Skocz do zawartości




Zdjęcie

Creepypasta (Urban Legends itp.)


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
1537 odpowiedzi w tym temacie

  #1276 Rajden204

Rajden204
  • Nowicjusz
  • Postów: 16
  • Tematów: 0
Reputacja Kiepska
Reputacja

Napisano 04.07.2013 - 12:05

Ostatni raz próbuję z Łowcą
BTW Bardzo wszystkich przepraszam za moje ostatnie zachowanie, obiecuję poprawę


Łowca Vi - Raiden

Obudziłem się rano. Pokój był przepełniony stęchłym powietrzem. Od ścian odchodziła tapeta, a drewniana podłoga gniła. Byłem zdezorientowany, a gdzie pozostali? Wstałem. Od razu mój wzrok przykuło biurko, a na nim rzeczy. Torba, jakieś notatki i ... zegarek? To był jakiś dziwny zegarek, średniej wielkości ciężki zegarek z niewielką antenką. Założyłem go, potem zacząłem czytać notatki. "Musisz odnaleść Siebie, aby odnaleśc drogę do domu". Po przeczytaniu tego raczej nie za bardzo zrozumiałem o co chodzi. Josh! Himunaru! Jeżeli to wasz kolejny głupi kawał to leiej uważajcie - krzyknąłem. Przeczytałem następny skrawek papieru - "Odnajdź Siebie, a odnajdziesz moc" Hmmm tak jasne, niech będzie że rozumiem - szepnąłem do Siebie. Czytając trzecią notatkę zaciekawił mnie jej koniec. "Staw czoła cieniom, odnajdź prawdę.. "Odnajdź prawdę"? Pomyślałem.Założyłem torbę na plecy, notatki schowałem do kieszeni i zacząłem kierować się do drzwi. Na korytarzu to samo co w pokoju... Smród stęchlizny, odpadające tapety. Gnijąca podłoga. Zaszokowało mnie jedno - podłoga była we krwi. Ostrożnie zacząłem się kierować ku wyjściu na zewnątrz. Drzwi były otwarte. Po wyjściu znalazłem się w... Tak, to Ponyville. Wszędzie mgła. Było zimno, lecz to nie był chłod zimy. Było znacznie cieplej na tę porę roku. Zacząłem się rozglądać po okolicy - pustka, nikogo nie ma. Przechadzając się po pustym mieście prawie się zabiłem. W ostatniej chwili zauważyłem wielką przepaść bez dna. Zdezorientowany cofnąłem się. Odwróciłem się a tam... Kucyk. Nie miał paru zębów, jednej z przednich nóg też mu brakowało i miał wyrwany... kawałek pleców. Wszystko w porządku? - zapytałem. Czy potrzebujesz pomocy? jesteś poważnie ranny - dokończyłem. Kucyk zawarczał, po czym zaczął zmierzać w moją stronę powolnym krokiem. Rzucił się na mnie. Gdy odskoczyłem powiedziałem - co się tu dzieję?! Cofnij się! Nie podchodź!. Gdy To coś wyciągnęło zęby z ziemi ponownie na mnie skoczyło. Powtórka z Silent Ponyville co? - pomyślałem. Możliwości walki nie miałem. Bez mocy, nawet niczego pod ręką nie było, żeby go jakoś unieszkodliwić. Uciekłem. Nie wiedziałem gdzie mam się udać, nie znam tego miasta, błąkam się od jakiejś godziny, może dwóch. Wtedy coś znalazłem... Kącik Kostki Cukru, czy jakoś tak. Gdy Josh oglądał tylko na chwilę podpatrzyłem. Rozglądając się jeszcze chwilę po innych budynkach postanowiłem przeszukać ten cały Koncik... Drzwi frontowe jak zwykle były zamknięte. Obchodząc budynek zauważyłem balkon z przystawioną do niego drabiną. Gdy tylko chwyciłem szczebli zabrzmiał głos w mojej głowie. Paskudny, zachrypły straszny głos - Wiesz co się stanie, jesteś o pare minut za późno. Stuknąłem się dłonią w głowę, żeby się pozbyć tego głosu. Wspiąłem się po drabinie i wszedłem do pokoju. Znów to samo... Stęchlizna i zgnilizna. Na podłodze leżał... kucyk, dziecko. Było białe i miało zawiązane oczy. To była raczej tylko połowa dziecka. Wtedy zacząłem przypominać sobie Silent Ponyville. Podszedłem do klaczki, chwyciłem ją za szyję i ustawiłem przed swoją twarzą. Marne ścierwo - powiedziałem lekko zdenerwowanym tonem. Z pełnią szału wyrzuciłem truchło przez okno. Udałem się do łazienki. Krew, na kafelkach, na podłodze, w wannie, krew wszędzie!. Podeszłem do wanny. Leżał tam zmasakrowany aligator z rozwartym pyskiem. Przypomniałem sobie, że w jego pysku był klucz do szkoły. Zapewne tam się udała - pomyślałem. Bez zastanowienia zszedłem drabiną w dół i poszedłem szukać szkoły. Szczęśliwym zrządzeniem losu szkoła była niedaleko, a ja ją znalazłem po 10-ciu minutach poszukiwań. Tak jak się spodziewałem - drzwi były otwarte. Wszędzie było ciemno. Po kilku minutowej wędrówce po szkole usłyszałem krzyk, krzyk dziewczyny. Z poczuciem zdezorientowania pobiegłem w stronę źródła krzyku. Dziwny pokój. Po drugiej stornie drzwi. Otwarte drzwi. w tych drzwiach tkwiły dwa klejnoty i dwa wizerunki. To chyba Luna i Celestia - pomyślałem. Przy obrazku Celesti widniał czerwony klejnot w krztałcie balonika, przy obrazku Luny była wiolonczela. Wszedłem do pokoju, a jak, zgnilizna i dziwny brązowy sufit z brakującymi kafelkami. Dwa martwe kucyki wisiały w rogach pomieszczenia, przypięte metalowym łańcuchem. Pomiędzy nimi widniał napis napisany ich krwią : Uciekaj . To nie tutaj! - wykrzyczałem. Oczy się przyzwyczaiły do mroku. Widziałem lepiej, ale i tak widocznośc pozostawiała wiele do życzenia. Sprintem biegłem w stronę krzyków. Biegnąc przez korytarz zobaczyłem Biała Klaczkę ze zmiażdżoną głową. Lekkie obrzydzenie mnie nie powstrzymało. Biegnąć przez korytarze zobaczylem otwarte drzwi. a tam - szary kucyk w garniturze. Zawarczalem ze wściekłością. Zwolniłem i cichym krokiem podszedłem do drzwi przystając do ściany, żeby się jakoś uniewidocznić. Zegarek zaczął dzwonić. Nie interesowało mnie to wtedy. On to usłyszał. Nie widziałem co się dzieje tam w środku więc czekałem. Po chwili wyszedł. Stanął tuż przed moją twarzą. Patrzałem mu prosto w twarz, albo raczej w brak tej twarzy. Uważaj co robisz - powiedziałem, dobrze wiesz, że niedługo nadzieje cię na ostrze - dokończyłem. On mnie zignorował i poszedł. Jeszcze zdążyłem krzyknąć - Nie popełnij błędu. Wszedłem do pomieszczenia. Była to piwnica. Najzwyklejsza piwnica, rury, bojlery. Latarenka stała po środku pokoju dając delikatną pośtwiatę na moje ciało. Obok latarenki siedziała dziewczyna, klacz oczywiście. Było jeszcze trochę ciemno, a ja byłem zszokowany spotkaniem ze Slenderpony. Nie mogłem ustalić kim ona jest. I wtedy znów pojawił się ten głos. Dobrze wiesz kim ona jest, przypomnij sobię tę historię. Wtedy przypomniało mi się Silent Ponyville. Rozdział trzeci, wszystko działo się w szkole. Ale moje przerażenie było na tyle wielkie, że nie potrafłem nic powiedzieć.Nie zauważyła mnie gdy wstawała. Wzięła wielki łyk powietrza, gdy wynurzała głowę z wiadra z wodą. Potem oglądała swoje rany. na nogach, na głowie. Zrobiło mi się jej żal. Tyle przeszła... A ja, jako ktoś kto potrafi z Tym czymś walczyć chciałem jej pomóc. Zaczęła pić wodę z wiadra. Przymknąłem na chwilę oczy, chciałem trochę pomyśleć - czy kiedyś wyjdę z tego "Drugiego Świata"?, czy w ogóle wrócę do swojego świata. Usłyszałem westchnięcie, co natychmiast otworzyło moje oczy. W jednej chwili zdałem sobie sprawę że nagle jesteśmy w stołówce... Nie, pokój znowu się nie przemienił, czy ja ją śledziłem? To było dziwne, nie pamiętam tego. Po chwili Pinkie zaczęła się rozglądać po stołówce, a gdy mnie zobaczyła... Nagle na jej twarzy pojawiło się przerażenie, gwałtownie się cofnęła krzycząc COFNIJ SIĘ! Ehhh, biedaczysko, tyle przeszedła i jeszcze ja ją wystraszyłem. Spokojnie, uspokój się, wszystko jest dobrze, ja jestem tym dobrym, spokojnie. - powiedziałem głosem najłagodniejszym, jaki mogłem wydobyć z siebie. Nic ci nie grozi, spokojnie - dokończyłem. Ona wiedziała kim ja jestem, ale szok nie pozwalał jej na rozumowanie. „Wydaje mi się, że...” powiedziała biorąc głęboki wdech i przechylając głowę, „Pozostało mi tylko... otworzenie tego pudełka...” nagle powiedziała. Śmiało, zrób to - powiedziałem łagodnym tonem. Pinkie z niechęcią to robiła. Nie bój się nieznanego - powiedziałem normalnym tonem. Gdy to zrobiła... w środku pudełka był zwykły klucz. Na jego widok Pinkie najwyraźniej była zszokowana. Chodźmy, nie marnujmy czasu - powiedziałem. Wyszedliśmy ze szkoły. Śnieg delikatnie piętrzył się pod naszymi nogami. Szedłem za nią i czułem poczucie bezpieczeństwa, ona znała to miasto. Pewnie przy mnie też czuła się bezpieczniej. W oddali zauważyliśmy kilka Groanerów. Mój zegarek zaczął delikatnie dzwonić. Zdenerwowałem się na ich widok, po czym zaszarżowałem z pustymi rękoma. Hej co ty robisz - krzyknęła do mnie Pinkie. Bestie to usłyszały i skierowały głowę w naszą stronę. Walcze o lepsze jutro - odpowiedziałem ucieszonym głosem. To wszystko co tutaj się działo. Musiałem odreagować mordując to coś. Dopiero wtedy przypomniało mi się że atakuje gołą dłonią i nie wiem jak ich wykończyć. Skoczyłem na jednego z nich. Zacząłem okładać go po gębie pięściami. Gdy noga zatopiła mi się lekko w dziurze którą miał na plecach wpadłem na pomysł. Zeskoczyłem z niego. Kopem w twarz zdezorientowałem go. Chwyciłem go za szyję i prawą rękę wsadziłem w otwór. Nie wiedziałem co robię, gniew przesłaniał mój umysł. Po chwili wyczułem coś pod palcami. Zacisnąłem dłoń i z całej siły szarpnąłem. Groaner padł. Nie wiedziałem co z nego wyrwałem i nie miałem zamiaru na to patrzeć. Widząc, że dwa kolejne Groanery się zbliżają dałem susa w strone Pinkie, która na mnie czekała. Dobiegłem do niej, zegarek z potężnego dzwonienia przeszedł w delikatne szumienie. Spojrzalem na swoją rękę. Od łokcia do dłoni była cała we krwi. Na mojej twarzy zrobił się szyderczy uśmiech. Znowu w formie - powiedziałem cicho. Bez chwili czekania poszedliśmy w stronę Kącika. Drzwi tak jak wcześniej były zamknięte. Pinkie ostrożnie wyciągnęła klucz i włożyła go do dziurki. Drzwi się odblokowały. Lekko zdezorientował mnie fakt, że klucz obrócił się w popiół. W pomieszczeniu było ciemno. Pinkie wyciągnęła z torby latarenkę. O dziwo w środku wyglądał całkiem dobrze, a nawet było przygotowane na przyjęcie. Nie interesowało mnie to, ale moją uwagę przykuł transparent : Witamy Pinkie Pie. To dla mnie? - powiedziała Pinkie. „Och! Mamy gościa? Kocham gości!” dobiegł nas brzmiący nieco zbyt znajomo głos. Pinkie stanęła jak wryta, rozglądając się dookoła. Nie słyszała ŻADNEGO kucyka, odkąd znalazła się w tym okropnym miejscu, i nagle wypełniła ją nadzieja. Po chwili Pinkie i drugi kucyk zaczęły rozmawiać -

-„Tak! Tak macie gościa! To ja! Pinkie Pie!” zawołała szybko Pinkie Pie, nie ukrywając swego podniecenia, chcąc w końcu spotkać jakiegoś kucyka. -„Gdzie jesteś? Wyjdź! Obiecuję, że nie jestem jak te potwory na zewnątrz!”

-„Naprawdę?” zachichotał głos, „W te dni po prostu ciężko stwierdzić, kto czym jest, a kto czym nie jest” odpowiedział wesoło.

-„Proszę, czy mogłabyś wyjść? Naprawdę chciałabym zobaczyć twoją twarz.” powiedziała Pinkie, nie dbając o to, że głos brzmiał dziwnie znajomo; po prostu chciała zobaczyć innego kucyka.

-„Oki-doki-loki! Skoro tak ładnie prosisz!” Ciemna plama w rogu pokoju poruszyła się, przemieniając się w kształt kucyka, tuż przed oczami Pinkie. Cień otaczający kucyka ustąpił, gdy padły na niego promienie światła. Pinkie westchnęła w szoku, zakrywając sobie usta kopytkami.

Co do?! - wtrąciłem się do rozmowy. Raisen! - wykrzyknąłem, jednak ostrze się nie wyrobiło. Kiedy odzyskam tę cholerną moc?! - zapytałem sam Siebie.

-„Co się stało? Wyglądacie na zaskoczonych widząc mnie! Mówiłaś, że nazywasz się Pinkie Pie, prawda? Co za zbieg okoliczności! Ja też jestem Pinkie Pie!” Nie mogło być wątpliwości, jasnoróżowa skóra, kędzierzawa kręcona grzywa i ogon, niebieskie i żółte baloniki na jej Cutie Marku, ta pełna życia aura... to była Pinkie Pie. „Ale to byłoby bardzo mylące, gdybyśmy OBYDWIE zaczęły mówić na siebie Pinkie Pie!” wyjaśniła myśląc nad tym, gdy przestała na chwilę podskakiwać, „Musimy dać Ci przezwisko!”

-„C-co... ale ja...”Pinkie nie wiedziała co powiedzieć. Dlaczego były jej dwie? A ta Pinkie nie wyglądała na cierpiącą z powodu smutku i rozpaczy, nie była obwiązana bandażami i nie wyglądała, jakby cokolwiek ją bolało. Ta Pinkie wyglądała dokładnie, tak jak ona, zanim zaczęły ją nachodzić koszmary, doprawiając wszystko szczyptą tego miasta.

-„Och! Widzę, że Twoje włosy oklapły, czy to znaczy, że jesteś smutna? Musisz być! Moje włosy są oklapnięte tylko, gdy jestem smutna! Więc będziemy mówić na Ciebie Saddie Pie!” – szczęśliwa wersja Pinkie Pie znów zaczęła podskakiwać, „Dlaczego jesteś smutna Saddie Pie? Czy ktoś ukradł Ci słodkości? Zawsze możesz zrobić sobie więcej!” chichotała wesoło, „Och! Już wiem co odwróci ten grymas do góry nogami! Zróbmy babeczki!”

-„B-babeczki?” zapytała z niepokojem Pinkie, „Ale... ja chcę się wydostać z tego miasta...”

--„Ooooo, już chcesz iść?” powiedziała szczęśliwa Pinkie Pie kręcąc głową, „Ale dopiero co przyszłaś! No chodź! Przed nami jeszcze tyle zabawy!” pokicała w kierunku drzwi na zaplecze Kącika Kostki Cukru, prowadzących do piwnicy. Otworzyła drzwi i odwróciła się „Chodź za mną głuptasku! Będziemy się dobrze bawić! A potem upieczemy te babeczki!” Szczęśliwa Pinkie Pie pokicała w ciemność po schodach, znikając z pola widzenia.

Na chwilę uklękłem z powodu bólu, który rozsadzał mi skronie. Wszystko w porządku - zapytała Pinkie zdziwionym głosem. A co się stanie, jak tobie nie pozwolę przypomnieć tej creepypasty? PODDAJ SIĘ CIEMNOŚCI - rozebrzmiał przeraźliwy głos w mojej głowie. Nie mogłem sobie przypomnieć co się wydarzy za chwilę. Tak.. jest ok... - powiedziałem niepewnym tonem. Pinkie chyciła latarenkę i poszedliśmy tam, gdzie poszedła druga Pinkie. Schodząc do piwnicy w oddali było słychać chichot drugiej Pinkie. Gdy doszliśmy na koniec schodów spodziewaliśmy się normalnej piwnicy. Zamiast tego ciągnął się przed nami długi korytarz, z szeregiem czterech drewnianych drzwi, zwieńczony drewnianymi drzwiami na jego końcu. „No chodź no chodź! Pobawmy się już!” - rozebrzmiał głos drugiej Pinkie. Pinkie poszedłe w kierunku pierwszych drzwi. Poczekam tutaj na Ciebie - zawołałem. Pinkie skinęła głową i otworzyła drzwi. To, co tam się działo... Pamiętałem to ale przez ten głupi głos nie potrafię przypomnieć sobie tej Creepypasty. Po paru minutach Pinkie wyszedła z pokoju z zszokowaną miną. „Powiedz, nie chcesz się pobawić?” - znowu rozebrzmiał głos tamtej Pinkie. Ehhh zamknij te jape w końcu - powiedziałem to na tyle cicho, że tylko Ja i moja Pinkie to usłyszeliśmy. Pinkie po chwili wszedła do drugiego pokoju. Wyszedla z niego po kolejnych paru minutach. „Ooooch, chcesz żebym czekała, tak?” - powiedziała druga Pinkie. Głos dochodzil z drzwi na końcu korytarza. Ingorowałem to. Pinkie wszedła do trzecich drzwi. Wyszedła po 5-ciu minutach. „No choooooodż... Przygotowałam dla ciebie przyjęcie i wszystko!” - ciągle emanowała szczęściem, ale tak jakby zaczynała lekko się niecierpliwić. Zuhhhhhhhhhhhhyyyyyyyaaaaaaaaaaaaaa... - wydałem z siebie jęk. Próbowałem medytować czy coś, żeby odzyskać choć trochę energi na jeden strzał z błyskawicy. Pinkie wszedła teraz do ostatnich drzwi. Wyszedła z nich z miną jakby czegoś zapomniała. „Nie jesteś zbyt zabawowa Saddie Pie! Gdyby to mnie powiedzieli, że wyprawiają mi przyjęcie, poszłabym prosto na nie!” - głos drugiej Pinkie brzmiał, jakby jej cierpliwość się kończyła. Chodźmy - powiedziała do mnie Pinkie Pie. Wszedliśmy do pomieszczenia. „Och! Tu jesteś! Już się bałam, że gdzieś się zgubiłaś! Co byłoby trochę dziwne, bo jak można się zgubić w prostym korytarzu? To znaczy myślę, że da się znaleźć sposób i na to, ale mimo wszystko spóźniłaś się na przyjęcie!” Druga Pinkie stała na środku pokoju, oświetlona przez latarenkę zwisającą pod sufitem. Reszta pomieszczenia tonęła w czerni, poza okręgiem światła, który rozjaśniał miejsce, w którym stała. Pinkie wyłączyła latarenkę i włożyła ją do torby. Po chwili znów zaczęły rozmawiać -

-„Powiedz mi... wiesz czego dotyczyły te wizje prawda?” zapytała tak poważnie, jak tylko mogła.

Inna Pinkie zmarszczyła brwi, -„Co? Kazałaś mi czekać na to? To niezbyt ładnie z twojej strony.” powiedziała podirytowana, „Ale ci wybaczę! W końcu tu przyszłaś i będziemy się razem świetnie bawić!”- Podskakiwała szczęśliwa.

-„Proszę! Chcę się móc bawić tak samo, jak ty... ale nie mogę, dopóki nie uzyskam odpowiedzi.” - potrząsnęła głową Pinkie, -„Co stało się z Ponyville? Czemu są tu potwory? Czemu widziałam obrazy, które widziałam? Nie pragnę niczego bardziej, niż powrotu do organizowania przyjęć i spędzania czasu z przyjaciółmi...” - lekko zniżyła głowę, - „Ale nie mogę... przynajmniej dopóki będą zżerać mnie te wszystkie wątpliwości.”-

Druga Pinkie przestała kicać i zmarszczyła brwi.

„W porządku, już widzę jak to jest.” Druga Pinkie odwróciła się, „Myślę, że po prostu muszę usunąć z Ciebie ten smutek Saddie Pie.”

