czy może dopiero początek? Może to początek końca, lub... koniec początku? Nie wiedział. Abstrakcyjne, nieskładne myśli gnały galopem przez jego głowę. Wspomnienia wirowały mu przed oczyma, strzępki jego życia, fragmenty szczęśliwych chwil, cienie dawnej świetności, niechronologiczne momenty i urywki dni, kiedy czuł, że żyje. Setki zdarzeń i miliony wspomnień wypełzały z zapomnianych dawno zakątków pamięci, uciekały z opuszczonych odmętów na samej głębi umysłu. Mgliste, niedokładne i zdeformowane biegiem czasu wydarzenia widział znów wyraźnie i w pełnej, rzeczywistej okazałości, jak gdyby to wszystko znów się działo. Jego życie stanęło mu przed oczami. Ulotne chwile, które przeciekały dziurami w jego pamięci znów ukazały się jego oczom. Osoby, które dawno zapomniał i usunął z pamięci, smaki, których nie czuł od dzieciństwa, miejsca, których nie widział od miesięcy oraz... uczucia. Uczucia, których nie doznał od lat, wszystko to przypomniał sobie w jednej chwili i poczuł to tak wyraźnie, że wydawało mu się to bardziej prawdziwe od otaczającej go rzeczywistości. Całe jego życie, ze wszystkimi szczegółami, wszystkie jego wspomnienia, wszystko do niego wróciło. Zapomniał, że to tylko ślad tych zdarzeń w jego pamięci. Wszystko zaczęło się rozmywać, rozmazywać, wszystko cichło, przestał czuć cokolwiek. Zapomniał o burzy, o ulicy, o bólu i samotności...

Słyszał tylko delikatny szum kłosów trawy, które wiatr kołysał niczym do snu, poczuł w ustach słodki smak, przez jego plecy przeszedł dreszczyk ekscytacji, a w brzuchu znów poczuł motyle. Czuł zapach kwitnącego kwiecia, widział bezkresną, piękną łąkę. To była ta łąka, ta sama polana. Na niebie świeciło poranne, niczym nie zmącone słońce. Czuł orzeźwiającą bryzę wiatru na skórze. Widział drzewo na końcu udeptanej ścieżki. Widział, że zawieszona na jego najsilniejszej gałęzi huśtawka delikatnie się buja. Znów ją widział. Widział ją, tak samo niewinną jak zawsze. Widział tę kwintesencję piękna i rozumu w ludzkiej postaci. Płakał ze szczęścia, a ona śpiewała swoim anielskim głosem jej ulubioną pieśń. Kołysała się lekko na huśtawce i patrzyła swoimi pięknymi, zamyślonymi oczyma w dal. Poczuł to dziwne, przyjemne uczucie, którego nie da się nazwać. Poczuł miłe ciepełko na jego coraz mocniej i szybciej bijącym sercu. Z jego oczu lały się łzy najczystszego wzruszenia. Płakał jak małe dziecko. Zerwał się w jej stronę, zaczął biec najszybciej jak tylko mógł, pędził szybciej od wiatru po to, by znów ją zobaczyć. Sekundy jego biegu mijały jak godziny, centymetry wydawały się milami nieprzerwanego sprintu, czas stanął w miejscu. Coraz wyraźniej słyszał jej delikatny głos, coraz wyraźniej widział jej prześliczną twarz, jego serce zerwało się i zaczęło rytmicznie biec razem z nim, jakby chciało go prześcignąć. Był najszczęśliwszym człowiekiem, jaki istniał, istnieje lub istnieć będzie. Jednak im bliżej niej był, tym bardziej nasilał się wiatr. Delikatna bryza przerodziła się w silny, targający wszystkim sztorm. Jasne niebo poranka zaszło ciemnymi, burzowymi chmurami. Zaczął padać deszcz, który z lekkiej mżawki natychmiast przerodził się w niesamowicie ciężką ulewę. Zapach kwiatów zmienił się w smród przepalonych lamp, jej cichy śpiew ustąpił miejsca hukowi deszczu uderzającego o ziemię, ciepło na jego sercu zmieniło się w przeszywające zimno, motyle w brzuchu w przeraźliwie silne, niemalże zwierzęce uczucie głodu, a słodycz w ustach w mdły smak krwi. Zrozumiał, że to tylko wspomnienia. Zrozumiał, że nigdy nie wrócą, że stracił wszystko. Czuł w środku niewyobrażalną pustkę. Czuł, jak pochłania wszystko, na czym kiedyś mu zależało. Nie był już człowiekiem, był... ludzką skorupą. Stracił chęć życia, bo nie miał już po co żyć. Nie mógł nic zrobić, a co gorsza nawet nie chciał. Myśli kotłowały się w nim zanikając i powracając jak morski przypływ, z każdym uderzeniem serca klatki z jego najszczęśliwszych dni pojawiały mu się przed oczyma.