Nagle pokój opanował całkowity mrok. Znów dźwięk syreny rozbrzmiewał. Czułem, jak pod moimi stopami przesuwa się grunt, znowu nas gdzieś przenosi. Po chwili syrena uchichła, a pokój zmienił się w brudny i gnijący. Ztęchłe powietrze znowu opanowało całe pomieszczenie. Druga Pinkie stała tam gdzie wcześniej, ale tym razem miała na sobie dziwną suknię ze skrzydłami. Gdy Druga Pinkie zaczęła się odrwacać fonograf w torbie Pinkie i mój zegarek zaczęły jednostajnie buczeć.
-„Wiesz co...” – przemówiła druga Pinkie – „bawienie się z samą sobą może naprawdę być najlepszą zabawą, jaką kiedykolwiek miałam.” Odwracając się lekko chichotała, pozwalając Pinkie na zobaczenie jej stroju w pełnej krasie. -„W końcu będę musiała to zrobić... ale przecież nic nie trwa wiecznie”.

Jej sukienka była... 6 skrzydeł każde inngo koloru, przyszyte bardzo niezdarnie. Naszyjnik z rogów jednorożców, a sama sukienka była jakby szachownicą z tymi... Cutie Markami...

-„Och, podoba ci się moja sukienka?” Druga Pinkie zauważyła jej otwarte ze zdziwienia oczy. Druga Pinkie, wygięła ciało tak, aby lepiej wyeksponować swoje dzieło,- „Bardzo się cieszę, że tak Ci się podoba, pracowałam bardzo ciężko, aby je zrobić. Nie było łatwo uzbierać ten cały materiał, żeby pozostał tak... nienaruszony. Kucyki bardzo się wiercą wiesz?” Śmiała się, z nonszalancją bawiąc się jednym ze skrzydeł. -„Jestem dumna z tego, jak dobrze mi to wyszło. Ale muszę przyznać, widzę coś, co mogłabym dodać, aby było jeszcze lepsze!”

Latarenka zaświeciła mocniej, rozświetlając większy kawałek pomieszczenia, odsłaniając stół wcześniej ukryty w ciemności. Druga Pinkie odwróciła się i podeszła w jego stronę, sięgając do postawionej na nim medycznej torby. Z torby wycągnęła ogromny rzeźnicki nóz.
-„A teraz mogłabyś być takim dobrym kucykiem i stać w miejscu? Nie chciałabym zabrudzić twojego ślicznego Cutie Marka.”

Wiedziałem co się będzie działo. Przyjąłem postawę bitewną, po czym wykrzyknąłem Arkaplus!. W morde! Kiedy odzyskam tę moc?! KIEDY?! - krzyczałem. Już nie było nadziei. Prawdziwa Pinkie odskoczyła w samą porę, nóź był bliski do zadania głębokiej rany. No dawaj Raiden, co powinieneś zrobić? - rozebrzmiał głos w mojej głowie. Stalem zamurowany, sparaliżowany strachem. Latarenka zaświeciła mocno, oświetlając całe pomieszczenie. Na hakach rzeźnickich wisiały kucyki, Pinkie odskoczyła, niechcąc ich dotykać. Meble i ściany udekorowane czaszkami. Zagapiona Pinkie poczuła, jak nóź przeszywa jej nogę. Gdy to zobaczyłem paraliż natychmiast minął. Poczułem jak gniew rozsadza moje wnętrze. Byłem odpowiedzialny, nie chciałem, żeby coś się jeszcze raz stało prawdziwej Pinkie Pie. Nóź zanił jej drugą nogę. Druga Pinkie coś mówiła, ale ja to ignorowałem. w pewnej chwili Pinkie Pie kopnęła drugą Pinkie w szczękę. Z jej ust płynęła krew i zęby. Podbiegłem do torby i wyciągnąłem drugi nóż.
„Niewhzl... pprópb...” - Druga Pinkie próbowała przemówić, ale zdołała tylko wybełkotać coś bez sensu. Wyglądała na cierpiącą, ale powoli podniosła się na chwiejnych kopytkach. „Zarllsh... cszie... wrlykonszczee...” - Druga Pinkie coraz mocniej pluła krwią. Podczas gdy prawdziwa Pinkie stanęła na poważnie zranionych nogach ja powiedziałem - nie zdążysz, gdyż Łowca dorwie Ciebie. Druga Pinkie już szarżowała. Ja także zuchwałą szarżą wykonalem cięcie. Chciałem trafić w brzuch, ale ostrze zjechało na tylną nogę. Rzeźnicki nóż przejechał po metalowych kratach rozsiewając iskry. na szczęście druga Pinkie spudłowała, a ja ponowiłem natarcie. Udało się! Zatopiłem nóż w jej brzuchu, po czym nastawiłem twarz do jej ucha i zacząłem szeptać. Dorwałem cie, i co teraż? Co teraz zrobisz śmieciu? Nie masz już dokąd uciec, Łowca cię dorwał, z twojego ciała będzie doskonały worek treningowy - wyszeptałem lagodnym głosem, po czym psychicznie zaśmialem się. Gardzę takim ścierwem jak ty - powiedziałem glośno. Wyrzuciłem drugą Pinkie, a ta odbiła się od ściany. Ładnie się odbijasz - zaszydziłem kolejny raz. Złapałem ją za głowę i precyzyjnym cięciem odciąłem wszystkie włosy głowy z wielkim płatem skóry. Hej, łysa, lepiej nie patrz - powiedziałem gdy już wbijałem nóź w jej oko. Zakończmy to - powiedziałem. Delikatnie naciąłem szyje, po czym odrzuciłem nóź. Wsadziłem rękę najgłębiej jak tylko się dało. Chwyciłem chyba kręgosłup i z całej siły pociągnąłem. Usłyszałem chrupnięcie, a po chwili z dziury w szyji wyłonił się wyrwany kawałek kręgoslupa i masa krwi. Odrzuciłem cialo. Zginęłaś z honorem, chociaż na niego nie zasłużyłaś - powiedziałem godnym tonem. Nagle spojrzałem na moją Pinkie. Natychmiast potrzebowała pomocy medycznej. Podbieglem do medycznej tobry. Co tam było. jeszcze jeden nóź, piła do cięcia kości i strzykawki wypełnione dziwnymi płynami. Złapałem za nóź i rzuciłem nim prosto w ścierwo drugiej Pinkie, wbił się perfekcyjcie w tłów, całym ostrzem. Znalazłem w torbie bandarze. Spokojnie, jestem przy tobie - powiedziałem troskliwym tonem. Dokładnie zabandarzowałem jej ranne nogi. Przysłoniłem jej oczy ręką, żeby nie widziała tej masakry. Nie patrz na to, proszę nie patrz - powiedziałem łagodnym głosem. Powoli ruszyliśmy gnijącą podłogą Kącika Kostki Cukru, w stronę pokrytych kurzem lad sklepowych. W suchym miejscu, na ladzie stała brązowa butelka. Napis na etykiecie mówił, że jest to „Leczniczy Napój”. Pinkie z przytłumionym umysłem, zdjęła zębami korek, po czym chwyciła i opróżniła całą butelkę. Napój smakował jak mix gorzkich ziół, z posmakiem truskawek, więc był jak większość lekarstw do picia. Jej ciało było jej wdzięczne, za dostarczenie napoju. Odłożyła pustą butelkę na ladę i powoli zaczęła zmierzać na środek Kącika Kostki Cukru. Położyła się, dysząc ciężko, gdy mgła w jej głowie w końcu ustąpiła, pozwalając jej zapaść w niespokojny sen. Tak, prześpij się, ja czuwam. - powiedziałem szeptem. Siedziałem przy niej z jakaieś dwie godziny, po czym znów rozbrzmiala syrena, pokój opanowała ciemnośc. znowu poczułem smród stęchlizny, wiedziałem, że znowu wszędzie jest brud i gnijące meble. Pinkie się obudziła. Ale tym razem mnie dopadło zmęczenie, położyłem się bezradnie, jakbym dostał czymś w głowę. Raiden, wszystko w porządku? Raiden? RAIDEN! - krzyczała pinkie. Mi juz nic nie zostało, tylko popłynąc z prądem niespokojnego snu.


-------------------
No i jak? Poprawiłem się?


  • 2

  #1277 Avii

Avii
  • Nowicjusz
  • Postów: 4
  • Tematów: 0
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 05.07.2013 - 19:59

Hej, zarejestrowałem się tu, aby podzielić się z wami pewną historią z mego życia:

To wszystko, o czym opowiem zdarzyło się jakieś 6 lat temu. Miałem wtedy 9 lat. Pamiętam jak dziś, iż dostałem wtedy mój drugi komputer z kolei, jak na tamte czasy był całkiem dobry. Mam go i ulepszam do dziś. Pamiętam to uczucie, kiedy wiedziałem, że mogę w końcu odpalić lepsze gierki. Nie będę więcej rozpisywać się na ten temat, przejdźmy do sedna.
Piszę tę historię, aby was ostrzec. Wcześniej próbowałem wszystko zapomnieć, ale wiem, że forum to odwiedza wielu ludzi, mam nadzieję, że komuś pomogę, zamieszczając ten tekst. Z gówy mówię, że nie jest to lipny “łańcuszek śmierci”, jak w wielu pastach.
Cholera, czy ja zawsze muszę tak zbaczać z tematu?

Jak już mówilem, zdarzyło się to 6 lat temu. Wszystko było fajnie, byłem jeszcze bardzo młody. Pamiętam, że kiedy dostałem ten nowy komputer, zawsze wymieniałem się z kolegami grami z gazet typu CD-Action. Raz od kolegi dostałem takową płytę. Nie pamiętam, z jakiej gazety była dokładnie. CD-Action? Play? Może ktoś sobie przypomni, kiedy podam nazwę gry. A nazywała się ona, z tego co pamiętam (choć mogę się mylić) “The epic quest for Andraiel”. Pamiętam, że w mojej okolicy w grę grał każdy dzieciak, bo była po prostu fajna i ciekawa. Fabuła była oklepana (Byłeś młodym rycerzem [nie pamiętam imienia] , który miał uratować księżniczkę Andraiel, która została porwana przez bandytów, którzy uciekli przez tajemniczy portal tym samym niszcząc go. Było trzeba przemieżać świat, aby ich znaleźć). Grę przeszedłem wiele razy. Wtedy, kiedy to się stało, podchodziłem do gry chyba po raz 4. Była na tyle ciekawa i nieliniowa, że nie nudziła się tak szybko. Wszystko zaczęło się od pewnej lokacji. Dotrzeć do niej było można już po uratowaniu księżniczki. (Gra miała też 2 wątek, aby nie była zbyt krótka, niestety nie pamiętam go dokładnie). Lokacja ta to było coś podobnego do jakiejś starej świątyni. Rzecz, którą zapamiętałem najbardziej, to pomieszczenie za zawaloną kolumną, do którego nie dało się dostać normalnie. Prawda, było wiele takich miejsc podczas całej gry, ale były tylko ozdobnikami, kiedy w tamtej, jeżeli się przyjrzałeś, mogłeś zauważyć, że dalej jest korytarz. Naszczęście byłem już obeznany z grą i znałem pewien bug pozwalający na wejście tam. Było trzeba stanąć przy kącię ścianu i sprintem w nią wbiec. Zazwyczaj mało komu się to udawało, bo kiedy postać była już w połowie ściany, sprint się wyłączał. Ja jednak po wielu próbach odkryłem, że w tej chwili trzeba obrócić się do tyłu. Kiedy już dostałem się do pomieszczenie, przeszedłem korytarzem dalej. Był on całkiem krótki. lecz nie różnił się wystrojem od zwyczajnych występujących w grze. Strasznie się zawiodłem, kiedy na samym końcu napotkałem pustą ścianę... Zrezygnowany chciałem już odejść, kiedy przypadkowo nacisnąłem e i coś się stało. “Rowki” w ścianie (które z resza dopiero wtedy zauważyłem) zaczęły wypełniać się światłem, a ściana zaczęła się odsuwać. Byłem zdziwiony, bo przy ścianie nie było charakterystycznej obwódki i opisu świadczącego, że można daną rzecz użyć. Kiedy wkroczyłem do pomieszczenia, na ekranie pojawiło się okienko:

Czy chcesz poznać prawdę?
1. Tak 2.Nie

Zaciekawiony wybrałem opcje pierwszą. Pomieszczenie kilka razy obróciło się i ujrzałem portal. Zdecydowany wbiegłem do niego. Gdy go przekroczyłem, zobaczyłem bohatera gry, w epizodzie, w którym ratuje księżniczkę. Tylko tutaj było inaczej... I właśnie to jest powód, dla którego piszę to. Nie wchodźcie do tego pokoju! Wracając, zobaczyłem bohatera, walczył z bandytami, kiedy jeden zaszedł go od tyłu i uderzył maczugą. Kiedy leżał na ziemi, oni podcieli gardło księżniczce... Pixelowa krew była wtedy wszędzie. Bohater z krzykiem wstał z ziemi i rozgromił oprawców. Wziął ciało księżniczki... mówiąc do niego... jak szaleniec
“Już nic Ci nie zrobią...”
Przerażające. Później razem z nią ruszył do swojej posiadłości. Położył ją na łóżku. Zaczął do niej mówić, jakby była żywa, a jego oczy wyglądały jak oczy szaleńca. W tym czasie można było zobaczyć... nie wiem jak to nazwać... migawki. Migała ta sama scena, ale w dwóch wersjach. Na jednej szczęśliwy rycerz i szczęśliwa księżniczka, a od razu po tym ta sama scena, ale rycerz wyglądał na chorego psychicznie i mówił do zwłok księżniczki... Tak przez kolejne kilka minut. Po tym wszystkim Ujrzałem okienko:

Czy prawda ma być zapomniana?
1. Tak 2. Nie

Nie wiedziałem, co zrobić, więc wybrałem opcję nr. 2. W końcu, jak gra miałaby wymazać mi wspomnienia? To niedorzeczne... Jednak nadal jestem ciekaw, co by się stało, gdybym wcisnął tak. Muszę poszukać tej gry i spróbować zrobi ć to jeszcze raz. Jeżeli napotkam inne ciekawe rzeczy, napiszę tu o tym.
Prawda, nie jest to straszne, ale jestem zdziwiony tym, że twórcy gry mogli umieścić w produkcie takie coś... Szczególnie, że gra miała raczej cukierkową grafikę i przemoc była rzadkością.

Użytkownik Avii edytował ten post 05.07.2013 - 20:04

  • 3

  #1278 Rajden204

Rajden204
  • Nowicjusz
  • Postów: 16
  • Tematów: 0
Reputacja Kiepska
Reputacja

Napisano 06.07.2013 - 00:29

Druga część :P Łapajcie:D

Łowca - Raiden II

Moje ciało rozpierała rozpacz, moje oczy wypełniały łzy, nie wierzę, że ja to robię. Przecież miałem ich chronić a nie... boże, zaraz zwymiotuje... To jest takie ohydne ale musze! Pcham kawałki mięsa do ust garściami, czuję jak surowe krwiste mięso przechodzi przez moje gardło. Nie chcę tego, ale muszę, coś mnie przymusza. Krzyczą, błagają o litość, a ja wsadzam im język do ust, żeby ich uciszyć. Gdy krzyczą odgryzam im języki. To takie ohydne ale muszę inaczej nie wiem co ze sobą zrobię! Moja przyjaciółka, Rainbow Dash, błaga o litość, a ja się z niej śmieje, zaczynam ją gwałcić, nie wiem co ja robię, ale daje mi to satysfakcję. Ciemność zapada. Znów ten cholerny głos. Śmieje się ze mnie, szydzi ze mnie. Brawo, tak powinien się zachowywać prawdziwy łowca - rozebrzmiał głos w ciemnej hali. Muszę, po prostu muszę ale ja tego nie chcę. Krew tryska a mi się to podoba, boje się, płaczę ale to nic nie daję, nie panuję nad sobą, ktoś mnie kontroluje!. Obudziłem się w tym cholernym Kąciku. Krzyczałem, róbowałem pozbyć się krwi i organów ze swojego pocharatanego ciała, ale moje ciało było suche, pomijając rany, które zdobyłem w tym swiecie. Byłem sam. Dziwny fonografowy zegarek wskazywał 3-cią. Spałem półtora godziny? Pinkie Pie nie było przy mnie, ale po chwili przyszła. Wszystko w porządku? Usłyszałam krzyki - zapytała. Nie, nic nie jest w porządku - odparłem zrozpaczonym głosem. Odkąd tutaj jestem... Słyszę głosy w swojej głowie, gadają jakieśdurne wskazówki, przez nie tracę pamięc - dokonczyłem poprzez łzy. Nagle w kieszeni poczułem coś niewielkiego. Bandarz. Całe szczęście. Przyda się na potem. Wstałem, lecz ból przyparł mnie do ziemii spowrotem. Nie czułem nogi. Nie wiem dlaczego była cała pocharatana. Bez namysłu wyciągnąłem bandarz i dokładnie opatrzyłem zmasakrowaną łydkę. Mogliśmy iśc w drogę. Po wyściu z Kącika Kostki Cukru całe Ponyville uległo przekształcenu. Ulica przekształciła się w rozpadającą się nawierzchnię. Nagle do naszych uszu dobiegł cichy dźwięk, a ziemia lekko się zatrzęsła. Fonograf w torbie Pinkie zaczął cicho brzęczeć, mój zegarek po chwili zaczął wydawać z siebie odgłosy. „Ghhaaaarrrrgghhh...” usłyszeliśmy jęk potwora, lecz dalej go nie widzieliśmy. To był Groaner, zmierzający na nas z charakterystycznym kuśtykaniem. Nie wyglądał on, jakby miał nas zaatakować, po prostu przed czymś... uciekał? „Ruua-GHRA” - Groaner wydał z siebie ostatni okrzyk bólu, gdy z ciemności wyłoniły się masywne usta, wgryzając się stwora i biorąc go do góry w całości. Byliśmy zszokowani gigantyczną bestią, która stała przed nami. Różowa, wielka, bez głowy bestia z ustami bezpośrednio przylegającymi do ciała. Nie ma chwili do namysłu. Od razu zaczęliśmy uciekać. Coś muszę mieć przy sobie no! - wykrzyknąłem. Nożem go nie załatwie - dokończyłem rozpaczając nad naszym losem. Wtedy w od dłuższego czasu pustej torbie poczułem ciężar. Sięgnąłem ręką za polecy do torby, żeby wyciągnąć tajemniczy obiekt. To był... Miecz? Nie, za krótki. Nóź? Nie, za długi. Nie ważne co to było. Krzyknąłem do Pinkie- Biegnij, ja odwrócę uwagę tego czegoś! Co kolwiek by się dziło, co kolwiek byś usłyszała pod żadnym pozorem nie odwracaj się. Nie! Nie zostawie cię - krzyknęła do mnie zrospaczona Pinkie. Po prostu biegnij - krzyknąłem zwalniając tempa. No dobra cwaniaku, zaczynaj - powiedziałem , gdy bestia zaczęła skupiać swoją uwagę na mnie. Wgryzła się, zrobiłem unik po czym chwiciłem ją i potężnym ruchem ręki wyrzucilem siebie na grzbiet potwora. Nie myśląc wbiłem to coś co znalazłem w swojej torbie. Bestię najwyraźniej to zabolało, więc ponowiłem cios. Wierzgała i zrzuciła mnie z grzbietu. Chwyciła mnie swoimy potężnymi szczękami i zaczęła miotać we wszystkie strony. Po kilku sekundach rzucania mną jak szmatą bestia rozluźniła swe szczęki rzucając mną z potężną siłą w budynek. Upadłem. Plułem własną krwią. Nie miałem siły żeby wstać. Rzuciłem ostrzem prosto do gardła bestii, co ją natychmiast zatrzymało. Miałem kilka sekund na ucieczke. Mimo poważnych ran na całym ciele biegłem ile sił w nogach. Serce biło mi jak szalone, próbując dostarczyć krew do nóg. Dogoniłem Pinkie Pie, która była ucieszona na mój widok. Skręciliśmy w uliczkę, biegnąc dalej czasami patrząc za plecy. Nagle naszą uwagę przykuła wielka brama ze stalowymi prętami, która odcinała jedną część świata od drugiej. Spojrzałem za Siebie, stwór zaczął nas doganiać! Plując potężną masą krwi. W bramie zobaczyliśmy otwór wielkości drzwi. Ostatni raz zmuśiłem swoje ciało do sprintu na najwyższych obrotach. Bez problemu wślizgneliśmy się do otworu, po czy zamknęliśmy bramę. Bezmyślna bestia zderzyla się z bramą robiąc ogromny hałas. Dyszac patrzeliśmy jak monstrum próbuje kolejną szarżą dostać się do nas. Brama byla wystarczająco silna, aby go zatrzymać. Głośne pęknięcie rozbrzmiało, gigantyczny stwór zorientował się, że zrbił dziurę w ziemii. Ziemia po drugiej stronie bramy zaczęła się rozpadać, tworząc gigantyczną otchłań bez dna. Słychac było jego głośne krzyki zakłucane krwotokiem gdy spadał w bezdenną przepaść. O mało brakowało - powiedziałem dysząc ze zmęczenia. Powoli ruszyliśmy w kierunku zniszczonej okolicy. Spojrzałem jeszcze raz za Siebie, patrząc ze szczęściem jak tamta część się rozpada. Byłem zadowolony. Tamto miejsce przysporzyło nam tyle cierpień. Gratuluję refleksu - rozebrzmiał znów ten cholerny głos. Obszar przed nami poznaczony był kamieniami różnych rozmiarów, rozciągających się tak daleko, jak tylko wzrokiem mogliśmy uchwycić. Pośród kamieni stał domek, mały, ale orginalny. Chyba... była to farma, gdzie Pinkie dorastała. ‘Farma? Nie powinna być tak blisko Ponyville!’ myślała, ruszając w jej kierunku. Urok rodzinnego domu i sentyment do niego, wołały ją do środka. Wizja ducha-klaczki pojawiła się przed drzwiami frontowymi, zbliżając się w stronę domu. Mała klaczka wbiegła przez drzwi prosto do mieszkania. Pinkie musiała pójść za nią. Hej, zaczekaj - wykrzyknąłem lekkim tonem. Wewnątrz, w dużym pokoju znajdowała się jej młodsza siostra w postaci ducha, stojąc naprzeciwko niej. „B-Bellamina!” krzykneła, wypuszczając latarenkę z ust. Uderzyła w podłogę z brzęknięciem i potoczyła się do młodego ducha klaczki, który zatrzymał ją kopytkiem.