Idąc swoim żałobnym krokiem zaszedł na most, na ogół spokojna rzeka pod nim szalała. Zatrzymał się i zziębniętymi dłońmi złapał się barierki. Opuszkami palców wyczuł zimną jak lód kłódkę, jedną z tych, które zakochani nagminnie rozwieszali na mostach. Mimo najszczerszych chęci nie mógł przeczytać wyrytych na kłódce imion. Niebo, mimo że osiągnęło najczarniejszy odcień czerni, wciąż zdawało się ciemnieć. Latarnie ostatkiem sił dawały coraz słabsze światło. Drętwiejącym palcem przejechał po kłódce. Wyczuł wyżłobienia, które układały się w litery. Litery tworzyły imiona, których jednak jego obolałe palce nie były w stanie odczytać. Nagle wszystko zrozumiał. Poczuł zimną falę przebiegającą między półkulami jego mózgu. Przypomniał sobie. Przypomniał sobie jak razem z nią, przyrzekając sobie że będą na zawsze razem zawieszali tę kłódkę. To była ta kłódka, ten most, to miejsce. Wspomnienia znów mignęły przed oczyma i po chwili zostawiły go sam na sam z rzeczywistością. Puścił kłódkę i instynktownie odsunął się. Do tej pory nie czuł nic. Ale znów zaczął czuć. Wyrwał się z transu i po raz pierwszy tej nocy poczuł... strach. Rozejrzał się wokół, szybkim spojrzeniem obrzucił most i obie strony rzeki. Ludzie... Tu nie ma ludzi. Nie ma zwierząt, nie ma samochodów. Światła we wszystkich oknach pogaszone. We wszystkich wieżowcach, w najwyższych, nigdy nie zasypiających apartamentowcach, we wszystkich drapaczach chmur, wszędzie. Świeciły się jedynie latarnie. Nie słyszał nocnych ptaków, nie słyszał wyjących, zamkniętych w mieszkaniach psów, nie słyszał uciekających przed deszczem kotów. Nie słyszał, ani nie widział samochodów. Miasto było puste. Całkowicie opustoszałe. Dopiero teraz to pojął, dopiero teraz zrozumiał co się dzieje. Owładnęła go panika, mimo wycieńczenia i zdrętwiałych kończyn zaczął biec przed siebie. Biegł przez most uderzając ciężko raz za razem w kałuże, biegł nie odwracając się. Słyszał odgłos pękających w latarniach żarówek, lampy za nim gasły, a on ścigał się z doganiającą go ciemnością.

Nie wiedział co tak naprawdę się wydarzyło, nie miał pojęcia gdzie podziały się wszystkie żywe istoty. Nie wiedział, co się z nim działo przez ten czas. Wiedział jedno - został sam. Całkowicie sam... Sam pośród mroku...
  • 0

  #1290 CierpnacaSkora

CierpnacaSkora
  • Użytkownik
  • Postów: 35
  • Tematów: 1
  • PłećMężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano 08.07.2013 - 17:44