„Jestem... zaskoczona, że udało Ci się dotrzeć aż tutaj Pinkamino.” Bellamina postawiła latarenkę z powrotem. „Widzę, że byłam w błędzie myśląc, że nie jesteś w stanie poradzić sobie z prawdą.”

„Bellamina! T-Ty...” zaczęła Pinkie, ale zamilkła patrząc na siostrę. „Ty... Ciebie nie ma tu naprawdę, mam rację?” powiedziała, a jej wesołość rozwiała się, widząc, że jest w stanie spojrzeć przez ducha swojej siostry.

Niczego nie rozumiem - powiedziałem zdezorientowany. Dla mnie ten świat eksplodował, tak jak mój mózg - dokonczyłem lekko śmiejąc się.

„Ujrzysz tutaj prawdę.” Bellamina odwróciła się wskazując Pinkie na schody prowadzące na górne piętro, „Ten dom jest jednak twoją ostatnią, bezpieczną przystanią. Potem, nie będzie już odwrotu.” powiedziała złowrogo jej młodsza siostra.

„...Co masz na myśli?”

„Żegnaj siostrzyczko.” Ostatnie słowa Bellaminy rozbrzmiewały jeszcze echem, gdy jej wizerunek znikał z pokoju.

Usiadłem ze zmęczenia i przerażenia, wyciągając nóż z torby. Odpocząłem prezchwilę, po czym zmarnowanym tonem powiedziałem - chodźmy, będę cię chronił, możesz zawsze liczyć na moje wsparcie.

Pinkie mogła tylko obserwować miejsce, gdzie stała jeszcze przed chwilą jej siostra, nie do końca pewna, co widziała i co powinna teraz zrobić. Poczuła ukłucie smutku, ale również... lekką radość. Była krótka, niewielka, i nie trwała tak długo jak by chciała, ale...

Rozmawiała ze swoją siostrą.

Podeszła do latarenki i chwyciła ją z powrotem w usta. Nie mogła się tu zatrzymać. Nie teraz. Ostatnie słowa jej siostry dały jej zastrzyk siły, zastrzyk, którego mogła użyć by przebrnąć przez całą resztę. Spojrzała na schody, które wskazała jej siostra. Prowadziły do sypialni na drugim piętrze.

Na szczycie zobaczyliśmy drewniane drzwi. Popchnąłem je. W środku znajdował się korytarz. Po jego bokach znajdowały się cztery otwory przy którywch widniały jakies napisy. Wszedliśmy do pomieszczenia. Nagle drzwi zatrzasnęły się za nami. Z przerażenia chwyciłem nóz z całej siły. Na końcu korytarza stał Slender Pony. Zegarek nawet nie zadzwonił. Slender Pony odwrócił się, przechodząc przez drzwi po drugiej stronie korytarza. Pinkie uspokoiła się, po czym podeszła do pierwszych drzwi. Oczy błyszczą wewnątrz,Czai się na ofiarę, Ogon kiwa się w oczekiwaniu. - przeczytała na głos. Nic nie rozumiałem. Nagle w otwór wsadziła jakąś płytkę, po czym weszła do tych drzwi. Nagle narósł gigantyczny ból w mojej głowie, upadłem pod jego naporem mdlejąc. Byłem w ciemnym pokoju, przede mną stała postać w czarnej szacie w kapturze z kosą. Więc dotarliście aż tutaj co? - rozebrzmiał ten sam ohydny głos. To ty! Czego ty chcesz ode mnie?!- wykrzyknąłem trzymając się za głowę z bólu. Po chwili z drzwi wyszedła Pinkie. Nie zatrzymuj się! Idź dalej - powiedziałem to, chociaż tego nie chciałem, nie kontrolowałem siebie. Nie posłuchałeś mojej rady... oj oj,nie dobrze. odwal się ode mnie - krzyknąłem bolesnym głosem. Ostatnie drzwi po boku. Wejdź do nich po twojej marnej przyjaciółeczce. AAAAARHHHA - wydałem z Siebie bolesny jęk. Pinkie wychodziła z czwartych drzwi. Wstałem i powiedziałem - muszę tam wejść, ten głos w mojej głowie mi każe. Wszedłem do tych drzwi. Nagle gdzieś mnie przeniosło. Byłem tam biernym obserwatorem. jakiś szary, paskudny kucyk skarpelem brutalnie mordował dziecko. Druga, różowa klacz siedziała zamknięta w klatce. Niedaleko pośród drzew zauważyłem... Człowieka, bardzo znajomego człowieka. Patrzał z obojętnością, a zarazem z przerażeniem, po czym odszedł. Wizja minęła, a ja wyszedłem z pokoju, po czył przytuliłem Pinkie. Ten Ogier... on zabił twoją siostre tak? - zabytałem zmartwiony. Ona czkała i płakała, kiwając głową. Mój ojciec tam był...mógł coś zaradzić, ale stchórzył - powiedziałem przez łzy. Nie pójdę w jego ślady! - wykrzyknąłem. Puściłem ją z objęcia a w mojej głowie znów rozebrzmiał ten chatoyczny głos - Stał czoła cieniom, odnajdź prawdę. Wyciągnąłem nóż z torby, po czym wypowiedziałem to zdanie. Straszny jęk rozebrzmiał w pomieszczeniu, a z dwóch stron wyszedłem... Ja?! Patrząc z przerażena jeden"Ja" przemówił - O tak Raiden, to my. Pamiętasz nas, gdy nas zniewoliłeś? Zginiesz za to!. Szok minął, a ja przyjąłem postawę bitewną. Zaszarżowałem na jednego "mnie". Odepchnął mnie do drugiego. Rzucali mną jak szmatą, a ja nie potrafiłem zadać cięcia. Po chwili udało się. Ostrze noża zatopiło się w gardle jednego "mnie". Zamiast krwi wypłynęła cienista ciecz. Alterego - pomyślałem. Dokładnie - odparł kolejny "ja". Próbując go trafić zniszczyłem nóż o ściany. Bezbronny z pięściami rzuciłem się na niego. Lałem go przez kilka minut, po czym on wykrzyknął znajome mi słowo- Akraplus!. Z jego dłoniwystrzelił grom, o mało nie trafił Pinkie. On ma moc! - pomyślałem. Ooo tak, mam moc - odparł. Zacząłemgo dusić. uderzałem jego głową o ściany. Zamiast krwi tryskała lustrzana ciecz. Tak. Właśnie zabiłem swoje alter ega - cień i odbicie w lustrze. Wchłoń ich! Połóż dłonie na ich martwych piersiach. Stawiłeś czoła Cieniom, odnalazłeś prawdę - rozebrzmiał już przyjemny głos. Zrobiłem to, co mi kazał. Po kilku sekundowym blasku ciała "mnie" zniknęły. Czułem, jak w moich żyłach płynęła moc. Chodźmy - powiedziała Pinkie. Ja chcę poznać prawdę - dokończyła. Przeszedliśmy przez drzwi na końcu korytarza. Po drugiej stronie drzwi zobaczyliśmy cztery pochodnie rozświetlające otwarty plac. Prowadząca na niego ścieżka była również rozświetlona. Wzdłuż ścieżki i placu rozciągała się siatka, więc nie mogliśmy pójść nigdzie indziej.
Delikatnie postawiła latarenkę i ruszyła na środek placu. Czuła niewielkie wstrząsy przechodzące pod jej kopytkami, gdy powoli zmierzała do celu.
Gdy byliśmy z jednej strony placu, z ziemi po przeciwnej stronie wyłonił się Slender Pony. Stał tam, górując nad nią, a jego obecność powodowała zaciskanie szczęk.Ale... tym razem się nie bała.
„Nareszcie zrozumiałam.” powiedziała delikatnie Pinkie, kręcąc powoli głową, zanim spojrzała z uśmiechem na miejsce, gdzie stał Slender Pony. „Strach przed twoją obecnością, twoja przewaga wzrostu, samo twoje istnienie... jesteś Ogierem, prawda?” Slender Pony po prostu stał tam, niewzruszony słowami Pinkie. „To znaczy... nie jesteś dokładnie nim... ale moim wyobrażeniem o nim.” zamknęła oczy i uśmiechnęła się. „Co znaczy... że już się ciebie nie boję.”
Slender Pony zaczął zmierzać w naszym kierunku, zamieniając każde stąpnięcie w echo rozchodzące się po arenie. Pinkie otworzyła oczy i zobaczyła idącego na nią kucyka. Jej usta zaczęły drgać, widząc go zbliżającego się coraz bardziej. Poczuła mgłę, zaczynającą opadać na jej umysł, fonograf i mój zegarek wydawały swój statyczny dźwięk.
Możesz próbować, Ogierze, ale ja poznałem prawdę i nie stchórzę jak mój ojciec - powiedziałem pewnym Siebie tonem. Slender Pony się zbliżał. Raisen - z moich ust wydobył się krzyk, a z mojej dłoni wyrosła brzytwa. Patrząc z uśmiechem na broń cieszyłem się, że w końcu odzyskałem moc. Pinkie na widok broni poważnie się przeraziła. Zacząłem biec ku Slender Pony. Wyskoczyłem i próbowałem zatopić ostrzę w jego ciele. Lecz on kopnął mnie, odrzucając na drugi koniec placu. Arkaplus! - krzyknąłem, a z lewej dłoni wystrzelił grom. Trafiłem go. Slender Pony zatrzymał się na chwilę, ukazując lęk, lecz po chwili znów zaczął się kierować z moją stronę. Znowu zadał kopnięcie, lecz obroniłem się lewą ręką. Kop był na tyle potężny, że złamał mi kość. To mnie nie powstrzymalo. Pinkie Pie zamknęła oczy, zaczęła coś szeptać, po czym zaczęła się śmiać. Z każdą chwią coraz głośniej i mocniej. Jasne światło wystrzeliło z jej karku, gdy pojawił się na nim złoty naszyjnik z klejnotem w kształcie balonika. Jej śmiech trwał w najlepsze, gdy światło z naszyjnika zmusiło Slender Pony do odskoczenia i wydania przenikliwego krzyku, zupełnie jakby światło sprawiało mu ból. Wstałem i precyzyjnym ciosem zatopiłem ostrze w jego brzuchu, które wyszło mu plecami. Patrzałem prosto w jego brak twarzy. Heeheh i co teraz? Pamiętasz, jak ci mówiłem, że w końcu uda mi się ciebie nadziać na ostrze? - zapytałem chichocząc zlośliwie. Mowiłem przecież " Nie poepłnij błędu" ale ty jak na złość mnie nie posłuchałeś - dokończyłem. Wracaj tam skąd przyszedłeś! - wykrzyknąłem, kręcąc ostrzem w jego ciele. Cały plac zaczął drżeć pod wpływem gigantycznych wstrząsów, a następnie zaczął się rozpadać. Cała sceneria dookoła nas zaczęła zapadać się w bezdenną otchłań, leżącą pod nami. Cały świat pękał i kruszył się dookoła.
Slender Pony wydał z siebie jeszcze jeden ryk pełen bólu i został wciągnięty z powrotem w ziemię, znikając nam z widoku.Uspokoiła swój śmiech na tyle, że mogła teraz spokojnie mówić.
„Nie wybaczę Panu, Panie Ogierze. I nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek mogła do końca wybaczyć ci to, co zrobiłeś, ale teraz wreszcie mogę ruszyć do przodu.” Zamknęła oczy i uśmiechnęła się szeroko. Złoty naszyjnik na jej szyi błyszczał jasno, a po chwili strzelił promieniem światła w powietrze, formując drzwi utworzone ze światła. Następnie naszyjnik zniknął, czekając na czas, kiedy byłby znów potrzebny. Pinkie pie! - krzyknąłem, plując krwią. Podszedłem do niej, uklekłem, żeby moja twarz była na równi z jej twarzą. Pinkie Pie... Ohh Pinkie Pie... Ocaliłaś nas. Dzięki tobie odzyskałem moc i poznałem prawdę. Dziękuje ci. Nie możemy zapomnieć, co tutaj się wydarzyło. Jeżeli się obudzisz przy przyjaciółce opowiedz jej o tym - o mnie, że tybyłem, o tobie, o tym co się tutaj wydarzyło. Obiecaj mi to. - powiedziałem głosem poważnym. Ona ucałowała mnie w czoło i powiedziała - obiecuję. Czas do domu - powiedziałem szczęśliwy. Ona kiwnęła głową, na znak zgody. Uśmiechnąłem się. Poprzez białe zęby wyciekała krew. Wstałem i oboje przeszedliśmy przez drzwi. Cisza.


Budzę się we własnym łóżku w domu Fluttershy. Raiden! - wykrzyknęli chłopaki. Ty żyjesz! - dokończyli uściskując mnie z radości. Opowiedziałem im o wszystki, co się tam wydarzyło. Odkryłem w końcu prawdę. Moc wróciła, znowu byłem prawdziwym Łowcą. Jeszcze pod koniec przysięgłem sobie, że NIGDY nie stchórze. Będę kroczył ścieżką Łowcy aż do śmierci. Nie popełnie błędu swego ojca... Nigdy...


-------------
No i jak? :D podobało się? Poprawiłem się? BTW. Zakończenia dodam w następnej historii. Dziękuję za uwagę i jeszcze raz przepraszam


  • -3

  #1279 Descent

Descent
  • Nowicjusz
  • Postów: 15
  • Tematów: 0
  • PłećMężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 06.07.2013 - 23:24

The Creepy Dead

Dziś jest 7 lipca 2013 roku. Wszystko było normalnie dopóki nastał ten dzień lecz zacznijmy od początku.
Mam na imię Lee. Mam 17 lat, uczę się i mieszkam w domu z moimi rodzicami. Rodzice są (właściwie byli) na wysokich stanowiskach. Miałem psa, wabił się Dawg (jestem fanem subkultury jaką jest hip-hop). Rodziców było stać na wiele.
Była niedziela, 1 lipca, w telewizji było o jakiejś chorobie, która wybuchła akurat w niewielkiej części Colorado, akurat tam gdzie mieszkam i wojskowi panują nad sytuacją. Czemu wojskowi, a nie naukowcy? Zdziwiło mnie to.
W poniedziałek w moim mieście wybuchła panika i strach. Objęli pewien obszar kwarantanną lecz im się nie udało powstrzymać ICH. Choroba rozpowszechniła się zbyt szybko. W telewizji kazali zabarykadować drzwi, okna i nie otwierać komu z zewnątrz. Już wiedzieliśmy, że nikt nam nie pomoże. Dawg uciekł z domu przed tym i dobrze. Oby uciekł stąd jak najszybciej.
Wraz z rodzicami zrobiliśmy jak nam kazano w TV. Mieliśmy dużo zapasów żywności.
Z ciekawości chciałem dokładnie zobaczyć co się dzieje na dworze. To co zobaczyłem...
widziałem małego chłopca , który uciekał przed grupą szwendaczy, przewrócił się i one dogoniły go i...
zaczęły go ROZSZARPYWAĆ, JEŚĆ! Widziałem jego wnętrzności, zwymiotowałem. Zacząłem po prostu płakać.

----------------

Wczoraj widziałem jak ONI przebili się do domu naprzeciwko nas, ludzie którzy tam byli nie zdołali uciec. Nie dziwię się, oni chcieli zrobić ''imprezkę życia''.
W telewizji mówią aby zachowywać ciszę i ostrożność, gdyż przyciąga je światło i hałas. Erghhh... Wieczorki spędzone przy The Walking Dead opłacały się.


Dziś podczas przekazywania informacji (codziennie) dźwiękowiec został zaatakowany przez szwendacza, który wdarł się do studio. Przeraziliśmy się. Ojciec postanowił pójść po lampy naftowe, protestowaliśmy z mamą lecz ojciec z natury jest uparty. Czekamy na niego od 1,5 godziny, martwimy się o niego.


Jest! Tato wrócił, i ma zapasy. Zauważyłem u niego zadrapanie, które ukrywał, ale raczej zdawało mi się.

Następny dzień nastał, ojciec czuje się coraz gorzej, ma gorączkę i zimne poty.

Sobota, tato czuje się o wiele gorzej, mama martwi się niego.

Choroba nadal mutuje, mówiono o ''szwendaczach sprinterach'', jednego nawet widzieliśmy przez firanki. Szybko biegają!

Minęło 6 dni, z mamą jesteśmy w kuchni, tato wstał, a powinien być w łóżku. Patrzył na nas w dziwny sposób. Pobiegłem na górę łapiąc mamę za rękę, ona przewróciła się i...
Ojciec ugryzł ją.
Wbiegłem do swego pokoju i zabarykadowałem się i zacząłem płakać jak najgłośniej.

Nastaję wieczór. Słysze ICH mlaski i wycie. Słyszę jak dobijają się do moich drzwi. Boże, miej mnie w opiece.

SLYSZE ICH JAK DOBIJAJA SIE DO MOICH DRZWI JEST ICH PRZYNAJMNIEJ 20 WYWAZAJA DRZWI BOZEBOZEBOZEBOZE.


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Autor tego tematu jest nieznany. Temat został usunięty przez administratora forum lecz użytkownicy, którzy widzieli ten temat i próbujący wznawiać go byli blokowani.
Niewiadomo czy ten post jest prawdziwy czy fałszywy lecz ostatnio przyjmowane telefony z USA o epidemii...

Jest to moja pierwsza pasta, proszę o wyrozumiałość

Użytkownik Descent edytował ten post 06.07.2013 - 23:28

  • 4

  #1280 Maighread_2

Maighread_2
  • Nowicjusz
  • Postów: 3
  • Tematów: 0
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 07.07.2013 - 15:46

*
Popularny

TO

Siedziałem na kanapie z puszką Dr Peppera w dłoni, kiedy zadzwonił telefon.
- Jason ? Wpadnij do mnie. Pospiesz się, proszę.
- ...Czekaj, o co chodzi ? Jest już późno, nie możemy tego załatwić jut...
- Po prostu przyjdź.

Nie zdążyłem zapytać o nic więcej, bo Louis się rozłączył. Często zdarzało mu się dzwonić po mnie o nieludzkiej porze, jednak teraz w jego głosie wyczułem napięcie. Mimo, że wszystko mówiło mi, że powinienem zostać w domu i kontynuować oglądanie bzdurnych seriali, postanowiłem pójść do Louisa. Leniwie ubrałem się i wyszedłem z domu.
Nasze domy dzielił niecały kilometr, zdecydowałem się więc pójść pieszo. Już po dziesięciu minutach stałem przed drzwiami tak dobrze mi znanego, choć świeżo odnowionego budynku. Zapukałem do drzwi. Usłyszałem ciche szuranie stóp i już po chwili szczęk przekręcanego klucza. Louis otworzył mi drzwi i bez słowa wycofał się w głąb korytarza.
Wszedłem do środka i rozejrzałem się wokół. Przedpokój wyglądał, jak gdyby nie był sprzątany od miesiąca. Ubrania były porozrzucane dosłownie wszędzie, w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach. Zdjąłem kurtkę i powiesiłem ją na wieszaku, a następnie ruszyłem w stronę pokoju gościnnego.
Louis siedział na kanapie, przed nim na stole leżały puste butelki po winie. Telewizor był włączony, spiker mówił właśnie o sytuacji w Korei Północnej. Zasłony w oknach były przysłonięte, a więc w pokoju panował półmrok. Mimo to dostrzegłem strach w oczach mojego najlepszego przyjaciela. Zastanawiałem się, co powiedzieć, kiedy to on odezwał się pierwszy.

- Jason, muszę ci o tym opowiedzieć... Myślałem, że poradzę sobie z tym sam, jednak mi się nie udało. Jest coraz gorzej... Nie wiem czy mi uwierzysz, prawdę mówiąc wcale mnie to nie obchodzi, ale po prostu mnie wysłuchaj.
Wszystko zaczęło się niecały miesiąc temu. Pewnego dnia wróciłem z pracy później niż zwykle. Musiałem zostać dłużej w firmie, bo ten dupek Tom jak zwykle zapomniał wypełnić faktury i wszystko zostawił na mojej głowie. Ale to nie jest ważne. Ważne jest, że kiedy wróciłem do domu i położyłem się spać, zacząłem mieć koszmary. Codziennie śniło mi się niemalże to samo. Akcja snu zaczynała się nad ranem, byłem w swoim domu. Tak jak zawsze, jadłem śniadanie i wychodziłem do pracy. Zaraz po przekroczeniu progu zaczynałem słyszeć szepty, śmiech, krzyki... Obracałem się w stronę mojego domu i widziałem to COŚ stojące przy drzwiach. Nie przypominało normalnego człowieka... Było wysokości kilkuletniego dziecka, miało obślizgłe, gnijące ciało; najgorsza była jednak jego twarz. Czarne, puste oczy bez wyrazu zdawały się patrzeć wprost na mnie. Nie było w nich nienawiści, strachu, gniewu... były puste, i to właśnie zdawało się być w nich najstraszniejsze. Drugą połowę ''twarzy'' zajmował rząd ostro zakończonych zębów rozciągnięty w makabrycznym uśmiechu... To coś zawsze stoi tam i obserwuje mnie, dopóki nie zniknę mu z pola widzenia. Później, najczęściej kiedy wracam do domu z pracy, pojawia się ponownie. To próbuje mnie zabić, Jason. W każdym śnie robi to inaczej, nieraz próbuje wepchnąć mnie pod nadjeżdżającą ciężarówkę, powoduje wypadki, w których biorę udział, dodaje arszeniku do mojej kawy. Za każdym razem kiedy jestem o krok od śmierci, budzę się zlany potem. Wmawiam sobie, że to tylko sen, bo tak przecież było.

Do czasu.

Kilka dni temu wróciłem do domu około północy. Byłem na dosyć mocno zakrapianej imprezie, chciałem więc od razu położyć się spać. Nie zapalając świateł ruszyłem w stronę sypialni. Kiedy byłem już przy schodach prowadzących na piętro, usłyszałem dziwny dźwięk. Coś jakby... Tupot mokrych stóp ? Poszedłem do łazienki myśląc, że być może uszczelka w kranie poluzowała się i krople kapią do umywalki. Po sprawdzeniu jednak niczego nie dostrzegłem. Uznałem te dźwięki za normalne skutki imprezy i wróciłem do swojej sypialni. Od razu zapadłem w głęboki sen.

Jak pewnie się domyślasz, śnił mi się ten sam koszmar, który prześladuje mnie od miesiąca. Pojawił się w nim jednak nowy element. Kiedy wróciłem z pracy, przed drzwiami stałeś ty. Na mój widok uśmiechnąłeś się i powiedziałeś, że czekasz na mnie od paru minut. Wydawałeś się być szczęśliwy. Gdy szukałem klucza do drzwi w mojej torbie, nagle przestałeś się uśmiechać; wpatrywałeś się w jeden punkt naprzeciwko. Kiedy i ja tam spojrzałem, zobaczyłem TO. Stało tam i patrzyło na mnie, zdawało się karmić moim strachem. Ty jednak się nie bałeś. Zacząłeś iść w jego kierunku. Krzyczałem, prosiłem, abyś się zatrzymał; wiedziałem, jakie to niebezpieczne. Mimo to szedłeś pewnie w jego kierunku. Istota zdawała się być... zaskoczona ? Chwyciłeś ją za obślizłą szyję i rzuciłeś o ziemię. TO próbowało uciec, ale uderzyłeś jego głową o kamień i istota znieruchomiała. Po wszystkim podszedłeś do mnie jak gdyby nigdy nic. ''Już nigdy nie będziesz musiał się bać'', powiedziałeś. Właśnie wtedy się obudziłem.

Było wcześnie nad ranem, około 6.00. Wstałem z łóżka i ruszyłem w stronę kuchni po szklankę wody. Wyjrzałem przez okno... i zobaczyłem TO. Stało w oddali, ledwie mogłem to dostrzec, jednak jestem pewien, że je widziałem. Przez chwilę zamarłem, a kiedy się poruszyłem, istota zniknęła. Stwierdziłem, że jeszcze nie do końca się obudziłem i zignorowałem to.

Sen się powtarzał, a ty zawsze ratowałeś mnie przed działaniem tego obślizgłego monstra. W prawdziwym świecie zacząłem jednak zauważać tę istotę częściej. Za każdym razem zdawała się być coraz bliżej mnie. Z początku stała w oddali, potem jednak mogłem coraz dokładniej jej się przyjrzeć. Boję się. Wiem, że pewnego dnia to znajdzie się wystarczająco blisko, by mnie skrzywdzić. Próbowałem brać jakieś leki, ale po nich jest tylko gorzej. Jestem pewien, że ta postać istnieje naprawdę, nie w mojej głowie.

Dzisiaj, zanim do ciebie zadzwoniłem, chciałem położyć się spać. Kiedy zgasiłem juz wszystkie światła, ktoś zapukał do drzwi. Nieco zły poszedłem otworzyć. Spojrzałem przez wizjer... Cholera, to stało kilka centymetrów ode mnie! Mogłem dokładnie dostrzec błysk w jego oczach, żadzę śmierci. Zamknąłem wszystkie okna, zakneblowałem drzwi. Musiałem do ciebie zadzwonić. W moim śnie ten potwór boi się ciebie, tylko ty możesz go pokonać. Jestem pewien, że tak samo jest w realnym świecie. Pamiętasz, dwa dni temu przyszedłeś do mnie żeby oddać mi grę. Wtedy TO stało przed ogrodzeniem. Na twój widok skuliło się i czmychnęło w bok. Tego dnia już nie wróciło pod mój dom. ''

Siedziałem tam i zastanawiałem się nad słowami Louisa. Nigdy nie wierzyłem w duchy, zjawy, zjawiska paranormalne. Ale to... to brzmiało dosyć przekonująco. Postanowiłem tej nocy zostać u mojego przyjaciela. Nawet jeśli ten potwór miałby okazać się tylko wytworem jego wyobraźni, wolałem go przypilnować. Kto wie, być może niechcący skrzywdziłby samego siebie.

Nie mogliśmy zasnąć. Siedzieliśmy w salonie i piliśmy tanie piwo. Telewizor miał wyciszony dźwięk. W pewnym momencie Louis wstał i wyszedł do kuchni po kolejne puszki piwa. Nie minęło kilkanaście sekund, gdy usłyszałem krzyk. Nie zastanawiając się, pobiegłem w stronę kuchni. TO stało przed moim najlepszym kumplem! W tym momencie uwierzyłem. Chwyciłem nóż leżący na blacie i wbiłem go w ciało monstra. Istota spojrzała na mnie z przestrachem, zawyła i uciekła w stronę przedpokoju. Spojrzałem na Louisa. Z przerażeniem patrzył na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą postać z jego koszmaru próbowała go zabić.

Tę noc spędziłem u Louisa, następnego dnia musiałem jednak iść do pracy. Nad ranem obudziłem go i zaproponowałem, żeby przeniósł się do mojego mieszkania.

-Nie, Jason. Nie ma znaczenia, gdzie będę. TO i tak mnie znajdzie. -odpowiedział

W pracy starałem się nie myśleć o dziwnych wydarzeniach zeszłej nocy. Starałem się skupić na swoich obowiązkach. Kiedy zadzwonił telefon, od razu rzuciłem się, by go odebrać.

-TO wróciło. -wyszeptał Louis do telefonu. Nie potrzebowałem niczego więcej. Chwyciłem kurtkę i wybiegłem z pracy. W kilka minut później wysiadałem z samochodu przed jego domem. Po zatrzaśnięciu auta zauważyłem istotę wybiegającą z domu mojego przyjaciela. Śmiała się. Chichocząc umknęła w stronę zabudowań. Bez chwili namysłu pobiegłem w stronę drzwi i otworzyłem je.

Krew. Dużo krwi. To co zobaczyłem po wejściu do środka na zawsze zostanie mi w pamięci. Louis leżał tuż przy schodach, pewnie próbował uciec na górę. Całe jego ciało pokrywały ślady zębów. Małych, ostrych, bez wątpienia należących do istoty. Jego skóra została niemal całkiem oderwana od ciała. Kiedy odwróciłem go na plecy, zobaczyłem puste oczodoły. Chciałem wybiec stamtąd i zapomnieć, zapomnieć o tym, co zobaczyłem, ale zauważyłem kartkę leżącą na podłodze. Schyliłem się, by ją podnieść. Tam, koślawym pismem napisane było ''DLACZEGO SIĘ SPÓŹNIŁEŚ?''
  • 13

  #1281 Teloc

Teloc
  • Użytkownik
  • Postów: 35
  • Tematów: 2
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano 07.07.2013 - 17:39

Sam pośród mroku
Część I


Deszcz uderzał w ulicę tworząc potoki i rwące strumienie. Czarne, nocne, zakryte burzowymi chmurami niebo, wyglądało jak bezkresna, ogromna otchłań, jak pustka, kompletna nicość. Ciemność nocy rozświetlały jedynie dogasające, migoczące słabym, żałosnym światłem latarnie. Błysk tych lamp odbijał się od strug deszczu spływających po ulicy. Dziki szum kropel uderzających bezwładnie o chodnik przerywały jedynie jego głośne, powolne kroki. Wciąż nie wierzył w to, co miało miejsce. Szedł powoli i niezgrabnie, sam nie wiedział dokąd. Wędrował tam, dokąd prowadziły go nogi - przed siebie. Czy to koniec, czy może dopiero początek? Może to początek końca, lub... koniec początku? Nie wiedział. Abstrakcyjne, nieskładne myśli gnały galopem przez jego głowę. Wspomnienia wirowały mu przed oczyma, strzępki jego życia, fragmenty szczęśliwych chwil, cienie dawnej świetności, niechronologiczne momenty i urywki dni, kiedy czuł, że żyje. Setki zdarzeń i miliony wspomnień wypełzały z zapomnianych dawno zakątków pamięci, uciekały z opuszczonych odmętów na samej głębi umysłu. Mgliste, niedokładne i zdeformowane biegiem czasu wydarzenia widział znów wyraźnie i w pełnej, rzeczywistej okazałości, jak gdyby to wszystko znów się działo. Jego życie stanęło mu przed oczami. Ulotne chwile, które przeciekały dziurami w jego pamięci znów ukazały się jego oczom. Osoby, które dawno zapomniał i usunął z pamięci, smaki, których nie czuł od dzieciństwa, miejsca, których nie widział od miesięcy oraz... uczucia. Uczucia, których nie doznał od lat, wszystko to przypomniał sobie w jednej chwili i poczuł to tak wyraźnie, że wydawało mu się to bardziej prawdziwe od otaczającej go rzeczywistości. Całe jego życie, ze wszystkimi szczegółami, wszystkie jego wspomnienia, wszystko do niego wróciło. Zapomniał, że to tylko ślad tych zdarzeń w jego pamięci. Wszystko zaczęło się rozmywać, rozmazywać, wszystko cichło, przestał czuć cokolwiek. Zapomniał o burzy, o ulicy, o bólu i samotności...

Słyszał tylko delikatny szum kłosów trawy, które wiatr kołysał niczym do snu, poczuł w ustach słodki smak, przez jego plecy przeszedł dreszczyk ekscytacji, a w brzuchu znów poczuł motyle. Czuł zapach kwitnącego kwiecia, widział bezkresną, piękną łąkę. To była ta łąka, ta sama polana. Na niebie świeciło poranne, niczym nie zmącone słońce. Czuł orzeźwiającą bryzę wiatru na skórze. Widział drzewo na końcu udeptanej ścieżki. Widział, że zawieszona na jego najsilniejszej gałęzi huśtawka delikatnie się buja. Znów ją widział. Widział ją, tak samo niewinną jak zawsze. Widział tę kwintesencję piękna i rozumu w ludzkiej postaci. Płakał ze szczęścia, a ona śpiewała swoim anielskim głosem jej ulubioną pieśń. Kołysała się lekko na huśtawce i patrzyła swoimi pięknymi, zamyślonymi oczyma w dal. Poczuł to dziwne, przyjemne uczucie, którego nie da się nazwać. Poczuł miłe ciepełko na jego coraz mocniej i szybciej bijącym sercu. Z jego oczu lały się łzy najczystszego wzruszenia. Płakał jak małe dziecko. Zerwał się w jej stronę, zaczął biec najszybciej jak tylko mógł, pędził szybciej od wiatru po to, by znów ją zobaczyć. Sekundy jego biegu mijały jak godziny, centymetry wydawały się milami nieprzerwanego sprintu, czas stanął w miejscu. Coraz wyraźniej słyszał jej delikatny głos, coraz wyraźniej widział jej prześliczną twarz, jego serce zerwało się i zaczęło rytmicznie biec razem z nim, jakby chciało go prześcignąć. Był najszczęśliwszym człowiekiem, jaki istniał, istnieje lub istnieć będzie. Jednak im bliżej niej był, tym bardziej nasilał się wiatr. Delikatna bryza przerodziła się w silny, targający wszystkim sztorm. Jasne niebo poranka zaszło ciemnymi, burzowymi chmurami. Zaczął padać deszcz, który z lekkiej mżawki natychmiast przerodził się w niesamowicie ciężką ulewę. Zapach kwiatów zmienił się w smród przepalonych lamp, jej cichy śpiew ustąpił miejsca hukowi deszczu uderzającego o ziemię, ciepło na jego sercu zmieniło się w przeszywające zimno, motyle w brzuchu w przeraźliwie silne, niemalże zwierzęce uczucie głodu, a słodycz w ustach w mdły smak krwi. Zrozumiał, że to tylko wspomnienia. Zrozumiał, że nigdy nie wrócą, że stracił wszystko. Czuł w środku niewyobrażalną pustkę. Czuł, jak pochłania wszystko, na czym kiedyś mu zależało. Nie był już człowiekiem, był... ludzką skorupą. Stracił chęć życia, bo nie miał już po co żyć. Nie mógł nic zrobić, a co gorsza nawet nie chciał. Myśli kotłowały się w nim zanikając i powracając jak morski przypływ, z każdym uderzeniem serca klatki z jego najszczęśliwszych dni pojawiały mu się przed oczyma.

Idąc swoim żałobnym krokiem zaszedł na most, na ogół spokojna rzeka pod nim szalała. Zatrzymał się i zziębniętymi dłońmi złapał się barierki. Opuszkami palców wyczuł zimną jak lód kłódkę, jedną z tych, które zakochani nagminnie rozwieszali na mostach. Mimo najszczerszych chęci nie mógł przeczytać wyrytych na kłódce imion. Niebo, mimo że osiągnęło najczarniejszy odcień czerni, wciąż zdawało się ciemnieć. Latarnie ostatkiem sił dawały coraz słabsze światło. Drętwiejącym palcem przejechał po kłódce. Wyczuł wyżłobienia, które układały się w litery. Litery tworzyły imiona, których jednak jego obolałe palce nie były w stanie odczytać. Nagle wszystko zrozumiał. Poczuł zimną falę przebiegającą między półkulami jego mózgu. Przypomniał sobie. Przypomniał sobie jak razem z nią, przyrzekając sobie że będą na zawsze razem zawieszali tę kłódkę. To była ta kłódka, ten most, to miejsce. Wspomnienia znów mignęły przed oczyma i po chwili zostawiły go sam na sam z rzeczywistością. Puścił kłódkę i instynktownie odsunął się. Do tej pory nie czuł nic. Ale znów zaczął czuć. Wyrwał się z transu i po raz pierwszy tej nocy poczuł... strach. Rozejrzał się wokół, szybkim spojrzeniem obrzucił most i obie strony rzeki. Ludzie... Tu nie ma ludzi. Nie ma zwierząt, nie ma samochodów. Światła we wszystkich oknach pogaszone. We wszystkich wieżowcach, w najwyższych, nigdy nie zasypiających apartamentowcach, we wszystkich drapaczach chmur, wszędzie. Świeciły się jedynie latarnie. Nie słyszał nocnych ptaków, nie słyszał wyjących, zamkniętych w mieszkaniach psów, nie słyszał uciekających przed deszczem kotów. Nie słyszał, ani nie widział samochodów. Miasto było puste. Całkowicie opustoszałe. Dopiero teraz to pojął, dopiero teraz zrozumiał co się dzieje. Owładnęła go panika, mimo wycieńczenia i zdrętwiałych kończyn zaczął biec przed siebie. Biegł przez most uderzając ciężko raz za razem w kałuże, biegł nie odwracając się. Słyszał odgłos pękających w latarniach żarówek, lampy za nim gasły, a on ścigał się z doganiającą go ciemnością.

Nie wiedział co tak naprawdę się wydarzyło, nie miał pojęcia gdzie podziały się wszystkie żywe istoty. Nie wiedział, co się z nim działo przez ten czas. Wiedział jedno - został sam. Całkowicie sam... Sam pośród mroku...
  • 0

  #1282 CierpnacaSkora

CierpnacaSkora
  • Użytkownik
  • Postów: 35
  • Tematów: 1
  • PłećMężczyzna
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano 08.07.2013 - 17:44

PRZEPOWIEDNIA

Deszcz lał niemiłosiernie tej nocy. Jedyne źródło iluminacji, na pewnej rzadko uczęszczanej drodze, stanowiły światła samochodu, obok którego stał ubrany w gustowny garnitur mężczyzna. Mężczyzna ów, był wyraźnie zirytowany sytuacją w której się znalazł. Kopnął w felgę swojego pojazdu dwukrotnie, jednak nie ostudziło to jego gniewu. Uderzył otwartą dłonią o maskę samochodu, po czym pośpiesznie wyjął zapalniczkę i papierosa z kieszeni. Jak na ironię, deszcz skutecznie ostudził każdą próbę zapalenia tytoniu. Facet wypluł papierosa z ust, a następnie sięgnął po swój telefon. Brak zasięgu. Niby nic dziwnego, biorąc pod uwagę na jakim był odludziu, jednak upewniło go to w przekonaniu, że cały świat się dzisiaj na niego uwziął. Przez dłuższą chwilę stał, oparty ramieniem o szybę swojego auta. Przypomniało mu się, że, gdy jego pojazd wciąż nadawał się do jeżdżenia, udało mu się dostrzec niewyraźne światło po prawej stronie drogi. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, ruszył pieszo w kierunku powrotnym. Zimny wiatr smagał go po twarzy, a ubranie przylepiło się do jego ciała. Buty przemokły mu zupełnie. Po kilkudziesięciu minutach dotarł do kresu swojej, delikatnie ujmując - nieprzyjemnej wędrówki. W miejscu w którym wcześniej widział jedynie wątłe światełko, teraz dostrzegł namiot. Pierwszym jego skojarzeniem były namioty wróżbitów, które widywał w wesołych miasteczkach, gdy był jeszcze dzieckiem. Jego podejrzenia potwierdziły się, gdy podszedł bliżej i ujrzał tabliczkę przed namiotem. Wyryte były na niej bzdurne napisy o przeznaczeniu, przewidywaniu przyszłości i tym podobnych nonsensach. Pomimo jego uprzedzeń do takowych praktyk, wszedł do namiotu. Jego oczom ukazała się stara, siwowłosa i pomarszczona, kobieta. Paliła fajkę, silny zapach tytoniu uderzył w jego nozdrza.
-Mroczne bóstwa witają cię w swych skromnych progach, zagubiony przybyszu - powiedziała swoim niskim, skrzekliwym głosem. Patrzyła przy tym na niego swoim niebieskookim, przeszywającym wzrokiem, który sprawiał, że przechodziły go dreszcze.
-W-witam...-zająknął się- czy mogłaby pani...
-Mogłabym. - przerwała mu - Jednak tutaj panują pewne zasady. Najpierw powinieneś wysłuchać mej przepowiedni - rzekła i wskazała mu miejsce po przeciwnej stronie stolika, za pomocą swojej wątłej i pomarszczonej dłoni. Rozejrzał się po namiocie. Jedynym meblem był owy stolik stojący w samym centrum namiotu. Na nim stały standardowe przedmioty używane przez wróżbitów, takie jak szklana kula, karty. Znajdowało się tam również kilka przedmiotów mniej standardowych, jak na przykład ludzka czaszka lub pióra różnych ptaków. Mimo faktu, że uważał iż profesja staruszki opierała się na zgadywaniu i psychologicznych trikach, zgodził się na wysłuchanie tej przepowiedni. Po namiocie przechadzała się dwójka czarnych kotów, jeden z nich siedział na poduszce usytuowanej w miejscu, gdzie miał usiąść. Mężczyzna przesunął go delikatnie i usiadł po turecku przed wróżbitką. Kobieta przez dłuższą chwilę wytężała wzrok, patrząc na szklaną kulę oraz pocierając o nią swe dłonie.
-Jesteś biznesmenem, zepsuło ci się auto i szukasz jakiejkolwiek pomocy - powiedziała, po czym ponownie wsunęła fajkę do ust, zaciągając się mocno.
-Zgadza się...-odrzekł.
-Twoja firma rozwija się prężnie, dominuje rynek, ale...
-Ale...?
-W najbliższym czasie stracisz całą swoją fortunę, zostaniesz dosłownie bez grosza w kieszeni. - powiedziała wlepiając w niego swoje niebieskie ślepia. Parsknął śmiechem.
-To zwyczajnie niemożliwe. - Zignorowała drwinę i chwyciła jego dłoń. Dogłębnie studiowała linie papilarne biznesmena. Jej dotyk sprawiał, że przeszywało go zimno.
-Twoje dzieci zginą. - Rzekła tonem, który nie zdradzał żadnych emocji.
-Musiałyby się najpierw narodzić. - rzekł kpiąco.
-Och, to wyjaśniałoby dlaczego nie widać ich w twojej przyszłości. - jej słowa zostały zaakcentowany przez głośny grzmot dobiegający z oddali.
-Za to, przyszłość twojej żony jest jasna. - powiedziała tasując powoli talię kart w dłoniach.
-Hm? - Zapytał, zaniepokojony. W odpowiedzi, staruszka podsunęła mu kartę pod twarz. Kartę z wizerunkiem kostuchy.
-To stek bzdur! - krzyknął rozwścieczony, grymas złości skrzywił jego twarz. Szerokim ruchem dłoni zrzucił kilka przedmiotów ze stolika. Staruszka była niewzruszona. Przyglądała się mu swoim lodowatym spojrzeniem.
-Chcesz wiedzieć jak umrzesz, chłopcze? - zapytała, a na jej twarzy malował się mrożący krew w żyłach uśmiech.
-Śmiało. - rzucił gniewnie.
-Tu i teraz - błyskawicznym ruchem wyciągnęła stary rewolwer spod stołu. Oddała dwa strzały, a mężczyzna upadł z głuchym tąpnięciem na ziemię. Pod nim zaczęła tworzyć się czerwona plama, kule przebiły jego prawe płuco oraz udo. Mężczyzna oddychał rzężąc i charcząc. Kaszlał krwią. Staruszka wstała, przeszukała jego kieszenie, zabrała jego telefon, zegarek oraz portfel.
-Stek bzdur, powiadasz? - Schyliła się nad nim, patrząc w oczy, uśmiechając się pogardliwie - jesteś bez grosza w kieszeni, twoje dzieci nigdy się nie narodzą, a ty zaraz wyzioniesz ducha... tu i teraz. Ach, faktycznie. ..Została jeszcze twoja żona. - Roześmiała się głośno, swoim skrzekliwym głosem. Mężczyzna wyzionął ducha, a koty podeszły do jego martwego ciała. Zaczęły chciwie zlizywać kałużę, która powstała w namiocie. Deszcz ustąpił.
  • 0

  #1283 the_xivir

the_xivir
  • Użytkownik
  • Postów: 25
  • Tematów: 5
  • PłećMężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 08.07.2013 - 22:16

*
Popularny

walkc0x85.exe

to moja pierwsza creepypasta więc proszę o wyrozumiałość.