PRZEPOWIEDNIA

Deszcz lał niemiłosiernie tej nocy. Jedyne źródło iluminacji, na pewnej rzadko uczęszczanej drodze, stanowiły światła samochodu, obok którego stał ubrany w gustowny garnitur mężczyzna. Mężczyzna ów, był wyraźnie zirytowany sytuacją w której się znalazł. Kopnął w felgę swojego pojazdu dwukrotnie, jednak nie ostudziło to jego gniewu. Uderzył otwartą dłonią o maskę samochodu, po czym pośpiesznie wyjął zapalniczkę i papierosa z kieszeni. Jak na ironię, deszcz skutecznie ostudził każdą próbę zapalenia tytoniu. Facet wypluł papierosa z ust, a następnie sięgnął po swój telefon. Brak zasięgu. Niby nic dziwnego, biorąc pod uwagę na jakim był odludziu, jednak upewniło go to w przekonaniu, że cały świat się dzisiaj na niego uwziął. Przez dłuższą chwilę stał, oparty ramieniem o szybę swojego auta. Przypomniało mu się, że, gdy jego pojazd wciąż nadawał się do jeżdżenia, udało mu się dostrzec niewyraźne światło po prawej stronie drogi. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, ruszył pieszo w kierunku powrotnym. Zimny wiatr smagał go po twarzy, a ubranie przylepiło się do jego ciała. Buty przemokły mu zupełnie. Po kilkudziesięciu minutach dotarł do kresu swojej, delikatnie ujmując - nieprzyjemnej wędrówki. W miejscu w którym wcześniej widział jedynie wątłe światełko, teraz dostrzegł namiot. Pierwszym jego skojarzeniem były namioty wróżbitów, które widywał w wesołych miasteczkach, gdy był jeszcze dzieckiem. Jego podejrzenia potwierdziły się, gdy podszedł bliżej i ujrzał tabliczkę przed namiotem. Wyryte były na niej bzdurne napisy o przeznaczeniu, przewidywaniu przyszłości i tym podobnych nonsensach. Pomimo jego uprzedzeń do takowych praktyk, wszedł do namiotu. Jego oczom ukazała się stara, siwowłosa i pomarszczona, kobieta. Paliła fajkę, silny zapach tytoniu uderzył w jego nozdrza.
-Mroczne bóstwa witają cię w swych skromnych progach, zagubiony przybyszu - powiedziała swoim niskim, skrzekliwym głosem. Patrzyła przy tym na niego swoim niebieskookim, przeszywającym wzrokiem, który sprawiał, że przechodziły go dreszcze.
-W-witam...-zająknął się- czy mogłaby pani...
-Mogłabym. - przerwała mu - Jednak tutaj panują pewne zasady. Najpierw powinieneś wysłuchać mej przepowiedni - rzekła i wskazała mu miejsce po przeciwnej stronie stolika, za pomocą swojej wątłej i pomarszczonej dłoni. Rozejrzał się po namiocie. Jedynym meblem był owy stolik stojący w samym centrum namiotu. Na nim stały standardowe przedmioty używane przez wróżbitów, takie jak szklana kula, karty. Znajdowało się tam również kilka przedmiotów mniej standardowych, jak na przykład ludzka czaszka lub pióra różnych ptaków. Mimo faktu, że uważał iż profesja staruszki opierała się na zgadywaniu i psychologicznych trikach, zgodził się na wysłuchanie tej przepowiedni. Po namiocie przechadzała się dwójka czarnych kotów, jeden z nich siedział na poduszce usytuowanej w miejscu, gdzie miał usiąść. Mężczyzna przesunął go delikatnie i usiadł po turecku przed wróżbitką. Kobieta przez dłuższą chwilę wytężała wzrok, patrząc na szklaną kulę oraz pocierając o nią swe dłonie.
-Jesteś biznesmenem, zepsuło ci się auto i szukasz jakiejkolwiek pomocy - powiedziała, po czym ponownie wsunęła fajkę do ust, zaciągając się mocno.
-Zgadza się...-odrzekł.
-Twoja firma rozwija się prężnie, dominuje rynek, ale...
-Ale...?
-W najbliższym czasie stracisz całą swoją fortunę, zostaniesz dosłownie bez grosza w kieszeni. - powiedziała wlepiając w niego swoje niebieskie ślepia. Parsknął śmiechem.
-To zwyczajnie niemożliwe. - Zignorowała drwinę i chwyciła jego dłoń. Dogłębnie studiowała linie papilarne biznesmena. Jej dotyk sprawiał, że przeszywało go zimno.
-Twoje dzieci zginą. - Rzekła tonem, który nie zdradzał żadnych emocji.
-Musiałyby się najpierw narodzić. - rzekł kpiąco.
-Och, to wyjaśniałoby dlaczego nie widać ich w twojej przyszłości. - jej słowa zostały zaakcentowany przez głośny grzmot dobiegający z oddali.
-Za to, przyszłość twojej żony jest jasna. - powiedziała tasując powoli talię kart w dłoniach.
-Hm? - Zapytał, zaniepokojony. W odpowiedzi, staruszka podsunęła mu kartę pod twarz. Kartę z wizerunkiem kostuchy.
-To stek bzdur! - krzyknął rozwścieczony, grymas złości skrzywił jego twarz. Szerokim ruchem dłoni zrzucił kilka przedmiotów ze stolika. Staruszka była niewzruszona. Przyglądała się mu swoim lodowatym spojrzeniem.
-Chcesz wiedzieć jak umrzesz, chłopcze? - zapytała, a na jej twarzy malował się mrożący krew w żyłach uśmiech.
-Śmiało. - rzucił gniewnie.
-Tu i teraz - błyskawicznym ruchem wyciągnęła stary rewolwer spod stołu. Oddała dwa strzały, a mężczyzna upadł z głuchym tąpnięciem na ziemię. Pod nim zaczęła tworzyć się czerwona plama, kule przebiły jego prawe płuco oraz udo. Mężczyzna oddychał rzężąc i charcząc. Kaszlał krwią. Staruszka wstała, przeszukała jego kieszenie, zabrała jego telefon, zegarek oraz portfel.
-Stek bzdur, powiadasz? - Schyliła się nad nim, patrząc w oczy, uśmiechając się pogardliwie - jesteś bez grosza w kieszeni, twoje dzieci nigdy się nie narodzą, a ty zaraz wyzioniesz ducha... tu i teraz. Ach, faktycznie. ..Została jeszcze twoja żona. - Roześmiała się głośno, swoim skrzekliwym głosem. Mężczyzna wyzionął ducha, a koty podeszły do jego martwego ciała. Zaczęły chciwie zlizywać kałużę, która powstała w namiocie. Deszcz ustąpił.
  • -1




Użytkownicy przeglądający ten temat: 6

0 użytkowników, 5 gości oraz 0 użytkowników anonimowych


    Bing (1)
stat4u