Zostaliście kiedykolwiek w sali informatycznej po godzinach lekcyjnych? Zapewne rzadko bo i ja zostałem tylko raz. Miałem dokończyć projekt, który moi koledzy skończyli na lekcji. Był on bardziej obszerny od innych projektów, więc wymagał poświęcenia większej ilości czasu.
Kiedy lekcje się skończyły, poszedłem pod salę informatyczną i usiadłem na ławce w oczekiwaniu na nauczyciela. Przerwa dobiegła końca, nauczyciel otworzył mi drzwi i powiedział, że mogę przebywać w sali informatycznej do godziny 15:45. Po upłynięciu czasu musi już wracać ze szkoły do swojego domu. Moje zajęcia szkolne skończyły się o 14:25 więc miałem sporo czasu na dokończenie projektu. Usiadłem wygodnie w pierwszym z rzędu biurku. Włączyłem komputer, zalogowałem się na moje konto i włączyłem Worda aby dokończyć notatkę o projekcie zatytułowanym „Dziesięciu najwybitniejszych Polskich poetów”. Pisząc sobie spokojnie swoją notatkę usłyszałem głos nauczyciela. Powiedział mi, że musi już wyjść ze szkoły. Zostawił mi klucz do sali informatycznej, który miałem zanieść do pokoju nauczycielskiego po zakończeniu pracy nad projektem. Zamknąłem salę od środka i wróciłem do pracy. Mijały minuty. Moje oczy były wpatrzone w ekran i małe, czarne literki. Próbowałem się nad tym skupić ale kątem oka widziałem, że coś czarnego leży na podłodze. Zignorowałem to i pisałem dalej. Po paru następnych minutach, byłem rozkojarzony. Zastanawiałem się co to może być. Nie dawało mi to spokoju. Wstałem z krzesła i schyliłem się. Podniosłem ten mały i czarny przedmiot. Był to pendrive. Wyglądał dość normalnie. Pomyślałem, że może ktoś z mojej klasy zostawił go tutaj, spadł mu na podłogę i zapomniał o nim. Przeanalizowałem go dokładnie i zaniepokoił mnie napis na pendrive’ie „HELL”. Pomyślałem, że może to tylko firma produkująca pendrive’y. „No cóż” westchnąłem. Wrzuciłem go do tornistra. Wiedziałem, że na następny dzień muszę poszukać właściciela pendrive’a. Dokończyłem projekt, podniosłem klucz z biurka nauczyciela, wyłączyłem komputer i zamknąłem sale. Skierowałem się w stronę pokoju nauczycielskiego. Zapukałem i ku mojemu zdziwieniu otworzył nauczyciel od informatyki. Zabrał klucz i szybko zamknął drzwi. Byłem lekko zakłopotany. Najdziwniejsze wydawało mi się, iż był ubrany zupełnie inaczej niż w momencie kiedy siedział przy swoim biurku w sali informatycznej. Jedyne logiczne wytłumaczenie, które przychodziło mi do głowy wyglądało tak, że przebrał się bo szedł na romantyczną kolację z żoną i nie chciał wyglądać jak na co dzień. Nic innego mi nie pozostało jak wrócić do domu.
Po powrocie zjadłem obiad i odrobiłem lekcje. Moi rodzice wychodzili dziś na wieczór więc musiałem zostać samemu. Powiedzieli, że przyjdą dopiero nad ranem. Zasiadłem przed komputerem , załączyłem grę i tak spędzałem czas. W pewnym momencie przypomniałem sobie o pendrive’ie, który znalazłem w sali informatycznej. „Wyciągnąć czy nie wyciągnąć” zadawałem sobie to pytanie. W końcu po chwili zastanowienia postanowiłem wyciągnąć pendrive i zobaczyć jego zawartość. Wsadziłem go do portu USB. Na monitorze pokazała się informacja o nowym urządzeniu. Było to dziwne ponieważ miałem zainstalowane oprogramowanie do otwierania pendrive’ów. Jednak zdecydowałem się na zainstalowanie oprogramowania aby otworzyć jego zawartość. Wyglądała ona następująco. Sto folderów. Każdy po kolei był nazwany cyfrą. Mianowicie: 1,2,3,4,5,6 itd. Przeszukanie wszystkich zajęło mi dwie minuty. 99 folderów było pustych. Jeden z nich zawierał plik. Był to folder 66. „Najpierw Hell a teraz 66?” pomyślałem. To wszystko zaczęło robić się dziwne. Plik w folderze nazywał się „walkc0x85.exe”. Moja prawa ręka na myszce drżała. Obawiałem się przed otwarciem pliku. Nastała martwa cisza. Zastanawiałem się do kogo tak naprawdę należy ten pendrive. Uspokoiła mnie myśl, iż ktoś z mojej klasy mógł zrobić tą aplikację. Otworzyłem ją. Na ekranie wyświetliła mi się gra. Typowa dla Nintendo gra. Menu było szare. Były dwa przyciski. „Play” i „Exit”. Do teraz żałuję, że nie kliknąłem tego drugiego. Po przyciśnięciu „Play” zobaczyłem czarnego ludka stojącego na drodze. Za tym ludkiem były jakieś domki. Muzyka była obłędna. Taka jaką miała większość gier na Nintendo tylko znacznie bardziej denerwująca. Po chwili nad ludkiem wyświetlił się napis „WALK”. Domyśliłem się, że mam iść. Przycisnąłem prawą strzałkę na klawiaturze i ludek zaczął iść. Gra była w kolorach szarych. Typowe dla starych gier. Napis „WALK” migał co wprawiało mnie w oczopląsy. Przekroczyłem jakiś kij wystający z ziemi . Był to najprawdopodobniej checkpoint. Ludek przyspieszył kroku. Muzyka zwolniła. Napis „WALK” zaczął migać szybciej. Nie mogłem nic na to poradzić. Ludek wciąż biegł w prawą stronę. Po minucie biegu przekroczył następny checkpoint. Ekran zaczął się rozmywać. Muzyka zwolniła jeszcze bardziej. Po każdym chekpoincie było gorzej. W końcu ekran zrobił się czerwono-czarny. Był strasznie rozmyty. Napis „WALK” migał bardzo szybko. Zaczęła boleć mnie głowa od tej gry. Muzyki nie dało się słuchać. Były to bardzo niskie dźwięki, które szumiały niemiłosiernie. Naglę ludek stanął w miejscu. Odwrócił się twarzą do ekranu. Napis „WALK” zmienił się na „STOP”. Wyraz twarzy ludka zmienił się. Miał szeroki i przerażający uśmiech. Wpatrywał się w moje oczy a ja w jego. Ekran rozmywał się coraz bardziej. Nagle na ekranie pokazała się twarz ludka. Ten przerażający uśmiech. Widniał nad nią napis „WALK”. Nie wiedziałem o co w tym chodzi. Byłem wystraszony. Szum był nie do zniesienia. W odruchu wyłączyłem zasilanie komputera. Zadziałało. Wyciągnąłem pendrive’a z portu USB. Było to najgorsze przeżycie jakiego mógł bym się spodziewać. Po ponownym załączeniu komputera wszystko było w porządku. Ucieszyłem się ponieważ pomyślałem iż mógł być to swego rodzaju wirus. Do końca dnia widziałem w pamięci tą przerażającą twarz.
Nastała godzina 00:00. Był to czas najwyższy żeby iść spać. Musiałem się wyspać do szkoły. Przez dwie godziny nie potrafiłem zmrużyć oka. W końcu zasnąłem ale było to chyba drugą najgorszą decyzją mojego życia. Tej nocy miałem sen. Można powiedzieć koszmar na jawie. Znajdowałem się we wielkim białym pomieszczeniu. Zewsząd oślepiało mnie białe światło. Gdzieś w oddali słyszałem jakieś jęki ale nie mogłem ich zrozumieć. Widziałem tylko niewielki czarny punkt zbliżający się w moją stronę. Zacząłem uciekać. Kiedy zbliżał się do mnie słyszałem wyraźnie jak ryczy „WALK”. Przeraziło mnie to zupełnie. Uciekałem ile sił w nogach. Co chwilę obracałem się za siebie by zobaczyć jak daleko to coś jest ode mnie. Niestety było coraz bliżej. Zacząłem się bić po twarzy. Myślałem że to mnie obudzi. Tak się nie stało. Wtem poczułem na karku uścisk. Nie mogłem biec dalej. Ten czarny stwór złapał mnie. Kiedy odwróciłem się w jego kierunku zauważyłem jego przerażający uśmiech. Nie wiem co się stało dalej, ale jestem pewien, że to nie był sen. Tego ranka się nie obudziłem. Kiedy rodzice przyszli do domu znaleźli moje ciało na łóżku. Na klatce piersiowej miałem wyryty napis „WALK”. Wezwali policję. Po oględzinach moich zwłok uznali iż nie posiadałem żadnych organów wewnętrznych. Miałem też puste oczodoły. Moi rodzice się załamali a ja… a ja teraz siedzę i patrzę na to zdarzenie. Policja zabrała ten przeklęty pendrive i zabezpieczyła go jako dowód rzeczowy. Wszczęto śledztwo. Mordercy nie znaleziono. Nawet nie było podejrzanych bo kto mógł mi to zrobić. Wiadomo tylko że nauczyciel informatyki w ten sam dzień zwolnił się ze szkoły i wyjechał daleko. Nikt nie wie gdzie. Tak kończy się moja historia.
Jeśli kiedykolwiek znajdziesz pendrive leżący na podłodze, za żadne skarby nie zabieraj go do domu!
  • 7

  #1284 marcin szeregowy

marcin szeregowy
  • Użytkownik
  • Postów: 64
  • Tematów: 7
  • PłećMężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 09.07.2013 - 13:40

Trzymajcie moją drugą creepypastę mam nadzieję że wam się spodoba bardziej niż moja pierwsza :mrgreen:



The Assassins Brotherhood



Cześć, nazywam się Norbert. Jestem zwykłym nastolatkiem, no może nie do końca zwykłym, ale o tym za chwilę. Jak każdy w moim wieku, mam teraz wakacje, ten rok szkolny był prawie jak każdy: oceny, uwagi, wywiadówki, żarty z nauczycieli itd. Piszę ,,prawie", ponieważ tym razem coś się zmieniło. Gdzieś tak na początku roku szkolnego odkryłem że posiadam niezwykłą zdolność, potrafię czytać w myślach. Nie powiem, przydało mi się to w trakcie roku szkolnego. Dzięki temu byłem zawsze przygotowany na sprawdziany, kartkówki, odpowiedzi i prace domowe. I (pewnie się domyślasz) dostałem na koniec roku świadectwo z paskiem. Moi rodzice są wniebowzięci. Nie spodziewali się że ja kiedykolwiek będę się tak dobrze uczyć. Dzięki tej umiejętności też zdobyłem dziewczynę która mi się bardzo, ale to bardzo podobała. Nie było to trudne, wiedziałem kiedy do niej podejść, zagadać, kiedy zażartować i co powiedzieć. Jesteśmy ze sobą szczęśliwi, ponieważ wiem czego ona chce. Ale są też złe strony tego, i o tym chciałem wam opowiedzieć

Pierwsze, co chciałem powiedzieć to rozmowy z osobami które znam. Bolało mnie, i nadal strasznie boli, to co ludzie o mnie myślą. Nie spodziewałem się że nawet moi ,,przyjaciele" tak naprawdę mnie nienawidzą. Mój kumpel, którego znam praktycznie od bachora, nienawidzi mnie i złorzeczy mi. Dlaczego? Dlatego że chodzę z dziewczyną, która mu się podobała. Chce żeby nas związek się rozpadł... naprawdę nie wiem co o tym myśleć. Nie może znieść naszego widoku, dlatego jak widzi mnie z moją dziewczyną to nawet nie podchodzi się przywitać. Ostatnio przestałem z nim rozmawiać i spotykać się, tłumacząc że nie mam czasu. Po prostu nie mogę znieść tej jego nienawiści, która od niego zionie. Jako że ostatnio są wakacje to nie mam nic do roboty i dużo siedzę w domu przed komputerem. Rzadko wychodzę na dwór, ponieważ głowa mnie boli jak słyszę te wszystkie myśli kołaczące w mojej głowie. I tak pewnego dnia siedząc przed komputerem, ni stąd ni zowąd postanowiłem sprawdzić swoją skrzynkę. Włączyłem skrzynkę, to co zwykle, spam reklamami różnego rodzaju, wiadomość od kumpla który pyta co się ze mną dzieje... Ok kosz, kosz, kosz, ko... Nagle mój wzrok zatrzymał się na wiadomości od nieznanego nadawcy. Nie poświęcił bym jej większej uwagi gdyby nie nazwa tematu ,,Posiadasz paranormalne zdolności? Spotkaj się z nami!". Postanowiłem przeczytać tego maila i jakby co, odpowiedzieć. Oto jego treść:

Nadawca: the.assasss@inss.pl

Temat: Posiadasz paranormalne zdolności? Spotkaj się z nami!

Treść:

Witaj Norbercie!


Według naszych informacji posiadasz paranormalną zdolność. Jest nią czytanie w myślach. Znamy cię, obserwujemy cię od dłuższego czasu, po potwierdzeniu naszych domysłów co do twoich zdolności postanowiliśmy cię zaprosić i zaproponować współpracę, jeśli zdecydujesz się przyjść oto adres : ************************* (przepraszam ale nie mogę podać wam adresu), jeśli jednak odmówisz, to usuń tego maila i zapomnij o nim. Wiedz tylko że będziemy cię nadal obserwować.

Z poważaniem, Mistrz


Powiem wam że ten mail, nieźle mnie przestraszył. Zastanawiałem się przez chwilę czy to nie jest jakiś żart, ale szybko odrzuciłem taką opcję.
Dlaczego? Ponieważ kimkolwiek był ten ,,Mistrz" wiedział o moich zdolnościach, a ja nikomu o nich nie mówiłem. Byłem jedyną osobą która to wiedziała, nikt więcej. Długo się zastanawiałem nad pójściem tam, nie wiedziałem, naprawdę nie wiedziałem. Wiedziałem jedno, jak odmówię nic się nie stanie(chyba) ale oni, kimkolwiek są będą mnie nadal obserwować. Wiele stresu mnie to kosztowało ale postanowiłem pójść i przekonać się co mnie czeka.

Udałem się pod podany adres. Po drodze starałem się uciszyć głosy w mojej głowie, udało mi się. Było to trochę daleko, miejsce gdzie miałem się udać było niemały kawałek za miastem, a ja mieszkałem w centrum, więc postanowiłem udać się tam rowerem, jako że były wakacje więc było ciepło. Kiedy dotarłem spotkał mnie przykry widok. Przede mną stał stary dom który wyglądał na opuszczony. Jego ściany były bardzo stare i wyblakłe, w niektórych miejscach odpadał tynk, okna wyglądały tylko nieco lepiej niż ściany, na piętrze dwa okna były stłuczone, inne były okopcone. Framugi ledwo trzymały się na miejscu, sprawiały wrażenie jakby zaraz miały wypuścić szyby ze swoich uścisków. Dach wyglądał najlepiej z tego wszystkiego. Wyglądał jakby był położony całkiem niedawno, może z rok temu. Tylko po co ktoś wymieniał by dach a resztę zostawiał w opłakanym stanie? A i jeszcze drzwi, przez które miałem wejść. Do najnowszych nie należały, były dziurawe, i w ogóle sprawiały wrażenie że wypadną z zawiasów jak tylko ich dotknę. Pewnie uznałbym że pomyliłem adresy i przyszedłem nie tam gdzie trzeba, gdyby nie mały szczegół. Co prawda był dzień i ledwo było to widać, ale za jednym okopconych okien paliło się słabe światło. Przełknąłem ślinę i podszedłem do drzwi. Zapukałem, nikt nie otworzył. Spróbowałem jeszcze raz, znowu nic. Spróbowałem sam otworzyć drzwi, jak się okazało były otwarte. Kiedy je otwierałem strasznie skrzypiały, pewnie nikt ich nie oliwił od czasów wojny.

-Halo? Jest tu ktoś?- zawołałem, lecz odpowiedziała mi cisza
,,Pewnie pomyliłem adresy"- pomyślałem i odwróciłem się w stronę drzwi mając zamiar wyjść gdy nagle ktoś zza moich pleców krzyknął:

-Już idę! Zaczekaj!

Odwróciłem się. Osobą która krzyczała był jakiś wysoki mężczyzna. Miał na nosie okulary, miał średniej długości włosy i brodę, ubrany był w garnitur, jakby się wybierał na jakiś koncert lub bankiet. Podszedł do mnie, uśmiechnął się i powiedział:

-Jednak przyszedłeś, chodź, chodź już czekamy

Wyglądał dosyć przyjaźnie, więc poszedłem za nim. Szedłem za nim po ciemnym korytarzu, na ścianach z których odpadała już tapeta wisiały stare obrazy, a raczej to co z nich zostało, w niektórych wisiała tylko pusta rama., i tak rozglądając się po tym domu wpadłem na mebel którego nie zauważyłem.
-,,Auć! Skąd to się tu wzięło?!- pomyślałem
-to dość stary mebel, stoi od początku istnienia tego domu, uważaj żebyś go zniszczył- powiedział do mnie ten facet
Ale ja przecież nic nie mówiłem! Wiec dlaczego mi odpowiedział? Zignorowałem to. W końcu doszliśmy do pokoju w którym było nieco jaśniej niż w korytarzu, tliło się tam małe światło które dawała lampa… naftowa postawiona na stole. Dookoła stołu stały krzesła na których siedzieli inni ludzie, też ubrani w garnitury. Nie będę opisywać ich wyglądu ponieważ nie ma on najmniejszego znaczenia dla opowieści. Dodam tylko że to właśnie to światło widziałem stojąc przed domem zanim do niego wszedłem.
-Dzień dobry- powiedziałem wszystkim z grzeczności, trochę przestraszony, byłem sam na kilku dorosłych mężczyzn w razie jakbym musiał uciekać byłem praktycznie bez szans.
-Witaj Norbercie, śmiało, siadaj przygotowaliśmy miejsce dla ciebie- powiedział facet który wyglądał na najstarszego z nich.
Usiadłem, trochę podenerwowany. Byłem jedyną osobą bez garnituru. ,,O co im może chodzić? Kim oni są?”- takie myśli chodziły mi po głowie. Kiedy takie pytania łaziły mi po głowie nagle najstarszy z nich(a przynajmniej na takiego wyglądał) przemówił do mnie:
- Pewnie zastanawiasz się kim jesteśmy? Pozwól że szybko ci nas przedstawię- przestał na chwilę mówić i spojrzał na mnie, ja tylko pokiwałem głową, dziwiło mnie tylko to że nie słyszałem ich myśli, no cóż może na razie moje zdolności są w stanie spoczynku?” pomyślałem, a on zaczął mówić dalej- Jesteśmy grupą, bractwem jak wolisz, którzy działają dla dobra ludzkości, pozbywamy się tych co szkodzą światu i tych co wiedzą za dużo, nie usłyszysz o nas w żadnych mediach, w Internecie też nie znajdziesz o nas informacji, wszystko co o nas piszą jest przez nas usuwane, świat nie może o nas wiedzieć, nie potrzebujemy rozgłosu, działamy w cieniu, między innymi dlatego spotkaliśmy się w tym opuszczonym miejscu, każdy z nas posiada specjalne zdolności które pomagają nam w realizowaniu celów, policja, FBI, CIA, i wszelkie inne służby które o nas wiedzą nazywają nas ,,The Assassins”, zaprosiliśmy cię dlatego że posiadasz umiejętności które są przydatne dla nas i naszych braci, chcielibyśmy żebyś do nas dołączył, ale czy ty chcesz?
Nie wiedziałem co powiedzieć. To naprawdę była kusząca propozycja ale co ja miałbym robić w tym bractwie? Żeby się tego dowiedzieć po prostu spytałem- Jeśli bym się zgodził, to co bym robił w waszym bractwie?
- To samo co inni, zabijał szkodników i tych którzy wiedzą za dużo
Nie bardzo mi to odpowiadało, ja.. ja nie chciałem zabijać, naprawdę nie chciałem, zawsze brzydził mnie widok zwłok i krwi, chciałem odmówić ale co wtedy by się stało? Znowu spytałem:
-A co się stanie jeśli odmówię?
-Nic, tak jak napisaliśmy ci w mailu będziemy cię obserwować , jeśli komuś o nas wygadasz wtedy zabijemy ciebie twoją rodzinę, oraz osobę której to powiesz i jej rodzinę- powiedział patrząc na mnie z kamienną twarzą i wzrokiem nie zdradzającym uczuć. Przełknąłem ślinę, chciałem odmówić ale nie wiedziałem czy dam rade trzymać język za zębami.
-Muszę się zastanowić- odparłem
-Dobrze, siedź tutaj a my pójdziemy po umowę jakbyś się zdecydował- powiedział do mnie i nagle wszyscy wstali wyszli z pokoju i poszli na górę
,,Tak!- pomyślałem- ,,to moja szansa, muszę jak najszybciej stąd zwiać, nie jestem w stanie zabijać” wstałem z krzesła najciszej jak umiałem i zacząłem udawać się w stronę wyjścia starając się nie wydawać żadnych odgłosów, -,,eh tam głupia podłoga”- pomyślałem- ,,strasznie skrzypi, mam nadzieje że mnie nie usłyszą”. Dotarłem do końca korytarza miałem drzwi przed sobą- ,,Tak! Są otwarte- mówiłem do siebie w myślach- ,,spadam stąd, oby mnie nie zauważyli”. Niestety drzwi były zamknięte, a jak już wiecie strasznie skrzypią przy otwieraniu. Usłyszałem jakieś kroki na schodach prowadzących na piętro ruszyłem biegiem przed siebie, kopniakiem wyważyłem drzwi i poleciałem jak szalony. ,,Tak, tak! Już prawie jestem przy furtce jeszcze trochę, złapię mój rower i odjadę stąd jak najdalej”. I nagle świst.
-Aaaaaaaaaaa!!!- krzyknąłem i upadłem na ziemię. Dostałem dwoma nożami w moją prawą nogę. Jeden przebił mi łydkę na wylot drugi wbił się w udo. Kostki brukowe były już prawie całe czerwone, zacząłem się czołgać w stronę roweru. Znowu świst, i wybuch. Dętka w moim rowerze była przebita. Usiadłem zrezygnowany na chodniku trzymając się za nogę. Wyciągnąłem jeden nóż, drugi który przebił mi łydkę sprawiał za duży ból przy wyciąganiu. Odwróciłem się. W drzwiach stali ci sami ludzie, którzy siedzieli przy stole, tylko teraz wyglądali inaczej, wszyscy oprócz tego najstarszego byli ubrani w szare szaty z kapturami które mieli na głowie zaciągnięte aż do oczu, tylko ten najstarszy miał czarną szatę która sięgała mu to kostek i nie miał na głowie kaptura, ten który mnie wprowadził do pokoju trzymał w rękach noże, to on do mnie rzucał. Tylko te noże trzymał w jakiś dziwny sposób tak jak Nina na japońskich filmach. Jeden z nich spytał się mnie:
-Dlaczego chciałeś uciec bez słowa?
-A skąd w ogóle wiedzieliście że chcę uciec?- spytałem nie kryjąc zdenerwowania
-My też umiemy czytać w myślach, jesteś jednym z nas, dlatego chcieliśmy żebyś do nas dołączył-powiedział patrząc na mnie
To w sumie wyjaśniało, dlaczego uzyskiwałem odpowiedzi na pytania, których głośno nie zadawałem.
-Dlaczego chciałeś tak uciec bez słowa?- powiedział uśmiechając się, lecz ze względu na sytuację trudno to było odebrać jako przyjacielski uśmiech.
-Po prostu ja nie lubię zabijać-odparłem- dlaczego mnie zaatakowaliście?
-Baliśmy się że uciekniesz i komuś o nas wygadasz, chyba musimy cię zabić
-Nie proszę, obiecuję że się do was przyłączę tylko mnie nie zabijajcie-uśmiechnęli się i nagle dostałem strzałką w szyję, zasnąłem. Obudziłem się w swoim łóżku z opatrzoną nogą i bez śladu krwi. Następnego dnia usiadłem przed komputer i sprawdziłem skrzynkę. Zobaczyłem że mam maila od nich, teraz jestem jednym z nich, zabijam tych którzy szkodzą i tych co za dużo wiedzą. Oto moja historia. A teraz wybacz, ale za dużo wiesz…
  • -5

  #1285 the_xivir

the_xivir
  • Użytkownik
  • Postów: 25
  • Tematów: 5
  • PłećMężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 10.07.2013 - 15:22

„Zabawa w Chowanego”

Spokojne przedmieścia. Wiecie jakie tam jest życie. Cisza, brak jakiegokolwiek zamieszania, relaks. Dzieciństwo w takiej okolicy to wymarzone dzieciństwo. Jednak czym tak naprawdę jest życie na przedmieściach? Wstajesz wcześnie rano, do szkoły masz paręnaście kilometrów, do sklepu tak samo. Problemy z zasięgiem telefonów komórkowych i inne utrudniające życie sprawy. Ale porozmawiajmy o tej dobrej stronie życia poza miastem. Mam na myśli grzeczne dzieci. Takie które mieszkają na wsi lub na przedmieściach. Chciałbym wam przybliżyć zdarzenie które miało miejsce w 1954 roku. Technologia nie opanowała świata w dużym stopniu. Dzieci bawiły się wtedy inaczej niż w czasach teraźniejszych. Nie było komputerów, komórek, laptopów, I-padów i innych elektronicznych ‘zabawek’. Rodzice nie martwili się o uzależnienie od papierosów, alkoholu czy narkotyków. Dzieci wiodły beztroskie życie. Takie właśnie miał Timmi. Dziewięcioletni chłopczyk mieszkający na wsi. Miał opiekuńczych rodziców, był lubiany przez kolegów, uczył się dobrze. Czego można chcieć więcej?

Były wakacje. Timmy był rannym ptaszkiem. Nie wyobrażał sobie przespać cały dzień. Zawsze o poranku brał prysznic, przebierał się i szedł na śniadanie. Tak było i tym razem. Podczas śniadania Timmy opowiadał mamie o swoich ciekawych przeżyciach. Pewnie zapytacie jakie ciekawe przeżycia mógł mieć chłopiec mieszkający na wsi. O tym opowiem później ale nie martwcie się. Wracając do codzienności, Timmy wyszedł na podwórko pobawić się z przyjaciółmi. Mała okolica, wszyscy znają się dobrze, rodzice mają kontakt z rodzicami kolegów syna. Nie ma o co się martwić. Mama pożegnała Timmiego całusem w policzek. Już po chwili chłopak zostawił za sobą tylko tuman kurzu. „Ach te dzieci” westchnęła mama Timmiego. Gromadka przyjaciół spotykała się zawsze na placu zabaw niedaleko tajemniczego lasu. Tak go nazywali. Tego dnia było ich mniej. Pytania krążyły w głowie Timmiego, więc zapytał się kolegów. Nie udzielili mu jednoznacznej odpowiedzi. Tom powiedział iż pozostali się rozchorowali zaś Jack, że rodzice zabrali ich na zakupy. Kłócili się o rację jak to dzieci. Postanowili, że pójdą sprawdzić i zapytają ich rodziców. Pukali i pukali ale nikt nie odpowiadał. Musieli bawić się w trójkę. Wrócili na plac zabaw. Strasznie się im nudziło ponieważ nigdy nie było ich tak mało. Zawsze wymyślali grę dla większej ilości dzieci. Po namyśle postanowili iż zagrają w chowanego. Jest to powszechnie znana gra wśród dzieci. Wytłumaczę zasady tej gry. Jeden dzieciak zamyka oczy i liczy do stu. Inne dzieci muszą się schować a ten który liczył ma za zadanie je odnaleźć. Zrobili wyliczankę. Wypadło na Timmiego. Obrócił się za siebie i zaczął liczyć. „Szukam” krzyknął po doliczeniu do stu. Rozejrzał się wokół siebie ale nikogo nie zauważył. Jedyne miejsce w którym mogli schować się koledzy Timmiego był tajemniczy las. Chłopak nie wiedział od czego zacząć. Las był tak duży, że nie trudno było by się w nim zgubić. Timmy przełknął ślinę. Ruszył w stronę zarośli. Kiedy przekroczył granicę lasu poczuł się dziwnie. Jakby jakaś zła energia przez niego przeszła. Przerażony Timmy szukał kolegów. Nigdzie ich nie mógł znaleźć. Ani ruchu w krzakach czy szelestu. Było za cicho jak na las. Nie było słychać żadnych owadów czy zwierzątek. Korony drzew zasłoniły niebo. Timmy odwrócił się za siebie i zaczął biec. Miał nadzieje że wyjdzie z lasu. Nie był w stanie zostać w tym miejscu ani chwili dłużej. Biegł co sił w nogach ale nie widział prześwitującego światła. Był pewien że się zgubił gdy nagle zauważył że ktoś wchodzi w krzaki oddalone 10 metrów od niego. Pomyślał, że to na pewno jeden z jego kolegów. Ruszył za nim. Kiedy wszedł w krzaki zauważył niewielką chatkę. Wyglądała na opuszczoną. Drzwi były otwarte. Bez chwili zastanowienie stanął przed drewnianymi drzwiczkami chatki. Uchylił je i zajrzał do środka. Wszystko skrzypiało. Wydało się to dziwne Timmiemu ponieważ słyszał by kolegów w tak małej chatce. Szybko zwrócił wzrok w kierunku pokrywy na ziemi która była uchylona. Wszystko stawało się coraz dziwniejsze. Pokrywa była metalowa. Pokrywała ją rdza. Timmy ją odsunął i zajrzał do środka. Wyglądała głęboko a na samym dole dostrzegł parę świecących się ślepi które się w niego wpatrywały a po chwili zniknęły. Nagle Timmy poczuł jak coś go popycha w kierunku dziury w ziemi ale nie był w stanie zareagować. Wszystko działo się za szybko. Timmy spadał swobodnie w stronę nicości. Po upadku Timmy poczuł glebę. Spojrzał w górę ale ktoś zamknął właz. Timmy był przerażony. Takiego przeżycia nigdy by się nie spodziewał. Nagle wydało mu się, że podłoga się przemieszcza. Biegł w jakimkolwiek kierunku i tak było za ciemno żeby coś dostrzec. Nagle obił się o ścianę. Szedł wzdłuż niej. Poczuł jakiś przycisk. Był to załącznik lampy. Pomieszczenie się rozświetliło czerwonym światłem. Był to niewielki pokój. Timmy poszedł w stronę drzwi lecz pierw spojrzał na ziemię. Okazało się że depta po masie wielkich karaluchów. Miał on całe zakrwawione nogi. Timmy spanikował. Szybko otworzył drzwi i wybiegł z pomieszczenia. Był przestraszony jak nigdy indziej. Nie wiedział czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy światło dzienne. Próbował się skupić. Przed Timmym był długi i ciemny korytarz. Nie miał wyjścia. Musiał iść dalej. Szedł, szedł a korytarz nie miał końca. Po pewnym czasie zauważył że ściany zaczęły robić się czerwone. Wszystko zaczęło się rozjaśniać. Przed Timmym były duże, czerwone, metalowe drzwi. Zawahał się ale nie miał nic do stracenia. Za drzwiami było znowu ciemno. Zauważył, że ktoś wisi na łańcuchu ale nie wiedział kto to ponieważ cień zasłaniał twarz tej osoby. Powieszony na łańcuchu wykonywał regularny wahadłowy ruch. Krew kapała na podłogę z czubków jego palców u nóg. Na ziemi zebrała się spora czerwona kałuża. Nagle zapłonęło światło. Na łańcuchu wisiał Tom. Przyjaciel Timmiego. Timmy uklęknął i zaczął płakać. Nie wiedział co go czeka. Po chwili podszedł do Toma. Cały był blady i zimny. Na ciele miał wiele ran ciętych. Zakończeniem łańcucha był wielki hak. Był wbity w plecy Toma a jego końcówka wystawała przez jego usta. Był to okropny widok dla Timmiego. Z przerażeniem uciekł z tego pokoju. Wyszedł tymi samymi drzwiami przez które wszedł. Ku jego zdziwieniu za drzwiami nie było korytarza. Było pomieszczenie przedzielone na pół. Na suficie było widać cienką, metalową blachę która dzieliła pokój. Tuż za przedzieloną połową znajdywał się klucz. Timmy postanowił go zabrać. Nie wiedział jakie konsekwencje wiążą się z tym działaniem. Po dotknięciu klucza metalowa blacha spadła bardzo szybko na podłogę. Timmy zyskał klucz lecz spadająca blacha odcięła jeden z jego palców od reszty ciała. Ból był nie do zniesienia. Timmy urwał kawałek koszulki i związał wokół rany. Obraz rozmywał mu się przed oczami. „Myśl logicznie” krzyczał do siebie. Po drugiej stronie pokoju były uchylone drzwi. Dochodziło zza nich mroczne światło. Timmy nie miał wyboru. Zajrzał ostrożnie przez szparkę. Widział dwie osoby. Jedna zwisała przywiązana do sufitu a druga coś do niej mówiła. Był to kobiecy głos. Zdawało się, że ta kobieta kogoś torturowała w brutalny sposób. Timmy zobaczył jak bierze gwóźdź i młotek do ręki. Przystawiła go do pleców ofiary i wbiła. Torturowany wydawał się nie czuć bólu. Nagle kobieta poczuła, że jest obserwowana przez kogoś. Odwróciła się w stronę drzwi i otwarła je. Timmy schował się za nimi. Kobieta podeszła do blachy i podniosła odcięty palec Timmiego. Włożyła go do ust u zaczęła gryźć. Timmy nie mógł znieść okropnego widoku. Była to jego matka. Timmy szybko wszedł do pokoju i zamknął drzwi. Wiedział że nie ma dużo czasu zanim morderczyni wyważy drzwi. Podszedł do torturowanego człowieka. Okazało się że to jego ojciec. Szybko rozwiązał go, wyciągnął gwóźdź z jego pleców i próbował ocucić. Timmy nie był przekonany czy jego ojciec wciąż żyje. Przystawił głowę do piersi i nasłuchiwał wszelkich oznak oddechu. Na szczęście dla Timmiego ojciec żył i ocknął się. Niestety nie był w stanie iść. Jego nogi były pozbawione kości. Ostatkiem sił ojciec wymamrotał, żeby Timmy uciekał. Chłopiec zaczął biec. Przed nim był wielki korytarz. Biegł ile sił w nogach. Udało mi się znaleźć następne drzwi. Tym razem były drewniane. Timmy szarpał za klamkę. Drzwi nie chciały się otworzyć. Wtem przypomniał on sobie o kluczu. Szukał otworu do którego mógł by go włożyć. Po zalezieniu szybko przekręcił klucz i wyszedł. Znajdował się po środku lasu. Kiedy obejrzał się za siebie drzwi nie było. Zaczął biec przed siebie. Nie wiedział co go czeka. Nagle usłyszał szelest w krzakach i głos. Ktoś wypowiadał jego imię. To był Jack. Pytał się Timmiego dla czego tak długo nie mógł go odnaleźć i co się stało z Tomem. Timmy powiedział że to nie czas na wyjaśnienia. Muszą wydostać się z lasu jak najszybciej. Jack znał drogę. Ruszyli poprzez gęste zarośla. Wtem Jack powiedział, że muszą się zatrzymać. Timmy nie chciał już więcej oglądać tego przerażającego lasu. Powiedział, że jeśli on nie idzie to pójdzie samemu. Tak też zrobił. Nie zdążył dobrze się ruszyć kiedy Jack wołał go o pomoc. Matka Timmiego złapała Jacka i uciekła. Timmy nie mógł zostawić swojego kolegi w takiej sytuacji. Ruszył za nimi. Po chwili pogoni ślad po nich zaginął. Timmy za wszelką cenę próbował odnaleźć wejście do podziemnych tuneli. Idąc tak nagle wpadł w pułapkę na niedźwiedzie. Metalowe szczęki zamknęły się na jego chudej nodze urywając ją. Timmy płakał z bólu. Krzyczał bardzo głośnio. Zauważył w krzakach jakiś cień zbliżający się w jego stronę. Okazało się, że to jego matka. Miała w ręku wielką igłę i skalpel. Timmy nie wiedział co zrobić. Nie był w stanie uciec. Jego matka podniosła go i ciągła po ziemi zostawiając ślad krwi. Wciągnęła go do swojej kryjówki i przybiła gwoźdźmi do ściany. Timmy pytał dlaczego. Dlaczego ona to robi. Matka milczała. Przygotowywała się do czegoś. Zanurzyła igłę strzykawki w rozżarzonym kwasie. Podeszła do Timmiego i powiedziała „To dla waszego dobra. Nikt nie może usłyszeć o was, w innym wypadku skończyło by się to tragicznie”. Kobieta wbiła igłę w oko Timmiego i przycisnęła szczykawkę. Kwas wlewał się do ciała biednego chłopca który krzyczał z bólu. Po chwili zaczął go wypalać od środka. Matka opuściła pomieszczenie. Po Timmym nie zostało nic. Skóra, mięśnie, kości i narządy wewnętrzne wypalił kwas.

Po wszystkich mieszkańcach wioski ślad zaginął. Pięć lat później w lesie zgubiła się wycieczka. Kiedy z niego wyszła ukazał im się obraz niewielkiej wioski. Wyglądała na opuszczoną. Przewodnik wycieczki zawiadomił o tym policję. Po zbadaniu całej sprawy wioska ta została zamieszkana przez normalnych obywateli. Po dziś dzień nikt nie dowiedział się dlaczego wioska została opuszczona i co spowodowało jej zaginięcie. Nikt też nigdy więcej nie dowiedział się o istnieniu podziemnego kompleksu. W każdym ludzie którym przypadkiem udawało się znaleźć podziemną kryjówkę zostali zamordowani w nieznanych okolicznościach a ich ciał nigdy nie odnaleziono.
  • 4

  #1286 DarkAlchemy

DarkAlchemy
  • Nowicjusz
  • Postów: 1
  • Tematów: 0
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 12.07.2013 - 19:32

*
Popularny

Najlepsi przyjaciele


Kiedy byłam dzieckiem, mieszkałam w skromnym domku w Zachodniej Wirginii. Dom był dosyć mały, a z tyłu rozciągał się duży las. Jak każde małe dziecko, byłam dość ciekawa tego co kryję się w środku. Rodzice zgodzili się żebym tam poszła, ale nie wolno mi było zbliżać się do rzeki w głębi lasu. Na początku byłam tym lekko zawiedziona, ale później przestało mi to przeszkadzać i po prostu trzymałam się z dala od niej.

Będąc jedynakiem w wieku 8 lat można się poczuć samotnym. Byłam typem odludka, za to miałam potężną wyobraźnię i po prostu stworzyłam sobie grupę przyjaciół do zabawy, którzy mieszkali w lesie. Jednak nigdy go nie opuszczali, tak więc moje przygody z nimi omawiałam z rodzicami przy kolacji.

Pewnego dnia, gdy mój tata wyszedł na zajęcia do seminarium (chciał zostać pastorem w naszym kościele), postanowiłam udać się na krótki spacer do lasu, zwłaszcza, że miałam dzień wolny od szkoły. Ubrałam kurtkę, z pomocą mamy odnalazłem swoje buty i wybiegłam na spotkanie mojego wymyślonego królestwa. Kiedy dotarłam do najbardziej oddalonego miejsca, w którym kiedykolwiek byłam nagle zawładnęła mną ciekawość. Byłam zmęczona ograniczaniem się do małego skrawka lasu, więc powoli ruszyłam do przodu, omijając wielkie korzenie i nisko zwisające gałęzie, aż w końcu dotarłam do tej niesławnej rzeki, przed którą przestrzegali mnie rodzice. Posiadała silny prąd i wyglądała na groźną. Spojrzałam na drugą stronę, gdzie las nagle gęstniał. Pomiędzy cienkimi pniami i niskimi gałęziami ujrzałam ruch. Cień? Cokolwiek to było, zbliżało się, aż w końcu pojawiło się po drugiej stronie rzeki. Człowiek. Wychudzony, prawie dwumetrowy mężczyzna. Spoglądał na mnie poprzez rzekę. Jako samotna dziewczynka, pomyślałam, że może być moim przyjacielem. Uśmiechnęłam się i pomachałam, ale nie zareagował. Po dokładniejszym przyjrzeniu się, odkryłam, że lekko się uśmiecha. Z jakiegoś powodu ten uśmiech mnie przeraził, więc zdecydowałam się wrócić do domu.

Następnego dnia, po szkole, wróciłam tam. Zaczęłam tam wracać codziennie. Po jakimś czasie, jego uśmiech przestał mi przeszkadzać. Uważałam go za słodki. Mężczyzna nigdy nie przekroczył rzeki, ale ciągle znajdowaliśmy sposoby na wspólną zabawę. Związaliśmy się ze sobą.

Pewnego dnia tata zapytał mnie co robię w lesie tyle czasu. Naturalne pytanie, w końcu dziwnym jest, że mała dziewczynka chodzi codziennie sama do lasu, przecież co tam można robić. Opowiedziałam mu, że znalazłam przyjaciela.
- Tak? A jak ma na imię? - roześmiał się.
- On nie umie mówić. Przynajmniej tak mi się wydaje. - odpowiedziałam.
Nie zagłębiając się w temat, tata odpuścił, a ja wróciłam do codziennych wizyt u mojego przyjaciela.

Pewnego dnia w końcu wyjawił mi swoje imię.

Biegłam do rzeki uśmiechając się z powodu chęci spotkania go. Był to dzień jak co dzień: on był po drugiej stronie rzeki. Jednak teraz, zamiast połowicznego uśmiechu, jego twarz w pełni się uśmiechała. Tak, że było widać zęby. Nie byłoby to nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że wszystkie jego zęby były ostre. Wszystkie. Co jakiś czas jego rozwidlony język zasysał powietrze pomiędzy jego cienkimi, żółtymi kłami. Zaparło mi dech w piersiach. Mój przyjaciel po raz kolejny stał się małym potworem. Chciałam się odwrócić i uciec, ale nie mogłam ruszyć nogami. Chciałam nie patrzeć, ale nie mogłam odwrócić wzroku.

Gdy się już lekko pozbierałam, odwróciłam się, żeby uciekać. Wtedy jednak odezwał się, po raz pierwszy.
- Jak ci na imię, dziecko?
- C-Cassie... Nazywam się... Cassie Littman.
Jego uśmiech poszerzył się.
- Jestem Levi.
Zaczęłam uciekać. Sposób w jaki to powiedział... Jego głos... Wiedziałam, że już nigdy więcej nie chcę go widzieć. To było okropne. Czułam się jakby szeptał mi do ucha, mimo, że woda w rzece głośno rozbijała się o skały, a on stał po drugiej stronie. Nigdy wcześniej nie słyszałam takiego głosu. Jakby nie był z ludzkiego świata. Gdy tylko zrobiłam pierwsze kroki, usłyszałam jak mnie woła.
- Nie zostawiał mnie Cassie.
Nie mogłam zostać, musiałam stamtąd uciec. Możliwe, że płakałam, nie pamiętam. Dobiegłam do domu i wpadłam na tatę.
- Mój Boże, Kochanie, co się stało? - zapytał.
- Mój przyjaciel. Mój przyjaciel z lasu ma ostre zęby. Przeraża mnie!
- Spokojnie skarbie, to tylko twoja wyobraźnia. Jeśli twój "przyjaciel" tak cię przeraża, nie chodź więcej do lasu.
To miało sens. Już nigdy nie chciałam widzieć tego... czegoś. Więc nie wracałam tam przez kilka miesięcy. Stałam się trochę odludkiem. Bałam się wyjść z domu. Bałam się, że on... będzie na mnie czekał.

Spałam kiedy to usłyszałam. Płacz. Podskoczyłam lekko i po cichu podeszłam do okna. Miałam idealny widok na las, ale nic nie widziałam. Słyszałam jak ktoś mówi przez łzy, ale nie mogłam dopasować twarzy do przytłumionego i zniekształconego głosu. Nie wiedziałam też skąd dochodzi ten dźwięk, więc udałam się na dół, aby od niego uciec, ale stawał się coraz głośniejszy.
- Tęsknię za tobą, Cassie. Proszę, przyjdź do mnie. Cassie, kocham się. Tak bardzo tęsknię.
Nie chciałam iść za głosem. Naprawdę. Jednak coś w głębi mnie, powiedziało mi, że musze. Coś mówiło mi, że muszę pocieszyć to co przeze mnie cierpi. Wyszłam na dwór. Nie wiedziałam dokąd idę, ale dokładnie wiedziałam którędy. W stronę lasu. Szłam dłuższą chwilę, aż dotarłam do rzeki. Wtedy wszystko zrozumiałam. Wpadłam w panikę, zaczęłam płakać i rozglądać się z obawy przed Levithisem, czy jak się zwał. Usłyszałam szmer. Słowa zostały teraz zastąpione przez okropne, nieludzkie krzyki agonii.

Nie mogłam go zobaczyć, ale słyszałam co mówił.
- DLACZEGO MNIE ZOSTAWIŁAŚ? POTRZEBOWAŁEM CIE! BYŁAŚ MOJĄ JEDYNĄ PRZYJACIÓŁKĄ I OPUŚCIŁAŚ MNIE!
Kilka minut później pojawił się po drugiej stronie rzeki. Byłam zbyt przerażona żeby się odezwać. Otarł łzy z twarzy.
- Wybacz Cassie. Po prostu strasznie cię kocham. Jesteś moją jedyną przyjaciółką. Proszę, przejdź na drugą stronę rzeki, pobaw się ze mną.
Przemyślałam to. Był samotny... jak ja.

Wtedy przypomniałam sobie co moja mama powiedziała mi kiedy nie chciałam wychodzić z domu.
- Nie mogę powiedzieć, że cieszę się z tego, że już nie wychodzisz na dwór, ale jestem bardzo zadowolona, że nie zbliżasz się do lasu. Ta rzeka ma złą historię. Wiele dzieci się w niej utopiło. To... takie dziwne.
Połączyłam to wszystko w głowie. Zaczęłam krzyczeć aby nie dopuścić go do mojej głowy. Musiałam uciec. Powiedziałam mu, że musze iść, ale on ciągle mnie zwodził. Obiecał mi radość, zabawę, owoce i długie, szczęśliwe życie razem. Jedyne co musiałam zrobić to przejść przez rzekę. Jedyne co musiałam zrobić, to zanurzyć się.
Pomimo tego co mi mówiła mama, stanęłam na krawędzi rzeki. Byłam taka samotna. Chciałam tylko przyjaciela...

W czerwcu 2004 roku ciało Cassie Littman zostało znalezione po drugiej stronie rzeki Shaver Fork. Prawie każdy centymetr jej ciała był pogryziony.

Moje tłumaczenie, wersja oryginalna na: creepypasta.com
Pisać jak coś nie tak, bla, bla, bla. Ogólnie, pierwsze tłumaczenie pasty i chciałbym wiedzieć czy zacnie wyszło (;

  • 5

  #1287 jagoda mayers

jagoda mayers
  • Nowicjusz
  • Postów: 1
  • Tematów: 0
  • PłećKobieta
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 13.07.2013 - 13:09

Cześć. Jestem nowa, to będzie moja pierwsza creepypasta.. Choć nie do końca creepypasta. Moje przeżycia. Sto procent prawdy. :)



Wyobrażasz sobie moment, w którym budzisz się w środku nocy, a na samym środku Twojego pokoju stoi wysoka, ciemna postać? Ja niestety tak. Przeszłam to, co dla innych jest niewyobrażalne. Bałam się każdej nocy, aż do tej wczorajszej. No, ale zacznijmy od początku.
Jakieś dwa lata temu zaczęłam interesować się zjawiskami paranormalnymi. Creepypasty, historie o duchach, horrory.. Taka głupia małolata co to jeszcze nie wiedziała, że zadziera z czymś strasznym.
Trafiłąm wtedy na fotum dotyczące aniołów. Strasznie się w to wkręciłam, chciałam porozmawiać ze swoim aniołem albo chociaż go zobaczyć. Po kilku dniach miałam już sporą ilość informacji na temat tego, jak rozmawiać z aniołem, jak go "wywołać", jak odczytywać jego znaki. Robiłam to wszystko tak, jak było opisane. Niestety, przez dłuższy okres czasu nie udawało mi się totalnie nic. Po prostu pustka. Zaczynałam przestawać wierzyć w tego całego anioła i to właśnie wtedy, tuż przed snem wyrzuciłam z siebie coś w stylu "to jest jedna wielka bajka, ciebie tu nie było, nie ma i nie będzie". Po tych słowach zasnęłam i spałam aż do chwili w której usłyszałam, że coś chodzi po moim pokoju. Mam drewniany dom, podłoga również jest z drewna, więc każdy nawet najmniejszy krok zostawia po sobie ślad dźwiękowy. Otworzyłam szeroko oczy i momentalnie usiadłam na łóżku. Sparaliżowało mnie. Na środku mojego pokoju stała dość wysoka, ciemna postać. Przestraszyłam się, bardzo się przestraszyłam. Nie widziałam jej twarzy, gdyż po pierwsze było ciemno, a po drugie twarz zasłaniały włosy. "Cholera!", pomyślałam i złapałam za włącznik do lampki. Zapaliłam ją i już myślałam że wszystko będzie dobrze - niestety, postać stała w tym samym miejscu. Chciałam krzyczeć, uciekać, ale coś mnie powstrzymywało. To on. Usłyszałam jego cichy, niski głos. Kazał mi siedzieć. Kazał siedzieć i nie bać się, bo on jest dobry. Nie chciałam wierzyć, ale.. No właśnie. ALE. Nie miałam innego wyboru. Kiedy ruszyłam nogą, on podniósł głowę. Odrzucił do tyłu włosy i spojrzał na mnie tymi przenikliwymi ciemnymi tęczówkami. Były takie.. Piękne. Nie mogłam oderwać od nich wzroku. Hipnotyzował. Zaczął tłumaczyć kim jest i dlaczego do mnie przyszedł. Nie słuchałam. Te oczy.. Było w nich coś niepokojącego, a za razem idealnego. Nie wiem co było potem. Obudziłam się na podłodze. Na mojej dłoni widniał niewielki krzyżyk zrobiony jakby żyletką. Bałam się strasznie, ale pomimo tego nie chciałam mówić o tym rodzicom.
Przez następny miesiąc widziałam go może dwa, czy trzy razy. Za każdym razem szeptał, bym uważała. By moja pianistka uważała. Ja nie wiedziałam o co chodzi. Wciąż patrzyłam w te oczy.
Potem miałam spokój. Cały rok spokoju!
To było w tamte wakacje. Moja przyjaciółka zwierzyła mi się, iż była u egzorcysty. Widziała dziwne cienie, słyszała głosy, a na jej ciele pojawiały się siniaki. Bałam się o nią, chciałam jej jakoś pomóc, ale nie wiedziałam jak. Egzorcysta też był bezradny. Uważał, że to jeszcze nie jest ten czas.
Wtedy on znów się pojawił. Co noc powtarzał tylko "Mówiłem. Mówiłem." Wydawało mi się, że on.. Że płakał. Wtedy, którejś z nocy zapytałam dlaczego przychodzi. Po co. Wspomniał, że już kiedyś mi to tłumaczył, ale chętnie zrobi to teraz. Usiadł na skraju mojego łóżka i zaczął opowiadać. Mówił, że jest aniołem. Moim aniołem. Że ostrzegał. Że jest coraz słabszy. Że za jakiś czas to dopadnie też mnie. Kiedy spytałam co, on nie udzielił mi odpowiedzi.
Dopiero wtedy pokojarzyłam.. "Pianistka"... Ona była pianistką. Dziewczyna, która widziała te cienie, która miała siniaki. Przestraszyłam się nie na żarty. On mnie uspokajał, ale ja nie chciałam słuchać. Zasnęłam. Rano mój medalik był oderwany. Nie chciałam wiedzieć dlaczego.
Z moją przyjaciółką było coraz gorzej, ze mną też. Mój towarzysz przestał do mnie przychodzić, za to moje sny były coraz bardziej pojechane. Dziwne stwory, których tak bardzo pragnęłam. Mogłabym zrobić dla nich wszystko. Zazwyczaj budziłam się w momencie, gdy dochodziło do pocałunku z owym potworem. Byłam wtedy cała zlana potem. Ale.. Nie bałam się. Byłam dziwnie szczęśliwa. To mnie dziwiło.
Po pewnym czasie moja przyjaciółka przestała widywać cienie. Nie miała już siniaków. Głosy ucichły. Za to ja.. Ja przechodziłam istne piekło. Bałam się sama zostawać w pokoju. To wszystko było takie chore. Nie chcę tego opisywać, to zbyt bolesne.
To wszystko skończyło się wczoraj. Wczoraj usłyszałam głośny krzyk, a raczej ryk. Nikt z domowników go nie słyszał, tylko ja. Wróciłam do pokoju i on tam stał. Zapaliłam światło.. Żałuję. Był cały poszarpany. Miał wielką ranę na twarzy. Nie miał połowy włosów, ale.. Jego oczy. Były teraz błękitne, pełne wigoru, były takie "świeże". Powiedział tylko dwa słowa "Ja wygrałem". I zniknął. Nadal nie mogę się po tym otrząsnąć, może jak podzielę się tym z wami to mi się poprawi.
Tej nocy nic mnie nie budziło. Śniła mi się świetlista postać. Przytulała mnie, uspokajała. Zapewniała, że to było nasze zwycięstwo.
WSZYSTKO JEST PRAWDĄ. Nie wymagam od was byście mi wierzyli. Ale jeśli nie wierzycie, to nie podważajcie tego, dobrze?

Użytkownik jagoda mayers edytował ten post 13.07.2013 - 13:14

  • -3

  #1288 MysterLolek

MysterLolek
  • Nowicjusz
  • Postów: 18
  • Tematów: 1
  • PłećMężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 13.07.2013 - 15:14

Witam. Jestem tu by Cię przestrzec. Słyszałeś pewnie o dziwnych zniknięciach dzieci lub zszokowanych rodziców gdy następnego dnia znaleźli swoją pociechę martwą w łóżku? Na pewno; tysiące razy mówili o tym w wiadomościach. Ci głupcy myślą że to samobójstwa lub porwania dla okupu czy innych korzyści materialnych, albo po prosto ucieczka dzieci z ich rodzinnego domku. Bynajmniej. Co szósty człowiek wie o co w tym chodzi a co trzeci to przeżył. Tylko co? Co takiego przeżył, zastanawiasz się drogi czytelniku. Dziś Ci to opowiem abyś dał rade przetrwać to co Cię najprawdopodobniej spotka skoro reszta ludzi nie ma na to odwagi.


Najczęściej dzieci tego nie pamiętają, i dobrze bo część tych które to zapamiętały, takich jak ja, już nigdy nie będą ,,normalne”. Co chwila widzę sceny, których nie chcesz zobaczyć. Mój umysł jest już swego rodzaju spaczony. Ale przejdźmy do setna. Istnieje swego rodzaju demon, potwór trudno to opisać. Ja nazwałem Go Stresser od kiedy mi się przyśnił. Nawiedza po kolei dzieci w nocy kiedy śpią i... co zrobi zależy już od ciebie. Wygląda dość... śmiesznie, ale nie radzę się śmiać.. On tego nie lubi... Jego twarz to spiralny lizak na którym są umieszczone oczy; Białe gałki a w środku czarne kropki. Nie ma nosa tylko dwie dziurki przez, które nie tyle oddycha co sapie. Nie ma też warg tylko zęby które przygryzają jego język. Rusza wyłącznie oczami; reszta jego twarzy jest w zupełnym bezruchu. Jest tak jak by nagi. Reszta jego ciała to również lizak w kształcie spirali. Ma parę rąk, parę nóg tułów zupełnie jak człowiek. Jednak żaden psychopata nie jest tak okrutny jak on. Żaden psychiatra nie zna tak dobrze psychiki dziecka. Teraz opowiem Ci jak się z Nim spotkasz.


Ten dzień, który zadecyduje o Twoim dalszym losie, będzie dość dziwny. Zauważysz że ludzie będą zwracali na Ciebie szczególną uwagę. Po prostu będą obserwowali Cię inaczej niż zwykle. Traktowali jakbyś zrobił dla każdego coś niemiłego, co zepsuje im humor. To sprawka Stressera, który chcę byś poczuł się samotnie. Ale nie bądź smutny tylko ciesz się z byle jakiego powodu! Musisz być silny aby go pokonać. Pomimo pewności że nawiedzi Cię w najbliższą noc zachowuj się jak najnormalniej umiesz. Przyjdź do domu zjedz coś, poucz się zagraj na kompie po prostu rób to co najbardziej lubisz. Około 19.00 poczujesz strach. Czyjś wzrok na plecach, niepokój niebezpieczeństwo. Nie wolno Ci iść do rodziców czy rodzeństwa bo to go rozwścieczy. Nie da się wygrać z tym lękiem. Niedługo ustąpi może około 21.00. Potem poczujesz nagłe zmęczenie i po prostu będziesz musiał położyć się do łóżka. Zgaś światło i idź spać. W nocy obudzi Cię szept. Nie potrafię ocenić czy będzie miły czy straszny; sam to poczujesz. Odwrócisz głowę i zobaczysz jak twoja lampka się świeci pomimo że gasiłeś ją gdy kładłeś się do łóżka. Zgaś ją, natychmiast. On boi się ciemności i jest w niej o wiele słabszy. Usłyszysz przerażający krzyk i ból na jednym z Twoich ramion. Nie krzycz nie bój się to da Ci siłę a Stresser nie nakarmi się twym lękiem. Odwróć się i spójrz w jego świecące oczy. Zapal lampkę będzie znacznie niższy a z jego oczu będą płynęły krople krwi. Słyszysz ten krzyk... to dobrze On płacze ta krew z jego oczu należy do wszystkich ofiar które zabił lub skonsumował i to dosłownie. Gdy dzieje się tak jak opisuję zacznij się śmiać, spokojnie teraz go tym nie zezłościsz. Śmiejąc się zamknij oczy i myśl o najmilszych rzeczach, które Cię spotkały. Nagle wszystko się urwie. Nie będzie już krzyku a tym bardziej Stressera. Możesz otworzyć oczy i położyć się do łóżka. Spokojnie rano nic nie będziesz pamiętać.

Wygrałeś z Nim i już nigdy nie odważy się do Ciebie przyjść. Jednak co z tymi, którzy nie wygrali? Albo nie żyją, albo nie pamiętają spotkania z Nim albo jak ja; przegrali i Stresser pozwolił im pamiętać o tym. Widzą śmierć jaką Stresser w przeszłości podarował innym.

Sorki za byki :] Proszę o wyrozumiałość moja pierwsza pasta :D

Użytkownik MysterLolek edytował ten post 14.07.2013 - 13:17

  • 2

  #1289 marcin szeregowy

marcin szeregowy
  • Użytkownik
  • Postów: 64
  • Tematów: 7
  • PłećMężczyzna
Reputacja neutralna
Reputacja

Napisano 13.07.2013 - 22:03

historia świeża, przydarzyła mi się w poniedziałek



Bezdomny



Nie będzie to długa opowieść, może nie jest straszna ale nie opowiadał bym wam jej dzisiaj gdybym zrobił inaczej niż zrobiłem. Był to poniedziałek, gorący dzień, u mnie było tak gorąco że większość dnia wolałem przesiedzieć w domu. Dosyć często piłem. Wieczorem kiedy już się ochłodziło postanowiłem wyjść na rower. Była to mniej więcej godzina 20.00-20.30. Mieszkam dosyć blisko centrum. Wyszedłem na rower i postanowiłem pojeździć, najpierw pojeździłem po przed mieściach ponieważ są tam nowe ścieżki rowerowe, potem pojechałem do centrum i tam przez chwilę się kręciłem. Kiedy już się troche zmęczyłem, postanowiłem że wrócę do domu. Postanowiłem że pojadę okrężną drogą, chodziło tamtędy mniej ludzi i była ścieżka rowerowa, gdybym miał wracać przez centrum musiałbym jechać po chodniku i mijać mnóstwo pieszych. Mogłem pożałować że tamtędy pojechałem. Kiedy skręciłem w boczną uliczkę, która prowadziła do centrum handlowego, usłyszałem jak ktoś mnie zawołał:

-ej młody

Zatrzymałem się i odwróciłem. Wołał mnie jakiś facet, wyglądał na typowego pijaka. Ciuchy z lumpeksu, zarost na twarzy, skóra opalona na czerwono. Siedział on zaraz za rogiem uliczki w którą skręciłem na jakimś pniu chyba, nie pamiętam dokładnie.

-Chodź no tutaj na chwilę, nie bój się

Miałem już podejść, ale nagle zobaczyłem że trzyma w prawej dłoni nóż, trzymał go przy sobie, nisko tak żebym nie widział.

-nie dzięki-powiedziałem- nie ufam nie znajomym. I odjechałem najszybciej jak umiałem, za sobą usłyszałem tylko głośne przekleństwo na ,,k".


Wierzcie lub nie ale to 100% prawdy.

Tapeta





Historia ta zdarzyła się kilka lat temu (bodajże w 2010 roku). Lecz wszystko zaczęło się znacznie wcześniej. Krystian i Joanna poznali się na studiach. Od razu się w sobie zakochali. Dużo spędzali ze sobą czasu jak typowi zakochani. Kiedy skończyli studia Krystian postanowił jej się oświadczyć, zgodziła się. Rodziny i oni sami nie posiadali się ze szczęścia. Ślub odbył się zaledwie 3 miesiące po zaręczynach. Można by powiedzieć że to typowe love story, i w zasadzie takie było. Niektórzy sądzą że za bardzo się spieszyli, ale ich wątpliwości się rozwiały po ślubie. Można powiedzieć że Krystian i Joanna byli przykładnym małżeństwem, codziennie obdarowywali się odrobiną miłości i byli szczęśliwi. Starali się nigdy nie kłócić a w razie sporów iść na kompromis. Układało im się też w łóżku, już po 2 latach od małżeństwa narodziły im się bliźniaki. Jako że rodzina się powiększyła, młode małżeństwo postanowiło przenieść się do większego domu, bowiem na razie mieszkali w małym wynajętym mieszkaniu. Krystian miał dobrze płatną pracę i został też wsparty przez rodziców i teściów więc w miarę szybko uzbierał pieniądze na ,,nowy” dom. Nie był to do końca nowy dom, Krystian wykupił go od małżeństwa które właśnie się przeprowadzało. Był to dosyć duży dom jednorodzinny z piętrem na obrzeżach miasta. Dom spodobał się żonie Krystiana, nie wymagał (na razie) remontu i był w miarę dobrze urządzony. Dom na parterze miał salon, kuchnię oraz łazienkę i z tyłu domu był ogród. Do którego można było wyjść przez szklane odsuwane drzwi w salonie. Na piętrze natomiast była druga łazienka, sypialnia i dwa pokoje dla dzieci(na razie spały w jednym ale jak dorosły to każde z nich spało osobno) oraz wyjście na strych. Na strychu było trochę rzeczy zostawionych przez poprzednie małżeństwo jak stara szafa, kilka kufrów i mała skrzynka do której nie było klucza. Była dosyć ciężka więc młode małżeństwo zastanawiało się co w niej może być, próbowali ją otworzyć ale bez skutku. Zostawili więc ją na strychu i tak leżała nieużywana przez kilka dobrych lat. I tak leciało życie tego małżeństwa, dzieci dorastały a oni się starzeli. I w końcu trzeba było wysłać dzieci do szkoły. Joanna codziennie zostawała sama w domu. Dzieci szły do szkoły a mąż do pracy. I tak w końcu nastał rok 2010. Już po odprawieniu dzieci do szkoły, Joanna została sam na sam z mężem. Dzisiaj miał później do pracy, postanowili więc pod nieobecność dzieci trochę pobaraszkować. Udali się na górę i zaczęli się całować jeszcze na korytarzu i nagle coś usłyszeli. Przerwali całowanie i poszli to sprawdzić. Okazało się że to tynk odpadł od ściany. Krystian stuknął w to miejsce i odpadło jeszcze więcej tynku. Postanowili że muszą zrobić remont domu. Zaczęli chodzić po sklepach i kupować różne rzeczy potrzebne do remontu jak folie, farby ,szpachle, silikony i inne potrzebne rzeczy. Postanowili też że w salonie będzie tapeta, lecz odłożyli ją na koniec prac. Prace ruszyły i trwały 1.5-2 miesiące. Kiedy dobiegały już końca nasze małżeństwo postanowiło rozejrzeć się za tapetą. Chcieli ją nałożyć na jedną ścianę w salonie tą najszerszą i najwyższą. Długo chodzili po sklepach ale nie mogli znaleźć nic interesującego dla nich. Kiedy już byli w chyba 100 sklepie i postanowili że jednak zrezygnują z niej, nagle podszedł do nich obcy mężczyzna. Był cały ubrany na czarno, miał czarny płaszcz i kapelusz na głowie. Zaoferował im tapetę która na pewno im się spodoba i sprzeda ją po niskiej cenie. Zaczęli rozmawiać:

- ile chcesz za tą tapetę?- spytał Krystian
- nawet mogę ją wam dać za darmo, tylko musicie dać mi jedną rzecz- odpowiedział nieznajomy
-jaką?- spytali wspólnie
-jestem znajomym małżeństwa które mieszkało z wami, zostawili oni na strychu pewną skrzynkę, dajcie mi ją a ja dam wam tapetę- odparł
-ale ta skrzynka jest zamknięta, próbowaliśmy ją otworzyć ale nie daliśmy rady- powiedział Krystian
-nie martwcie się ja mam klucz, po prostu dajcie mi ją
-a co jest w tej skrzynce? – zapytali wspólnie, nie kryjąc ciekawości.
-nie ważne, coś co przyda mi się do tapety, zapewniam was to będzie niepowtarzalna tapeta- powiedział to i tajemniczo się uśmiechnął.

Udali się więc we troje do ich domu. Nieznajomy stanął przed furtką i powiedział że tutaj zaczeka na skrzynkę, nie dał się przekonać żeby wejść do domu i czegoś się napić. Poszli więc na strych wzięli skrzynkę i zanieśli mu. Nieznajomy tylko się uśmiechnął i odszedł. Wrócił po 3 dniach i przyniósł im tapetę w kilku pakunkach.

-Nigdzie takiej nie dostaniecie- powiedział patrząc na nich dziwnie tajemniczo z kamienną twarzą, wręczył im pakunki i odszedł nie zwracając uwagi na podziękowania ani zaprosiny do domu na kawę. Wypakowali tapetę z pakunków, przedstawiała ona las, średnio oświetlony las. Z drzewami, porośniętymi mchem, krzewami i ściółką pełną liści, jeleniem w oddali i mgłą. Cała tapeta wyglądała jak zdjęcie zrobione przez dobrej jakości aparat i wydrukowane na dużym papierze. Wyglądała naprawdę dobrze:

-ten człowiek naprawdę się postarał, gdyby tylko zaczekał zapłaciłbym mu- powiedział Krystian
-tylko mnie cały czas zastanawia po co mu była ta skrzynka, i co w niej było?- odparła Joanna
-cokolwiek to było przydało mu się do tapety, może jakiś wzór, instrukcja, jak wykonać tapetę?
-i myślisz że jakaś tam instrukcja ważyła by z 3 kg?
- może była wyryta na kamieniu- zażartował Krystian

Następnego dnia przyjechał tapeciarz i ją nałożył. Nareszcie po 2 miesiącach remont był skończony. Pozostało tylko posprzątać, zajęło to 3 dni. Po trzech dniach nareszcie dom był jak nowy. Ściany i sufit były odnowione, drzwi wymienione, okna tak samo i oczywiście w salonie była super tapeta na całą szerokość salonu. Na początku wszyscy byli zadowoleni i rodzice i dzieci. Goście często przyjeżdżali do domu żeby zobaczyć jak teraz wygląda. najwięcej goście chwalili tapetę, wszystkim się podobała. Dla wszystkich wyglądała bardzo realistycznie. I tak było do pewnego dnia. Rodzice wybierali się na ślub dzieci znajomych. Postanowili że dzieci zostaną same w domu.

-Mają już po15 lat więc sobie poradzą- powiedział Krystian.

Dzieciom nawet to się podobało. Tak więc rodzice wyszli i zostawili dzieci same. Tej nocy był nów. Jedno z dzieci poszło na górę do swojego pokoju grac na kompie. Był to Jakub. Tomek(tak się nazywał drugi bliźniak) został na dole i oglądał telewizję w salonie. Nagle tak koło północy Tomek poczuł że coś go obserwuje z tyłu. Odwrócił się ale zobaczył tylko tapetę. Dziwne, zdawało mu się że teraz wygląda nieco inaczej. Nagle zaczął słyszeć różne odgłosy, jakieś zwierzęta, dzięcioła?, oraz szumiące drzewa i poczuł silny zapach lasu. Odwrócił się i jeszcze raz spojrzał na tapetę. ,,Czy ten jeleń nie stał dalej?’’- pomyślał. Nagle, przysiągł by że jeleń potrząsnął głową. Podszedł do tapety i dotknął ją, nic, czuł tylko ścianę.
-To pewnie halucynacje, zjem coś i miną- powiedział i udał się do kuchni.
Nagle jego starszy brat Jakub krzyknął z góry:

-Weź ścisz ten program przyrodniczy!
- Ale ja już wyłączyłem telewizor, też to słyszysz? Aaaaaaaaa!- krzyknął i nagle ucichł

Jakub szybko zbiegł na dół, lecz nikogo nie zastał. Sprawdził kuchnię, leżał tam nóż na stole cały w maśle i dwie kromki chleba, lecz jego brata nigdzie nie było. Sprawdził salon też nikogo nie było

-No przestań się bawić w chowanego i chodź tu! To nie jest śmieszne!- krzyknął, ale odpowiedziała mu cisza.
Sprawdził tapetę, wszystko było na swoim miejscu, jeleń tam gdzie zawsze, wszystkie dźwięki z ,,programu przyrodniczego” ucichły, tylko w pokoju unosił się intensywny zapach lasu, Jakub dotknął tapety… ściana. Najzwyklejsza na świecie ściana, jak w każdym domu. Nie wiedział co się stało z jego bratem. Zrozpaczony zadzwonił na policje i po rodziców. W między czasie próbował wywietrzyć zapach lasu ale on nadal pozostawał w pokoju. Dopiero gdy do drzwi zapukała policja i rodzice zapach nagle znikł. Jakuba wzięto na przesłuchanie, i zaczęto też śledztwo. Jakub mówił że jak był na górze to słyszał odgłosy lasu więc kazał ściszyć bratu telewizor gdyż uznał że ogląda program przyrodniczy, nagle usłyszał krzyk więc zbiegł na dół a jego brat zniknął. Policja zbadała salon i kuchnię szukając jakichkolwiek śladów. Zbadała też tapetę ale o ile na tapecie nic nie wykryto to za to na podłodze w salonie znaleziono ślady… zwierzęce ślady. Były też odciski stóp, Tomek był bez ciapów, lubił chodzić z gołymi stopami po domu. Na podstawie śledztwa wynikało że Tomek został zaciągnięty przez jakie zwierze do tapety i nagle znikł.

-Jakie to było zwierze?- zapytali rodzice
-Nie jesteśmy pewni- powiedział jeden ze śledczych- ale to chyba był jeleń.
-Taki jak ten?- powiedział Krystian pokazując jelenia na tapecie
-Być może
-Czyli sugeruje pan że ten jeleń ożył i zabrał mojego syna wgłęb tapety, do tego lasu?
-Nie wiem, może i wydaje się to nieprawdopodobne ale to najlogiczniejsze wyjaśnienie. Tak wynika ze śledztwa
-Nie wierzę, przecież to nie możliwe, jakaś paranormalna tapeta?
-A zna pan lepsze wyjaśnienie?
-Nie.
-No właśnie. Póki co śledztwa jeszcze nie kończymy, zainstalujemy monitoring w salonie na dwa tygodnie może coś złapiemy. I jeszcze jedno pytanie, panie Krystianie, kto sprzedał panu tą tapetę?
-Yyy, no nie wiem, podawał się za znajomego małżeństwa które mieszkało tu przed nami.
-Wie pan gdzie ono teraz mieszka?
-Tak
-To proszę podać nam ich adres, przesłuchamy ich i jutro zadzwonimy do pana
-Dobrze, do usłyszenia
-Do usłyszenia

Następnego dnia po obiedzie, zadzwonił telefon. Był to ten sam śledczy z którym wczoraj rozmawiał:

-Dzień dobry- powiedział śledczy
-Dzień dobry- odpowiedział Krystian
-Przesłuchałem to małżeństwo i oni mówią że nikogo takiego nie znają, jest pan pewien że to znajomy tych państwa?
-Tak, znaczy się tak się przedstawił, spytał się pan o skrzynkę?
-Tak spytałem i też uparcie twierdzą że nie zostawiali żadnej skrzynki na strychu
-To skąd ona się tam wzięła?
-Mnie się pan pyta? Skąd mam to wiedzieć? Czy widzieliście jeszcze od tamtej pory tego mężczyznę?
-Nie, nie widzieliśmy
-Popytaliśmy trochę ludzi z miasta i okolic, i oni też twierdzą że nie znają tego człowieka, czy on mówił skąd jest?
-Nie, tylko że może nam sprzedać tapetę
-Dobrze, a jak tam z monitoringiem?
-Dzisiaj w nocy nic nie się nie działo sprawdziłem uważnie nagranie, jedyne co na nim widać to pusty salon, a w tle słychać nasze chrapanie.
-No dobrze, kontynuujcie monitorowanie salonu, my zajmiemy się tajemniczym sprzedawcą
-Do widzenia
-Do widzenia panie Krystianie

I tak przez 2 tygodnie trwały poszukiwania: nieznajomego sprzedawcy tapet oraz zaginionego syna. Przez 2 tygodnie sprawdzane było nagranie z monitoringu ale nic nie wykryto paranormalnego. Zdecydowano w końcu zdjąć monitoring. A śledztwo zawieszono. Lecz po kilku dniach do policji zgłosił się pewien człowiek. Twierdził że w lesie nie daleko miasta znalazł ciało młodego człowieka. Według niego zwłoki wyglądały na 15 lat. Od razu powiadomiono rodziców. Z drżącym sercem udali się do kostnicy w pobliskim szpitalu gdzie przewieziono zwłoki. Joanna z trudem powstrzymywała łzy. Krystian chwycił białą płachtę i powoli ją odchylił. Rodzice odetchnęli z ulgą, to nie były zwłoki ich syna. Wrócili nieco uspokojeni do domu. Śledztwo zakończono, niczego ani nikogo nie znaleziono. Rodzice już prawie pogodzili się ze stratą syna. Nadszedł kolejny nów. Krystian wraz z synem Jakubem poszli na kręgle do całonocnej kręgielni ze znajomymi a Joanna została sama w domu. Jakub miał smykałkę do kręgli. Nierzadko zdarzało mu się zbić wszystkie naraz. Natomiast jego ojciec nie był w tym najlepszy. Często kula zjeżdżała mu z toru. Ale poszedł na kręgle żeby spędzić czas z synem. Z jedynym synem. Odkąd jego brat bliźniak zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach, Krystian poświęcał drugiemu bliźniakowi dużo, bardzo dużo czasu. Można by powiedzieć że stał się trochę nadopiekuńczy. Joanna jak już wcześniej wspomniałem została w domu. Nie lubiła kręgli, drażnił ją dźwięk ich przewracania. I w ogóle dziwnie się czuła w samej kręgielni, dlatego zamiast pójść z mężem i synem została w domu. Postanowiła że będzie czytać książkę. Najpierw wzięła prysznic, potem ubrała szlafrok, i poszła do kuchni zaparzyć herbatę. Kiedy herbata była już gotowa udała się na górę, wzięła ulubioną książkę z regału który stał w korytarzu na piętrze i udała się do sypialni. Ułożyła wygodnie poduszki i usiadła na łóżku. Książka bardzo ją wciągnęła, nawet nie zauważyła kiedy dobiegła północ. W tym czasie Krystian z synem wracali już do domu, Jakub oczywiście rozgromił własnego ojca w kręgle i był teraz w dobrym humorze. Wsiedli do samochodu i zaczęli jechać do domu. Kręgielnia nie była daleko od ich domu, zaledwie jakieś 15 min drogi. Ale wracając do Joanny. Nagle kiedy kończyła czytać kolejny rozdział usłyszała coś. Dźwięk dobiegał z dołu, były to odgłosy lasu. ,,Jak to możliwe?”- pomyślała- ,,przecież nie włączałam telewizora, pójdę sprawdzić co jest grane”. I kiedy już wychodziła z sypialni usłyszała jak ktoś krzyczał. Był to krzyk jej syna Tomka! Krzyczał on:

-Pomocy! Wyciągnijcie mnie stąd! Halo! Jest ktoś w domu?

Kiedy Joanna tylko to usłyszała, od razu zaczęła biec po schodach na dół, chciała pomóc swojemu synkowi i przytulić go mocno. W tym samym czasie samochód z Krystianem i Jakubem zbliżał się już do domu. Kiedy byli już przed bramą nagle usłyszeli krzyk. Kobiecy krzyk. Szybko wybiegli z samochodu nawet go nie zamykając, podbiegli do drzwi. Były zamknięte. Drżącymi rękami Krystian wyciągnął klucz i przekręcił w zamku. Wbiegli do domu chcąc pomóc. Myśleli że ktoś napadł Joannę ale się mylili. Mimo że jeszcze przed chwilą słyszeli krzyk to nikogo w domu nie znaleźli. Tylko w salonie unosił się intensywny zapach lasu.






CDN


  • 3

  #1290 OpaRussianStyle

OpaRussianStyle
  • Użytkownik
  • Postów: 97
  • Tematów: 1
  • PłećKobieta
Reputacja ponadprzeciętna
Reputacja

Napisano 13.07.2013 - 22:10

*
Popularny

SPÓŹNIENIE

Chryste, co to było?
Obracasz głowę w kierunku, z którego spodziewałeś się ataku. Ataku czego? Sam nie wiesz. Ostatni raz oglądam horrory, przyrzekasz sobie.
Leżysz w ciemnym pokoju, a jedynym źródłem światła jest latarnia za oknem. Tak daleko od okna, że jej światło ledwie do ciebie dociera. Twój pokój jest pełen pokracznych cieni, które rzucają zwyczajne przedmioty. W rogu, za szafą!
Znowu ci się wydawało.
To wkurzające, że nocą w każdym cieniu widzimy potwora albo ducha, prawda? Nawet w odwróconym krześle nasza wyobraźnia (zbyt bujna tuż przed pierwszą w nocy!) widzi ducha, który tylko czeka, aby nas dopaść. A właściwie czego się boimy?
Starasz się zasnąć bezskutecznie od pół godziny. To frustrujące. Co noc po prostu przykładasz głowę do poduszki i odpływasz. A w tak dziwną noc taczasz się z boku na bok, czekając aż wreszcie stracisz przytomność. Nie dość, że nie możesz spać, to jeszcze coś podsuwa ci do głowy szereg dziwnych kreatur, które tylko czekają na twoje życie.
Obok biurka!
Uspokój się, przecież to tylko twoja bluza, którą rzuciłeś tam, bo jesteś leniem.
A wracając do kreatur... W dzień cały czas oglądałeś te horrory. Owszem, nie były straszne, tym bardziej, że aby dodać sobie odwagi patrzyłeś na to w dzień. Gdy odechciało ci się filmów, wskoczyłeś na pierwszą z brzegu stronę ze strasznymi zdjęciami i miałeś nadzieję zobaczyć coś, od czego ześwirowałbyś ze strachu. I co? Nic.
Chryste panie, w rogu!
Nie, nie, nie. To przecież tylko cień firanki. Jesteś zbyt tchórzliwy na to wszystko. To był NAPRAWDĘ ostatni raz.
Chociaż, był jeden obrazek, który wyróżniał się na tle tych wszystkich przerobionych nieudolnie zdjęć, gdzie wszystkie blade postacie cieszą się od ucha do ucha, pokazując ostre zęby. Na tym był mężczyzna. Nie uśmiechał się. Wyraz jego twarzy był obojętny, wzrok lekko maniacki. W sumie... Normalne zdjęcie, które mogłoby wydać się zwyczajne, gdyby nie to, że znajduje się na stronie z pseudo strasznymi gniotami. Tylko widzisz, to zdjęcie było jakby... dziwne. Ten facet miał w sobie coś takiego, że od razu odrywało się od niego wzrok. Nie miał przegnitej skóry, ani nic podobnego. To zwykły, żywy człowiek, ale jakiś taki... przerażający. Gdyby spotkać takiego na ulicy...
ZA DRZWIAMI!
Znowu zaczynasz? Przecież to płaszcz twojego ojca, który wisi na wieszaku. Myślałeś może o tabletkach na uspokojenie, co?
Co do zdjęcia, to serio, miało w sobie coś zwyczajnie niepokojącego, choć nie było do tego powodów. A jeszcze pod nim ten napis. „Przyjdę do ciebie o pierwszej w nocy”. Poczułeś się dziwnie? Nie. Oczywiście, że nie. Wiele strasznych gęb ma doklejonych podobny tekst. Tym razem też mruknąłeś pod nosem „A tylko spróbuj” i przewijałeś dalej. I wyrzuciłeś tego mężczyznę z głowy na calutki dzień. Aż do teraz.
Wiercisz się w łóżku i przypominasz sobie to zdjęcie. Facet jak facet, tylko trochę zbzikowany. Może gdyby zagroził ci na ulicy, bałbyś się bardziej. Ale to zwykła groźba przez internet. Gdybyś przejmował się każdą taką...
Aż nagle korci cię, by spojrzeć na zegarek. Trzy minuty po pierwszej. Zaczynasz zastanawiać się, czy temu biednemu facetowi spóźnił się pociąg, że nie przychodzi tak długo. A może zapomniał? Chwila, poczekaj... Prawidłową odpowiedzią jest to, że ten facet tak naprawdę nie przyjdzie, bo jest tylko zdjęciem w internecie!
Kątem oka znowu zobaczyłeś cień, tym razem w drugim końcu pokoju, ale od razu wiedziałeś, że to tylko sterta ubrań. Zuch, nie dałeś się przestraszyć!
Obracasz się na drugi bok i starasz się zasnąć, w myślach klnąc pod adresem wszystkich osób, wymyślających takie głupie teksty. Przyjdę do ciebie o pierwszej w nocy, akurat... Jeszcze raz sprawdzasz telefon. Siedem po pierwszej. Musisz pogodzić się z tym, że horrory nie są prawdziwe, a internetowe groźby są warte tyle, co nic. Zamykasz oczy i czujesz ten charakterystyczny stan przed zaśnięciem.
Czujesz także czyjś oddech na swoim uchu, a później ktoś szepcze ci wprost do niego:
– Przepraszam za spóźnienie...

Autorstwo własne.
  • 7


 

Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości oraz 0 użytkowników anonimowych

stat4u